Ads 468x60px

niedziela, 29 kwietnia 2012

Lista bestsellerów tygodnika Spiegel - notowanie 18/2012


Minął ponad miesiąc i znowu zaglądamy na listę bestsellerów tygodnika Spiegel. Już dziś notowanie z jutrzejszego poniedziałku, z 30 kwietnia 2012.

Wydania kieszonkowe (Taschenbücher):

1. Nicolas Barreau Das Lächeln der Frauen (pol. -)
2.  Wolfgang Herrndorf Tschick (pol.-)
3. Nele Neuhaus Unter Haien (pol.-)
4. Elizabeth George Wer dem Tode geweiht (pol.-)
5. Ken Follet Sturz der Titanen (oryg. Fall of the Giants, pol. 2010 Upadek gigantów)
6. Charlotte Link Der Beobachter (pol.-)
7. Luca Di Fulvio Der Junge, der Träume schenkte (pol.-)
8. Klaus-Peter Wolf Ostfriesenangst (pol.-)
9. Joy Fielding Das Verhängnis (oryg. Wild Zone, pol. 2011 Strefa szaleństwa)
10. Charlotte Link Der fremde Gast (pol. -) 
Na pierwszym miescu spektakularne wywindowanie się francuskiego autora i jego książki Das Lächeln der Frauen (dosł. Uśmiech kobiet). Podobno jest to ulubieniec damskiej części czytelników, pisujący książki romantyczne, dowcipne i pogodne. Nie znam, w Polsce też jeszcze nieznany, choć podejrzewam, że już niedługo ktoś go odkryje i Nicolas Barreau podbije serca dam i u nas.
Na uwagę zasługuje ponowne wykatapultowanie się na czołówkę rankingu poczciwego Kena Folleta i jego Upadku gigantów. Książka okupowała już listę Spiegla w 2010 roku, ale wtedy to było wydanie w twardej oprawie, które kosztowało jakieś koszmarne pieniądze (jeśli się nie mylę, 29,90 euro). Teraz wyszło w wersji kieszonkowej i zawojowało listę ponownie.
No i nie sposób nie wspomnieć o znanej i lubianej także i w Polsce Charlotte Link, która produkuje bestseller za bestsellerem i upakowała na liście dwie ze swych powieści: przedostatnią Der Beobachter (Obserwator) i najnowszą, wydaną w kwietniu, Der fremde Gast (Obcy przybysz). Co za fenomen! Myślę, że obydwie nowości już wkrótce trafią i na polski rynek.
Wydania w twardej oprawie (Hardcover):

1. Jonas Jonasson Der Hunderjährige, der aus dem Fenster stieg und verschwand (pol. Stulatek, ktróry wyskoczył przez okno i zniknął)
2. Suzanne Collins Die Tribute von Panem 2. Gefährliche  Liebe (oryg. The Hunger Games 2 Catching Fire, pol. W pierścieniu ognia)
3. Suzanne Collins Die Tribute von Panem. Tödliche Spiele (pol. Igrzyska śmierci)
4. Suzanne Collins Die Tribute von Panem 3. Flammender Zorn (oryg. The Hunger Games Mockingjay, pol. Igrzyska śmierci 3, Kosogłos
5. Jussi Adler-Olsen Das Alphabethaus (oryg. Alfabethuset, pol. -)
6. Sarah Lark Die Tränen der Maori-Göttin (pol.-)
7. Dora Heldt Bei Hitze ist es wenigstens nicht kalt (pol. -)
8. Jean-Luc Bannalec Bretonische Verhältnisse (pol. -)
9. Nicholas Sparks Mein Weg zu dir (oryg. The Best of Me, pol. 2011 Dla ciebie wszystko)
10. Arne Dahl Gier (pol. -)

Pierwsze miejsca bez zmian, dlatego skupię się na drugiej piątce. Na listę wdarły się dwa nazwiska, które na pierwszy rzut oka wydają się mało niemieckie, okazuje się jednak, że to zmyłka. Pierwsze z nich to Sarah Lark, Niemka pisząca pod pseudonimem i specjalizująca się historycznych sagach osadzonych w dość egzotycznych scenariach (głównie Nowa Zelandia). Powieść, która teraz zawitała na liście, jest częścią trylogii "Maori". Warto nadmienić, że polscy czytelnicy mieli już okazję ją poznać wydaną przez wydawnictwo Sonia Draga powieścią "W krainie białych obłoków".
Druga zmyłka to Jean-Luc Bannalec i jego debiutancki kryminał Bretonische Verhältnisse. Bannalec jest synem Francuza i Niemki i publikuje po niemiecku. Trochę to osobliwy debiut - w końcu ostatnio ukazało się naprawdę sporo świetnych powieści kryminalnych, a tu niepozorna i niezbyt dobrze oceniona przez krimi-couch książka wdziera się przebojem na listę. Może to kwestia tytułu i urlopowej okładki, które nastrajają niemieckich czytelników urlopowo...
Ze znanych nazwisk wymienię jeszcze Nicholasa Sparksa, specjalisty od łzawych powieścideł z przesłaniem, i jego książkę, wydaną w 2011 (ha! Polacy byli szybsi!) Dla ciebie wszystko.
 

piątek, 27 kwietnia 2012

Mark Allen Smith "Der Spezialist" - specjalista od tortur, do usług


Wydawca: Bastei Lübbe
Ilość stron: 352
Data premiery: 22.02.2012
Tytuł oryginału: "The Inquisitor"
Cena: 14,99 euro

"Zależy ci na pewnej informacji? Znasz osobę, która ją posiada, ale milczy jak zaklęta? Ja się tym zajmę. Ja zawsze wydobywam prawdę. Bowiem jestem specjalistą.
Jednak mam swój kodeks. Nie pracuję z dziećmi. Pewnego dnia otrzymałem zlecenie, które kłóciło się z moim kodeksem. Skutki były fatalne. Dla zleceniodawcy.

Nazywam się Geiger. Gram na skrzypcach. Torturuję ludzi."

Tyle informacja wydawcy.To i ta słodka okładka (która wykonana jest z transparentnej kliszy przypominającej zdjęcie rentgenowskie) wystarczyły, bym kupiła tę książkę. I bingo - trafiłam na jeden z najlepszych sensacyjnych thrillerów, jakie przeczytałam w życiu. Nie przesadzam ani krztyny. 

Nazywam się Hofmann. Tłumaczę książki. Piszę recenzje.

Geiger zarabia na życie, wydobywając z ludzi informacje. Przy tym, szczycąc się sławą najlepszego specjalisty w tym fachu, rzadko zdarza mu się przelać choćby kroplę krwi. Zazwyczaj do tego nie dochodzi. Bowiem on, właściciel firmy Information Retrieval, ceniony przez międzynarodowe korporacje, rozmaite agencje rządkowe i zorganizowane grupy przestępcze, wie, którą nutę poruszyć w Jonesie (jak nazywa każdą swą ofiarę), żeby otrzymać to, czego chce klient.

Geiger tak naprawdę nie nazywa się Geiger. Pewnego dnia na początku swojego nowego życia, kiedy, wysiadłszy z autobusu w Harlemie, nie pamiętając kim jest, przystanął przed księgarnią. Spodobało mu się nazwisko na jednym z albumów H.R. Giger. Dodał jedno "e" dla symetrii i miał już nazwisko. Geiger cierpi na regularnie powracające migreny. Kiedy następuje atak, a on, wstrząsany bólem, nie jest w stanie myśleć, chowa się w szafie, której wnętrze stanowią lustra i słucha muzyki. Chadza do psychiatry. Podczas sesji nie zdradza ani słowa o swym życiu. Opowiada tylko sny. Nigdy nie był w żadnym fastfoodowym barze. Nie zażywa środków przeciwbólowych, choć to ból stworzył go takim, jakim jest. Kim jest? I dlaczego taki się stał? Na te pytania odpowiedzi otrzymamy tylko częściowo.

Nie myślcie jednak, że ta książka epatuje brutalnymi scenami tortur. Nie spodziewajcie się bezmyślnej rąbanki, rozbryzgów krwi i smrodu ekstrementów. Geiger działa w bardziej wysublimowany sposób.

Ale to dopiero wstęp. Bowiem Geiger nie łamie swojego kodeksu. Kiedy więc pewnego dnia, zamiast mężczyzny, posiadającego rzekomo informację o skradzionym obrazie, zleceniodawca dostarcza dwunastoletniego chłopca, sytuacja komplikuje się. I nagle role się odwracają. Geiger odmawia wykonania zlecenia, przez co sam staje się Jonesem i trafia w łapy konkurencji - Daltona, specjalisty od tortur, który stosuje inne, mniej wyrafinowane metody. Czy równie skuteczne? Dokąd zaprowadzi Geigera sesja u Daltona? Czy uda mu się wedrzeć w pokłady przeszłości pogrzebanej pod warstwami niepamięci? Czy uda się uratować dwunastolatka? Jaką niebezpieczną wiedzą dysponuje jego ojciec, że stał się celem bezwzględnych killerów? Kto ich nasłał?

To świetny sensacyjny materiał, upakowany w atrakcyjną, niesamowicie wciągającą i bardzo aktualną fabułę (może po lekturze innym okiem spojrzycie na WikiLeaks i Assange'a). To czysta adrenalina, nerwy napięte do ostateczności, nieprzespana noc. To wreszcie wysublimowany portret niezwykłego człowieka, skrywającego w sobie tajemnicę, której nie może rozgryźć nawet on sam. To wyjątkowy język, dojrzały, pełen wysmakowanych wyrażeń, trafnych figur retorycznych, niepospolity. To po mistrzowsku poprowadzona fabuła. Głębokie, trójwymiarowo zarysowane nietuzinkowe postaci. To nieprzesłodzone zakończenie, które pozwala mieć nadzieję na więcej Geigera. To jest odkrycie roku.

Na razie moja entuzjastyczna recenzja jest skierowana do anglo- lub innojęzycznych - nie widziałam tej książki w zapowiedziach żadnego wydawnictwa. Wydawcy, bijcie się o licencję, bo jest o co, a jeśli zaśpicie, konkurencja sprzątnie wam sprzed nosa jeden z najlepszych thrillerów na rynku!

Moja niekłamana ocena: piątka, piątka z plusem! (5/5)

środa, 25 kwietnia 2012

Adam Zalewski "Małe miasteczko" - myślisz, że znasz sąsiada?...


Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data premiery: 13.04.12
Ilość stron: 424
Cena: 34  PLN

Pierwsze zdanie: "Louis Brewster z lubością wyciągnął nogi i oparł stopy na drewnianym taborecie stojącym kilkanaście cali od elektrycznego grzejnika".

Przesadą byłoby nazwanie Adama Zalewskiego mistrzem budowania nastroju, polskim Kingiem czy wręcz Ketchumem. Z tymi porównaniami to w ogóle jest tak, że częściej krzywdzą one porównywanego, niż dodają mu splendoru. Bo przecież King jest Kingiem, a Zalewski pozostanie Zalewskim, nawet jeśli obaj z lubością przedstawiają w swych książkach zaspaną, amerykańską prowincję, gdzie zło również przysypia, po to, by czasem się obudzić...

Z nieufnością podchodzę do polskich adeptów pióra, którzy osadzają akcję swych powieści w nieznanych im rejonach. Pisałam już o tym przy okazji recenzowania "Miasteczka Nonstead" Mortki, ta sama refleksja nasuwa mi się i teraz. Solą dobrej powieści są wszak realia, drobiazgi dodające autentyczności, stanowiące o tym, że czytelnik w magiczny sposób przeniesiony zostaje w inny świat, inną epokę, inną rzeczywistość. Zalewski, zafascynowany Ameryką, chętnie zakorzenia fabułę swych powieści w Stanach Zjednoczonych. Czy mu się ta amerykańskość udaje? Przyznam, że u Mortki te realia były wyraźniejsze, bardziej dosłowne i widoczne, i to nie tylko kwestia rzucania co parę zdań nazwą amerykańskiego supermarketu albo marką ciasteczek, których w Europie nie uświadczysz. U Zalewskiego małe amerykańskie miasteczko jest bardziej anonimowe, bardziej no name. Co nie znaczy, że autor nie potrafi zbudować atmosfery. Robi to doskonale.

Jego miejscowość o nazwie Abraham jest opisana w plastyczny, malarski sposób, tak realistyczny, że zdaje się wyrastać tuż przy nas, wyraźna w każdym detalu. Małe miasteczko, jego mieszkańcy, żyjący swym życiem, pogodzeni z nim, czasem samotni, niemal zawsze szczęśliwi - sielankowy, wyidealizowany życia z dala od wielkomiejskiego zgiełku, wyścigu szczurów, stresu i gonitwy za karierą i pieniądzem, swoisty wzorzec tego, za czym tęskni mieszczuch. Gdzie indziej lazurowy ocean nieba łączy się ze szmaragdowym oceanem traw? Gdzie znajdziesz jeziora i strumienie tak pełne ryb jak w Sand Hills? Rodea, popularne stanowe jarmarki, muzyka country i polowania na dzikie ptactwo. (...) Nebraska. Gdzie indziej spróbujesz lepszej wołowiny z grilla? Gdzie znajdziesz słodszą kukurydzę? Miasteczka, w których postęp techniki nie potrafił odebrać klimatu dawnych dobrych czasów - rozległe i nadal urocze. Ulice tonące w zieleni, małe, otoczone drzewami domki z huśtawkami na drewnianych werandach i podwórka, na których bawią się piegowate dzieciaki o krzywych zębach. (...) Dookoła twardzi, lecz serdeczni ludzie, wychowani w szacunku dla tradycji (...). Aż się chce pakować walizki i wyjeżdzać na amerykańską prowincję, prawda?

Autor maluje ten słodki obraz powoli, lecz wytrwale, żmudnie powołując na stronice powieści galerię postaci, typowych dla tego małomiasteczkowego światka. Jest zatem owdowiała bibliotekarka, odkrywająco na nowo uciechy cielesnego obcowania z mężczyzną, jest poczciwy listonosz - przyjaciel całego świata, jest stary dziwak, pisujący "dyrdymały" i posiadający najlepszy księgozbiór w okolicy, jest szeryf, banita z wielkomiejskiego Baltimore, w gruncie rzeczy uczciwy i serdeczny chłop, jest chłopak-odludek z patologicznej rodziny, rozpaczliwie tęskniący za przyjaźnią... można tak kontynuować w nieskończoność. Kalejdoskopowo poznajemy te postacie, zatrzymując się na dłużej na paru z nich, śledząc ich poczynania i zgłębiając psychologiczny rys, dawkowany stopniowo i od niechcenia, jakby autor, zarażony małomiasteczkowym niespiesznym rytmem, miał nieskończenie wiele czasu na przedstawienie swoich bohaterów. I tak pomalutku, krok po kroku, toczy się ta historia, bo trudno nazwać akcją gawędziarskie tkanie tej opowieści. Tylko gdzieniegdzie autor rzuca gdzieś jakąś uwagę, pozwalającą domyślać się, że za tą przesłodzoną fasadą drzemie coś gorszego, a codzienne kłopoty i znoje mieszkańców Abraham przerwane zostaną dramatycznymi wydarzeniami. 

I faktycznie następuje eskalacja - zgodnie z konwencją powieści grozy paralelnie z erupcją sił natury, żywiołu, tornada, które regularnie nawiedza idylliczne okolice. W miasteczku zaczynają ginąć dzieci - najpierw nastolatka, potem czterolatek, na koniec dwunastoletnie bliźnięta. Kto jest zbrodniarzem?... Podejrzany może być każdy i oczywiście na pierwszy ogień idzie ten, który nie przystaje do tej małomiasteczkowej społeczności. Wychodzą tu na jaw mechanizmy ostracyzmu, procesy, rządzące w niewielkich, zamkniętych grupach i doprowadzające niekiedy do linczów. Ten wątek akurat bardzo mi się spodobał i szkoda, że autor nie rozbudował go bardziej. 

Można tu też znaleźć echa europejskiej dyskusji nad granicami samosądu i moralnego usprawiedliwiania poczynań organów ścigania, stojących w oczywistej sprzeczności z oficjalną wykładnią prawa, a jednak wszechobecych, w Ameryce w dużo większym stopniu niż "cywilizowanej" Europie. I tak do końca nie wiem, jakie stanowisko w tej sprawie zajmuje autor, a jego wątek "specjalisty od trudnych przesłuchań" czy jest on cichym przyklaśnięciem dla wrodzonego poczucia sprawiedliwości prostego ludu i egzekwowania go bez oglądania się na oficjalne struktury czy zawoalowanym potępieniem owych praktyk...

Nie jest to klasyczny kryminał, toteż, mimo że zagladamy przez ramię szeryfowi i śledzimy jego poczynania, niewiele tu z typowego policyjnego śledztwa. Autor skupia się na psychologicznej warstwie, zagląda w umysły mieszkańcom i to jest niezły zabieg, choć sama narracja miejscami wydała mi się zbyt dosłowna, zbyt bezpośrednia i oczywista. Jedno lub dwa niedopowiedzenia więcej dodałoby tej powieści swoistego smaczku i pozostawiło nieco więcej pola na domysły.

Zakończenie specjalnie nie zaskakuje, choć autor przygotował na sam koniec małą niespodziankę.

Mimo tych wszystkich niedociągnieć książkę czyta się dość gładko, a mnie samej dostarczyła ona kilku chwil niekłamanej przyjemności, kiedy kontemplowałam ten wysoce atmosferyczny obraz amerykańskiej prowincji, a pod koniec z kołataniem serca śledziłam przyspieszającą akcję. Dla fanów stopniowo budowanego napięcia niewątpliwa to gratka, także i miłośnicy misternie tkanych psychologicznych zawiłości ludzkiej duszy nie pożałują lektury.

Moja ocena: czwóra z minusem. (4-/5).

Baza recenzji syndykatu Zbrodni w Bibliotece


niedziela, 22 kwietnia 2012

Jak na spowiedzi czyli zabawa dla blogowiczów


Kasia z bloga "Kącik z książką" wywołała mnie do tablicy, więc przygotujcie się na małą wiwisekcję.

O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?
Najchętniej to zlikwidowałabym noc, zmęczenie, piekące oczy i obowiązki, żeby móc czytać na okrągło, ale niestety, nie da się. Czytam więc, kiedy się da.

Gdzie czytasz?
W domu, na tarasie, w kolejce podmiejskiej, w kolejce u lekarza... Łatwiej byłoby powiedzieć, gdzie nie czytam.

W jakiej pozycji najchętniej czytasz?
Wiadomo, na leżąco.

Jaki rodzaj książek najchętniej czytasz?
Ci, którzy do mnie zaglądają, wiedzą doskonale - kryminały i fantastyka. Małe skoki w bok dozwolone.

Jaką książkę ostatnio kupiłeś albo dostałeś?
Paczka, która przyszła z Polski, była dość spora. Dla podglądaczy szczegóły:

Leif GW Persson. Umierający detektyw.
Rosamund Lupton. Potem.
Charles Yu. Jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie.
Bartłomiej Rychter. Złoty wilk.
Dawid Kain. Punkt wyjścia.
Susan Hill. Kobieta w czerni.
Adam Zalewski. Małe miasteczko.
Anna Brzezińska. Wilżyńska Dolina #2 - Wiedźma z Wilżyńskiej Doliny.
Anna Brzezińska. Wilżyńska Dolina #1 - Opowieści z Wilżyńskiej Doliny.
Agata Chróścicka. Kontener.
Ian R. MacLeod. Pieśń czasu. Podróże.

Co ostatnio czytałeś?
Fajny niemiecki kryminał "Die Reinheit des Todes" autorstwa Vincenta Kliescha, w którym mordercą jest... archanioł Raphael.

Co czytasz obecnie?
Najnowszą książkę Cornelii Funke "Reckless. Kamienne ciało". Dla miłośników baśni, mrocznej fantasy i wszystkich, którzy zachowali młodość duszy.


Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi? Jeśli używasz zakładek, to jakie one są?
Ośle rogi? No go. Nie ma mowy. Już bym wolała czytać od początku...

Ebook czy audiobook?
Ebook zdecydowanie nie. Męczy mnie czytanie na ekranie. Audiobook - powiedzmy, że w niektórych sytuacjach jest przydatny, choć flaki mi się przewracają na myśl, że słucham wersji okrojonej, okaleczonej, przyciętej. Ostatnio jednak zdarzyło mi się znaleźć audiobook z pełną, nieskróconą wersją. Miał 18 płyt... "Terror" Dana Simmonsa. Pewnie jednak się zaopatrzę.

Jaka jest Twoja ulubiona książka z dzieciństwa?
Niezmiernie trudne pytanie. Kołaczą mi się po łepetynie jakieś tutyły z dzieciństwa, uwielbiałam "Małpeczki z naszej półeczki", jakieś baśnie, Niziurskie, Ożogowskie, Pany Samochodziki...


Którą z postaci literackich cenisz najbardziej?

Nie mam pojęcia. "Cenisz", a więc nie tylko zwykłe "lubisz"...



Zapraszam do przyłączenia się do zabawy wszystkich, którzy mają na to ochotę (albo akurat nie mają pomysłu na wpis...).

czwartek, 19 kwietnia 2012

Oliver Harris "London Killing" (Podwójne życie) - nowy antybohater

Wydawnictwo: Blessing
Tytuł oryginału: The Hollow Man
Ilość stron: 480
Cena: € 19,95 

Okładka polskiego wydania

Pojawiła się ta książka nie wiadomo skąd, wskoczyła z miejsca na czołowe miejsca list bestsellerów w Niemczech i wzbudziła moje zainteresowanie. A tak niewiele brakowało, a zgubiłaby się w stosach nowych kryminałów, które codziennie trafiają na księgarskie półki, potem przykurzyła pyłkiem zapomnienia i tyle byśmy go widzieli, tego nowego antybohatera, underdoga kryminalnej sceny, drania, skurczybyka i straceńca, którego chciałam Wam dzisiaj zaprezentować. Jeśli nieobojętny Wam Harry Hole i inne obwiesie, w Nicku Belseyu znajdziecie nową, kultową postać.

Nick Belsey nie ma w tej powieści zbyt spektakularnego entrée. Usyfiony, skacowany, nie bardzo wiedzący, skąd się tam wziął i po co, co tak naprawdę robił przez większość nocy, dochodzi do siebie w parku w londyńskiej dzielnicy Hamstead Heath. Wie jedno - że siedzi po uszy w bagnie, i to na dobre. Nick Belsey jest gliną. I to gliną, który znalazł się w poważnych tarapatach. Na skraju bankructwa, trawiony nałogiem pijak i hazardzista, bez dachu nad głową, bez najmniejszych perspektyw na wyjście z kłopotów. Stróż prawa. Kiedy tego dnia, usiłując zachować pozory normalności, jedzie do willi rosyjskiego oligarchy, skąd nastąpiło wezwanie do zaginięcia, nie wie, że ten dzień kompletnie wywróci jego życie do góry nogami. Okazuje się, że miliarder popełnił samobójstwo, a jego ciało Nick, oszołomiony ewidentnym luksusem, kapiącym z każdego skrawka domostwa, znajduje w ukrytym pomieszczeniu willi. I w jego głowie lęgnie się szatański plan... Wątek kradzieży tożsamości już nie raz pojawiał się w thrillerach i kryminałach, ale jeszcze nigdy autor nie poprowadził go w ten sposób. Bowiem Nickowi pali się ziemia pod nogami. Przygotowując swoje zniknięcie i wniknięcie w skórę Aleksieja Devraux, brawurowo prowadzi śledztwo na własną rękę, usiłując dociec, czym tak naprawdę zajmował się oligarcha. I w swych poczynaniach nie jest sam...

Okładka oryginału

Intryga jest zawiła i doskonale poprowadzona. Autor prowadzi inteligentną grę z czytelnikiem, mieszając mu w głowie i narażając swojego antybohatera na nie lada wyzwania. A on radzi sobie, balansując na granicy legalności, tyle że przeważnie po tej niewłaściwej stronie grani. Nie wiem, ile praw złamał, szykując się do nowego życia. Nie wiem, ile litrów alkoholu w siebie wlał, krążąc po najgorszych spelunach i najlepszych lokalach Londynu. Nie wiem, jakiego łutu szczęścia potrzebował, jak nieprawdopodobnej inteligencji, zimnej krwi i zuchwałości, by wyciąć ten numer wszechświata. Wiem jedno: postać, którą stworzył debiutujący tą powieścią Oliver Harris, jest niesamowita, nituzinkowa. Drań przez duże D. Jak dla mnie - glina roku.

Książka jest świetnie napisana i trzyma poziom niemal przez cały czas. Jedynym mankamentem był krótki moment na początku trzeciej tercji, kiedy zapanowała mała flauta, akcja oklapła trochę, a ja miałam wrażenie, że nie zaszkodziłoby odchudzić tej książki o sto stron. Wrażenie to minęło jednak dość szybko, autor wziął się w garść i zaserwował finale grande, które w niczym nie ustępuje najlepszym dziełom gatunku. Zakończenie zaskakuje, i to w podwójny sposób.

Niewątpliwym aututem jest lodyńskie tło tej powieści - miasto mroczne, żarłoczne, zimne. Miasto finansowych przekrętów, miasto głodne pieniędzy, miasto widzące najgorsze strony ludzkiej egzystencji i najbardziej dekadenckie przejawy luksusu. Ale nigdy nie wpychające się na pierwszy plan. Jest gdzieś tam, w tej powieści, tętniące życiem, prawdziwe, autentyczne, ale to nie o nim jest tak książka. 

Zaskakujące, świeże, bezczelne. Aż strach pomyśleć, co Oliver Harris wymyśli w następnych powieściach, bo te niewątpliwie nastapią. I dobrze. Bo świetnie się przy "London Killing" bawiłam (swoją drogą, czy to nie karkołomny zabieg, na który pozwolili sobie niemieccy wydawcy, nadając oryginalnemu tytułowi "The Hollow Man" bardzo niemiecki przekład "London Killing? NIedługo chyba sama napiszę książkę o praktykach wydawców w kwestiach spolszczania, zniemczania i innych "czań").

Moja ocena: piąteczka. Tak! (5/5)


Baza recenzji syndykatu Zbrodni w Bibliotece


środa, 18 kwietnia 2012

Co czytają Niemcy cz. 4 - listy bestsellerów

Dawno nie zaglądaliśmy do księgarni amazon, zobaczmy więc, czy przez miesiąc coś się zmieniło w czytelniczych upodobaniach naszych zaodrzańskich sąsiadów.

10 najlepiej sprzedających się kryminałów wg księgarni internetowej Amazon z 18.04.2012:

1. Nele Neuhaus Unter Haien (pol. -)
2. Andreas Franz, Daniel Holbe Todesmelodie (pol. -)
3. Jussi Adler-Olsen Erlösung (oryg. Flaskepost fra P, pol. -)4. Charlotte Link Der Beobachter (pol. -)
5. Jussi Adler-Olsen Erbarmen (oryg. Kvinden i buret, pol. Kobieta w klatce)
6. Jussi Adler-Olsen Schändung (oryg.  Fasandræberne, pol. Zabójcy bażantów)
7. Nele Neuhaus Eine ubeliebte Frau (pol.-) 
8. Stieg Larsson Verdammnis (oryg. Flickan som lekte med elden, pol. Dziewczyna która igrała z ogniem)
9. Nele Neuhaus Mordsfreunde (pol. -)
10. Jussi Adler-Olsen Das Alphabethaus (org. Alfabethuset, pol. -)
(W zestawieniu pominęłam elektroniczne wersje.)

Czołówka pozostała bez zmian, niewielkie roszady pośród dyżurnych Skandynawów, jedyne, co rzuca się w oczy, to szturm autorek kryminalnych, zwłaszcza Nele Neuhaus, która ma już druzgoczącą przewagę nad dotychczas niezwyciężoną damą niemieckiego kryminału, Charlotte Link. Nele Neuhaus odgrzała swój pierwszy kryminał, którego na początku kariery nie chciało wydać żadne wydawnictwo, teraz zaś "Unter Haien" święci triumfy i wyciąga na szczyty list bestsellerów kolejne, przebrzmiałe już pozycje. Ot, sprzedaż wiązana.
10 najlepiej sprzedających się książek fantasy i science fiction wg Amazon z 18.04.2012:

1. Suzanne Collins Die Tribute von Panem 2 (oryg. The Hunger Games 2 Catching Fire, pol. W pierścieniu ognia)
2. Suzanne Collins Die Tribute von Panem 1 (oryg. The Hunger Games, pol. Igrzyska śmierci tom 1
3. Suzanne Collins Die Tribute von Panem 3 (oryg. The Hunger Games Mockingjay, pol. Igrzyska śmierci 3, Kosogłos
4. George R. R. Martin Das Lied von Eis und Feuer 01: Die Herren von Winterfell (oryg. A Game of Thrones (Pages 1-359), pol. Gra o tron)
5. George R. R. Martin Das Lied von Eis und Feuer 02: Das Erbe von Winterfell (oryg. A Game of Thrones (Pages 360-674), pol. Gra o tron)
6. George R. R. Martin Das Lied von Eis und Feuer 03: Der Thron der sieben Königreiche (oryg. A Clash of Kings cz.1, pol. Starcie królów)
7. George R. R. Martin Das Lied von Eis und Feuer 04: Die Saat des goldenen Löwen (oryg. A Clash of Kings cz.2, pol. Starcie królów)
8. George R. R. Martin Das Lied von Eis und Feuer 05: Sturm der Schwerter (oryg. A Storm of Swords cz.1, pol. Nawałnica mieczy: Stal i śnieg)
9. Kresley Cole Flammen der Begierde (oryg. Pleasure of a Dark Prince, pol. -)
10. George R. R. Martin Das Lied von Eis und Feuer 09: Der Sohn des Greifen (oryg. A Dance with Dragons cz.1, pol. Taniec ze smokami cz. 1)

(W zestawieniu pominęłam elektroniczne wersje.)

Zaskoczeni? W porównaniu z ostatnimi notowaniami, zdominowanymi przez męskie, tudzież wampirze torsy, jest to pewna zaskakująca odmiana, z drugiej jednak - czy dziwi popularność "Irzysk śmierci" wobec aktualnego sukcesu wersji filmowej? Jakoś nie. Ale oprócz tego widać triumfalny powrót Martina, który sprzedaje swoje dzielone i niedzielone tomy jak świeże bułeczki. W pierwszej dziesiątce ostał się tylko jeden, osamotniony wampir (lub inny paranormalny stwór, bo z nimi to tak do końca nie wiadomo).

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Maciej Bennewicz "Wszystkie kobiety don Hułana" - manipulowany, manipulowana

Wydawnictwo: G+J Polska
Liczba stron: 304
Data wydania: 2012
Cena: 31,90 PLN
 
Dziś słów parę o książce, które zupełnie nie mieści się w ramach, które znacie z mojego bloga. Nie będzie kryminału, nie będzie fantastyki, nie będzie nawet książki niemieckiego autora. Będzie za to współczesna proza polska. Książka trafiła do mnie na skutek szczęśliwego losu i pewnej sympatycznej osoby, mieszkającej na północy Europy, czyli bookfy, za co jej jeszcze raz serdecznie dziękuję.
 
Przyznacie, tytuł jest odlotowy, intrygujący. Don Hułan i jego wszystkie kobiety. Kto się spodziewa tutaj gorącego latin lovera uwodzącego wszystko, co się płcią piękną mieni, jest w błędzie. Don Hułan to ksywka - skrót od Hieronima Ułana, ksywkę nadali złośliwi, mobbingujący koledzy z klasy, a obdarzony nią osobnik chyba całkowitym zaprzeczeniem atrybutów, jakie kojarzymy z gorącokrwistym ogierem.
 
Historia jest w sumie prosta, banalna - zrozpaczona matka poszukuje zaginionego dorosłego syna, który od jakiegoś czasu nie daje znaku życia, znajduje notes z telefonami i tam pod hasłem "mój nalepszy przyjaciel" znajduje telefon do narratora tej książki, by prosić go o pomoc w poszukiwaniach. I zaczyna się. Narrator, Piotr Gluck, zwany potocznie Glusiem, nie posiada się ze zdumienia. Don Hułana pamięta, owszem, ale kontaktu z nim nie miał od lat, a i w latach szkolnych był Hirka prześladowcą, oprawcą, wrogiem, a nie przyjacielem, i to najlepszym. I tak się zaczyna ta spirala tajemnic, niedomówień, prywatnego śledztwa, rozmów, rozmaitych prawdziwych i prawdziwszych wersji rzeczywistości. Czytelnik tworzy sobie mozolnie możliwą wersję wydarzeń, lepi ze szczątków dostępnych mu informacji obraz don Hułana, po to, by za moment kompletnie zrewidować swoją opinię, cisnąć ulepioną figurkę bohatera o ziemię i zaczynać lepić od nowa, na podstawie nowych przesłanek. Jak w kalejdoskopie. Albo we wściekłej kolejce górskiej, wspinającej się na wyżyny i zjeżdząjącej na łeb na szyję w doliny, albo kręcącej loopingi, bez względu na samopoczucie pasażera. Która wersja jest prawdziwa? Jak on jest, tak naprawdę, ten don Hułan? Manipulator, czy manipulowany? Demon czy ofiara?...
 
Te same pytania coraz częściej zadajemy sobie w stosunku do narratora, bowiem zza pierwsze wersji Glusia zaczyna wyłaniać się stopniowo inna, obca także i dla niego samego. Jest w tej książce parę niespodzianek, których z wiadomych względów zdradzić mi nie wolno.
 
Wszystko to opowiedziane jest w sposób gawędziarski. Strumień opowieści toczy się swoim rytmem, niepomny otwartych pytań, rozpoczętych dialogów, porzuconych wątków. Czasem to mnie irytowało, te wycieczki wielostronicowe w rejony, które niekiedy średnio mnie interesowały, niekiedy jednak potrafiły usadzić trafnym spostrzeżeniem lub uroczą anegdotą z przeszłości. Ot, taki styl, żywego opowiadacza, który wszakże lubi zboczyć czasem z tematu, co, jak wierzę, było figurą stylistyczną zamierzoną. Czy się tej książce przysłużyło, nie jestem do końca pewna.
 
Niewątpliwym plusem są impresje z polskiej codzienności - tej aktualnej, ale przede wszystkim tej sprzed lat dwudziestu, trzydziestu, z okresu Polski siermiężnej, socrealistycznej. Osoby pamiętające tamte czasy na pewno rozpoznają w tych obrazach coś znajomego, młodsi będą zapewne kręcić głową z niedowierzaniem. Ale te obrazy są autentyczne. Odnalazłam też w tej powieści parę postaci, które wyjątkowo się autorowi udały, by wspomnieć tylko tatusia narratora - miodzio. Takich tatusiów żyją w Polsce tabuny.
 
Zakończenie nie rozwala, ale ma w sobie jakąś nutkę gorzkiego autentyzmu.
 
W sumie, choć to nie moje terytoria, mimo pewnych irytujących drobiazgów, niejakiego przegadania, przepsychologizowania (wszak autor jest podobno jakimś znanym guru od coachingu), lektura dostarczyła wrażeń. Największy plus za przeniesienie mnie do Polski sprzed dwudziestu lat.
 
Daję tej książce czwóreczkę z minusem. Moja ocena: 4-/5.
 

niedziela, 15 kwietnia 2012

Kfiatki z wyszukiwarki


Czy Wy też czasem się zastanawiacie nad pojęciami z wyszukiwarki, dzięki którym zabłąkane dusze wędrowców trafiają na Wasze blogi? Ja czasami znajduję takie kfiatki, że nie wiem, śmiać się, czy płakać, zjeżyć się włosem ze strachu czy go sobie wyrwać z rozpaczy. Dziś chciałabym zaprezentować Wam moich absolutnych faworytów (wszystko w oryginalnej pisowni):

1) kim jest osoba milcząca
(Nie wiem, doprawdy, ale żeby gugla o to pytać?...)

2) grill bar w Niemczech warónki
(Nie wiem, jakie są warónki otwierania barów Niemczech, ale mogę popytać... Aż tak źle z ortografią na moim blogu?)

3) w jakich książkach tess gerritsen występuje rozoli
(O ile wiem, w żadnej.)

4) co to znaczy karwoche po niemiecku
(Proponuję sprawdzić w słowniku, będzie szybciej.)

5) jo,
(Krótko i węzłowato. Ciekawe, na której stronie gugiel wypluł mojego bloga...)

6) klinika dla koni
(Nie prowadzę. Nigdy nie pisałam o wrażeniach z pobytu w takowej. Nie jestem również koniem.)

7) straszny diabeł
(Sataniści cholerni, no!...)

8) dziękuje serdecznie za pamięć
(No się komuś gugiel przysłużył...)

9) opleciona postać uwikłana grafika
(Ciekawam, czy poszukujący ową postać w końcu znalazł. I jak ona wyglądała.)

10) jak zaplanować morderstwo
(No wiecie, naprawdę, co też ludziom po głowach chodzi...)

11) tyleczki trzynastolatek
(?!!! Ja naprawdę nigdy o tym nie pisałam!...Tylko żeby mi tu żadnej policji nie nasyłać!)

A jak to jest u Was? Czego ludzie szukają na Waszych blogach (i znajdują)?

sobota, 14 kwietnia 2012

Stephanie Fey "Die Gesichtslosen" - jak Gandhi nie odgryzł kobiecie twarzy

Wydawca: Heyne
Ilość stron: 368
Język: niemiecki
Stephanie Fey
Cena: € 8,99


Pierwsze zdanie: "Kości gotowały się już wystarczająco długo." (przekład mój)


Lubicie Bones? Znajdujecie upodobanie w rezolutnych kobietkach, namiętnie dłubiących w szkieletach i z zimną krwią dokonujących skrupulatnej analizy nawet najbardziej odrażających ludzkich szczątkach? A może podobała się Wam również "Ofiara Polikseny", gdzie antropolog-mruk dokonuje rekonstrukcji twarzy tajemniczej młodej kobiety? W takim razie pokochacie i Carinę Kyreleis, młodą lekarkę sądową, specjalistkę od mumii i rekonstrukcji twarzy, która po dłuższym pobycie w Meksyku decyduje się wrócić do Monachium i przyjąć proponowaną posadę w Instytucie Medycyny Sądowej.

Tak, Carina nie jest zwyczajna. Ma nie tylko nietypową pracę, ale i osobliwe zainteresowania, ma także prominentnego tatusia, śledczego z monachijskiego wydziału zabójstw o sławie gwiazdora, który lubi ustawiać jej życie. Ma także nowe mieszkanie w starym budownictwie, w którym oprócz śpiwora i staroświeckiego zlewozmywaka w kuchni  niewiele się znajduje. Ma także rozbisurmanionego kilkuletniego siostrzeńca, którym przyjdzie jej się przez jakiś czas opiekować, a także, na okres przejściowy, psa, wabiącego się Gandhi, którego podejrzewa się, że usiłował odgryźć twarz swej pańci, gdy ta, po próbie samobójczej, otumaniona środkami nasennymi, leżała bezbronna w swym mieszkaniu... Pytanie tylko, czy to na pewno był piesek? A może twarz chciał kobiecie skraść psychopatyczny morderca?

To nie jedyny kryminalny wątek w tej powieści. Drugi, nie mniej intensywny i pasjonujący, przenosi nas  dwadzieścia lat wstecz, do Monachium lat końca osiemdziesiątych, okresu, kiedy za wschodnią granicą dogorywa komunizm, a enerdowska bezpieka, STASI, wykonuje nerwowe ruchy, planując operacje, których celu możemy się jedynie domyślać. Wątek ten, odrobinę szpiegowski, opiera się na autentycznych podwalinach i przybliża zamach na szefa Deutsche Bank Alfreda Herrhausena, którego nigdy nie udało się wyjaśnić. Obie płaszczyzny tej powieści, pozornie nie mające ze sobą nic wspólnego, może poza miejscem akcji, są jednak ze sobą zlepione pewnym spoiwem. I połączą się w finale, w sposób, który zadziwi niejednego kryminalnego wygę.

Książka zadziwiła i mnie. Przede wszystkim wyjątkowym wyrafinowaniem, jak na debiutantkę. Intryga jest dopracowana, wycyzelowana, dopracowana w każdym szczególe. Postacie - znakomite, trójwymiarowe, zarysowane z ironią i miłością do detalu. Język oszczędny, ale precyzyjny, trafny, roztaczane wizje brutalne, gdy trzeba, umiarkowanie poetyckie, gdzie konieczne. Odpowiednia doza humoru przyprawia nierozwleczoną, kompaktową fabułę. Zakończenie - zaskakujące, niesztampowe, oryginalne.

W dodatku wszystko to dzieje się w Monachium, w miejscach, w których bywam. Weźmy ten plac zabaw w Starym Ogrodzie Botanicznym i tę gigantyczną czerwoną pajęczynę z grubych lin, splątanych wokół wysokiego masztu - ile razy przesiadywałam tam w cieniu kasztanowców, podczas gdy chłopaki szalały na tych linach... I gdy czytam, jak morderca zakopuje w przewiewnym piaseczku pod tą pajęczyną szczątki swej pierwszej ofiary, przechodzą mnie lodowate ciarki... A ta brama? Ile razy tamtędy przechodziłam, zastanawiając się, co za bezsensowne ustrojstwo... Okazuje się, że ustrojstwo to kryje w sobie makabryczną tajemnicę... I jak tu teraz zachodzić do tego parku w majowe weekendy, nie myśląc o zbrodniach i zbrodniarzach?

Chwalę zatem tę książkę, bo ma w sobie właściwą dozę wszystkiego, co powinien mieć dobry kryminał. Chwalę, choć pewnie posypią się na mnie gromy, że robię Wam smaka na pozycję, której na razie nie ma nawet w zapowiedziach. Ale z drugiej strony, marudzimy, że ciągle w kryminalnym kociołku tylko ta Skandynawia albo Amerykanie, a wystarczy zerknąć tylko na bawarskie poletko, i proszę, jakie skarby... I nie jest wcale powiedziane, że pewnego pięknego dnia nie weźmiecie do ręki przekładu i tej powieści...

Moja ocena: 4 z wielkim plusiskiem (4+/5).

Brama do Starego Ogrodu Botanicznego w Monachium - w tym miejscu rozstrzyga się finał powieści...

Baza recenzji syndykatu "Zbrodni w Bibliotece"


Liza Marklund - blondynka o Afryce

Okładka najnowszej powieści Marklund - wydanie oryginalne
Zapraszam Was znowu na krótki wypad do Monachium na spotkanie z Lizą Marklund. Tylko na Zbrodni w Bibliotece macie jedyną i niepowtarzalną okazję do posłuchania, jak autorka kryminalnych bestsellerów śpiewa szwedzki hymn... oraz przeczytania, dlaczego to zrobiła na spoktaniu z czytelnikami. 

środa, 11 kwietnia 2012

Ben Aaronovitch "Die Flüsse von London" - czyli co jest ze mną nie tak


Ilość stron: 480
Wydawca: Deutscher Taschenbuch Verlag
Data premiery: 01.01.2012)
Język: niemiecki
Tytuł oryginału: Rivers of London
Cena: 9,95 euro


Nie myślcie sobie, że lubię pisać druzgocące recenzje. Już sam fakt, że człowiek miast obiecywanego wytwornego barolo skonsumował zwykłego sikacza, zlewkę poślednich gatunków bądź, co gorsza, w ogóle nie wino, tylko alkoholizowany napój winogronowy o szumnej nazwie alpagon de la patique, jest wystarczająco frustrujący. W dodatku trzeba tę frustrację jakoś ubrać w słowa, przekonać, że to nie recenzent jest nieznającym się na rzeczy cudakiem o osobliwym guście i zawyżonych wymaganiach, tylko autor nie stanął na wysokości zadania. No cóż, zaciskam zęby i postaram się druzgotać krótko i węzłowato.

Wydawca obiecuje nam humorystyczne urban fantasy, nęcąc nazwiskiem Harry Pottera (co by było, gdyby Harry Potter był dorosły, gdyby był policjantem we współczesnym Londynie...). Myślę sobie - super. Urban fantasy, mieszanka kryminału i lekkiej magii - tego mi trzeba. Zaczęło się nawet obiecująco - młody, początkujący konstabl Peter Grant pilnując miejsca zbrodni, w którym znaleziono zwłoki człowieka bez głowy, spotyka ducha. Ten zeznaje, że był świadkiem morderstwa. Ucieszony i podekscytowany policjant rozpoczyna przesłuchanie, a nawet proponuje udanie się na komendę celem spisania protokołu. Duch oponuje, twierdząc, że to byłoby trudne, ze względu na to, że nie żyje. Grant, służbista, pyta: "Czy może pan to udowodnić?"... I to już jest najlepsza scena tej książki, zdecydowanie najśmieszniejszy dialog... Taaaa.

Okładka oryginału

Wkrótce potem Grantowi proponuje się przyjęcie terminu u policjanta-czarodzieja i rozpoczęcie nauki, mającej potrwać dziesięć lat. Konstabl bezrefleksyjnie, nie dziwiąc się niczemu, przyjmuje posadę i zaczyna przemierzać wraz ze swym mistrzem zaułki Londynu, goniąc z końca miasta na drugi, a to by rzucić dwa granaty do domu, gdzie śpią dwa wampiry, a to w odwiedziny do czarnoskórej bogini rzeki, Tamizy. Absurd goni absurd, mistrz Nightingale wyjątkowo oszczędnie dozuje wiedzę czarodziejską i tę dotyczącą kulisów zbrodni, w związku z czym czytelnik błądzi przez większość czasu jak pijane dziecko we mgle, nie mając nawet szansy domyśleć się, o co w tym wszystkim chodzi. Pomiędzy poszczególnymi wypadami w dziwne rejony miasta uczeń czarnoksiężknika godzinami ćwiczy magię i łacinę (co bynajmniej nie jest spektakularne), a czytelnik ziewa z nudów. Co więcej, do samego końca nie widać jakoś związku pomiedzy tytułowymi rzekami Londynu, mamą Tamizą i tatą Tamizą i ich licznymi potomkami, a samymi zbrodniami, co niestety budzi uzasadnione obawy, że autor uraczy nas kontynuacją.

Postacie również nie zachwycają, Peter Grant jest wyjątkowo jednowymiarowy, mistrz czarodziej, postać o takim potencjale, wywołuje wyłącznie nudę, jedyną intrygującą osobą jest gospodyni Molly o osobliwych upodobaniach kulinarnych i żółtych ostrych zębach... Jeśli chodzi o zaszufladkowanie tej powieści do urban fantasy, do dokonując sekcji tego pojęcia stwierdzam, że urban to ona owszem, jest, bowiem bez planu Londynu ani rusz, ale poza ciągłymi wycieczkami po tym zacnym mieście nic z tego nie wynika. Fantasy tyle co kot napłakał, nie wiem, po co autor kombinował z tymi nigeryjskimi boginiami rzeki, a poza tym z fantasy mamy od czasu do czasu jakąś kulkę światła, jakiegoś zdechłego wampira i jakieś nieudane zaklęcia. Jedynym jasnym punktem w tych katakumbach nudy jest próba powiązania magii z nauką poprzez postać nie tyle założyciela, co tego, który usystematyzował podwaliny czarodziejstwa - Izaaka Newtona. Niejakiej dozy rozrywki dotarczają również autopsje ofiar magicznych zaklęć lub osób, które stosowały ją nierozważnie i w nadmiarze - całkiem udała się autorowi postać patologa. 

Poza tym wieje nudą. W pewnym momencie zaczęłam się nawet zastanawiać, czy aby czytam tę samą książkę, którą wszyscy tak wychwalają w recenzjach, a stwierdziwszy, że bez wątpienia tak, poczułam się jak raróg. Co ze mną nie tak? Dlaczego nie potrafię dostrzec tych wszystkich wychwalanych atrybutów tej książki? Coś mam ze wzrokiem? Z głową? Poczucie humoru mi wysiada? A może po prostu się nie znam?

Sugerując to ostatnie, informuję, że książka znajduje się w zapowiedziach wydawnictwa MAG na styczeń 2013, więc będziecie mieli okazję przekonać się sami, kto tu jest niehalo. Pomęczcie się sami. 

Daję 2 gwiazdki i to już jest szczodrość z mojej strony (2/5).

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Catherynne M. Valente "Nieśmiertelny" - magiczne serce Rosji

Wydawca: Mag
Data premiery: 2012.03.02
Język wydania: polski
Język oryginału: angielski
Tłumaczenie: Waliś Robert
Tytuł oryginału: Deathless
Ilość stron: 287
Cena: 37 zł

Pierwsze zdanie: " Złoty dym z palonego drewna ciężko wisiał nad zżętą pszenicą, a ziemia jeżyła się rżyskiem niczym łysiejąca staruszka".

Podoba Wam się to pierwsze zdanie? To nie jedyne w tej książce, które jak pędzlem maluje obrazy w wyobraźni czytelnika. Stwierdzenie, że Valente bardziej używa do tworzenia swych powieści pędzla i farb, niż atramentu, lub - nie daj Boże - komputera, nie jest przesadzone.

Dotychczas, śledząc entuzjastyczne recenzje, prześlizgiwałam się wokół książek tej amerykańskiej pisarki z dość dużą podejrzliwością. Jeśli coś jest chwalone w nadmiarze, to jest to dziwne, nietypowe i należy to zbadać. Mój wybór padł na wydaną w tym roku powieść "Nieśmiertelny" bowiem opis z okładki obiecywał niesamowitą mieszkankę rosyjskich mitów i słowiańskiej magii z historią około- i powojenną Związku Radzieckiego. Alternatywną historią. Wybuchowe połączenie, pomyślałam.

Powieść zaczyna się jak rosyjska baśń. Nie będę opowiadać w tym miejscu fabuły, bo autorka robi to po tysiąckroć lepiej, dość rzec, że bohaterką jest młoda dziewczyna Maria Moriewna, czwarta córka pod względem wieku i urody, która czeka na męża. I znajduje go. Kościej Bezsmiertnyj. "Miał długie, przydymione rzęsy jak dziewczyna, a jego włosy powiewały na wietrze niczym futro dzikiego psa. (...) Gdyby w wolnym czasie robiła sobie na drutach kochanka zamiast ubranek dla synka Anny, powstałby właśnie mężczyzna, który przed nią klęczał, wliczając nawet widmowe plamki srebra we włosach". Każdy, kto kiedykolwiek zetknął się z rosyjskimi baśniami, wie jednak, kim, lub czym jest Kościej, a Maria, biorąc go za męża, przypieczętuje swój los. Czytelnik towarzyszy jej w jej karkołomnych dziejach niemal do starości.

Okładka oryginału

Szalona to historia, wariacka, fantastyczna. Wątki mityczne splatają się z historycznymi, a całość opowiedziana jest monotonną, rytmiczną manierą opowiadacza bajek. I jaka galeria postaci! Oprócz Kościeja autorka przyzywa na karty powieści Babę Jagę (która każe mówić do siebie przewodnicząca Jaga - wszak to czasy porewolucyjne, a towarzyszką to ona dla zwykłych śmiertelników nie jest...), domowiki i domowichy, lesze, wiły - cały kalejdoskop figur z nostalgicznych rosyjskich opowiadań. Można się zakochać w tej kolorowej zbieraninie, dać się zaczarować poezji, którą nasiąknięte są kreowane przez Valente obrazy. Są to wizje poplątane, psychodeliczne, rozbuchane, a jednak wszystkie zakorzenione w słowiańskiej mitologii. Autorka przyznaje w posłowiu, że historie te zawdzięcza rodzinie swego rosyjskiego męża i to cementuje tylko ich potęgę, impet, autentyczność.

Tyle, że nie jest to bajka dla grzecznych dzieci, a autorka nie stroni od scen pełnych okrucieństwa, wyuzdanego dziwacznego seksu, brutalnych opisów głodującego Leningradu (te są jednymi z najbardziej przejmujących w tej powieści). Ale i osobliwy związek Marii i Kościeja daleki jest od folderowego, słodkiego opisu małżeńskiego pożycia. Mimo że opowiedziany w bajkowej konwencji, związek ten to relacja na trzeźwo z psychologicznych zmagań dwóch silnych osobowości, walki uczuć i namiętności, a są nimi nie tylko miłość, lecz nienawiść, zemsta, pogarda. Uszpikowane jest to wszystko pełnymi goryczy sentencjami (w ogóle z powieści tej można sypać bez końca cytatami...). Czyż nie są prawdziwe słowa Baby Jagi skierowane do Marii: "Nie rób takiej zaskoczonej miny; po kilku eonach spędzonych z mężczyznami ty też poszukasz sobie żony. To diabelnie przydatne istoty. Lepsze niż krowy. Kochają cię za to, że je bijesz, i harują aż do śmierci"?

Ogromnym plusem tej powieści jest jej plastyczność. Czytelnik nieustannie bombardowany jest obrazami, które materializują się, epatując kolorem, zapachem, smakiem. Właśnie, smakiem. Sam opis potraw, pojawiających się na wszystkich stronicach, jest bombastyczny (nie daj Boże czytać to na głodniaka). Ile zmysłowości w takich oto słowach: "Kościej ukroił grubą kromkę chleba. Skórka chrupnęła pod nożem i kromka upadła, wilgotna i ciężka, czarna jak ziemia. Jednym pociągnięciem ostrza posmarował ją zimnym solonym masłem, po czym nałożył trochę kawioru, tworząc smugę ciemnych jajeczek na bladozłotym tłuszczu." Mniam. Na antypodach stoi oczywiście opis potraw, przyrządzanych w głodującym Leningradzi - ale tego Wam oszczędzę. Przyznam, że ten nieustanny atak żywych, plastycznych elementów momentami mnie przytłaczał i nużył, przywodząc na myśl umysł zmęczony nieustannym bombardowaniem bodźcami.

I podejrzewam w zwiazku z tym, że nie jest to lektura dla każdego. Pewna wytrwałość, otwartość na inność, zaprawienie w boju z podobnym bogactwiem i rozbuchaniem na pewno pomoże tę książkę strawić. Osoby szukające łatwej rozrywki polegną zniechęcone po kilu stronach, ale ci, dla których książka to coś więcej  niż zabicie kilku godzin, zostaną nagrodzeni prawdziwą lukulliczną ucztą. Ucztą wyobraźni.

Wielkie brawa na zakończenie dla tłumacza. Musi mieć duszę poety i warsztat solidnego rzemieślnika. Bez niego ta książka nie byłaby tym, czym jest.

Daję maksymalną ocenę: 5/5.