Ads 468x60px

czwartek, 29 listopada 2012

Na co czekam...


Wydawcy sypnęli informacjami o planach wydawniczych na przyszły rok i chociaż terminy na połowę przyszłego roku wydają się na razie abstrakcyjnie odległe, niektórych tytułów wyczekuję z wielkim utęsknieniem. W moim koszyku przyszłorocznym znalazły się te kąski:

1) Mark Allen Smith "Der Experte" (oryg. Expertise)
A jednak! Przeczucie mnie nie omyliło i nastąpi dalszy ciąg przygód specjalisty od tortur, Geigera. Pierwsza część ukazała się w Polsce w tym roku w Hachette, pisałam o niej tutaj, natomiast drugi tom zapowiadany jest w Niemczech na 16 sierpnia 2013. Nie powiem, cieszę się, bo "Inkwizytor" nie mógł się skończyć, ot tak, zbyt wielu informacji brakowało na koniec.



2) Tess Gerritsen "Abendruh" (oryg. Last to Die) Gerritsen jest pracowita jak mróweczka i już 26 kwietnia 2013 zaserwuje nam kolejny tom popularnej serii Rizzoli & Isles. Z notki wydawcy: Jako jedyni przeżyli straszliwe rodzinne tragedie. Najpierw brutalnie zamordowano ich rodziców, potem rodziny zastępcze. W internacie położonym gdzieś w odległych rejonach stanu Maine mają odzyskać zaufanie do ludzi i odnaleźć drogę do normalnego życia. Jednak pomimo tego, iż szkoła jest hermetycznie zamknięta dla postronnych, dochodzi do niepokojących incydentów, a trójka nastolatków zaczyna obawiać się o życie. Maura Isles, którą z internatem łączy osobista więź, jest na miejscu, kiedy zagrożenie eskaluje... I co jest temat na bestsellera? Notabene, Albatros ma tę pozycję w zapowiedziach na przyszły rok, pod tytułem "Ostatni, który umrze" (sznurek tutaj). 



3) Ake Edwardson "Die Rache des Chamäleons" (oryg. Möt mig i Estepona) Kolejny Winter! I to już 15 lutego 2013. Z opisu wydawcy: Twój mąż cię kocha. Kocha wasze dzieci. Jest człowiekiem sukcesu, prowadzicie udane życie. Ale jedna wiadomość zmienia wszystko. Kumpel z dawnych czasów twierdzi, że twój mąż jest mu coś winien. I żąda zadośćuczynienia. Z miłości porywasz się na  tajemniczą misję. Ale kim jest mężczyzna u twego boku? Najnowszy thriller Edwarsona przenosi czytelnika do Andaluzji i w terrorystyczną przeszłość. Coś mi się widzi, że Szwedzi wyjątkowo rozkochali się w tej Andaluzji - najpierw Marklund, teraz Edwardson... Za zimno im, czy co?...

4) Stephen King "Joyland" ma się ukazać 17 czerwca. Wydawca kusi tak: Bestseller Stephena Kinga "Dallas 63" spotkał się z entuzjazmem krytyków. W powieści "Joyland" autor zabiera czytelników na wyprawę w lata siedemdziesiąte. W niewielkim wesołym miasteczki krzyżują się drogi ukrywającego się mordercy i dziecka.  Devin Jones, jest studentem zarabiającym na opłacenie uwiwersytetu w parku Joyland w Północnej Carolinie. Jest lato roku 1973, a myśli studenta zaprzątają trzy sprawy: jego wielka miłość Wendy zrywa z nim listownie. W diabelskiej kolejce Horror House rzekomo straszy, odkąd zamordowano w niej dziewczynkę. Wreszcie frapuje go tajemnica pięknej młodej kobiety, której willę chłopak mija każdego dnia. Zafascynowany beztroskim życiem w miasteczku Devin przedłuża swój pobyt. Jego ciekawość wyzwala lawinę wydarzeń, w których stawką okaże się życie... Nie wiem jak wy, ale ja zamierzam sprawdzić, co to za wydarzenia.

5) Klüpfel i Kobr "Herzblut" (w wolnym przekładzie: Własną krwią)
Kolejny Klufti na horyzoncie - już 26 lutego. Mały przedsmak: Kluftinger jest święcie przekonany, że  podczas rozmawiając przez komórkę z anonimowym rozmówcą  - to akurat podczas wyczekiwanej z obawą konferencji prasowej szefa - jest świadkiem morderstwa. Jego koledzy policjanci próbują wybić mu z głowy to podejrzenie, twierdząc, że ma "zwidy, spowodowane zbyt intesywną konsumpcją pieczeni wieprzowej". Kluftinger na własną rękę wszczyna dochodzenie i na miejscu zdarzenia znajduje dużą ilość krwi, jednak nie ciało. Wydarzenia nabierają dynamiki, kiedy rejonem Allgäu wstrząsa seria brutalnych morderstw. Kiedy wreszcie pojawiają się brakujące zwłoki, a Kluftinger orientuje się, co łączy wszystkie zbrodnie, jest już prawie za późno... Prywatnie również znajduje się pod presją: od wielu dni dokucza mu kłujący ból w mostku. Kluftinger obawia się najgorszego. Upokarzające badanie u wiecznego antagonisty doktora Langhammera zdaje się potwierdzać podejrzenie. Ale komisarz postanawia wziąć się za siebie. Tylko czy dieta bezmięsna, pozbawiona ulubionych "kässpatzen" i kurs jogi to właściwa droga?... I śmiesznie, i strasznie...

6) Peter F. Hamilton "Die Dämonenfalle" (oryg. Manhattan in Reverse) ukaże się 14 marca 2013. Czego się spodziewać? Notka wydawcy jest dość enigmatyczna, nie wiadomo, czy chodzi o morderstwa popełnione w alternatywej wersji wiktoriańskiego Oxfordu, czy o nowy tom ze świata Wspólnoty - jedno jest pewne " Void Trilogy" to to nie jest... Nowa seria?



7) Ian Rankin "Mädchengrab" (oryg. Standing in Antoher Man's Grave - tytuł to kolejny dowód bezgranicznej kreatywności niemieckich wydawców, którzy postanowili, że powyższe to Grób dziewczynki). Rebus powróci 11 marca! 
Po pięciu latach emerytury inspektor Rebus udaje się znowu w pościg za zbrodniarzem, tym razem po cywilnemu. Uparty Szkot nadal kopci jak lokomotywa i nie stroni od whisky - wbrew wszelkim zaleceniom lekarzy. Przełożonych ignoruje, a jak się nie da, to idzie z nimi na udry. I tak popada w konflikt z Malcolmem Foksem. Temu się nie podoba, że John, tropiąc seryjnego mordercę, działa na własną rękę i zgodnie z własnymi kontrowersyjnymi metodami. Ma wszystkich przeciw sobie - prawie wszystkich, bowiem ulubiona koleżanka Siobhan Clarke jako jedyna stoi po jego stronie... Kto by by pomyślał: konfrontacja Rebusa i Foksa? Ciekawam tego bardzo. A tak na marginesie - zauważyliście, że motyw ukatrupionego ptaszka jakoś bardzo się podoba niemieckim grafikom?...


A czy Wam zabiło mocniej serce na widok któregoś z tych tytułów?...

środa, 28 listopada 2012

Karin Fossum "Schwarze Sekunden" (Czarne sekundy) - o jakości lapidarności


Audiobook 4 CD
Dhv der Hörverlag
Data premiery: 2004
Tytuł oryginału: Svarte sekunder
Przekład na niemiecki: Gabriele Haefs
Lektor: Nina Petri
Wersja autorska skrócona, 309 minut
Cena: 28 euro

Czy można się przesycić skandynawskimi kryminałami? Można. Jeśli ze wszystkich stron napierają rzekome bestsellery z etykietą "skandynawskie", a człowiek obawia się, że otworzywszy lodówkę, zostanie napadnięty przez "piątego Larssona", albo "książkę, która podobała się Läckberg", to trudno reagować inaczej, niż lekkim odruchem wymiotnym, zwłaszcza iż jakość zachwalanych dzieł nie idzie w parze z pracującą na najwyższych obrotach machiną promocyjną. 

Właśnie ukazała się "nowa" Fossum. "Nowa" w cudzysłowiu, bowiem "Czarne sekundy" właściwie żadną nowością nie są, wszak napisane zostały już dziesięć lat temu. Karin Fosum jest dobrą, solidną marką, więc czytelnik powinien się cieszyć z uzupełnienia luk. Z drugiej strony, jeśli to prawda, iż polski przekład wykonano nie z norweskiego, a z angielskiego (doszły mnie takie słuchy), to aż się chce zawyć i przewrotnie, celem eksperymentu, przetłumaczyć to-to z powrotem na norweski i przedłożyć autorce do wglądu...

Nie mnie jednak oceniać jakość polskiego przekładu, bowiem powieść poznałam w wersji niemieckojęzycznej, znakomicie przetłumaczonej, kogenialnie przeczytanej przez aktorkę Ninę Petri. Możnaby się po raz kolejny zastanowić, na ile lektor może przyczynić się wzbogacenia (lub zeszpecenia) dzieła - w tym wypadku nie mam najmniejszych wątpliwości, że interpretacja Niny Petri fenomenalnie stopiła się z atmosferą powieści, nadała jej dodatkowy wymiar, uwydatniła rysy postaci.

Ale do rzeczy. "Czarne sekundy" to kolejny tom z komisarzem Konradem Sejerem, jednak nieznajomość poprzednich części nie stanowi uszczerbku dla lektury. Intryga zasadza się na pomyśle nienowym, ale najwyraźniej atrakcyjnym dla wielu autorów - ginie dziecko. Dziesięcioletnia Ida Joner wyrusza na nowym, żółtym rowerze do kiosku i nigdy nie wraca; koszmar dla samotnie wychowującej ją matki, sensacyjny temat dla tabloidów, zagadka i wyzwanie dla miejscowej policji. Autorka nie trzyma się kurczowo jednego narratora - początkowo skupia się na dramacie matki, trzymanej w kleszczach stuporu i nadziei, później przenosi perspektywę na inne postacie, przyjmując rolę wszechobecnego obserwatora. Dzięki temu chwytowi czytelnik ma wrażenie, że doskonale zna każdą z postaci. Jak się można spodziewać, dziewczynka nie odnajduje się cała i zdrowa, a jej zaginiecie to jedynie początek tragedii. Wraz ze znalezieniem ciała dziecka dość prędko krystalizuje się, kto mógł mieć związek z jej śmiercią. Policja tego nie wie, ale czytelnik owszem: początkowo oscyluje między prowadzącym podwójne życie nastolatkiem, a miejscowym dziwakiem, którego niegdyś nazwanoby wsiowym głupkiem, dziś zaś przylepiono etykietkę osoby autystycznej i niepełnosprawnej umysłowo. 

Wydanie polskie, Papierowy Księżyc
Łatwość, z jaką domyślamy się, jak rozegrał się dramat, nie umniejsza jednak przyjemności lektury. Fakt, wielkich niespodzianek tutaj nie przeżyjemy, jakość tej prozy nie zasadza się jedna na dynamice akcji i jej dramatycznych zwrotach, ale na kameralnym, niespiesznym, acz wnikliwym szkicowaniu dramatis personae. Lapidarny język, unikający szkatułkowych zdań i barokowych figur retorycznych, precyzyjny i poetycki zarazem, sprawia, że mimo linearności i przewidywalności fabuły czytelnik nie ma wrażenia nudy czy poczucia straconego czasu. 

Zachwyca empatia autorki, z jaką kreśli hermetyczny świat Emila Johannesa, i choć komisarz Sejer nie wyróżnia się niczym szczególnym, to może właśnie jego spokojny sposób prowadzenia śledztwa i wrażliwość, z jaką przesłuchuje podejrzanych, stanowią o jego mistrzostwie i ostatecznie o sukcesie śledztwa. A także o mistrzostwie Fossum, która z banalnej historii, pozbawionej spektakularnych momentów, zdołała stworzyć nietuzinkowy obraz, który wchłania doszczętnie od pierwszej do ostatniej sceny, nie pogrążając jednocześnie w typowym, posępnym klimacie północnej beznadziei. 

A zatem, jak ocenić ten kryminał, w którym już po 80 stronach domyślamy się osoby mordercy? Wbrew pozorom, bardzo dobrze, choć być może moją zdolność oceny przyćmiła rewelacyjna interpretacja tłumaczki i lektorki. Dlatego dając tej pozycji mocną czwórkę, podkreślam, że na tapecie miałam wersję do ucha, w języku niemieckim.

Moja ocena: 4/5.


poniedziałek, 26 listopada 2012

Max Bentow "Der Federmann" (Ptaszydło) - czyli o wzorcu szybkiego odmóżdżacza


Wydawnictwo: Page & Turner
Data premiery: 25.07.2011
Ilość stron: 383
Cena: 14,99 euro

Niewiele jest książek, których nie jestem w stanie przeczytać ze względu na opisaną brutalność i bestialstwo,   flaki, bebechy, sceny obrzydliwe i przejmujące wstrętem. Z reguły jest nawet tak, że im bardziej autor się stara, by zaszokować, przytłoczyć i unurzać czytelnika w tego rodzaju smakowitościach, tym bardziej okazuje się, że efekt jest wręcz przeciwny - całość zaczyna przypominać kiepską komedię, a okrucieństwo, miast straszyć, śmieszy. A ponieważ sporo pisarzy czerpało już z tej studzienki, to i niewiele nowego można w tym względzie wymyśleć. Temat seryjnego mordercy, mordującego w wyrafinowany i okrutny sposób jest już dość wyeksploatowany. Z tym większą nieufnością podeszłam do debiutanckiej powieści niemieckiego autora Maxa Bentowa pod znaczącym tytułem "Der Federmann" (w wolnym przekładzie "Człowiek w piórach"). 

Już niesamowita okładka zwiastuje pójście w pewnym określonym kierunku. I faktycznie, mój instynkt się nie pomylił. Jest seryjny morderca, jest okrutna zbrodnia, zapowiedziana wizytą małego, wystraszonego ptaszka, wpuszczonego do sypialni ofiary przez mordercę. Zapowiedziana zbrodnia wydarza się i tak - kobieta ginie, jej ciało zostaje zmasakrowane, a piękne blond włosy obcięte i zabrane jako trofeum. Oczywiście, schemat się powtarza, ginie kolejna blondynka, jednak tym razem morderstwo przypadkiem obserwuje córka ofiary, której w ostatniej chwili udaje się umknąć. 

Zatrzymajmy się jednak na moment przy słowie "schemat". Ktoś, kto przeczytał pewne pensum podobnej literatury, niechybnie rozpozna w tej powieści parę z nich. Nie mówię już nawet o brutalnych okaleczeniach i wymyślnej ptasiej okrasie zbrodni (czyż podobnych wątków nie wykorzystała już w genialny sposób Mo Hayder?), ale o postaci berlińskiego detektywa Nilsa Trojana. Schematyczna jest jego poharatana dusza (czyżby nie było już policjantów bez nerwowych lęków, paranoi, problemu alkoholowego i tym podobnych?), schematyczna jest potajemna psychoterapia, schematyczne jest zadurzenie się przez detektywa w pięknej pani psycholog, schematyczne jest wpadnięcie pięknej pani psycholog w łapska zbrodniarza. Tu i ówdzie pachnie zapożyczeniami z innych dzieł, na szczęście z tych lepszych, bo to nie wstyd uczyć się od Harrisa, na przykład, który stworzył jedną z najlepszych postaci psychopatycznego mordercy w ogóle.

Autor odrobił lekcje i przeczytał właściwe pozycje z nurtu "jak pisać bestsellery". Trzeba przyznać, że nie rozmienia się na drobne i po kolei odhacza wszystkie najważniejsze punkty. Pozostaje przy tym wierny gatunkowi, poruszając się raczej w płytkich wodach. Na głębokie kreacje postaci, filozoficzne dywagacje czy psychologizowanie nie ma tu ani miejsca, ani czasu. Bowiem jedno Max Bentow opanował do perfekcji: operowanie tempem i dynamiką. Jeszcze nigdy chyba nazwa wydawnictwa tak dobrze nie oddała charakteru wydanej pozycji: to jest prawdziwy, rasowy page turner, napisany, by trzymać w napięciu od pierwszej do ostatniej strony, by zaszokować, raz czy dwa zaskoczyć, a w ogóle to zdjąć z czytelnika ciężar myślenia.

Czuje się wyraźnie, iż autor maczał palce w branży teatralnej, bowiem mocną stroną książki są dynamiczne dialogi, zaś niektóre sceny zostały napisane jakby prosto na deski. Mało opisów, sporo dialogów, błyskawiczna akcja, jeden znakomity moment zaskoczenia, od czasu do czasu można się potknąć o małą nielogiczność lub płycizna - tak w skrócie można streścić najważniejsze cechy tej książki. No i jest Berlin - miłośnicy tego miasta wyjdą na swoje, choć momentami miało się wrażenie, że autor opisuje trasę, którą wytyczył mu przedtem GPS - skręcił w Hermannstrasse, doszedł do Freisinger Strasse i tak dalej.

Stanowczo odradzam poszukującym ambitnej lektury, szczerze zaś polecam łaknącym szybkiego odmóżdżacza. Wszak nie samym noblistą człowiek żyje, a w repertuarze każdego mola zapewne znajduje się czasem dziełko nieco trywialniejsze. Takim dziełkiem jest "Człowiek w piórach" - przeczytane bez większych refleksji, za to wchłonięte w dwa popołudnia z mokrymi plamami pod pachami  i zapewne szybko zapomniane. I nie szkodzi, bo Max Bentow napisał już drugą powieść, po którą w potrzebie chętnie sięgnę.

Moja ocena: czwórasek, taki niepełny trochę, ale zawsze (4-/5).


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania trójka pik w kategorii pisarz z kraju sąsiadującego. 


Za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego serdecznie dziękuję wydawnictwu. Więcej o programie znajdziecie na stronie: www.goldmann-verlag.de oraz na facebooku (www.facebook.com/goldmannverlag).

niedziela, 25 listopada 2012

Białą ciszą otuli się...



I już wszystko wiadomo. Walczyliście dzielnie, pomysłowo, nie szczędząc ciosów poniżej pasa i stosując rozmaite finty. Za wszystkie zgłoszenia serdecznie dziękuję i najchętniej wlepiłabym każdemu po książce... A teraz... Cóż, chciałaś - masz... i pomęcz się teraz wyborem. Po licznych rozterkach i wahaniach wybieram  faworytów.

Po egzemplarzu powieści "W białej ciszy" autorstwa Inge Löhnig otrzymują:

1) opty2 

(za brawurowy dialog pomiędzy... ach, sami zobaczcie. Niechże ten tomik przekona ją, że Skandynawia nie zawsze jest górą...)

2) book-erka

(za przewrotność i blask fantastyczny, z nadzieją, że jednak nie wykorzysta tej książki w sposób, jakim mi grozi)

3) oisaj 

(by oszczędzić mu traumy warszawskiej, z przykazaniem, by książka została wśród Krakusów i łaskawym przyzwoleniem, by wykorzystał ją również do rąbnięcia Viv w potylicę, zgodnie z jej wyraźnym życzeniem, a wręcz żądaniem).

Dodatkowy, ponadprogramowy i prywatny egzemplarz "W białej ciszy" chciałabym przekazać bookfie, piętnując jej niewiarę w to, że można mnie zaszokować i podstępnie pragnąć posiać defetyzm kryminalny w dalekiej Skandynawii.

Nagrodzonych proszę o podanie na drodze mailowej adresu, na który mam wysłać książkę, a zawiedzionych zapewniam, że było blisko... i zapraszam na kolejny konkurs:-)


czwartek, 22 listopada 2012

Wiktor Hagen "Dzień zwycięstwa" czyli prawo to prawo



Wydawnictwo: WAB
Mroczna Seria
Premiera: listopad 2012
Ilość stron: 472
Cena: 39,90 zł

Kim jest Wiktor Hagen?... To pytanie zadawali sobie liczni admiratorzy polskiego kryminału, kiedy ukazał się pierwszy tom z komisarzem Nemhauserem. Nikt nie miał wątpliwości, że to pseudonim autora, który niczym efemeryda wychynął znikąd, namącił w kałuży "Granatowej krwi", zdobył parę serc i nominację do nagrody Wielkiego Kalibru, by niedługi czas później pojawił się znowu w "Długi weekend". I znowu spekulacje, zgadywanki, znowu nominacja.

Tożsamość autora dla żadnego znawcy polskiej sceny kryminalnej nie powinna już stanowić żadnej tajemnicy. Tymczasem Nemhauser pojawił po raz trzeci, w "Dniu zwycięstwa". Czy naprawdę zwycięży tym razem?...

Warszawski policjant, którego polubiliśmy w "Granatowej krwi", wstrzyknął w truchło polskiego kryminału witalne serum. Historyk z wykształcenia, który poszedł do policji z wiary i głębokiego przekonania, że coś w ten sposób zmieni, mąż dragona w spódnicy o słodkim imieniu Paula i ojciec bliźniaków z piekła rodem o wymyślnych imionach Cyryl i Metody (tu autor pojechał po bandzie, chyba NIKT w realu nie uczyniłby tego owocom własnych lędźwi), miotający się między łapaniem zbrodniarzy za dnia, a gotowaniem w ciekawej knajpce wieczorami... I mimo wszystko, wbrew pozornej fajtłapowatości i braku asertywności  wzbudzający sympatię, a ostatecznie i respekt swym gończym instynktem, pryncypiami i umiejętnością kojarzenia faktów.

W niedawno wydanej trzeciej części przygód Nemhausera biedny komisarz nieco mniej miota się po Warszawie między przedszkolem, domem i dwiema pracami, a bardziej poświęca się temu, do czego został stworzony, czyli tropieniu morderców. I faktycznie ma ręce pełne roboty, bowiem trup jest, i to niejeden. Na początek ginie od kuli w głowie kombatant, emerytowany pułkownik, powszechnie poważany uczestnik bitwy o Anglię i w ogóle postać świetlana i kryształowa. To, co początkowo wygląda na samobójstwo, po chwili okazuje się morderstwem, a uroczystości cudu nad Wisłą w podwarszawskim Jazdowie zostają poważnie zakłócone. W jego ślady podąża niedługi czas potem niejaki Wiesław Kielonek (i wbrew pozorom nie jest to żul z Ząbkowskiej, spędzający dnie nad alpagą, tylko wyjątkowo obrzydliwy typ korporacyjny), zaś jego zejście nosi pewne znamiona mordu rytualnego. Komisarz z nieodłącznym Mariem, którego występy podczas przesłuchań świadków i podejrzanych z regularnością szwajcarskiego zegarka przyprawiały mnie o złośliwy uśmieszek ("Może jak mu przypierdolę, to coś powie", "No i nie przypierdoliłem mu - skwitował ze smutkiem" - cytaty z pamięci), rozkręca się powoli, węsząc w hermetycznym światku polskiej arystokracji (a tak, mamy taką), z niesmakiem wywlekając na świat dzienny obrzydliwości polityki, układów, układzików, interesów i nacisków. Polskie piekiełko ma się nieźle i wszystko wskazuje na to, że tak pozostanie. Dostaje się elitom politycznym i kościelnym dołom. Utkana tu intryga jest lekko zagmatwana, z paroma krótkimi wycieczkami w przeszłość, co chwilę zaś wypływają nowe aspekty, ukazujące całość w zupełnie odmiennym świetle. Ze względu na nieco zamkniętą przestrzeń miejsca zbrodni (plebania w prowincjonalnym miasteczku, gdzie niepodzielnie rządzi ksiądz) gęsta atmosfera śledztwa przypomina nieco klasyczne kryminały w stylu closed room, zwłaszcza że przewija się tu cała galeria podejrzanych, łącznie z tradycyjnym ogrodnikiem.

Jest bardzo współcześnie, co powinno zadowolić osoby kręcące nosem na wszechobecne retro, są liczne aluzje i dygresje do aktualnych wydarzeń z pierwszych i dalszych stron gazet, topograficznie i faktograficznie wszystko gra. Z rozrzewnieniem i wielkim ukontentowaniem podążałam Nemhauserem po znanych warszawskich zaułkach, a nawet przez koszmarne skrzyżowanie Marsa z Płowiecką, gdzie Mario z Nemhauserem mieli bliższe spotkanie trzeciego stopnia z antypatycznym kierowcą czarnego hummera. Nasycenie autentycznymi detalami było jak trzeba, bez irytującego klepania nazw marek, produktów i ulic, ale wystarczająco naturalne, by zagłębić się w książkową rzeczywistość bez poczucia, że ktoś (autor) nas robi w balona.

Jest to kryminał bardzo polski także z tego względu, że nie ma tu typowego dla wielu pozycji anglosaskich, skandynawskich czy nawet niemieckich betonowego przywiązania do litery prawa. Tu mataczy, kręci i tuszuje dosłownie każdy, od policyjnego pionka po najwyższe piętra, zaś sprawiedliwości staje się zadość (albo i nie) nie na skutek przykładnego ujęcia sprawcy przez sprawny aparat władzy i posadzenie go za kratkami. Tu sprawiedliwość rozgrywa się w kuluarach, za zamkniętymi drzwiami, pokątnie. Prawo to prawo?...

Co tu dużo gadać, to jest dobry kryminał. Po słabszym "Długim weekendzie" tajemniczy Hagen wraca do formy i przywraca mi wiarę w polskich kryminalistów.

Moja ocena: czwóra z plusem (4+/5).

wtorek, 20 listopada 2012

Peter Watts "Abgrund" (Rozgwiazda) - otchłań z drugim dnem



Wydawnictwo: Heyne
Tytuł oryginału: StarfishTrylogia ryfterów
Wydanie polskie: Rozgwiazda, Ars Machina, 2011
Ilość stron: 496
Cena: 8,95 euro
Data premiery: 05.05.2008

Polskie wydanie 
Żeby zmierzyć się z obcością, czasem wcale nie trzeba ruszać w stronę odległych i miliony lat świetlnych galaktyk. Świat niezbadany i bardziej obcy ludzkiej naturze, nikt ktokolwiek mógłby sobie wyobrazić, znajduje się wcale nie tak daleko, na rodzimej planecie człowieka. 

I z tą rodzimą obcością skonfrontował czytelnika Peter Watts, autor okrzyczanej i nagradzanej powieści "Ślepowidzenie". Chronologicznie "Trylogia ryfterów" powstała dużo wcześniej, zaś "Rozgwiazda" jest debiutanckim dziełem Wattsa, który z wykształcenia jest doktorem biologii morskiej. W przypadku pisarzy uprawiających science fiction pożądane jest, żeby mieli niejakie pojęcie o tym, o czym piszą. W pewnym stopniu muszą się wszak zabawić w Pana Boga, a przynajmniej podjąć próbę aktu tworzenia, ze wszystkimi jego fizycznymi, biologicznymi i antropologicznymi konsekwencjami i niekonsekwencjami włącznie. Watts w tym względzie nie rozczarowuje. Pisze o tym, na czym zna się najlepiej - o oceanach. A w zasadzie o tym, co się czai w jego najmroczniejszych głębinach. 

Nie o morskich potworach jest jednak ta książka, a o ludziach, rzuconych w najbardziej wrogie im środowisko: 3000 tysięcy metrów pod powierzchnią oceanu, tuż nad krawędzią rowu tektonicznego, czyli ryftu. Niezaspokojony głód energii sprawił bowiem, że ludzkość zmuszona została poszukać alternatywnych źródeł i skoncentrowała się na energii geotermalnej. "Wtyczkę" postanowiono wetknąć bezpośrednio do kontaktu, czyli w miejscach, gdzie na skutek nieustannych tarć płyt tektonicznych Ziemia buzuje czystą energią. Do obsługi gigantycznych generatorów w otchłań posłani zostają odrobinę zmodyfikowani ludzie. Ich płuca zastąpił zaawansowany moduł  techniczny, dzięki któremu homo sapiens porusza się w nieprzyjaznym wodnym środowisku pod naciskiem wielu atmosfer jak ryba w wodzie. 

Absurd, powie może ktoś, kto ma pojęcie o nurkowaniu. Zapewniam Was, że Watts znajdzie argumenty, by przekonać najbardziej zatwardziałego niedowiarka. To fantastyka naukowa, ale z naciskiem na to drugie słowo. Osoby, jak diabeł święconej wody unikające w literarurze wszelkich dywagacji naukowych, nie muszą się jednak obawiać - nawet taki ignorant jak ja jest w stanie podążyć za technicznymi i fizycznymi wywodami autora. Tym bardziej, że to nie otoczka naukowa jest, nomen omen, sednem tej opowieści. Te pozostają subtelnym, acz wybitnie realistycznym tłem. Na pierwszy plan wysuwa się przede wszystkim tłamsząca, klaustrofobiczna atmosfera rodem z najlepszych horrorów. Większość scen tej powieści rozgrywa się pod wodą, bezpośrednio w odmętach oceanu lub w spartańskich, nagich pomieszczeniach stacji Beebe, zasiedlanej przez garstkę wybrańców, choć może właściwszym słowem byłoby: skazańców. To nie elita zesłana zostaje do obsługi podmorskiej aparatury, choć owszem, pracowników stacji wybrano w starannym procesie selekcji. To wykolejeńcy, osobnicy o potłuczonych duszach, którzy wykształcili na skutek kolei losów jedną, bardzo przydatną w odmiennym środowisku cechę: owi "wybrańcy" potrafią się adaptować do otaczających warunków. I należą do nich w jednakowym stopniu pedofil, jak i kobieta, od dziecka będąca wyłącznie ofiarą kolejnych gwałcicieli i dręczycieli. Nietrudno się domyślić, że mroczne zakamarki psychiki bohaterów doskonale stapiają się z ciemnością morskiej otchłani.

Watts wykorzystał ciasną i hermetyczną przestrzeń stacji do nakreślenia ciekawych mechanizmów działających w zamkniętych społecznościach. Korelacje między członkami załogi są chłodne, subtelne, pełne ukrytych podtekstów, sugerujących, że za tym wszystkim kryje się coś jeszcze. Dość prędko aktywują się psychologiczne podziały i zawiązują fronty, pojawiają pytania bez odpowiedzi i domysły. Zaś ludzie, stawiający czoła oceanowi i abstrakcyjnym "nim" zaczynają się powoli, niemal niezauważalnie zmieniać. Wykształcają właściwości, o jakich rozprawiają fantaści, które idą w parze z wymiernymi, fizjologicznymi zmianami. Na koniec przyjdzie im się zmierzyć z wrogiem, o którego istnieniu nie wiedzieli nawet "oni"...

Sporo w tym mrocznego horroru, sporo psychologicznych przepychanek, jest parę przebłysków dynamicznej akcji, choć większość fabuły toczy się w sposób leniwy, niespieszny, by nie powiedzieć rozwlekły. Na pierwsze mrowienie autor każe czekać dość długo, a co niecierpliwszy czytelnik może zrezygnować z lektury, nie doczekawszy zapierających dech w piersiach momentów. A te pojawią się skumulowane w końcowej części książki. 

Nie pierwszy raz kręcę nosem na niedorobione, niedojrzałe dzieła debiutantów, również i w przypadku tej pozycji dają się zauważyć pewne zgrzyty konstrukcyjne. Nie przysłużyła się tej opowieści niespójna, skacząca narracja, nierówne tempo, skutkujące dłużyznami w pierwszej części powieści i gnającymi na złamanie karku scenami końcowymi. Przymykam na to oko, licząc, że autor wyprasuje fałdki w pozostałych tomach trylogii, bowiem plusy tej pozycji zdecydowanie przeważają. 

Miłośnicy gęstej, klimatycznej i mrocznej powieści powinni być zachwyceni, nie wątpię też, że czytelnik wyrobiony, poszukujący nowych scenerii, ambitnych scenariuszy i ciekawych konstelacji psychologicznych będzie w pełni usatysfakcjonowany.

Moja ocena: czwórka (4/5). 

Niemieckie wydanie "Trylogii ryfterów"



Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Sardegny Trójka Pik w kategorii s-f. 

niedziela, 18 listopada 2012

Vincent V. Severski "Niewierni" - ludzkie oblicze szpiona



Wydawnictwo Czarna Owca
Czarna Seria
Data wydania: listopad 2012
Ilość stron: 864
Cena: 54,90 zł

Niektórzy uważają, że thriller szpiegowski to pierwsza liga gatunku sensacyjnego. Istotnie, jeśli weźmiemy pod lupę dokonania arcymistrza szpiegowskiej literatury, Johna le Carré'a, to epicki rozmach, psychologiczna głębia postaci i wiarygodność najmniejszego detalu istotnie nie mają sobie równych. Na polskim poletku, bądźmy szczerzy, nie wyrósł dotychczas żaden, który mógłby konkurować z le Carré'm, a szkoda, bo dopracowana, ambitna powieść szpiegowska z mocnym polskim wątkiem niewątpliwie zostałaby przyjęta z otwartymi ramionami. 

Tymczasem trochę ścichapękiem, bez wielkiego szumu wśliznęły się na sensacyjną scenę już dwie powieści, które śmiało, bez kompleksów i zadziornie spoglądają w stronę elitarnego ringu, by rzucić wyzwanie najlepszemu. Mowa o pisarskich dokonaniach Vincenta V. Severskiego, autentycznego polskiego oficera wywiadu, skrywającego się, jak na szpiega przystało, pod pseudonimem. O pierwszym z tomów trylogii, "Nielegalni", pisałam jakiś czas temu, wczoraj zaś stuknęłam opuszkiem palca w ostatnią stronę elektronicznego wydania "Niewiernych". 

W kontynuacji "Nielegalnych" autor wychodzi poza mniej lub bardziej lokalne podwórko, i chociaż nie próbuje jeszcze wejść na wody opanowane przez CIA, to robi się już bardziej międzynarodowo, a nawet kosmopolitycznie. Ba, początkowo czytelnik zostaje poddany uciążliwej procedurze przypominającej misję konika szachowego: skacze z rodzimego kraju do Szwecji (no, ale to już mieliśmy w pierwszym tomie), do Irlandii (to już pewne novum), do Rosji (obowiązkowo), zahacza o Koreę (Północną!) i rozgaszcza się w Jemenie. Z niepowiązanych ze sobą pozornie obrazków zaczyna żmudnie i niespiesznie konstruować megalityczny rebus, który również łatwy do roszyfrowania nie jest. Jak zwykle mataczą i zaciemniają Rosjanie, Irlandczycy gotują swoją własną zupkę, Szwedzi, i ci błękitnoocy, i ci z dredami, próbują przeniknąć wzrokiem zaciemniany przez wraże siły obraz, Polacy jak zwykle więdzą więcej, Al-Khaida walczy z niewiernymi, a wszystko to przecina czerwoną nicią mocny wątek antyglobalistyczny, zmierzający w zburzenie obowiązującego porządku rzeczy. I to wszystko, wbrew pozorom i temu, co sobie teraz myślicie, ma sens. 

Z radością witamy zaś bohaterów, którzy zyskali nasze serce i szarpali nerwy w pierwszym tomie. Frakcja polska nie wyróżnia się zbytnio tym razem, może tylko Sarze tym razem bliżej do prawdziwej Maty Hari niż naiwnej gąski. Rosjanie pokazują bardziej ludzką twarz, dowodząc, że pod przeżartą alkoholem warstwą nadal biją ciepłe, czujące serca. Na wyraźne życzenie autora musimy obdarzyć sympatią Szwedów, a zwłaszcza tego najmniej szwedzkiego o imieniu Hasan. Wbrew rozsądkowi kibicujemy też Wysłannikowi Pokoju, alias Karolowi, alias Olkowi, trawionemu przez fanatyczny ogień wiary i misji do spełnienia. Wszystkich bije na głowę Jagan, oficer specnazu, którego nie da się streścić w jednym zdaniu, tak jak nie dało się streścić jednym zdaniem Lisbeth Salander. To na niego czeka się godzinami, aż wreszcie pojawi się na paru stronicach, by znowu zniknąć na długi czas, pozostawiając nas z uczuciem niedosytu.

I jak we wszystkich dobrych thrillerach to nie wyłącznie zagmatwana intryga i trafne postacie decydują o powodzeniu książki. Nie można pominąć wykonania, owego trudnego do uchwycenia klimatu autentyczności, właściwie wyważonej dozy odpowiednich detali, umiejętnego trącania lekkich strun na zmianę z waleniem w bębny. Tutaj wszystko gra, harmonizuje, sprawiając, że wierzymy, iż tak mogłoby być, kupujemy niemal każdą scenę. Autor już dawno pojął, że mocne osadzenie akcji w realiach to połowa sukcesu. Dlatego kiedy Safir odwiedza profesora w Jemenie, nie mamy wątpliwości, że i autor musiał tam kiedyś być, zobaczyć na własne oczy białe kopuły minaretów odcinające się od granatowego nieba, pić i jeść to, czym raczył później swoich bohaterów. Pewnie też strzelał z ulubionej broni Jagana - skorpiona, biegał w ulubionych butach Wolskiego - czerwonych Salomonach XT wings s-lab 4, i spożywał szwedzkie wafle Kex firmy Cloetta. Ja wierzę nawet, że on rozpił niejedną flaszkę Absolutu z niejednym Rosjaninem, dywagując o świecie i słowiańskiegj duszy. 

To jedna z wielu mocnych stron tej opowieści. Uważnemu czytelnikowi nie umknie również, że autor bawi się czasem konwencją i przemyca zapożyczenia z innych dzieł. W poprzednim tomie mieliśmy pożyczkę od Dicka, tym razem Serverski mruga okiem cytując Bułhakowa, w cudownej skądinąd scenie Jagana z kotem. 

To jak, mamy naszego le Carre'a? Jeśli nie, to Severski ociera się o niego bardzo, bardzo blisko. "Niewierni" podskoczyli o jedno oczko na mojej osobistej skali, wprawiając mnie w lekkie zaniepokojenie, bo, szczerze mówiąc, kończy mi się skala, a przed nami, kiedyś, trzeci tom trylogii. 

Moja ocena: prawie piątka (5-/5).

Za udostępnienie egzemplarza książki dziękuję wydawnictwu Czarna Owca. 

sobota, 17 listopada 2012

Krimifantamania rozdaje zbrodnie - otul się białą ciszą i wygraj książkę!



Kto jeszcze nie zaopatrzył się w najnowszą powieść Inge Löhnig "W białej ciszy" (wtajemniczeni wiedzą, co mnie łączy z tą książką), ma dziś okazję zgarnąć ją... zupełnie za friko (no, prawie).



Do rozdania mam trzy tomy, ufundowane przez wydawnictwo Initium, za co w imieniu autorki i swoim serdecznie dziękuję. O książce fajnie pisała Kasia z Kącika z Książką, zainteresowanych opinią odsyłam tam. Dodam, że znajomość pierwszego tomu nie jest niezbędna, by zrozumieć, o co chodzi, a nieznajomość nie umniejsza przyjemności czytania. Powieść spodoba się miłośnikom kryminału spokojnego, niespektakularnego, z uwypukloną warstwą psychologiczną, znawcom dobrej kuchni i poezji Baudelaire'a...

Co trzeba zrobić? 

1) Zgłosić się w komentarzu pod niniejszym postem.

2) Przekonać mnie, że warto dać książkę właśnie Tobie. Z góry mówię, że teksty typu "zgłaszam się" nie mają najmniejszych szans. Zaskoczcie mnie, zadziwcie, ZASZOKUJCIE. Wygrać może zgłoszenie najgłupsze, najbardziej erudycyjne, najskromniejsze, najbardziej kolorowe (podaj link), najśmieszniejsze... Nie jestem w stanie przewidzieć, co mnie tknie, ale tknąć mnie musi. Musi zaiskrzyć. 

3) Szczęśliwców wybieram ja, a mój wyrok jest subiektywny i niepodważalny. Wszelkie roszczenia na drodze prawnej są bezzasadne.

4) Nie wymagam, żebyście zaśmiecali swoje designerskie szablony moim banerem, ale jeśli ktoś zechce to zrobić, to się nie obrażę. 

5) Dam Wam trochę czasu - można mnie szokować do 24 listopada do godziny 23:55. W niedzielę, 25 listopada ogłoszę nazwiska szczęśliwych wybrańców.

6) Książkę przekażę na drodze pocztowej. Wysyłam do każdego kraju unijnego na podany mailowo adres.

A teraz do boju!

piątek, 16 listopada 2012

Pitawal niemiecki czyli zbrodnie prawdziwe. Dramat na autostradzie


Znacie to? Czytacie jakieś historie i podskórnie czujecie, że coś jest nie tak.  Że autor przeciągnął strunę, że w życiu nie zdarzają się takie rzeczy, że bohater postępuje kompletnie irracjonalnie, wbrew wszelkim regułom psychologii i zdrowemu rozsądkowi. Książka ląduje w kącie, na blogu wysamażacie ciętą krytykę, a wieczorem wiadomości bombardują szczegółami kolejnej prawdziwej zbrodni, której motywy i okoliczności tysiackroć przebijają wyobraźnię skrytykowanego autora. Życie splata czasem najbardziej nieprawdopodobne wątki, a ludzie przypominają marionetki, kierowane ręką szaleńca. Chciałabym przybliżyć Wam historie ludzi, którzy przestali radzić sobie  z życiem, wybierając śmierć jako wyjście ostateczne.

Oto mój nowy cykl o zbrodniach. Wstrząsających, szokujących, dotykających do żywego. Prawdziwych.


Dramat na autostradzie


Rozbity opel zafira na autostradzie A92 koło Monachium. Źródło: Sat1Bayern

To był trzynasty. Trzynasty listopada. Autostrada A 92 koło Monachium zostaje zablokowana na parę godzin, gdy opel zafira z nieznanych przyczyn bez najmniejszych oznak hamowania uderza w barierkę i dachuje. We wnętrzu samochodu uwięziona zostaje kobieta, a na tylnym siedzeniu policja znajduje trójkę dzieci - sześcioletnią dziewczynkę i czteromiesięczne bliźnięta. Kobieta jest ciężko ranna, ale żyje. Zostaje przetransportowana helikopterem do monachijskiej kliniki. Dzieciom żaden lekarz nie jest już w stanie pomóc. 

Tragiczny wypadek? Chwila nieuwagi?... 

Geneza tej tragedii jest inna. Trzydziestoośmioletnia Bianca T. ma czwórkę dzieci. Najstarsze mieszka z ojcem, sześcioletnia córeczka poszła we wrześniu do szkoły, niedawno na świecie pojawiły się  bliźnięta. Bianca T. mieszka wraz z nowym partnerem i dziećmi w podmonachijskiej miejscowości Freising, w mieszkaniu socjalnym na parterze niebrzydkiego bloku. Nie jest im łatwo, kobietę przytłaczają problemy finansowe, nie radzi sobie z nową sytuacją, szkołą córki, bliźniętami. Kiedy dochodzą do tego problemy zdrowotne partnera, coś w niej pęka. Tego dnia jej konkubent miał trafić do kliniki psychiatrycznej, rozpocząć terapię. Mężczyzna we wczesnych godzinach przedpołudniowych dostaje od Bianki SMS-a  i natychmiast powiadamia policję. Obawia się, że partnerka zrobi coś dzieciom. Policjanci udają się do mieszkania. Za późno. Bianca T. opuściła je i wzięła ze sobą dzieci. Wktótce potem patrol przypadkiem natrafia na jej samochód na ulicach Freisingu. Kobieta początkowo udaje, że się chce zatrzymać, po czym niespodziewanie dodaje gazu. Opel zafira pędzi w stronę autostrady. Wóz policyjny jedzie za samochodem w bezpiecznej odległości, funkcjonariusze nie chcą wywierać dodatkowej presji na rozchwianą psychicznie kobietę. Chwilę później stają się świadkami, jak opel z wielką prędkością uderza w barierkę. 

Lekarzom nie udaje się uratować dzieci. Stwierdzają jednak, że nie zginęły w wypadku. W chwili, gdy do niego doszło, dzieci już nie żyły. 

Obrażenia Bianki T. okazały się mniej poważne, niż początkowo przypuszczano. Dzień później zostaje przesluchana. Przyznaje się do uduszenia dzieci na leśnym parkingu. Bianca T. opuściła w dniu dzisiejszym szpital i została przewieziona do aresztu tymczasowego w Monachium. Postawiono jej zarzut morderstwa. 

środa, 14 listopada 2012

Przesłuchanie

Poddaję się. Zostałam ostrzelana pytaniami, więc macie tę Waszą wiwisekcję. Czytajcie dalej na własną odpowiedzialność...

Źródło: CentralFilm. Scena z "L’Immortel"


Pytania LaPinguin z Damy w Salonie:

1. Pióro, długopis, a może już tylko komputerowo? Czym najczęściej piszesz?
Klikając, niemal wyłącznie. 

2. Co Cię bardziej przestrasza: film czy książka?
Książka, oczywiście. Chyba żaden reżyser nigdy nie dorówna chorej wyobraźni czytelnika...

3. Jaka jest Twoja ulubiona przekąska?
Lodowaty, soczysty i słodki melon z parmeńską szynką... Boskie.

4. Bez czego nie wyobrażasz sobie domu?
Dobre pytanie. Mogłabym długo kombinować i dodawać po jednym, co mi potrzebne do szczęścia (fotel leniwiec, sześciopalnikowa megaszeroka kuchnia, wielki stół, przy którym się wszyscy zmieszczą...), ale przypomniałam sobie czasy, kiedy wprowadziliśmy się do naszego pierwszego mieszkania i mieliśmy jedynie wąski kawalerski materac z czasów studenckich miałżona i zlewozmywak, kupiony za 50 marek od kuzynki. I nie byliśmy nieszczęśliwi z tego powodu... Ciepło. W domu musi być ciepło.

5. Jakie miejsca chciałabyś odwiedzić?
Serce się rwie do wielu miejsc, rozsądek, wygodnictwo i tchórzostwo już mniej... Podróżowanie wiąże się niestety z szeregiem prozaicznych, uciążliwych i przerażająco nudnych czynności, które psują mi całą przyjemność odwiedzania ciekawych miejsc.

6. Czego nigdy nie zjesz?
Pędzonego hormonami i pasionego antybiotykami kurczaka (lub innego padalca) z fabryki mięsa. Wszystko inne wydaje mi się zjadliwe i w miarę nieszkodliwe.

7. Gdybyś mogła wybrać studia nie kierując się rozsądkiem czy talentami, wybrałabyś?
Nie marzyłam nigdy o żadnych innych. Może uzupełniłabym je tylko dziesięcioma różnymi filologiami...

8. Jakiego zwierzęcia nie chciałabyś posiadać?
Wszy i tasiemca.

9. Twój ulubiony zapach...
Prawdziwego chleba prosto z pieca i świeżo zmielonej kawy. I jeszcze zapach wiosny...

10. Epoka, w której mogłabyś żyć...
Tu mi dobrze.

11. Z jakim książkowym/ filmowym bohaterem nie chciałabyś się zamienić?
Szczerze mówiąc, z większością (co wynika ze specyficznego gatunku książek, jaki preferuję...).




Pytania Viv z Krakowskiego Czytania:

1. Jaka była twoja pierwsza, przeczytana samodzielnie książka?
Za cholerę nie pamiętam. Kołacze mi się "Pies, który jeździł koleją", "Serce" i "Dzieci z Bullerbyn", ale co było pierwsze i czy w nie zaczynałam jednak od czegoś innego... to już znikło w pomrokach dziejów.

2. Chuchasz, dmuchasz na książki czy nie przejmujesz się i zaginasz rogi, zakreślasz?
Dmucham, chucham, nie zaginam, nie syfię, nie plamię i nie kruszę. Porządna dziewczynka jestem.

3. Przeczytałaś (łeś) kiedyś szeroko pojętego gniota, który mimo to ci się podobał?
Na pewno niejednego, tylko co to było?

4. Co cię skłoniło do założenia bloga?
Wyrachowanie i megalomania. Plan był taki: piszę o niemieckich książkach, ludzie chcą je przeczytać, wydawnictwa ustawiają się w kolejce, żeby je wydać...

5. Skąd wzięła się nazwa twojego bloga?
To akurat proste. Czytam maniakalnie kryminały i fantastykę.

6. W jakie miejsce zapragnęłaś (zapragnąłeś) pojechać po tym, jak przeczytałaś (łeś) o nim w książce?
Trzeba wyjątkowego partacza, albo pisać o miejscach nadzwyczaj obrzydliwych, by nie zachęcić mnie, czytelnika, do odwiedzenia opisywanych miejsc. Gdzie ja już nie chciałam pojechać!...

7. Jaką książkę szczególnie chciałabyś (chciałbyś) polecić, podsunąć swoim dzieciom?
Chciałabym, żeby przeczytali Władcę Pierścieni - we mnie zakiełkowała po tej trylogii miłość do fantastyki.  Smok Junior już zrobił pierwszy krok i przeczytał Hobbita, więc jestem dobrej myśli. Smok Senior deklaruje na razie, że nie lubi fantasy...

8. Lubisz się spotykać z ludźmi zafiksowanymi na książkach, czy wolisz samotnie się realizować w tym zakresie?
Ależ spotykam się! Przeważnie wirtualnie, w realu niewielu ludzi dzieli moją manię w tak rozrośniętym zakresie.

9. Chichrałaś (chichrałeś) się kiedyś na głos w środkach transportu publicznego, czytając książkę?
Chyba nie... Rzadko czytam jadąc, bo mnie dopada choroba lolomocyjna. Może się to zmieni, kiedy będę częściej słuchać audiobooków.

10. W szkole byłaś (byłeś) outsiderem, siedzącym w kącie z książką, czy duszą towarzystwa, a książki były zarezerwowane na przebywanie w domu? A może w szkole nie czytałaś (łeś)?
W szkole z książką? Eee... Było tyle ciekawszych spraw, które mnie wtedy interesowały (na przykład interesujący chłopcy, którzy... czytali książki. Byli mądrzejści od tych nieczytających.)

11. Kontynuację jakiej książki chciałabyś (chciałbyś) przeczytać?
Szczerze? Powoli zaczynają mi się przejadać wszystkie cykle i jestem wdzięczna za każde dzieło, które wreszcie ma jakiś KONIEC. 




Pytania Kornelii z A ja sobie czytam

1. Z którą postacią literacką najbardziej się utożsamiasz?
Teraz to najbardziej ze zwariowanymi mamuśkami po czterdziestce... I genialnymi tłumaczami... (nie przychodzi mi do głowy żadna książka o genialnym tłumaczu. Pomocy!)

2. Z którą postacią literacką spędziłabyś Sylwestra i jak by on wyglądał?
Z góry zakładasz, że to byłby on... No dobra. To byłby on. Ale w każdym z moich bohaterów coś mi przeszkadza... Jak na Sylwestra, to musiałby umieć gotować i znać się na winie. Dühnfort. Żeby nie było nudno, musiałby świetnie opowiadać. Kvothe. Lubię się czuć bezpieczna i kochana, więc w obecności Wiedźmina (ale takiego zakochanego we mnie) byłoby mi dobrze. Jeszcze tylko zapodajcie mi jakiegoś z ciętym dowcipem i intelektem. I żeby przystojny był. Voila.

3. Tworzysz coś poza blogiem (wiersze, opowiadania…)?
Tłumaczenia tworzę.

4. Jakie masz pozaliterackie zainteresowania?
Eeee...

5. Jesteś introwertykiem czy ekstrawertykiem?
Bardzo, bardzo intro. Dlatego te pytania to jest straszliwa męka...

6. Co najbardziej cenisz w innych blogach?
Własne, niezaćmione koniunkturalnymi pobudkami zdanie. Oryginalność. No i niektórzy z Was to tak potrafią posługiwać się piórem, że aż mnie skręca... Tam zaglądam z czystej zawiści.

7. Czego nigdy byś nie umieściła na swoim blogu, a co zdarza Ci się widzieć u innych?
Zdjęć Smoków nigdy u mnie nie zobaczycie.

8. Pisząc bloga zależy Ci bardziej na realizowaniu swoich pasji, czy poszerzaniu społeczności wokół bloga?
O rety. Ale jak, poszerzaniu?...

9. Co Cię drażni w blogosferze?
Recenzyjne laurki.

10. Czy zamieniłabyś 20 obserwatorów swojego bloga, którzy w ogóle go nie czytają na jednego, który odwiedza go regularnie?
Na jednego, oczywiście, najlepiej takiego, który mnie uwielbia, respektuje, docenia i ma znajomości w wydawnictwach.

11. Jaki masz stosunek do stosików i zabaw takich jak ta?
W stosikach drażni mnie samo słowo, ale przyznaję się do podglądactwa i czasem się inspiruję. A zabaw nie cierpię, bo muszę się w nich odsłonić, a poza tym jestem leniwa i nie chce mi się myśleć, a już najmniej o sobie. I nie cierpię leźć za innymi, jak ta owca... A w ogóle to jestem za mało asertywna.



Zlituję się i nie zastrzelę nikogo więcej...

poniedziałek, 12 listopada 2012

Timur Vermes "Er ist wieder da" (On wrócił) - czy to w ogóle jest legalne!?...

Wydawca: Eichborn
Język: niemiecki
Data premiery: 21.09.2012
Ilość stron 396
Cena: 19,33 euro

Lato 2011, centrum Berlina. Na zapuszczonej parceli budzi się on. Po 66 latach, bez partyjnego aparatu, bez armii, bez Evy, bez Goebbelsa, Himmlera, Bormanna, ba - bez dachu nad głową i środków do życia ląduje w sercu współczesnych Niemiec, gdzie na ulicach co czwarty przechodzień to cudzoziemiec, a na czele państwa stoi kobieta o "uroku płaczącej wierzby". Adolf Hitler. Na sąsiedniej parceli zauważa paru chłopaków kopiących piłkę. Jeden z nich, w kolorowym piłkarskim trykocie, zwraca jego szczególną uwagę. Przywołuje go niecierpiącym sprzeciwu okrzykiem "Hiterjunge Ronaldo, podejdź no tu"...

To, co Timur Vermes robi w swojej debiutanckiej powieści, to balansowanie na chwiejnej linie... AUtor porusza niebezpieczne tematy, bo przecież jeśli pisać o Hitlerze, to wyłącznie z odpowiednim zadęciem i powagą, a najlepiej obficie sypiąc na czerep popiół. Bo jakże to tak? Satyra o Hitlerze?... Czy to wypada?... Czy to legalne?...

A jednak "On znowu jest" to nie obrazoburcza tania prowokacja, a błyskotliwy, ocierający się o geniusz pastisz współczesnych Niemiec. Autor przede wszystkim dokonał skromnego zabiegu, który dał mu do ręki powalający oręż: zastosował narrację pierwszoosobową. I tak oto na każdej stronie powieści następuje konfrontacja megalomańskiej i śmiertelnie inteligentnej osobowości Führera z jego wizerunkiem, odbieranym przez innych - dla siebie jest on oczywiście Adolfem Hitlerem, dla postronnych - kimś, kto go w genialny sposób udaje. Bowiem Hitler, trochę przez przypadek, a trochę na skutek szatańskiego planu, rozpoczyna oszałamiającą karierę w szołbiznesie.

I błyskawicznie adaptuje się do nowych czasów, wnikliwie obserwuje otoczenie i z obserwacji tych wysnuwa zaskakujące wnioski.

"Mój umysł, znów pracujący metodycznie, zrekapitulował na zimno sytuację. Byłem w Niemczech, byłem w Berlinie, mimo że miasto wydawało mi się całkiem obce. Te Niemcy były inne, ale pod niektórymi względami przypominały moją znajomą Rzeszę: byli jeszcze rowerzyści, były automobile, zapewne istniały zatem i gazety. Rozejrzałem się wokół. Istotnie pod moją ławką leżało coś, co przypominało gazetę, jakkolwiek zadrukowane na zbyt wystawny sposób. Płachta była kolorowa, tytuł mi nieznany, i brzmiał "Media Markt". Nawet przy najlepszych chęciach nie mogłem przypomnieć sobie, bym zezwolił na coś takiego i niechybnie nie wydałbym takiego zezwolenia. Treść informacji była całkowicie niezrozumiała, zalała mnie furia, że w czasach braków z papierem marnuje się cenne narodowe zasoby na tak niedorzeczne barachło."  

Teraźniejszość skrywa w zanadrzu niejedną niespodziankę... jak choćby całkowicie niezrozumiałe zachowanie kobiet w parku, sprzątających odchody po swych czworonożnych pupilach. Wariatki?... Wszechobecność niearyjskiego elementu jest zastanawiająca, choć Hitler z zadowoleniem dostrzega, że młodociany Turek wypowiada się łamaną niemczyzną, a dla odcięcia go od impulsów środowiska i ogłupienia najwyraźniej nakazane ma stosowanie "zatyczek" do uszu. Gagów, wynikających z niezrozumienia sedna pewnych zjawisk, jest sporo, i początkowo czyta się to jak ciąg znakomitów kabaretowych skeczy. Wraz z postępem akcji jednak uśmiech zaczyna zamierać czytelnikowi na ustach, a w miejsce niepowstrzymanego chichotu wkrada się gorzka refleksja, przetykana zdumieniem nad trafnością rzucanych tu i ówdzie uwag. Szalony despota nie szczędzi niczego i nikogo, nie waha się przed najbardziej radykalną i jadowitą krytyką, a jego spuścizna idelologiczna, głoszona w sposób jawny i bez ogródek, jest tak niewiarygodna, że może być tylko kabaretową karykaturą, artystyczną pozą, "Messed Ekting" - jak mniemają przygodni interlokotorzy, a narrator powtarza bez zrozumienia, wietrząc w tym jakieś nieznane mu nazwisko.

Hitler rozprawia się ze wszystkimi politycznymi frakcjami, tu i ówdzie znajdując coś dla siebie (na przykład wyjątkowo przypada mu do gustu partia Zielonych, wstrzeliwując się w jego umiłowanie do przyrody), ku zaskoczeniu wszystkich roznosząc jednak na strzępy ugrupowanie neonazistów, nazywając ich "bandą nieudaczników i patałachów". Zdumiewająco szybko i sprawnie przyswaja sobie jednocześnie zdobycze medialnego świata, bezbłędnie rozpoznając w nich skuteczny instrument propagandy i bez skrupułów czerpiąc z dobrodziejstw techniki, krok po kroku i konsekwetnie przybliżając się do obranego celu. A cel ten jest jeden i niezmienny od prawie stu lat...

Vermes kompletnie zaskoczył mnie nie tylko obraną formułą, ale i wykonaniem. Sposób, w jaki prowadzi czytelnika przez manowce opętanego nienawiścią i megalomanią umysłu, jest brawurowy, ocierający się o geniusz. To najczarniejsza z czarnych satyra, (choć chciałoby się powiedzieć: brunatna), niebezpieczna, cięta i odzierająca z drobnomieszczańskiego płaszczyka Niemców, ululanych telewizyjnym kadzidełkiem, żyjących pod dogmatem mediów i polityków. Byłam pełna podziwu dla kunsztu autora, który niesłychanie precyzyjnie oddał jedyną w swoim rodzaju mieszaninę wnikliwości i szaleństwa, charyzmy i magnetyzmu z jednej strony i obrzydliwych, przepełnionych jadem poglądów z drugiej, zawartą w wypowiedziach Hitlera, ciągnących się niekiedy przez długie stronice, aż do kompletnego wyczerpania, otępienia i ogłupienia. Te drobiazgowe analizy militarystycznego stratega znajdującego się w stanie permanentej wojny wymagały nie tylko głębokiej historycznej wiedzy, ale i wyjątkowego talentu lingwistycznego autora, nie mówiąc o samozaparciu i pewnej dozie poświęcenia, by dobrowolnie nurzać się w tym szaleństwie.

Ta książka to prawdziwa bomba, bowiem nie tylko burzy grzeczny i ustalony niemiecki porządek rzeczy, ale i nie pozostawia najmniejszych wątpliwości, że we współczesnym świecie nadal jest mniejse dla niego. Spodziewałam się mocniejszego zakończenia, czegoś ucinającego lub dławiącego w zarodku rozwój wydarzeń. Rozwiązania nie zdradzę, powiem tylko, że jest ono paraliżujące. On znowu jest.

Moja ocena: czwórka z podwójnym plusem (4++/5).

(Cytat pochodzi z książki i został przetłumaczony przeze mnie.)

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Sardegny trójka pik, w kategorii sąsiad zza miedzy.

niedziela, 11 listopada 2012

Lista bestsellerów tygodnika Spiegel - notowanie 46/2012



Popatrzcie na najnowsze wydanie listy bestsellerów Spiegla, świeżutkie, z najbliższego poniedziałku, 12 listopada. Są zawirowania, niespodzianki, spektakularne zwycięstwa i frapujące porażki.

Wydania w twardej oprawie (Hardcover):


1. Nele Neuhaus Böser Wolf (pol. -)
Miażdżąca gloria niemieckiej autorki kryminałów! Jej najnowszy miot, zatytułowany Zły wilk, z miejsca wykosił Link, Rowling, Folleta. A ja nadal się zastanawiam, czy jakiś polski wydawca kupił wreszcie licencję do wydania Neuhaus w Polsce, bo aż mi się wierzyć nie chce, żeby nikt się nią nie interesował. 

2. Carlos Ruiz Zafón Der Gefangene des Himmels (oryg. El prisionero del cielo pol. Więzień nieba wyd. Muza)
W Polsce tłumaczenie tej książki jest już dostępne od kwietnia, więc to żadna niespodzianka...

3. Ken Follet Winter der Welt (oryg. Winter of the World, pol. Zima świata, wyd. Albatros listopad 2012)
Sukces jest, bez dwóch zdań, ale można się było spodziewać wyższej pozycji. Inna rzecz, że Zima świata musi walczyć ze znakomitymi nazwiskami, a łaska czytelnika na pstrym koniu jeździ...

4. Timur Vermes Er ist wieder da (pol. -) 
To jest książka, na którą chciałabym zwrócić Waszą szczególną uwagę. Timur Vermes - nikt go nie znał, dopóki nie wydał swojej pierwszej powieści, która jest... niezwykła. Tytuł brzmi: On znowu jest, a patrząc na okładkę chyba nikt nie ma wątpliwości, o kogo chodzi. Właściwie nie zamierzałam po nią sięgać, ale akurat nawinęła mi się w bibliotece, przeleciałam wzrokiem pierwsze strony i... wsiąkłam. RE-WE-LA-CJA! Recenzję przeczytacie już wkrótce u mnie, a ja tylko pisnę, że książka przegoniła na liście Rowling i... jakoś wcale mnie to nie dziwi...

5. J. K. Rowling Ein plötzlicher Todesfall (oryg. The Casual Vacancy, pol. Trafny wybór, wyd. Media Rodzina)
Cóż, pisałam już o niej, a wielu z Was zapewne albo jest w trakcie lektury, albo tuż przed nią, więc w tym miejscu zmilknę. 

6. Jussi Adler-Olsen Verachtung (oryg. Journal 64, pol. -)
Recenzowałam, mocna pozycja, choć można się było spodziewać czegoś lepszego. Niemcy kochają Adler-Olsena i będą go czytać, nawet jeśli wyda instrukcję obsługi taboreta. 

7. John Green Das Schicksal ist ein mieser Verräter (oryg. The Fault in Our Stars, pol. -)
To jest pozycja, której sukces zaskakuje, ale w pozytywny sposób. Książka jest właściwie przeznaczona dla młodych czytelników, ale w zasadzie kupują ją wszyscy. Trochę się jej boję, bo opowiada o chorobie, walce z rakiem, pierwszej, nieporadnej, ale tym silniejszej miłości i marzeniach, a ja mam wrażliwą duszę i takie pozycje okraszam rzęsitymi łzami. Tak czy siak, powieść podobno jest znakomita. No i ten nietuzinkowy tytuł niemieckiego wydania: Los to podły zdrajca...

8. Cecelia Ahern Hundert Namen (oryg. One Hundred Names pol. -)
Czytadło. W Polsce Ahern jest wydawana i czytana, więc pewnie się pojawi. 

9.  Charlotte Link Im Tal des Fuchses (pol. -)
Jak na pierwszą damę niemieckiego kryminału - cieniutko. Pobita nie tylko przez Rowling i Folleta, ale także - o zgrozo! - przez konkurentkę Neuhaus. Kupiona, czeka na lekturę. 

10. Karin Slaughter Letzte Worte (oryg. Broken, pol. Piętno wyd. Rebis)
Druga część cyklu Georgia, w Polsce wydana już wieki temu pod tytułem Piętno. Lubię Slaughter, a Piętno już mam i na pewno przeczytam. 

Wydania kieszonkowe (Taschenbücher):

1. James E. L. Shades of Grey. Befreite Liebe (oryg. Fifty Shades Freed. pol. nie wiem, ale pewnie już wkróce się ukaże pod jakimś barwnym tytułem)

2. James E. L. Shades of Grey. Geheimes Verlangen (oryg. Fifty Shades of Grey 01, pol. 50 twarzy Greya, Sonia Draga)

3. James E. L. Shades of Grey. Gefährliche Liebe (oryg. Fifty Shades Darker, pol. Ciemniejsza strona Greya, wyd. Sonia Draga)

Wszystkie trzy pozycje pozostawiam bez komentarza.

4. J
onas Jonasson Der Hunderjährige, der aus dem Fenster stieg und verschwand (pol. Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął)
Książka znana i w Polsce, cieszy się niezmiennie wielką popularnością, entuzjastyczne głosy mieszają się przy tym z mniej pochlebnymi. Znacie?...

5. Vina Jackson 80 Days - Die Farbe der Lust (oryg. Eighty Days Yellow, pol. -)
W zasadzie można się było spodziewać, że podobnie jak saga o Edziu i Belli, tak i historia o ponętnym Greyu (podobno pierwotnie był to fanfik wampirzego cyklu) pociągnie za sobą zgraję naśladowczyń. W sumie tytuł sugerowałby nawet jakiś pastisz, satyrę, złośliwe natrząsanie się, ale obawiam się, że niestety tak nie jest...

6. Rita Falk Grießnockerlaffäre (pol. -)
Rita Falk jest fenomenem niemieckiej sceny kryminalnej. W ogóle mnie nie ciągnie do jej książek, które wszystkie osiągają dość spory sukces i mają jakieś takie kulinarne, ale obrzydliwe tytuły (np. Głowizna al dente, Afera kluskowa itepe.). Podobno śmieszne i prześmiewcze, ale...

7. Andreas Föhr Schwarze Piste (pol. -)
A z tego to już się cieszę. Czytałam już pana Andreasa i zaskoczył mnie wyjątkowo frapującą i pasjonującą intrygą, w dodatku wyjątkowo przypadli mi do gustu jego śledczy. Tę pozycję już mam i na pewno przeczytam.

8. Bernhard Hennen Drachenelfen. Die Windgängerin (pol. - )
Baaaardzo znane nazwisko na niemieckiej scenie fantasy. Hennen zasłynął monumentalnym cyklem o elfach, który postanowił chyba wskrzesić, wietrząc dobrą koniunkturę w związku z ekranizacją Hobbita. Wczoraj w monachijskim Hugendublu (to taki miejscowy gigant) ze zdumieniem zarejestrowałam półki uginające się pod ciężarem różnych tolkienowskich wznowień, a nawet zatrzęsienie okołoksiążkowych gadżetów, łącznie z pluszowymi figurkami filmowego Gandalfa i Bilbo Bagginsa... Aż strach pomyśleć, co będzie po premierze filmu...

9. Jean-Luc Bannalec Bretonische Verhältnisse (pol. -)
Pisałam już o tym - niemiecko-francuski wakacyjny pogodny kryminalik. Trochę nudny, ale najwyraźniej trącający w Niemcach jakąś sentymentalną, urlopową strunę. 

10. George R. R. Martin Die Herren von Winterfell (oryg. A Game of Thrones (Pages 1-359), pol. Gra o tron)
Bez komentarza. Ale czemu pierwszy tom?...


czwartek, 8 listopada 2012

Fitzek & Tsokos "Abgeschnitten" (Odcięcie) - studium makabry z zadyszką



Wydawnictwo: Droemer/Knaur
Data premiery: 29.09.2012
Ilość stron: 393
Cena: 19,00 euro


Znacie Fitzka? Znacie. Lubicie? Jedni pewnie tak, inni tak z zastrzeżeniami... a jeszcze inni zdecydowanie nie. Ja Wam powiem, że za Fitzkiem, a w zasadzie za rodzajem pisarstwa, jakie uprawia, nie przepadam. Gmatwanie, matanie, sztuczne komplikowanie życiorysów, ocieranie się o granice prawdopodobieństwa - eee, nie, wolę finezyjnie plecione wątki, subtelny podskórny lęk, wiarygodność charakterów, coś autentycznego, te rzeczy.

Fitzek jednak ostatnio skumał się z Tsokosem. Pewnie większości to nazwisko nie mówi nic, ale w Niemczech snuje się za nim pewna sława. Michael Tsokos jest bowiem znanym medialnie medykiem sądowym, który popełnił już kilka ciekawych pozycji z branży kryminologicznej i popularnej literatury faktu. Czyli fachowiec. I to w dziedzinie, którą, ja z moim skrzywionym upodobaniem do makabry, w literaturze kryminalnej bardzo lubię. Pomyślałam sobie, że owoc tego mariażu może będzie zjadliwy i nabyłam tę piękną pozycję (z przygodami, o czym pisałam niedawno w poście o gigancie). I co?... 

W sumie już zacierałam ręce i przygotowywałam się mentalnie do miażdżenia, rozrywania na strzępy i złośliwego wyszydzenia tej książki, a tu gucio. Bo - dacie wiarę - podobało mi się!... I zaraz wyłuszczę dlaczego. 

Otóż po pierwsze primo: książka chwyta w szpony już po dwóch stronach. Żadnych dłużyzn, żadnego zagłębiania się, macania, przygotowywania terenu - nic z tego. Obuchem w łeb i jazda bez trzymanki. To się nazywa thrill, proszę państwa, patrzcie i uczcie się, jak przykuć uwagę czytelnika, owionąć lodowatym chuchem, zmieść z powierzchni kanapy i nie pozamiatać, wstrząsnąć i pogruchotać kosteczki... no dobra, wystarczy.

Po drugie secundo: są w niej obiecane makabryczne sceny sekcji zwłok. I to nie jak u Tess Gerrisen, kulturalnie, profesjonalnie, na trzeźwo, o nie! Tutaj sekcję zwłok (i to niejedną) musi przeprowadzić nasza protagonistka Linda, rysowniczka i twórczyni komiksów - a więc kompletna amatorka w makabrycznej branży - liżąca rany po toksycznym związku ze stalkerem (no, trochę stereotypu musi być). Linda zostaje uwięziona na odciętej od świata grasującym na północy Europy orkanem wyspie Helgoland, z której większość ludności została już ewakuowana. Przypadkiem znajduje zwłoki na opuszczonej plaży, po której przewalają się morskie bałwany. W saszetce przy nich znajduje się telefon. Ten telefon dzwoni... Wiem, wiem, to zabrzmi jak streszczenie horroru klasy B, ale Linda, zmuszona przez okoliczności i instruowana przez nieznajomego dzwoniącego (profesora medycyny sądowej Herzfelda), przeprowadza w końcu obdukcję, a potem sekcję truposza, na oddziale patologii miejscowego ewakuowanego szpitala, w którym poza cieciem nie ma żywej duszy... Jak do tego doszło i co z tego wynikło - tego nie podejmuję się ani streszczać, ani wyjaśniać, bo to już wyższa szkoła fiztkowej jazdy bez trzymanki. Te sceny z Lindą, wstrząsaną paroksyzmem wstrętu, oglądającą najpierw ciało tłuściocha z odciętym językiem, a potem nabitą na pal emerytowaną panią sędzią... są obrzydliwe, owszem, ale jednocześnie po mistrzowsku skreślone. I czuję w nich rękę fachowca.

Po trzecie wreszcie: tuzinkowe i ograne wątki (odcięta od świata wyspa, prześladowana przez psychopatę kobieta, gwałcone przez innego psychopatę nastolatki) są, owszem, ale jest tu parę fabularnych nici, które są nowe i zaskakujące, a nawet w jednym momencie przełamujące ustalone fiztkowszczyzną ramy. Zaskoczył mnie, skurczybyk, naprawdę!  Nie wspominam już nawet o tym, że sceny zmieniają się tu jak w kalejdoskopie, autor zaś gimnastykuje się, żeby nas za mało nie huśtało, kombinuje, jak zaskoczyć, jak odwrócić kota ogonem, jak zapędzić bohatera w kozi róg, a potem rzeźbi, żeby to jakoś odkręcić, i to w miarę tak, by się nie narazić na dyskwalifilację. I te jego ekwilibrystyki, niektóre przewidywalne, inne graniczące z geniuszem, jednak mnie rozerwały, nie powiem. 

Po czwarte: on (w sensie autor) też lubi szydzić. Przednie okazały się sceny dotyczące popularnych telewizyjnych castingów, znakomite było ścieranie się dwóch postaci: naszego patologa i synalka senatora, wożącego sobie zadek porsche cayenne - postaci całkowicie niekompatybilnej z przedstawicielem tak zwanego normalnego społeczeństwa. Świetna była postać szpitalnego ciecia, zniemczonego Turka Endera. Tak, za tym stoi zdolność wnikliwej obserwacji i cięte pióro. W dodatku usłyszałam tu coś w rodzaju krytyki panującego systemu prawnego - może nie gromiący tubalny głos etatowego moralizatora (w tym inni są znacznie lepsi), ale donośne piśnięcie.

Po piąte: to drobiazg, ale spodobało mi się mrugnięcie oka do czytelnika. Widzicie ten numer telefonu na okładce? Poprzedzają go słowa Keiner kann uns trennen (nikt nas nie rozłączy). Zadzwońcie pod ten numer (nie zapominając o wybraniu kierunkowego na Niemcy). Połączycie się z automatyczną sekretarką Lindy, a z zapisanych na niej wiadomości domyślicie się paru epizodów z jej burzliwego związku z prześladującym ją psychopatą... 

Dwa wypełnione szaloną jazdą dni kosztowała mnie tak książka, poza tym gęsią skórkę, wytrzeszcz oczu, poobgryzane paznokcie, zaniedbane dzieci... Nie polecam jej nikomu o delikatnych nerwach, nie polecam osobom tak zwanym "obrzydliwym", nie polecam tym, którzy nie lubią tego typu thrillerów. Polecam zaś tym, którzy lubią makabrę, zadyszkę podczas lektury, i w ogóle ten typ thrillerów... W ramach gatunku "Odcięcie" to niedościgniony wzór. A teraz zastanawiajcie się, co i komu zostało odcięte... 

Moja ocena: 4+/5

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania trójka pik Sardegny jako pozycję w kategorii sąsiad zza miedzy. 

środa, 7 listopada 2012

Operacja na jesień...

Portal literacki Granice.pl zakończył właśnie tegoroczną edycję plebiscytu na najlepszą książkę na jesień. Było dużo kategorii, jeszcze więcej książek, które wybierali jurorzy i internauci, a najlepszym kryminałem na jesień w oczach jury jest... tadam! Operacja Seegrund. Krimifantamania maczała paluszki w tej trudnej, bardzo skomplikowanej operacji... Możecie mi nie wierzyć lub nie, ale zmierzyłam się przed chwilą i urosłam o jeden centymetr. Jeszcze parę takich wyróżnień i będę musiała zmieniać garderobę:-)

Z ciekawostek okołokluftingerowskich: wyszła właśnie druga gra planszowa oparta na przygodach bawarskiego komisarza. Pierwsza nosiła tytuł Saustall (czyli Chlewik), nowa nazywa się Jagdrevier (Rewir). Jeśli ktoś nie ma pomysłu na prezent pod choinkę, to mogę zasugerować tradycyjną, rodzinną rozrywkę...

Gra o Kluftim. Źródło: www.kommissar-kluftinger.de
A tymczasem panowie Klüpfel i Kobr zapowiedzieli na wiosnę kolejny tom o Kluftingerze. Nikogo chyba nie zaskoczę informacją, że na Amazonie książka znajduje się już w pierwszej piątce najpopularniejszych kryminałów...

wtorek, 6 listopada 2012

J. K. Rowling "Ein plötzlicher Todesfall" (Trafny wybór) - nadzieja wyprowadziła się z Hope Street


Wydawnictwo: Carlsen
Tytuł oryginału: Casual Vacancy
Data premiery: 27.09.2012
Ilość stron: 576
Cena: 24,50 euro

Na początku był zgon. Nagły zgon. Barry Fairbrother (zapamiętajcie to nazwisko, bowiem jest ono wymowne i symboliczne), radny miasteczka Pagford, odszedł niespodziewanie, pozostawiając w nieutulonym żalu rozpaczającą wdowę, czwórkę dzieci oraz stołek. I właśnie zakusy na ten stołek stanowią punkt wyjścia najbardziej oczekiwanej powieści roku, jeszcze przed ukazaniem się wzbudzającej kontrowersje i wrzenie, przypominające to po tytułowej nagłej śmierci pośród pagfordczyków. 

Trudno nazwać motyw, który Joanne K. Rowling obrała na trzon swej pierwszej "dorosłej" powieści, antrakcyjnym czy spektakularnym. Przepychanki, jakie następują w hermetycznej małomiasteczkowej społeczności na skutek niespodziewanego wakatu niewiele mają wspólnego z wymachiwaniem różdżką i rzucanym we wroga adava kedavra. Czytelnik, przyzwyczajony do magicznego świata Rowling i oczekujący podobnych klimatów, tylko w dojrzalszej, stateczniejszej odsłonie, sromotnie się rozczaruje. Rowling poszła bowiem kompletnie inną drogą, radykalnie odcinając się od Harry'ego. Cokolwiek by nie powiedzieć o jej najnowszym dziele, trzeba przyznać, że autorce udaje się jedno: potrafi przykuć uwagę czytelnika i wplątać w zagmatwaną sieć intryg, zależności i stosunków tej prowincjonalnej angielskiej mieściny. 

Nie od razu, o nie. Brakuje tu bowiem jednego, centralnego bohatera, który z miejsca zawładnąłby sercami i kazał drżeć o swe losy. Jest ich wielu, a Rowling z dociekliwością naukowca obserwującego preparat zagląda do ich domów, do ich serc i do umysłów. To, co ukazuje się oczom czytelnika, przyprawia o odruch wymiotny, grymas niesmaku, dreszcz przerażenia, stupor szoku, a czasem, z rzadka, nikły uśmiech satysfakcji. I nie wiem, co bardziej trafne: przyrównanie drobnomieszczańskich móżdżków do kawałka padliny toczonej czerwiem nienawiści, głupoty, niemocy, bierności i ksenofobii, do brudnego bajora pełnego bezbronnych płotek i krwiożerczych rekinów, czy też - za autorką - do "erupcji rzygowin i sików, drgającej w spazmach katastrofy"... Autorka bierze ich na tapetę po kolei, z ich opowieści, zgryzot, pragnień i myśli tworzy coraz wyraźniejszy obraz, ukazuje mniejsze i większe zarzewia socjalnych problemów, bezlitośnie wydobywa na światło dzienne tajemnice, zagląda pod łóżka i do łóżek. 

Magię zastąpiła rzeczywistość. Tęcza kolorów zamieniła się w monochromatyczną i ponurą kreskę. Za dużo tu bieli i czerni? A może wyłącznie czerni, poprzedzielanej wąskimi pasmami szarości? Faktycznie, niewiele jest tu momentów, wywołujących na twarzy uśmiech, a jeśli już, to jest to uśmiech gorzki, ironiczny. Książka jest dołująca, depresyjna, niepozostawiająca wiele nadziei, choć przecież to właśnie przy Hope Street mieszkały jedyne dwie osoby, będące czymś w rodzaju przystani dla jednej z najtragiczniejszych postaci tej powieści, Krystal Weedon. Galeria postaci zresztą jest urozmaicona i namalowana w sposób barwny, niekiedy nawet jadowity - i to zarówno w znaczeniu wyjątkowej złośliwości, jak i neonowego przejaskrawienia. Aż się chciało zanucić niekiedy "This is England", parafrazując słynny song The Clash... 

O czym jest wreszcie ta książka? Jeśli zapytacie sto osób, zapewne każda z nich odpowie na to pytanie inaczej. Dla mnie to opowieść o beznadziei i niemocy, ale także o buncie i wściekłości. Nie bez kozery autorka powierza centralną rolę nastolatkom, którzy jako jedyni zdają się dostrzegać rzeczy, niewidzialne dla zmąconych bielmem doświadczenia życiowego dorosłych, i jako jedyni buntują się przeciw nim. Rowling daje im do ręki broń niemalże masowej zagłady, siejącą spustoszenie i przynoszącą oczyszczenie, ale także broń, która zwraca się przeciwko nim samym. 

Zapewne larum wokół tej książki będzie trwało przez jakiś czas - jedni dostrzegą w niej "potencjał", inni współczesny dickensowski moralitet, jeszcze inni grafomańskie wypociny. Pal sześć krytyków - przeczytajcie sami i przekonajcie się, czy trafia do Was wybór Rowling. Dla mnie jedno jest pewne: to się czyta, i to czyta się znakomicie. W dodatku książka ma w sobie niesamowity, rzadko spotykany emocjonalny ładunek, a w czasie lektury parę razy byłam pewna, że moje serce zamrze i odmówi dalszej współpracy. Obraz Pagford przykleił mi się do siatkówki i pewnie nie zejdze z niej przez długi czas. Co Wy z tym zrobicie, to już Wasz wybór. 

Moja ocena: 5/5.