Ads 468x60px

środa, 11 kwietnia 2012

Ben Aaronovitch "Die Flüsse von London" - czyli co jest ze mną nie tak


Ilość stron: 480
Wydawca: Deutscher Taschenbuch Verlag
Data premiery: 01.01.2012)
Język: niemiecki
Tytuł oryginału: Rivers of London
Cena: 9,95 euro


Nie myślcie sobie, że lubię pisać druzgocące recenzje. Już sam fakt, że człowiek miast obiecywanego wytwornego barolo skonsumował zwykłego sikacza, zlewkę poślednich gatunków bądź, co gorsza, w ogóle nie wino, tylko alkoholizowany napój winogronowy o szumnej nazwie alpagon de la patique, jest wystarczająco frustrujący. W dodatku trzeba tę frustrację jakoś ubrać w słowa, przekonać, że to nie recenzent jest nieznającym się na rzeczy cudakiem o osobliwym guście i zawyżonych wymaganiach, tylko autor nie stanął na wysokości zadania. No cóż, zaciskam zęby i postaram się druzgotać krótko i węzłowato.

Wydawca obiecuje nam humorystyczne urban fantasy, nęcąc nazwiskiem Harry Pottera (co by było, gdyby Harry Potter był dorosły, gdyby był policjantem we współczesnym Londynie...). Myślę sobie - super. Urban fantasy, mieszanka kryminału i lekkiej magii - tego mi trzeba. Zaczęło się nawet obiecująco - młody, początkujący konstabl Peter Grant pilnując miejsca zbrodni, w którym znaleziono zwłoki człowieka bez głowy, spotyka ducha. Ten zeznaje, że był świadkiem morderstwa. Ucieszony i podekscytowany policjant rozpoczyna przesłuchanie, a nawet proponuje udanie się na komendę celem spisania protokołu. Duch oponuje, twierdząc, że to byłoby trudne, ze względu na to, że nie żyje. Grant, służbista, pyta: "Czy może pan to udowodnić?"... I to już jest najlepsza scena tej książki, zdecydowanie najśmieszniejszy dialog... Taaaa.

Okładka oryginału

Wkrótce potem Grantowi proponuje się przyjęcie terminu u policjanta-czarodzieja i rozpoczęcie nauki, mającej potrwać dziesięć lat. Konstabl bezrefleksyjnie, nie dziwiąc się niczemu, przyjmuje posadę i zaczyna przemierzać wraz ze swym mistrzem zaułki Londynu, goniąc z końca miasta na drugi, a to by rzucić dwa granaty do domu, gdzie śpią dwa wampiry, a to w odwiedziny do czarnoskórej bogini rzeki, Tamizy. Absurd goni absurd, mistrz Nightingale wyjątkowo oszczędnie dozuje wiedzę czarodziejską i tę dotyczącą kulisów zbrodni, w związku z czym czytelnik błądzi przez większość czasu jak pijane dziecko we mgle, nie mając nawet szansy domyśleć się, o co w tym wszystkim chodzi. Pomiędzy poszczególnymi wypadami w dziwne rejony miasta uczeń czarnoksiężknika godzinami ćwiczy magię i łacinę (co bynajmniej nie jest spektakularne), a czytelnik ziewa z nudów. Co więcej, do samego końca nie widać jakoś związku pomiedzy tytułowymi rzekami Londynu, mamą Tamizą i tatą Tamizą i ich licznymi potomkami, a samymi zbrodniami, co niestety budzi uzasadnione obawy, że autor uraczy nas kontynuacją.

Postacie również nie zachwycają, Peter Grant jest wyjątkowo jednowymiarowy, mistrz czarodziej, postać o takim potencjale, wywołuje wyłącznie nudę, jedyną intrygującą osobą jest gospodyni Molly o osobliwych upodobaniach kulinarnych i żółtych ostrych zębach... Jeśli chodzi o zaszufladkowanie tej powieści do urban fantasy, do dokonując sekcji tego pojęcia stwierdzam, że urban to ona owszem, jest, bowiem bez planu Londynu ani rusz, ale poza ciągłymi wycieczkami po tym zacnym mieście nic z tego nie wynika. Fantasy tyle co kot napłakał, nie wiem, po co autor kombinował z tymi nigeryjskimi boginiami rzeki, a poza tym z fantasy mamy od czasu do czasu jakąś kulkę światła, jakiegoś zdechłego wampira i jakieś nieudane zaklęcia. Jedynym jasnym punktem w tych katakumbach nudy jest próba powiązania magii z nauką poprzez postać nie tyle założyciela, co tego, który usystematyzował podwaliny czarodziejstwa - Izaaka Newtona. Niejakiej dozy rozrywki dotarczają również autopsje ofiar magicznych zaklęć lub osób, które stosowały ją nierozważnie i w nadmiarze - całkiem udała się autorowi postać patologa. 

Poza tym wieje nudą. W pewnym momencie zaczęłam się nawet zastanawiać, czy aby czytam tę samą książkę, którą wszyscy tak wychwalają w recenzjach, a stwierdziwszy, że bez wątpienia tak, poczułam się jak raróg. Co ze mną nie tak? Dlaczego nie potrafię dostrzec tych wszystkich wychwalanych atrybutów tej książki? Coś mam ze wzrokiem? Z głową? Poczucie humoru mi wysiada? A może po prostu się nie znam?

Sugerując to ostatnie, informuję, że książka znajduje się w zapowiedziach wydawnictwa MAG na styczeń 2013, więc będziecie mieli okazję przekonać się sami, kto tu jest niehalo. Pomęczcie się sami. 

Daję 2 gwiazdki i to już jest szczodrość z mojej strony (2/5).

30 komentarzy:

  1. Książka zdecydowanie nie dla mnie. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Temat interesujący, ale skoro mówisz że tak źle wykorzystany to raczej nie skorzystam. Dzięki :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Gdybyś zapytała, od razu bym Ci powiedziała, że jak ktoś pisze coś, co udaje Harrego Pottera, to to musi być złe :D. To jest zbrodnia, żeby to tak reklamować. A jeśli faktycznie przytoczony dialog jest najlepszym, co książka ma do zaoferowania, to nie ty jesteś niehalo. Pozwolę sobie ominąć powyższe "dzieło" szerokim łukiem (i z czosnkiem, na wszelki wypadek).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę mnie pocieszyłaś:-)...

      Usuń
    2. Że też chochliki kornwalijskie ich nie zaatakowały, jak wymawiali imię Harrego Pottera na daremno... ;)

      Usuń
  4. No nie no, pogrywanie na Potterze jest nie fair:/ Dobrze, że ostrzegłaś!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owszem, nie fair, dla czytelników, i dla większości autorów też...

      Usuń
  5. Ale to jest bardzo typowe, podpierać mierną książkę uznanym i kochanym przez czytelników dziełem, tu Harry Potter, tam Larsson, gdzie indziej znowu Larsson lub wampir Edward. Czasem takie zajawki krzywdzą, bo mimo, że nie są Potterami, ani Larssonami, to są po prostu dobre.
    A tej książki nie przeczytam:).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, Larssonów się wyroiło ostatnio bardzo dużo... A z tym krzywdzeniem autora takimi porównaniami to masz rację taka reklama zamiast pomagać, zniechęca. Kolejna głupota niektórych wydawców...

      Usuń
  6. Jak ja nie znoszę reklamowania miernych książek słynnymi tytułami... Sama nacięłam się swojego czasu na "Obietnicę anioła", która miała być drugim "imieniem róży", a czym była to aż nawet strach mówić...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W ogóle raczej się nie powinno wierzyć w teksty z okładki, bo albo są przesadzone, albo po prostu bez sensu. Taaa, drugie "Imię róży"...

      Usuń
  7. Brzmi naprawde bolesnie ;-))).

    I ogarnely mnie wyrzuty sumienia, ze zazwyczaj nie chce mi sie uzasadniac, dlaczego powiesc jest wg mnie beznadziejna (co wiecej, czasami niemal sila sie powstrzymuje sie przed napisaniem recenzji o tresci: "CO ZA DNO STOP NIE CZYTAJCIE STOP" ;-)) ).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na niektóre książki to i rzetelna recenzja, nawet miażdżąca, to za dużo...

      Usuń
  8. I co z tego, że recenzja druzgocąca, skoro czyta się ją wyśmienicie:)! A już pierwszy akapit to mistrzostwo świata - "postaram się druzgotać krótko i węzłowato":)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lejesz miód na mą grafomańską duszę...:-)

      Usuń
  9. Ważne żeby recenzja była szczera, ja nawet jak recenzuję książki otrzymane od wydawnictw nie słodzę nie sadzę laurek. Dobrze, ze ostrzegłaś:) Nie znoszę porównań w stylu: książka w stylu..., dokładnie taka ja...Tak nieraz zachecaja wydawcy do kupna gniota do entej potęgi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To są najgorsze porównania, właśnie te "w stylu"... Czasami już tylko z tego powodu mam ochotę zignorować książkę.

      Usuń
  10. Nie lubię fantastyki.Recenzje powinny być rzetelne, a niektóre niestety wprowadzają czytelnika w błąd.Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, co za trafne spostrzeżenie, "recenzje powinny być rzetelne"...

      Usuń
  11. "Zdechły wampir" - bardzo ciekawe określenie :) Ja też uważam na książki reklamowane jako "w stylu Harrego Pottera".

    Przyznam szczerze, że dużo łatwiej przychodzi mi pisanie o książkach, które mi się nie podobały. Bo wtedy pisze dlaczego tak uważam: bo to, to i jeszcze tamto. Gorzej z tytułami które zrobiły na mnie bardzo dobre wrażenie i tak jak Czas-odnaleziony ma ochotę napisać "CO ZA DNO STOP NIE CZYTAJCIE STOP", ja z kolei mam ochotę napisać: BARDZO DOBRE. STOP :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najłatwiej pisać o książkach, które wzbudzają w nas jakieś emocje, obojętne, negatywne, czy pozytywne. Nie ma nic gorszego od pozycji "letnich", czyli nudnych;-)

      Usuń
  12. Dzięki za cynk. Będę omijać książkę a co do recenzji, to jak zawsze nienaganna:)
    Pozdrawiam!!

    OdpowiedzUsuń
  13. Lubię połączenie kryminału i fantastyki, więc pewnie bym kupiła. Dzięki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też, ale w tym wypadku to zdecydowanie niewypał.

      Usuń
  14. Zapowiada się ciekawie, z chęcią przeczytam :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Trudno o dobre negatywne recenzje i z tego powodu tym bardziej je sobie cenię :-) Dzięki za przestrogę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za komplement, ale w kwestii dobrych negatywnych to Tobie akurat niczego nie brakuje;-)

      Usuń
  16. Ja wcale nie myślę, że lubisz pisać takie recenzje. Jednak czasem trzeba. Gdyby nie one, męczyłabym się nad nieudaną imitacją wina;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Imitacja wina to zbrodnia:-) Zdecydowanie wolę barolo.

      Usuń
  17. A ja właśnie zaczęłam czytać i na razie chichoczę. Potem się zobaczy.

    OdpowiedzUsuń