Ads 468x60px

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 grudnia 2015

Paolo Bacigalupi "Wodny nóż" - nie ma, nie ma wody...




Wydawnictwo: MAG
Seria: Uczta Wyobraźni
Tytuł oryginału: The Water Knife
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Liczba stron: 400
Data wydania: 16 października 2015
Cena: 39,00 zł


Globalne katastrofy, zapowiedzi zagłady i końca świata nie są wymysłem współczesności. Człowiek od zarania dziejów lubił czarnowidztwo i snuł pesymistyczne wizje o kataklizmach, o czym świadczą rozmaite wczesne przekazy literackie, z biblijną Apokalipsą włącznie. A przy tym globalna zagłada nie musi wcale być dziełem bogów, śmiertelnego wirusa, kosmicznych sił lub astronomicznego przypadku w rodzaju uderzenia komety, jej sprawcą może być przecież człowiek. I jest to zagłada mało spektakularna, bo dziejąca się w tempie niemal niedostrzegalnym dla człowieka wiodącego normalne życie, a dla wielu wręcz hipotetyczna, by nie powiedzieć, tworzona przez tajemnicze zielone lobby, dążące do nieczytelnych i absurdalnych celów. Są jednak tacy, którzy powiedzą, że ta zagłada już się zaczęła i trwa, choć jeszcze w sposób ukryty. Niektórzy dostrzegają już jej oznaki. Niektórzy idą nawet o krok dalej i pokazują, co się stanie za sto trzydzieści lat. Na przykład Paolo Bacigalupi. 

Jego wizja świata (choć jest to niestety świat okrojony w typowy dla wielu amerykańskich autorów do Stanów Zjednoczonych) w niedalekiej przyszłości ma wszelkie znamiona apokalipsy. Trwająca od długiego czasu susza spowodowała tragiczne w konsekwencjach braki wody i idące za tym odwrócenie wartości - woda stała się najcenniejszym zasobem, za który ludzie gotowi są zapłacić każdą cenę. Nawet cenę życia. Taki rozwój stworzył nowy porządek ekonomiczny, społeczny i polityczny, co autor kreśli w sposób spójny, logiczny i wiarygodny. Władzę i pieniądze ma ten, kto dysponuje tak zwanymi prawami wodnymi i to o nie toczą się najzajadlejsze i najbardziej bezkompromisowe walki. Jednym z narzędzi tych walk są doskonale wyszkoleni i bezwględni wojownicy, szpiedzy i terroryści: tak zwane wodne noże. Jednym z nich jest Angel, nasz bohater. A może antybohater?...

Inną z bohaterek jest Maria, młoda kobieta, która radzi sobie w życiu raz lepiej, raz gorzej (choć właściwie raczej gorzej) kupując taniej i sprzedając drożej wodę - na niewielką skalę, narażając się na szykany lokalnych gangsterów i wyczerpując siły na codziennej, pozbawionej jakichkolwiek perspektyw na przyszłość walce o przetrwanie.

I jest jeszcze Lucy, dziennikarka, blogerka i samotna, niezłomna wojowniczka o prawdę, śledząca lokalne wydarzenia i z zaciętością hieny (to słowo warto zapamiętać w kontekście całej opowieści) publikującą artykuły tak dobre, że ocierające się o nagrodę Pulitzera. 

Losy tej trójki, początkowo niczym ze sobą niezwiązane, splatają się w nieubłagany, fatalistyczny sposób, co w zasadzie nie jest żadną niespodzianką. Niespodzianką jest zaś to, że autor nie oszczędza w zasadzie żadnego ze swych bohaterów, czego można się spodziewać, kiedy już stanie się jasne, że "Wodny nóż" jest mniej podszytym filozoficznymi rozważaniami eposem o upadku wartości i zmierzchu cywilizacji, a bardziej thrillerem, skupionym na spektakularnych zwrotach akcji, brutalnych scenach i technicznej stronie katastroficznej wizji świata. Bo w typowo amerykańskim thrillerze, którym trąci ta opowieść, bohater powinien być jeden, nieśmiertelny, nieomylny i - mimo wszystko - dobry. Tutaj autor ma w zanadrzu kilka zaskakujących rozwiązań, co jednak nie nadaje tej książce głębi. Przyznam, że trochę więcej tej głębi, trochę więcej kontrowersji, więcej rozważań o kondycji świata i jego mieszkańców po tej książce - i tym autorze - się spodziewałam. Maleńkie rozczarowanie nie powinno przysłaniać jednak faktu, że nadal mamy tu do czynienia z warsztatowo doskonałym, świetnie skonstruowanym thrillerem. I tylko żal, że bohaterowie mimo wszystko wypadli tu dość blado i szablonowo.

Książkę zaś dedykuję nie tylko uczestnikom zakończonego właśnie szczytu klimatycznego w Paryżu, ale i wiecznie wątpiącym w zagładę - tę ekologiczną. Polacy w nią nie wierzą. Mają ważniejsze zmartwienia. 

Pierwsze zdanie: "W pocie kryły się opowieści."
Gdzie i kiedy: Niedaleka przyszłość, południe Stanów Zjednoczonych
W dwóch słowach: cena wody
Dla kogo: dla miłośników katastrof, dobrych thrillerów i uczestników szczytu klimatycznego w Paryżu
Ciepło / zimno: 72°

środa, 11 marca 2015

Mo Hayder "Wolf" - (Wilk) czyli o kolejnym bardzo złym wilku



Wydawnictwo: Goldmann
Tytuł oryginału: Wolf
Data wydania: 23.02.2015
Liczba stron: 448
Cena: 14,99 euro

W księgarniach pojawiła się świeżutka, najnowsza Mo Hayder, którą Krimifantamania kupuje z definicji, na przekór, wbrew i pomimo. Pewnym autorom pozostaje się po prostu wiernym i już. Pachnący drukarską farbą "Wilk" został zatem skonsumowany na miejscu i jednym mlaśnięciem. Obyło się bez gorzkiego posmaku, bez czkawki i wzdęć, choć posiłek ów krwawym był i do lekkostrawnych raczej się nie zaliczał.

Brytyjska autorka znalazła swoją metodę na zdobywanie czytelników. Jest prosta i skuteczna: to szokowanie. Szokowanie okrucieństwem, łamaniem tabu, przekraczaniem granic. Ale nie tylko. Na nic nie zdałoby jej się epatowanie bestialstwem i nurzanie w horrorze, gdyby nie łączyła tego z wyrafinowaną intrygą, perfekcyjnym researchem i szczyptą mistycyzmu, nutką tego niepojętego czegoś na granicy realizmu i mitu, ale zawsze, niezmiennie dającego się wyjaśnić w sposób racjonalny. Recepta ta z reguły się sprawdza i dzięki niej mogliśmy pokrywać się gęsią skórką przy Ptaszniku, The Treatment (niewydanej w Polsce, dlaczego?), The Pig Island (również), Tokyo (również). Z reguły, bowiem zdarzało się, że niektóre produkty, sporządzone wedle tej sprawdzonej receptury, nie spełniły wysokich wymogów jakościowych, co pomijaliśmy  milczeniem lub kwitowaliśmy wyrozumiałym machnięciem ręki. A czy spełnia je"Wilk"?

To już siódma część cyklu z Jackiem Caffertym w roli głównej. Jak zawsze przy długich seriach, nowe tomy niosą ze sobą radosne wyczekiwanie, chęć zaspokojenia głodu ("i co dalej"), oraz nieuchronne zmęczenie materiału ("no ileż można"). Nie da się ukryć, że w tym wypadku "no ileż można" było dominującym wrażeniem przez znaczną część lektury. No bo ileż można kibicować odwiecznej traumie Cafferty'ego, jego obsesji związanej ze starym pedofilem Pendereckim i nigdy nieodnalezionym ciałem zaginionego brata, przy całej sympatii dla oślego uporu i psiego instynktu pana policjanta?... No ileż można?... Okazuje się, że długo. I choć autorka chyba nadal jeszcze nie wyczerpała tematu, to wreszcie zecydowała się rzucić na koniec parę ochłapów, wyjaśniających to i owo, ale jednocześnie pogrążających jeszcze w głębiej w cierpieniu nieszczęsnego detektywa. Przynajmniej tym razem obyło się bez pani nurek Flei, czy jak jej tam.

Ale to tylko tło całej opowieści, towarzyszące jej niczym bzyczący, upierdliwy komar, którego nie sposób się pozbyć. Autorka serwuje tym razem scenariusz niemal kameralny, ograniczony do jednego, za to bardzo mrocznego miejsca - letniej rezydencji schorowanego milionera Olivera Anchora-Ferrersa, który dorobił się na technicznych cackach dla przemysłu zbrojeniowego. Oliver przyjeżdża z żoną i dorosłą, ale "trudną" córką do położonego na odludziu domostwa, by odpocząć po trudach operacji wszczepienia świńskich zastawek. Pobyt już pierwszego dnia zamienia się w horror, kiedy w Matilda, żona milionera, w pobliskim lasku znajduje rozwieszone na drzewach wnętrzności... Zszokowana rodzina doskonale pamięta zbrodnię, jaką popełniono niedaleko stąd piętnaście lat temu. Sprawca wprawdzie od dawna odsiaduje karę, w dodatku w posiadłości przypadkiem pojawiają się policjanci, których od razu można powiadomić o niepokojącym znalezisku, ale... nie działa telefon stacjonarny, komórkowe zaś nigdy nie miały tu zasięgu, a dwaj detektywi okazują się... no własnie, kim?

Schemat nie jest nowy ani nowatorski, a jednak Hayder po mistrzowsku tak tasuje karty, że z tej zgranej talii co rusz wyskakuje nowy joker, a pikowa dama wykonuje klasyczną woltę, odwracając bieg całej partii. I pewnie wszystko pozostałoby przy mrożących krew w żyłach flakach i laserach, gdyby nie detale, dowodzące wielkiej rzemieślniczej sprawności autorki. Duży plus za atmosferę posępnego angielskiego gmaszyska oraz niepowtarzalną, niesamowitą postać Walking Mana - to jedna z najlepiej wykreowanych figur drugiego planu w całej literaturze kryminalnej. Całość jest kawałkiem porządnej rozrywki, krwistym, esencjonalnym, sycącym. Aż się chce pogonić wydawców, by skupili się na soli tego gatunku, zamiast upychać na rynku mdłą papkę i kolejne sklonowane powieści. Bo Mo Hayder jest już solą gatunku.



Pierwsze zdanie: "Amy ma pięć lat i w ciągu tych pięciu lat jeszcze nigdy nie widziała, by mama tak się zachowywała." 
Gdzie i kiedy: Sommerset, Anglia, współcześnie
W dwóch słowach: flaki i lasery
Dla kogo: dla miłośników tych nieco badziej krwawych thrillerów i zbrodniczych serii
Ciepło / zimno: 79°

niedziela, 16 lutego 2014

Sebastian Fitzek "Noah" czyli thriller z przesłaniem



Wydawnictwo: Bastei Lübbe (Lübbe Hardcover)
Tytuł oryginału: Noah
Data premiery: 20 grudnia 2013
Liczba stron: 560
Cena: 19,99 euro
Przyznam, że pierwsze sto stron najnowszego płodu autorstwa niemieckiego mistrza psychothrillera przeczytałam jak w transie. Zachwyt sprawił, że na bezdechu przewracałam wirtualne strony czytnika, próbując przeniknąć rozpoczętą wielowątkowo, dramatycznie i z przytupem intrygę. A przytup jest tym razem taki, że hej. Fitzek wyszedł bowiem poza zwykle ramy pisanych przez siebie pokręconych psychothrillerów i podjął próbę stworzenia thrillera globalnego, zamaszystego, ogarniającego zatroskanym okiem całą naszą dojoną do maksimum Ziemię. Miało być globalnie, dramatycznie i spiskowo. 

I nie da się ukryć, że koncept miał autor przedni. Wprowadza nas weń oczami Alicii, młodej matki żyjącej w slumsach Manili. Alicia gotuje kamienie na kolację dla siemioletniego syna, który jako jedyny żywiciel rodziny haruje na toksycznych wysypiskach śmieci, uprawiając swoisty recycling biedoty. Przy zwiotczałej i pustej piersi Alicii tkwi noworodek Noel, zbyt osłabiony z głodu, by ssać. Beznadzieja, nędza, obezwładniający brak perspektyw na jakąkolwiek poprawę dramatycznej sytuacji.

Jednocześnie w Berlinie towarzyszymy bezdomnemu mężczyźnie, cierpiącemu na amnezję. Noah, nazywany tak przez swego towarzysza ze względu na tajemniczy tatuaż na dłoni, nie pamięta kim jest, skąd się wziął na stacji metra i nie wie, dlaczego przypadkowy artykuł w znalezionej gazecie tak bardzo nim wstrząsa, wywołując z otchłani niepamięci pierwsze, mętne wspomnienia. W artykule tym poszukuje się nieznanego autora pewnego obrazu, który swą ekspresją przywodzi na myśl prace Rothki, obrazu, wartego zapewne miliony. Osoba, mogąca udzielić informacji o malarzu, proszona jest o kontakt pod nowojorskim numerem telefonu. Nagrodą jest milion dolarów. Kiedy Noah, wiedziony osobliwym impulsem, dzwoni do redakcji amerykańskiego dziennika, inicjuje szereg wydarzeń, które stawiają na głowie nie tylko jego świat, ale i przyszłość ludzkości. 

Powiem szczerze: pokochałam tę książkę za rozmach i bezkompromisowość, z jaką rozprawia się ze współczesną cywilizacją i stylem życia rozwiniętych społeczeństw dobrobytu i nadmiaru. Chylę czoła nie tylko przed refleksją na temat ceny naszego komfortu i czystego sumienia, ale i płomiennością głoszonych tutaj tez i bezkompromisowym piętnowaniem schizofernicznego systemu, w jakim żyjemy, choć zapewne niejeden cynik skwituje je pobłażliwym uśmiechem. Szanuję Fitzka za tę nieporadną trochę próbę ubrania w rozrywkowe szatki tematów ważkich i ważnych, najważniejszych chyba dla każdego myślącego i czującego człowieka. Posłowie, jakim okrasił swą powieść Fitzek, wiele wyjaśnia, sporo naświetla, jest zaangażowane, szczere, nieudawane, choć można zadać sobie pytanie, czy autor wybrał właściwe forum i formę dla prezentowania swych poglądów. 

Ale okazuje się, że nie wystarczy płomienny zapał i zaangażowanie, nie wystarczy wrzucić do kociołka wszystkich popularnych teorii spiskowych ostatnich dziesięcioleci, począwszy od konferencji Bilderberg, poprzez świńską grypę po "chemiczne ślady", podsypać wątkami nowej pułapki maltuzjańskiej, tezami Klubu Rzymskiego, wymazać jednemu bohaterowi pamięć, a innego postawić w sytuacji bez wyjścia. Trzeba jeszcze pamiętać o sumiennym nakreśleniu intrygi i unikaniu wpadek. Z tym Fitzek zwykle radzi sobie po mistrzowsku, kręci, pętli, kombinuje, by na koniec brawurowo znaleźć rozwiązanie, ocierające się wprawdzie o granice prawdopodobieństwa, ale akceptowalne. Tym razem miejscami czułam się jak w kiepskim amerykańskim filmie, w którym cud goni cud, bohater co dziesięć stron dziwnym trafem wyślizguje się ze szponów złych facetów, a na co dwudziestej przychodzi mu z pomocą niesamowity zbieg okoliczności albo anioł stróż skrzyżowany z Supermanem. Do tego dochodzi masa nieścisłości, logicznych błędów, niedoróbek, a i zdania się autorowi zdarzały, jakby napisał je nie doświadczony stylista, a uczeń gimnazjum, i to raczej taki, który nie jest orłem w pisaniu wypracowań. Odnoszę wrażenie, że gdyby autor i redaktor zainwestowali nieco czasu i wysiłku w dopieszczenie, dopracowanie, wypolerowanie i wycyzelowanie tego i owego, wyszedłby z tego znakomity, pierwszoligowy thriller. A tak, wyszło rozczarowująco. 

Mimo wszystko lektury nie żałuję. Niech szydzą besserwiserzy, prześmiewcy i cynicy. Niech się uśmiechają z politowaniem. Niech nadal obojętnie patrzą na zarzynanie matki Ziemi dla profitu i komfortu grupki uprzywilejowanych. Ale może lektura tego rozrywkowego, może powierzchownego i naiwnego thrillera pobudzi kogoś do myślenia, nakłoni do refleksji nad sobą samym i swoim miejscem w świecie. I nad tym, co po nas zostanie. Bo, jak cytuje autor w posłowiu: "pesymizm w głowie nie wyklucza optymizmu woli". 


Pierwsze zdanie: "Alicię obudziła cisza."
Gdzie i kiedy: Berlin, Rzym, Amsterdam, Manila, współcześnie 
W dwóch słowach: amnezja i wirus
Dla kogo: dla wielbicieli teorii spiskowych, szybkich, obrazkowych thrillerów i czytelników zatroskanych przyszłością Ziemi
Ciepło / zimno: 58°

wtorek, 28 stycznia 2014

Bernard Minier "Krąg" - ale tu duszno...



Wydawnictwo: Rebis
Tytuł oryginału: Le Cerlce
Tłumaczenie: Monika Szewc Osiecka
Data premiery: maj 2013
Liczba stron: 541
Cena: 39,90 zł

Hm. Jest intryga, jest śledczy, jest setting. Jest bestseller. Bernard Minier opanował sztukę tworzenia chwytliwych powieści z pogranicza thrillera i kryminału do perfekcji.

No bo weźmy taką intrygę: znakomita. W małej miejscowości niedaleko Tuluzy znaleziona zostaje we własnej wannie wypełnionej wodą kobieta, spętana taką ilością lin i węzłów, że niemal jej spod nich nie widać. Utonęła. A w ogrodzie, na krawędzi basenu, siedzi zaszokowany chłopak pod wpływem środków odurzających, jej uczeń i kochanek. Czy to on jest mordercą? Wszystko na to wskazuje. Ale jaki miałby motyw?... A jeśli to nie on, to kto?...

Albo weźmy śledczego, a właściwie śledczych. Wyraziści, wyposażeni przez autora w całą masę cech na pograniczu budzącego sympatię dziwactwa i skrzywienia, empatyczni, nieustraszeni. Tylko im kibicować i cieszyć się, że tacy niesztampowi.

No i setting. Równie udany, jak w poprzednim tomie z tej serii, równie przytłaczający, mroczny, duszny, choć tym razem sceneria jest wręcz odwrotna od uśpionych pod pierzyną śniegu Alp. Jest początek lata, duchota, skwar i burze.

Teraz okraśmy to jeszcze ulubionym motywem wszystkich miłośników rasowych amerykańskich thrillerów, czyli psychopatycznego seryjnego, który zasadził się na naszego bohaterskiego śleczego, do tego dobrym tempem, paroam fajnymi woltami i niespodziankami, i mamy miks doskonały. I książka naprawdę może się podobać. I podoba się, sądząc po opiniach tych, którzy już ją mają za sobą.

Więc czego się czepiam? Ujmijmy to tak: nie jestem fanką ekspresjonizmu w kryminale. Wolę, kiedy nastrój powstaje na skutek nieco bardziej finezyjnych środków niż grzmiące burze, atakujące nieustannie uganiających się po jakichś chaszczach i lasach bohaterów strugami deszczu, błyskawicami rozświetlającymi upiorne scenerie i ogłuszającym grzmotem. Zaprzęganie żywiołów dla podkreślenia nastroju grozy i gnębienie postaci nieustanną duchotą i skwarem dla wzmożenia pracy gruczołów potowych jest fajne, jeśli wystąpi w książce raz. Jeśli nieustannie na zmianę moczymy odnóża w ulewie i we własnym pocie, to już stopień fajność gwałtownie spada. Może to kwestia temperamentu twórcy, który jakże inaczej niż Skandynawowie operuje środkami stylistycznymi, a może jednak kwestia warsztatu - czasem mniej znaczy więcej. Czasem największa groza czai się w niedopowiedzeniach, a nie egzaltowanych opisach "wyjącej duszy".

Obejrzawszy w swym życiu sporo mniej lub bardziej sztampowych filmów i przeczytawszy nie mniejszą ilość powieści traktujących o śledczych i reprezentujących rozmaity poziom, stwierdzam, że nie mogę już znieść detektywów, policjantów, komisarzy i w ogóle dochodzeniowców wszelkiej maści, którym bez przerwy "coś się przydarza". Ja rozumiem, że ma być "ekszn" i w ogóle, ale litości, pewne rzeczy po prostu się nie zdarzają. Pakowanie głównego śledczego, tego najmądrzejszego bystrzka, tego koryfeusza kryminalistyki, w tarapaty, spychanie go ze skarp, turlanie po leśnym poszyciu, ogólne poniewieranie i puszczanie na samotne akcje, by mógł dowieść czytelnikowi, jakim to on jest samcem alfa, przestało mnie kręcić już dość dawno temu. Wolę może nieco mniej spektakularne, ale bardziej wiarygodne konstelacje.

Pieprzu całej sprawie miało dodać widmo Juliana Hirtmana, unoszące się nad biednym Serwazem. Fajna rzecz, taki seryjny morderca, kwintesencja zła, archetyp zbrodniarza. Zwłaszcza gdy można eksploatować jego wątek przez ładnych parę tomów, a sądząc po zakończeniu, autor bynajmniej nie planuje zrezygnować ze swojego Hanibala. Cieszmy się zatem na kolejne perypetie, tarapaty i poniewierkę Serwaza, bowiem nie dane mu spocząć. Będzie kolejna zadyszka, będą burze, duchota, albo przenikliwy ziąb i grobowa cisza zasypanych śniegiem dolin. Albo coś jeszcze innego. Minier na pewno coś wymyśli.


Pierwsze zdanie: "Jej umysł był jednym wielkim krzykiem."
Gdzie i kiedy: Francja, lato 2010
W dwóch słowach: burzliwa i duszna
Dla kogo: dla tych, którym podobał się "Bielszy odcień śmierci" i tych, którzy lubią bombardowanie efektami i granie na emocjach
Ciepło / zimno: 62°

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Mariusz Zielke "Formacja trójkąta" - o fiutach i hochsztaplerach


Wydawnictwo: Czarna Owca
Data wydania: październik 2013
Ilość stron: 392
Cena: 34,90 zł
Fiuty, szpiedzy, hochstaplerzy, fortele, kłamstwa, gry, sztuczki wybiegi, zagrywki, kwity, wrogowie, przyjaciele, łapówki, wziątki, nielegały, przykrywkowdzy, szpiedzy, shomenuchi, katatori, KNF, ABW, CBA, CBŚ, GPW, giełda, gospodarka, analiza, fixing, monitoring, trendy, raporty, manipulacje, stanowiska, faceci, laski, bandyci, wóda, papierochy, seks, rżnięcie, emocje, wykańczanie, frustracja, odreagowanie, szkalowanie, niszczenie, etyka, cele, moralność, zło, materiał, rejestry, kaszana, ściema, pustaki, kutafony, kwasy, knajpy, ławeczki, ekspertyzy, świnia, tchórz, przyjaciółka, morderca, oszust, trup, miłość. 

I już. Wszystko jasne. Każde z tych słów występuje w tej książce i każde jest w jakiś sposób znamienne. Blurb dodaje jeszcze "pokaźny ładunek rozgrywek politycznych, szokujących afer politycznych" i "pokaźnej dawce erotyki". A tak naprawdę chodzi o śmierć prezeza warszawskiej giełdy, okrzykniętą początkowo samobójstwem, co prędko zrewidowano, gdy pewien żółtodziób dziennikarz i doświadczona i piękna pani major ABW wywlekają na światło dzienne nieprawidłowości, świadczące o czym wręcz przeciwnym. Rozpoczyna się na wpół legalne i amatorsko-profesjonalne śledztwo, prowadzące do dramatycznych wolt, nieoczekiwanych ustaleń, szeregu łóżkowych zbliżeń i oddaleń oraz dość intrygującego finału. 

Mariusz Zielke porwał się na gatunek, w którym bardzo łatwo stoczyć się z obranego szlaku w przepaść publicystyki i fanatyzmu z jednej, albo w otchłań śmieszności z drugiej strony. Wybrał chodliwy temat, ubrał go we współczesną otoczkę, nadał sprawom niezłe tempo, okrasił niemałą szczyptą seksu, trochę ponarzekał na "ten kraj" i ludzi i wyszła mu "formacja trójkąta". I to balansowanie na grani nawet autorowi wyszło, choć po drodze raz czy dwa niebezpiecznie potknął się i nie potrafił pohamować potoku słów, zbyt bardzo przypominające takie typowe perorowanie wiecznie niezadowolonego i będącego ekspertem we wszystkim Polaczka. Są to jednak poślizgi sporadyczne i kto wie, może nawet zyskujące aprobatę czytającej klienteli. Tym bardziej, że całość jest świetnie napisana, językiem żywym i bardzo zbliżonym do prawdziwego, żywego tworu, urabianego milionami polskich krtani, warg i zębów. 

Nie znalazłam też żadnych logicznych czy fabularnych kiksów, co tym bardziej cieszy, że gatunek politycznego thrillera jest na rodzimej scenie literackiej reprezentowany ubogo, i niestety bardzo często na żenującym poziomie. Raz już prawie go miałam (autora), już mi się wydawało, że przyłapałam go na jednej niewybaczalnej niespójności, ale nie - wybrnął, wytłumaczył, jak trza i zarobił wielkiego plusa. 

Nie wiem, czy to jest męska proza, bo powątpiewam w istnienie literatury męskiej czy żeńskiej, wiem tylko, że bywa nijaka. Ten kawałek prozy nijaki nie jest, typowo żeński (cokolwiek by to było) zapewne nie, więc jednak męska?... Na pewno dosadna, miejscami bardzo, na pewno wpisująca się w pewne schematy tematyczne, podobające się mężczyznom. Babą jestem, ale przeczytałam z przyjemnością, bo to sprawnie napisany thriller.


Pierwsze zdanie: "Ogarnięty wściekłością, wyrwał z sieci wtyczkę zasilania."
Gdzie i kiedy: Warszawa, współcześnie
W dwóch słowach: szybko i dosadnie
Dla kogo: dla miłośników twardej prozy i niewierzących w "ten kraj"
Ciepło / zimno: 70°

środa, 23 października 2013

Jussi Adler-Olsen "Erwartung" (Efekt Marco) czyli bankier i żebrak



Wydawnictwo: dtv
Tytuł oryginału: Marco effecten
Data premiery: październik 2013
Liczba stron: 576
Cena: 19,90 euro 

Boicie się Afryki?... Jej bezprawia, biedy i bestialskich zbrodni, popełnianych przez zbrojne bandy na bezimiennych? Czy dajecie jałmużnę wymizerowanym romskim dzieciom, żebrzącym na rogach ulic, czepiającym się brudnymi łapkami waszych porządnych płaszczy i markowych torebek?... Wkurzają was milionowe przekręty na najwyższych szczeblach, uknute przez zakłamanych i skorumpowanych urzędasów?...

Jeśli choć na jedno pytanie odpowiedzieliście twierdząco, to ta książka was poruszy. Szarpnie za delikatnie struny sumienia, elementarnego poczucia sprawiedliwości, obudzi atawistyczne lęki, nad którymi nie macie kontroli. I jest to zamierzony efekt. Efekt Marco. Sztuczka, którą Jussi Adler-Olsen opanował do perfekcji. To już piąty tom z rewelacyjnej serii o departamencie Q i kultowej trójcy, złożonej z Carla Moercka, jego niezwykłego asystenta Assada i jeszcze bardziej osobliwej Rose. I jak to z każdą dobrą kryminalną serią bywa, połowa sukcesu tkwi w bohaterach. W tej kwestii nikt, kto choć raz zetknął się z tym tercetem egzotycznym, nie będzie miał wątpliwości: nasz Duńczyk, wymyślając sobie swoje postacie, musiał przeżyć supernatchnienie, natchnienie natchnień, pocałunek królowej muz, albo... skonsumował jakieś dziwne substancje. Stworzenie takich bohaterów równało się szóstce w lotto i mniej więcej tak samo się opłaciło - Adler-Olsen już od jakiegoś czasu nie musi się martwić o swoją emeryturę. Nagromadzenie absurdalnych scen, gagów, nieprawdopodobnych dialogów może przywodzić na myśl najlepsze dokonania naszej Chmielewskiej. Wydaje się, że strumień bonmotów z wielbłądem nigdy nie wyschnie, choć upajanie się zbyt wielką ilością wody z tego ruczaju może niekiedy spowodować fizjologiczny odruch odbijania.

Wróćmy jednak do meritum. Piętnastoletni Marco jest członkiem romskiej bandy, trudniącej się w sposób profesjonalny żebraniem i kradzieżami kieszonkowymi. Jego klan, trzymany żelazną ręką przez jego herszta to zbieranina dzieciaków, w większości bez przeszłości i na pewno bez przyszłości. Nie chodzą do szkoły, nie umieją czytać, często celowo okaleczani, by wzbudzać litość odpasionych obywateli zamożnej Europy, ciągną z miasta do miasta, by napełniać kiesy herszta. Marco jest inny. Jako jedyny z dziatwy nauczył się czytać i pisać. Sam zdobywa wiedzę, spragniony jej jak wielbłąd na pustyni (o, udzieliło mi się...), kradnie książki i spędza każdą wolną chwilę w publicznej bibliotece. Kiedy przypadkiem dowiaduje się, że szef klanu chce go okaleczyć, by zwiększyć wpływy z żebrów, Marco postanawia uciec. Z pościgiem na karku kryje się w końcu w lesie, w zagłębieniu z miękkiej ziemi i liści. Liści, skrywających... ludzkie zwłoki. Chłopiec domyśla się, że ten trup to nie przypadek. Już wkrótce zyskuje pewność: to jego klan zamordował tego człowieka. Kim on jest? I za co spotkała go śmierć?...

Wątek Marco i zakopanych pod liśćmi zwłok łączy się z inną zbrodnią, dokonaną w Kamerunie. I milionowym przekrętem wielkiego banku i duńskiego ministerstwa pomocy humanitarnej. I oczywiście z Carlem Moerckiem, który chcąc nie chcąc (bardziej nie chcąc), przystępuje do rozwiązania zagadki.

Intryga jest przednia, nietypowa, poruszająca. Wydawałoby się: sukces gwarantowany. I rzeczywiście, powieść tuż po ukazaniu się w Niemczech znalazła się na pierwszym miejscu list bestsellerów i na razie z niego nie schodzi. Dlaczego więc nie wrzątek? Może dlatego, że swymi znakomitymi dotychczasowymi powieściami autor zawyżył poprzeczkę. Może dlatego, że niektóre dowcipy, powtarzane po wielokroć, jednak przestają śmieszyć. A może dlatego, że intryga, jakkolwiek znakomicie wykoncypowana, rozmywa się na prawie sześciuset stronach, bardzo mocno trącąc gdzieniegdzie melodramatyczną opowieścią z przewidywalnym zakończeniem. Adler-Olsen bardzo chciał zaistnieć na amerykańskim rynku. I zaistniał. Czy zrobił to kosztem głębi, posępnego klimatu, tych wszystkich walorów, które dotąd opierały się wymogom komercji, musicie ocenić sami. O ile ktoś wreszcie zacznie kontynuować wydawanie tego cyklu w Polsce...



Pierwsze zdanie: "Ostatni poranek w życiu Louisa Fona rozpoczął się jak łagodny szept."
Gdzie i kiedy: Dania, Kamerun, współcześnie
W dwóch słowach: bankier i żebrak
Dla kogo: dla fanów serii, oczywiście, oraz dla ceniących niesztampowych bohaterów. Upodobanie do gagów pustynnych nie zaszkodzi.
Ciepło / zimno: 73°

czwartek, 11 lipca 2013

Linwood Barclay "Fenster zum Tod" (Na własne oczy) - Hitchcock meets Rain Man

Wydawnictwo: Knaur
Tytuł oryginału: Trust Your Eyes
Data wydania: 02.11.2012
Liczba stron: 592
Cena: 14,99 euro 
Co tu dużo gadać, to jest po prostu znakomity thriller! Kiedy w najnowszym wydaniu magazynu "Bücher" opinię o tej książkce opatrzono najwyższą notą i etykietką "genialne" uśmiechnęłam się z pobłażaniem, bo w co jak w co, ale w genialne amerykańskie thrillery to ja średnio wierzę. Ale kiedy nadarzyła się okazja, by powieści wysłuchać, nie odmówiłam. Do prasowania i walkingu (bo podczas tych czynności wciągam dousznie lektury) w sam raz, pomyślałam sobie. Jakież było moje zdumienie, kiedy z każdą wysłuchaną minutą coraz bardziej przekonywałam się, że w zacytowanej opinii naprawdę niewiele jest przesady. To chyba najbardziej zwariowana historia, jaką kiedykolwiek czytałam, tak szalona, że aż prawdopodobna, i tak znakomicie skonstruowana, że po prostu nie ma się do czego przyczepić.

Gdybym musiała scharakteryzować tę książkę krótko, treściwie i obrazowo, to powiedziałabym, że to skrzyżowanie "Rain Mana" i "Okna na podwórze". Porównanie filmowe wprawdzie, ale tutaj jak najbardziej adekwatne, bowiem z grubsza rzecz biorąc o wizualizację tutaj chodzi. Oto trzydziestoparoletni Thomas Kilbride, chory na rzadki rodzaj schizofrenii (a może jednak autyzmu?) całe dnie spędza, wędrując po ulicach rozmaitych miast świata. Wędruje, nie wychodząc z domu. Nie odrywając wzroku od ekranu komputera. Tak, przemierza ulice, sfilmowane i zwizualizowane przez program "Whirl360". Dzień w dzień, od rana do wieczora. I pewnego dnia widzi w oknie głowę. Nie zwykłą głowę, ale owiniętą czymś białym i błyszczącym, jakby owiniętą plastikową siatką. A może to tylko styropianowa głowa na peruki? Thomas jest pewien, że w tej sekundzie, w której samochód wykonujący zdjęcia ulicy przejeżdżał obok tego domu, ktoś dusił drugiego człowieka. Ale Thomas jest inny. Jest ułomny. A może genialny? Bowiem Thomas nie tylko chodzi ulicami. On ich się uczy na pamięć. Z fotograficzną precyzją zapisuje w pamięci każdy detal, każdą wystawę, każdy numer i wygląd domu. Kartografuje.

Kiedy zaalarmowany przez niego brat Ray dla świętego spokoju udaje się do Nowego Jorku, by storpedować absurdalne twierdzenia Thomasa, na miejscu zastaje puste mieszkanie. Sąsiadka informuje go, że od mieszkające w nim dwie młode kobiety wyprowadziły się kilka miesięcy temu. Nie wie jednak, że swoją wizytą uruchamia lawinę wydarzeń, które już wkrótce mogą kosztować go życie.

Nie chce już mi się czytać głupawych amerykańskich powieści w stylu "zabili go i uciekł", schematycznych do bólu, naiwnych i powtarzalnych. A jednak tu Barclay potwierdza, że anglosaska szkoła powieści sensacyjnej i kryminalnej nadal funkcjonuje, i to znakomicie. "Okno na śmierć" (niestety, jeszcze nie wydane w Polsce) to przykład doskonałego rzemiosła, zaprawionego tą maleńką iskrą geniuszu, która sprawia, że nawet odkurzony pomysł w nowej, współczesnej oprawie jest w stanie kompletnie oszołomić. Zachłyśnięcie kolejnym niespodziewanym zwrotem akcji czy odkryciem, totalnie wywracającym spojrzenie na sprawę zdarzyło mi się tu parę razy, a ja nie zachłystuję się łatwo. Tyle o samej intrydze, a przecież mamy tu coś więcej.

Mamy znakomite kreacje bohaterów, w szczególności naszego "Rainmana". I obraz drażliwych, delikatnych relacji między braćmi, oscylujących między wrogością, irytacją, oddaniem i przywiązaniem. Barclay zdołał skreślić przepiękny portret inności, aż zadziwiające, że tak znakomicie wpasował się sensacyjną, bądź co bądź, opowieść. Bardzo podobał mi się też styl: lapidarny, ale podmalowany lekką ironią, ani trochę nie przesadzony, nawet w finałowych, zwalających z nóg scenach, w jakich niejeden piszący ma trudności z zachowaniem właściwej równowagi między tempem, wiarygodnością i plastycznością.

Książka-zaskoczenie, i to pozytywne.


Pierwsze zdanie: "To był zupełny przypadek, że skręcił wtedy akurat w Orchard Street i zobaczył okno."
Gdzie i kiedy: Promise Falls, Nowy Jork, współcześnie
W dwóch słowach: impet i precyzja
Dla kogo: dla miłośników Hitchcocka, perfekcyjnie skonstruowanych thrillerów i... wszystkich rainmanów tego świata
Ciepło / zimno: 89°

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Book-Trotter oraz Czytamy kryminały. 

środa, 26 czerwca 2013

Zygmunt Miłoszewski "Bezcenny" czyli Pan Samochodzik i zagadka kota bez uśmiechu


Wydawnictwo: WAB
Data premiery: czerwiec 2013
Liczba stron: 352
Cena: 38,49

Kiedy zobaczyłam zapowiedzi nowej książki Miłoszewskiego, podskoczyłam i oddałam się rozkosznym palpitacjom serca. Kiedy przyjrzałam im się bliżej, po mych żyłach rozlało się gorzkim syropem rozczarowanie. Łeee... skarby jakieś. O kolekcjonerach. O poszukiwaniach. O zagrabionych arcydziełach. Indiana Jones w wersji siermieżnopolskiej, qurka wodna, pomyślałam jadowicie. I książkę kupiłam. W końcu to Miłoszewski. Przecież nie mógł tak po prostu z dnia na dzień stoczyć się na pisarskie dno. Łasa choćby na nędzne popłuczyny po Miłoszewskim, ledwie zapchajdziurę w przerwie między kolejnymi "szackimi", łaskawie zgodziłam się na lekturę, nie spodziewając się niczego dobrego i ostrząc pazury na złośliwe natrząsanie po niej.

Z pazurami wyostrzonymi, że aż jęczy klawiatura, żyłami pełnymi jeszcze buzujących endorfin, sercem przepełnionym żalem po ostatniej linijce, zasadziłam się, żeby... nie, nie natrząsać się. Ale nie wiem, czy gotowi jesteście na pochwalne hymny w moim wykonaniu. Bo może ja fałszuję?...

O treści się nie zająknę, bo większość z Was albo już książkę czyta(ła), albo przynajmniej ma jakie takie pojęcie, w czym rzecz. Moje obawy co do niej niestety się sprawdziły co do joty: rzecz naprawdę traktuje o poszukiwaniach obrazu. Tajemniczego skarbu, malarskiego Świętego Graala, narodowej świętości... jak zwał tak zwał. Szczerze?... Przeczytałam już setki książek brownopodobnych, w wersjach mniej lub bardziej udanych, znam wszystkie tricki wymyślających tego typu historie, emocjonowałam się nimi dziecięciem niemal w powijakach będąc i tak sobie myślę: czemu ostrząca pazury wyga raz jeszcze miałaby się złapać na ten haczyk? Zwłaszcza że Miłoszewski z iście ułańską fantazją pakuje w swoją powieść wszelkie możliwe stereotypowe wątki wykopane w rozmaitych powieściach przygodowych, sensacyjnych i szpiegowskich. Aż ryknęłam śmiechem, kiedy jedną z głównych postaci okazał się historyk sztuki i marszand, jeżdżący - uwaga - rzadkim modelem ferrari, na widok którego ślinią się jak debile wszyscy faceci. Nożesz!... Pan Samochodzik jako żywo, trochę uwspółcześniony, z nieco bardziej ciętym językiem, ekologicznymi inklinacjami (choć nie wiem, czy pędzony własnoręcznie samogon zalicza się do produktów eko), znakomitym gustem i sercem szarpanym miłością życia!...

Śmiać mi się chciało również w wielu innych miejscach, ale nie był to śmiech cynicznej baby, szukającej dziury w całym, tylko radosny rechot jak podczas lektury przekomicznych lapsusów Chmielewskiej (kto nie pamięta "długoszcza"?). Tutaj rechot wywoływały lapsusy arystokratycznej Szwedki po przyśpieszonym kursie polskiego w zakładzie karnym w Grudziądzu, przemawiającej zdaniami w stylu Wszyscy konserwanty by cię zajebały. Ale śmiech, a raczej uśmiech, gościł na mojej twarzy częściej - przy co trafniejszej szpili, wbijanej tu i ówdzie, i to po równo wszystkim, bez oszczędzania tych na dole i tych na górze, domniemanych wrogów i sojuszników (choć ci niekiedy zamieniali się miejscami). Pojawiał się też uśmiech uznania dla trafności pewnych obserwacji, a także podziwu dla tytanicznego researchu, nie pozostawiającego najmniejszego marginesu na pobłażliwu uśmiech wiedzącego lepiej czytelnika. A na koniec uśmiech pełnej refleksji zadumy nad clou powieści...

Książka bawi tam, gdzie ma bawić, ale fantazja autora nie ogranicza się do powielania zużytych szablonów, gonienia bohaterów od zagadki do zagadki i odgrzewania dobrze znanych numerów z rozmaitych akcyjniaków (choć przy tym z pogonią po ściętym lodem Bałtyku, wahadło prawdopodobieństwa niebiezpiecznie wychyliło się w stronę czerwonego pola z napisem "przegięcie"). Miłoszewski nie posłał swych bohaterów, czwórki wspaniałych, wyłącznie w pościg za mrzonką mrzonek, tylko wykoncypował sobie historię, której wymiary wręcz onieśmielają rozmachem. I dobrze to sobie wykoncypował, bo historia ta ma nogi i ręce, a także serce, bijące w rytm, który doskonale harmonizuje z rozmaitymi głosami krytycznymi, nie lękającymi się nikogo, a zwłaszcza wielkiego sojusznika Polski zza oceanu. Miłoszewski okrasił ją również lekkostrawnym dyskursem o sztuce, zwłaszcza tej zagrabionej w czasie wojny, sprawiając, że nawet nieobeznany z malarstwem laik poczuje dreszcz emocji, kiedy trop Rafaela okazuje się bardziej realny, niż ktokolwiek przypuszczał.

To, co sprawia, że "Bezcenny" przestaje być tuzinkową szmirą napędzaną testosteronem, to instrument pisarza (tak, wiem, jak to brzmi, ale mam na myśli pióro - a może pędzel?...). Pióro ma Miłoszewski tak znakomite, że przeczytałabym nawet instrukcję obsługi odkurzacza jego autorstwa. Rzadki to dar, który sprawia, że figury, naszkicowane jak do komiksu, tknięte nim, ożywają, nabierają kolorów, miejscami przejaskrawionych, a miejscami muśniętych tylko pastelem. Ze świecą szukać postaci tak żywych jak choćby stuletnia dama na wózku, w powłóczystej sukni, spod której przezierają pończochy na podwiązkach i... pielucha (dama owa, wspominając cielesne uciechy sprzed lat, milknie na moment, robiąc pauzę na sikanie). Ale to wychwalane pióro nie tylko umie kreować charaktery, ono z wyczuciem komponuje, uderza z właściwą siła w odpowiednie nuty i sprawia, że z banalnej powieści sensacyjnej robi się coś, co niebezpiecznie zbliża się do ideału.

A o co chodzi z tym kotem bez uśmiechu?... To już musicie zgłębić sami.


Pierwsze zdanie: "Śnieg."
Gdzie i kiedy: Polska, USA, Szwecja, Ukraina, współcześnie
W dwóch słowach: pędzlem i szpilą
Dla kogo: dla dorosłych fanów "samochodzików", cierpiących na narodowy kompleks niższości (przekonają się, że Polak potrafi) i tych, którzy lubią wsłuchiwać się w złośliwy chichot historii
Ciepło / zimno: 99°

sobota, 22 czerwca 2013

Przyfrunęło...



Wiem, że niektórzy z Was, kiedy po raz kolejny przynudzam o jakiejś książce niemieckiego pisarza, niewydanej w Polsce, zastanawiają się w duchu "po kie licho mam to czytać, wszak ta książka u nas jest niedostępna, to po co się napalać". Otóż, moi mili, czasem opłaca się zerknąć okiem na moje wypociny o niemieckich bestsellerach (albo takich, które chciałyby nimi zostać), bo Krimifantamania ma czasem dobrego nosa i potrafi wyczuć przyszłe trendy.

W listopadzie zeszłego roku pisałam o "wzorcu szybkiego odmóżdżacza" (recenzja tutaj). Mianem tym określiłam powieść Maxa Bentowa "Der Federmann". Pewnie niektórzy się skrzywili, z powodów wymienionych powyżej. Tymczasem "Ptaszydło" (hmm, rozumiem, że "Ptasiek" już był, a "Człowiek w piórach" nie dość, że kostropaty jakiś, to jeszcze budzi indiańskie skojarzenia, ale "Ptaszydło"? Może to byłby dobry temat na kolejny odcinek "Przetłumaczyć nieprzetłumaczalne"...) ukazuje się właśnie po polsku. Premiera powieści planowana jest na początek lipca, a próbne egzemplarze dotarły już do niektórych wybrańców.

W tym miejscu skieruję parę ciepłych słów do Wydawnictwa Dolnośląskiego, które przysłało mi jeden z owych egzemplarzy (bezinteresownie, listopadowa recenzja nie była sponsorowana), sprawiając mi wyjątkową niespodziankę i dowodząc nie tylko wielkiej życzliwości, ale i profesjonalnego traktowania blogerów. I za to serdecznie dziękuję. A jeśli chcecie wiedzieć, czy Krimifantamania poleca to, co przyfrunęło do pocztowej skrzynki, kliknijcie w powyższy link.

piątek, 10 maja 2013

Anders de la Motte "[buzz]" - a on ucieka i ucieka...


Wydawnictwo: Czarna Owca
Tytuł oryginału: Buzz
Przekład: Paweł Urbanik
Seria: Czarna Seria
Data wydania: 17 kwietnia 2013
Ilość stron: 456
Cena: 36,90 zł


Szczerze? Nie sądziłam, że Anders de la Motte mnie jeszcze czymś zaskoczy. Pierwszą część cyklu z Henrikiem Pettersonem "[geim]" przeczytałam z lekkim rozczarowaniem intrygą i lekkim oczarowaniem całą resztą. Teksty w rodzaju "Ja pieprzę, jakie to zajebiste! Był mistrzem sztucznej trawy. The buzziest be in the hive. Hodowcą trolli przez duże H. Perem przechujem Gyntem - tym właśnie był..." w drugim tomie straciły egzotyczny posmak nowości, a kontynuacja tajemniczej Gry wydała mi się sprawą mocno naciąganą... Spodziewałam się zatem średniego drugiego tomu. A tu, proszę państwa, niespodzianka. Jest bowiem powyżej stanów średnich.

Nie namawiam do polubienia naszego motylka debilka z pierwszego tomu, bo trudno wymagać niemożliwego. Henrik Petterson, zgarnąwszy sporą kasę w pierwszym tomie, w bardzo intensywny sposób tę kasę wydaje. Jak - możemy się domyślać, wszak poziom rozrywek HP dobrze znamy. Ile czasu jednak można żłopać koktajle na najpiękniejszych plażach świata? Ile dziwek zaliczyć od przodu, od tyłu, od boku i sama nie wiem jak? HP zaczyna się nudzić. Brakuje mu kopa, adrenaliny, przeżyć. Jest gorzej, HP zaczyna nawet tęsknić za Szwecją. I kiedy wydaje się, że stagnacja zacznie niszczyć mu mózg, coś się wydarza. HP poznaje w Dubaju kobietę, napala się, odbywa z nią dziki seks, następnego dnia zabiera ją i przygodnie poznanego faceta na wypad na pustynię. Ona już z niego nie wraca. HP zaś budzi się następnego dnia w koszuli umazanej krwią (jej krwią) i kompletnie nie pamięta, co się stało. Tajemniczego towarzysza wyprawy nikt nie pamięta. HP zostaje aresztowany przez miejscową policję i wreszcie ma, czego mu brakowało - adrenalinę, kopa, przeżycia, waterboarding inclusive. Sytuacja wydaje się niemal beznadziejna, HP nie spodziewa się, że wyjdzie z tego żywy, gdyby w końcu nie przyszedł mu do głowy pewien szczegół - zapalniczka. Ratuje go zapalniczka...

Los rzuca HP w końcu do Szwecji, gdzie najpierw podejmuje pracę - legalną i dobrze płatną - a potem wplątuje się w kolejną aferę. I powiem Wam, że ta afera podobała mi się o wiele bardziej, niż nieco naiwny i głupiutki pomysł z Grą (choć Gra nadal wisi nad całą fabułą, niestety). Wreszcie miałam wrażenie, że autor nie traktuje czytelnika jak idioty, zaś problematyka, jakiej się tu podjął, jest aktualna, jest prawdopodobna (by nie powiedzieć: stała się rzeczywistością), jest niebezpieczna. Ogólnie mówiąc, chodzi o Internet. Z jednej strony o internetowy mobbing (tutaj śledzimy perypetie zawieszonej za domniemany błąd w akcji siostry HP, Rebekki (przypomnijmy, że pracuje ona w Biurze Ochrony Rządu), którą jakiś troll wziął na cel swych oszczerczych praktyk, z drugiej zaś o manipulowanie internetowymi przeglądarkami tak, by tworzyły w Internecie taki, a nie inny obraz rzeczywistości. Każdy, kto ma jakie takie pojęcie o komputerowej technologii i mechanizmach funkcjonowania internetu potwierdzi, że wizja, jaką roztacza tu autor, wcale nie jest fikcyjna i wyssana z palca. Internet jest wielkim tortem do podziału i tylko ci, którzy wcześnie się ustawią wokół stołu, mają szansę na najlepsze kawałki. A dzielenie tego tortu już trwa... 

Powiem krótko: tym razem pomysł autora doskonale trafił w nerw. Wykonanie zaś, jak poprzednio, jest dość brawurowe. Ci, którzy burzyli się na wulgaryzmy i okropieństwa językowe w pierwszym tomie, niech lepiej nie sięgają po drugi - pod tym względem niewiele się zmieniło. HP nadal bluzga, nadal posuwa co się da, nie stał się czytającym noblistów erudytą, chadzającym na koncerty do filharmonii i spędzającym wieczory przy lampce czerwonego wina. Tych z Was, których raziła ta postać w pierwszym tomie, nie mam zamiaru do niej przekonywać, pamiętajcie jednak, że de la Motte nie stworzył swego bohatera do lubienia. HP, cwaniaczek i bumelant, narwaniec, niegłupi, ale o dość prymitywnych potrzebach, był potrzebny autorowi do obsadzenia w głównej roli, i tę rolę zagrał brawurowo, nadrealistycznie, ale wiarygodnie. Nie wymagajcie, by wysławiał się piękną polszczyzną. Ten typ tak ma. Odnoszę jednak wrażenie, że przeżycia w arabskim więzieniu, doświadczenie "normalności" życia człowieka chadzającego codziennie do pracy, gdzieś tam głęboko pod skorupą prymitywa skrywanego marzenia o miłości (nie mylić z pieprzeniem), sprawiły, że HP chyba zaczął dorastać. I kto wie, jak by się potoczyły jego losy, gdyby nie musiał wciąż uciekać...

Skupiłam się tutaj na bardziej kontrowersyjnym z pary bohaterów, ale Rebekka też tu jeszcze jest. Śledzimy losy rodzeństwa równolegle, naprzemiennie - jeden rozdział ona, jeden rozdział on, co daje świetny efekt, momentami wprowadzający niezłe zawirowania. Czy obojgu można kibicować,  nie wiem. Chyba żadne z nich nie jest postacią, za którą trzyma się kciuki, z którą człowiek się utożsamia. Ale szybkie tempo, pojawiające się co rusz znaki zapytania i parę zagadek sprawiają, że chce się czytać. Czego i Wam życzę. 


Pierwsze zdanie: "Dosłownie kilka sekund po tym, jak się obudziła, zdała sobie sprawę, że jest za nią."
Gdzie i kiedy: Dubaj, Sztokholm, współcześnie
W dwóch słowach: spisek i sprint
Dla kogo: dla luzaków i gotowych na przekroczenie paru granic
Ciepło / zimno: 81°

Książkę udostępniło mi wydawnictwo Czarna Owca, za co serdecznie dziękuję. 

piątek, 12 kwietnia 2013

C. C. Fischer "Nukleus" - o diable, babie i medycynie



Wydawnictwo: Karl Blessing Verlag
Data premiery: 11.03.2013
Liczba stron: 528
Cena: 14,99 euro

Lubicie thrillery? Mówicie, że głupie są, w stylu "zabili go i uciekł"? Że to odmóżdżacze, upraszczające rzeczywistość i karmiące się fantasmagoriami bazującymi na spiskowej teorii dziejów? Że to tylko stroboskop, mięśnie, strzelaniny i zadyszka, nic dla intelektu? Pewnie coś w tym jest. Założę się, że dziewięćdziesięciu procentom produkcji z etykietką "thriller" można dowalić takimi właśnie epitetami. Są jednak wyjątki. I jeden z nich chciałabym Wam dziś zaprezentować.

Claus Cornelius Fischer nie jest dla polskich czytelników nikim nowym, dał się poznać koneserom dobrego kryminału od swej najlepszej strony. "Nukleus", jego najnowsze dzieło, to nieco inna bajka, choć akurat dzieciom bym jej na dobranoc nie czytała. Jakiś czas temu Fischer sięgnął po nieco inny gatunek - sensację, zaś w głównej roli obsadził... babę. Nie, oddajmy sprawiedliwość Elli Bach. Ella Bach nie jest babą, lecz kobietą. Myślącą, niebrzydką, a żeby złamać nieco stereotypy, narowistą, impulsywną, dziką, niepoprawną i nieprzewidywalną. I jest lekarką. Taką z wielką empatią.

W "Nukleusie" Ella Bach ma swój drugi występ - od razu się przyznam, że pierwszego nie czytałam - ale za to jaki! Wejście pani doktor Bach ma niesamowite, ścinające białko w tkankach, wysysające powietrze z płuc, albo wywołujące hiperwentylację, co kto woli. Zanim jednak lekarka pogotowia wkroczy na scenę, musi się coś wydarzyć. I się wydarza. I przysięgam, że Fischer stworzył na wstępie maleńkie dzieło sztuki prozy sensacyjnej!

Shirin jest dziewięcioletnią dziewczynką mieszkającą w Berlinie, ale kiedy spotykamy ją, jak mknąc na rolkach kieruje się w stronę stacji metra, tylko pozornie przypomina inne dziewięcioletnie dziewczynki mieszkające w Berlinie. To, co ją wyróżnia, to fakt, że jest córką Halila Abou-Khana, zwanego Prezydentem, króla gangu kurdyjskich Turków, czy tureckich Kurdów (podających się za prześladowanych Libańczyków). Halil trzęsie połową metropolii, zaś najgorszych wrogów zwykł pozbywać się, poddając ich procedurze prania z wirowaniem (dosłownie, w przemysłowej pralce o odpowiednich gabarytach). Shirin jest inna, bo uwięziona w twierdzy muzułmańskich tradycji. I jest inna, bo za chwilę prawie straci życie w zamachu, kiedy szaleniec obwieszony semteksem wysadza się w powietrze w wagonie metra, transmitując ze smartfona ostatnie sekundy swego popapranego życia na youtuba. Na miejsce przybywa nasza lekarka pogotowia i próbuje uratować z jatki to, co jest do uratowania. I tu robi się supermedycznie - ach, te tachykardie, pneumothoraxy, dużo, bardzo dużo adrenaliny, krwi i ssania!... Wielbiciele doktora House'a i starego dobrego Emergency Room rozpłyną się w zachwycie - autor nie tylko nie szczędzi bebechorealistycznych szczegółów, ale w dodatku wszystkie medyczne aspekty skonsultował ze specjalistą z berlińskiej Charité. 

Zamach to zaledwie początek. Podczas gdy drżymy o życie pogrążonej w śpiączce i walczącej z sepsą Shirin, której klan dzień i noc okupuje korytarze szpitala, Ella Bach jest coraz bardziej zaniepokojona milczeniem, a potem dziwnymi wiadomościami od swej przyjaciółki Anniki. Anni mieszka w Londynie, jest epileptyczką i współtwórczynią błyskawicznie rozwijającego się portalu społecznościowego LifeBook. Kiedy Ella otrzymuje wiadomość z Londynu o jej śmierci, bez wahania wsiada w samolot. Nie wierzy, że Anni popełniła samobójstwo. 

Sprawy przybierają dramatyczny obrót, a wymiar spisku, na którego trop wpada Ella, przekraczają wszelkie wyobrażenia. Jest globalnie, jest niebezpiecznie, jest prawie bondowsko. Fischer splótł dość karkołomną intrygę, nadał rzeczom szalony bieg, ale wszystko to wydaje się jedynie pretekstem do poruszenia paru ważkich spraw. On nie podsuwa subtelnych podtekstów, nie sugeruje delikatnie problemów, on ryczy, szarpie i wstrząsa. Owszem, w jego powieści oskarżające tyrady wygłaszają szaleńcy i popaprańcy, ale kiedy nazywają internet publicznym kiblem, którego ściany każdy ciul, bezpieczny w swej anonimowości, może obsmarować błotem plotek, zmyśleń i pomówień, kiedy mówi: Globalny bazar, na którym terroryści inscenizują publiczne egzekucje. Lepkie bagno, w którym zboczeńcy wyżywają swe inklinacje, a dzieci są do wzięcia, ze wszystkimi tymi zdjęciami, filmami, krzykami i wytryskami. Równoległy świat zasilany strumieniami danych, furią, bólem i samotnością, to po chwili pobłażliwego kiwania głową i zakłopotania coś się zaczyna w nas ruszać. Kiedy przekonuje: Niczego już nie zapamiętujemy, bo przecież wszystko możemy sobie wyguglać w ciągu sekundy, a to oznacza, że powierzamy naszą pamięć, a wkrótce być może wiedzę całego świata, jednemu koncernowi, który wstępnie sortuje dla nas informacje, i to odpowiednio do profilu, który komputery sporządziły na podstawie naszych wcześniejszych zapytań. I niektórych informacji wcale już nam nie podsuwa, to powoli zaczynają budzić się w nas wątpliwości, czy to aby naprawdę tylko fanatyczny głos świętego oburzenia czy może jednak nieśmiały szept rozsądku. I pojawia się niepokój. 

Można dyskutować o tym, czy sensacyjna powieść to właściwe podium do dyskusji o wypaczonych, samotnych duszach, o postępującej hegemonii "czwórki wspaniałych", czyli garstki korporacji, które coraz bardziej, a mimo to dla wielu niezauważalnie sterują społeczeństwami, można wybrzydzać, że zbyt dużo tutaj publicystyki, a za mało czystej rozrywki. Można. Ale ja to łykam, bo za tą pokręconą - przyznaję - intrygą odnajduję niepokoje człowieka, który nie boi się pytać, który podważa i obnaża. I trochę prowokuje. Do myślenia i do refleksji. No bo przecież nie do rebelii. 

Fischer to stary wyga. Potrafi pisać. Potrafi rozpalić emocje, potrafi przegonić, wywołać zadyszkę, a w przerwach prowokacyjnie rozburzyć starannie poukładane drobnomieszczańskie klocuszki, bezpieczne struktury stworzone przez ludzi, którym się wydaje, że wszystko jest okej. Nie jest. 

Pierwsze zdanie: "Właśnie wyszła z domu."
Gdzie i kiedy: Berlin, Londyn, współcześnie
W dwóch słowach: spisek i medycyna
Dla kogo: dla kochających mocne thrillery z zadyszką i przerwą na myślenie
Ciepło / zimno: 77°

czwartek, 27 grudnia 2012

Will Hill "Department 19. Die Mission" - o czerwieńszym odcieniu czerwieni


Wydawnictwo: Lübbe Audio
Czas nagrania: 15 godzin 30 minut
Format: audiobook download
Wersja: pełna
Data premiery: 21.09.2012
Lektor: Dietmar Bär
Język: niemiecki
Cena: 29,90 euro (9,90 w prenumeracie audible)
Co można robić z krwią? Można ją oczywiście rozbryzgiwać, pozwalać, by kapała leniwie, po kropelce, sączyła się niestrudzoną strużką, tryskała fontanną, krzepła w brunatnej kałuży, rozpylała się mgiełką, zbijała w lepiące skrzepy, mazała i nieodwracalnie plamiła co się da, wydzielała metaliczny zapach... można jej utaczać i oczywiście pić ją łapczywie i pożądliwie, czując jak rozchodzi się błogo po ciele...

Książka, którą zaserwował zmęczonemu wampirolozą czytelnikowi brytyjski autor Will Hill to thriller o charakterze niemalże splattera, w niczym nie przypominający romatycznych opowieści o wampirach, które kochają wiecznie i połyskują w słońcu. Tutaj wampiry pojawiają się w najbardziej z klasycznych ujęć, bo tym stokerowskim, i nie pałają żadnymi dzikimi namiętnościami, poza jedną: żądzą krwi. Jest klasycznie, bowiem Will Hill wskrzesza nie tylko najbardziej pierwotnego z wampirów, czyli Draculę, ale i całą masę innych powołanych przez Stokera postaci: Frankensteina, legendarnego łowcę wampirów van Helsinga, i całą masę pomniejszych bohaterów, które znamy z kart historii i klasycznych powieści o wampirach. I jest to zabieg ze wszech miar udany. Myli się jednak ten, kto oczekuje po tej książce trącącej myszką, gotyckiej opowieści osadzonej pod koniec dziewiętnastego wieku, choć autor owszem, zapędza się parę razy w przeszłość, by naszkicować tło swojej wizji i pokazać fundamenty, na których oparł swoją wersję krwiożerczych ssaczy. 

Onegdaj, w czasach van Helsinga, powstały bowiem zręby absolutnie tajnego, stosującego najnowocześniejszą technikę militarną i wyjątkowo skutecznego Departamentu 19, podlegającego brytyjskiemu rządowi. Nigdy o nim nie słyszeliście? Nic dziwnego, wszak jednostka ta jest więcej niż tajna, a o jej istnieniu wie zaledwie garstka uprzywijelowanych, wśród nich premier. Nie wiedział o nim także i Jamie Carpenter, przeciętny, nękany przez rówieśników szesnastolatek, który całkiem niedawno stracił ojca - trochę nieudacznika, szarego człowieczka, przez całe życie wykonującego swoją nieciekawą, szarą pracę. Czy aby na pewno?... Okazuje się, że ojciec wcale nie był tym, za kogo się podawał . Kiedy życie Jamiego staje na głowie, kiedy jego matkę porywają krwiożercze istoty, a on sam dostaje się pod pieczę monstrualnego dryblasa o nieprawdopodobnym nazwisku Frankenstein i miękkim sercu, kiedy postacie, które Jamie znał wyłącznie z kretyńskich filmów i dawno zapomnianych książek nagle okazują się całkowicie realne, chłopak dowiaduje się również, że ojciec był tajnym agentem i pracownikiem Departamentu 19, zwalczającego... wampiry. 

Przyznam, że słuchanie tej książki, rewelacyjnie zinterpetowanej przez niemieckiego lektora Dietmara Bära, sprawiła mi osobliwą przyjemność. I to pomimo tej bryzgającej krwi, fruwających w powietrzu bebechów, wywlekanych flaków i przebijanych pneumatycznym kołkiem wampirzych serc. Ta historia jest znakomicie skonstruowana, napięcie dozowane umiejętnie i niesłabnące ani na moment, finał godny najlepszych thrillerów, a i pomysł, splatający klasyczne wątki z nowoczesną technologią - więcej niż udany. Nie jest to na pewno lektura kobieca, a już w żadnym razie nie dziewczęca, ale nastoletni chłopak, ba, szukający niewyszukanej rozrywki dorosły, a nawet taka zboczona baba jak ja, będzie miał powody do zadowolenia. Jest tu tempo, są niekonwencjonalne metody walki z wampirami, jest akcja i ciekawa intryga. 

Jedyne, co kuleje, to kreacja postaci. Tu jest bardzo komiksowo i płyciusieńko. Jamie, przy całej mojej sympatii dla tego straumatyzowanego chłopaka, kompletnie nie przekonuje swoją błyskawiczną metamorfozą z zahukanego, nieciekawego cielaka w bohaterskiego fajtera, budzącego podziw najlepiej wyszkolonych i doświadczonych komandosów. Takie rzeczy to chyba tylko szytych grubymi nićmi opowieściach, i choć nie tracę z oczu tak zwanego targetu tej książki, to jednak autor mógł nieco uwiarygodnić to i owo.

Tym niemniej krotochwilnie było, słuchania nie żałuję i nawet polecę tę pozycję uwadze osób, lubujących się w podobnych pozycjach. Autor już zapowiedział dalszy ciąg i nie zarzekam się, że go nie wezmę do ręki. W końcu Dracula nie został pokonany...

Moja ocena: jest nieźle, choć to niezbyt wysokie loty. Wielka pochwała dla wersji audiobookowej - wreszcie pełna, nieokrojona wersja i znakomity głos Dietmara Bära (3+/5). 

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Sardegny trójka pik w kategorii z dreszczykiem.

czwartek, 8 listopada 2012

Fitzek & Tsokos "Abgeschnitten" (Odcięcie) - studium makabry z zadyszką



Wydawnictwo: Droemer/Knaur
Data premiery: 29.09.2012
Ilość stron: 393
Cena: 19,00 euro


Znacie Fitzka? Znacie. Lubicie? Jedni pewnie tak, inni tak z zastrzeżeniami... a jeszcze inni zdecydowanie nie. Ja Wam powiem, że za Fitzkiem, a w zasadzie za rodzajem pisarstwa, jakie uprawia, nie przepadam. Gmatwanie, matanie, sztuczne komplikowanie życiorysów, ocieranie się o granice prawdopodobieństwa - eee, nie, wolę finezyjnie plecione wątki, subtelny podskórny lęk, wiarygodność charakterów, coś autentycznego, te rzeczy.

Fitzek jednak ostatnio skumał się z Tsokosem. Pewnie większości to nazwisko nie mówi nic, ale w Niemczech snuje się za nim pewna sława. Michael Tsokos jest bowiem znanym medialnie medykiem sądowym, który popełnił już kilka ciekawych pozycji z branży kryminologicznej i popularnej literatury faktu. Czyli fachowiec. I to w dziedzinie, którą, ja z moim skrzywionym upodobaniem do makabry, w literaturze kryminalnej bardzo lubię. Pomyślałam sobie, że owoc tego mariażu może będzie zjadliwy i nabyłam tę piękną pozycję (z przygodami, o czym pisałam niedawno w poście o gigancie). I co?... 

W sumie już zacierałam ręce i przygotowywałam się mentalnie do miażdżenia, rozrywania na strzępy i złośliwego wyszydzenia tej książki, a tu gucio. Bo - dacie wiarę - podobało mi się!... I zaraz wyłuszczę dlaczego. 

Otóż po pierwsze primo: książka chwyta w szpony już po dwóch stronach. Żadnych dłużyzn, żadnego zagłębiania się, macania, przygotowywania terenu - nic z tego. Obuchem w łeb i jazda bez trzymanki. To się nazywa thrill, proszę państwa, patrzcie i uczcie się, jak przykuć uwagę czytelnika, owionąć lodowatym chuchem, zmieść z powierzchni kanapy i nie pozamiatać, wstrząsnąć i pogruchotać kosteczki... no dobra, wystarczy.

Po drugie secundo: są w niej obiecane makabryczne sceny sekcji zwłok. I to nie jak u Tess Gerrisen, kulturalnie, profesjonalnie, na trzeźwo, o nie! Tutaj sekcję zwłok (i to niejedną) musi przeprowadzić nasza protagonistka Linda, rysowniczka i twórczyni komiksów - a więc kompletna amatorka w makabrycznej branży - liżąca rany po toksycznym związku ze stalkerem (no, trochę stereotypu musi być). Linda zostaje uwięziona na odciętej od świata grasującym na północy Europy orkanem wyspie Helgoland, z której większość ludności została już ewakuowana. Przypadkiem znajduje zwłoki na opuszczonej plaży, po której przewalają się morskie bałwany. W saszetce przy nich znajduje się telefon. Ten telefon dzwoni... Wiem, wiem, to zabrzmi jak streszczenie horroru klasy B, ale Linda, zmuszona przez okoliczności i instruowana przez nieznajomego dzwoniącego (profesora medycyny sądowej Herzfelda), przeprowadza w końcu obdukcję, a potem sekcję truposza, na oddziale patologii miejscowego ewakuowanego szpitala, w którym poza cieciem nie ma żywej duszy... Jak do tego doszło i co z tego wynikło - tego nie podejmuję się ani streszczać, ani wyjaśniać, bo to już wyższa szkoła fiztkowej jazdy bez trzymanki. Te sceny z Lindą, wstrząsaną paroksyzmem wstrętu, oglądającą najpierw ciało tłuściocha z odciętym językiem, a potem nabitą na pal emerytowaną panią sędzią... są obrzydliwe, owszem, ale jednocześnie po mistrzowsku skreślone. I czuję w nich rękę fachowca.

Po trzecie wreszcie: tuzinkowe i ograne wątki (odcięta od świata wyspa, prześladowana przez psychopatę kobieta, gwałcone przez innego psychopatę nastolatki) są, owszem, ale jest tu parę fabularnych nici, które są nowe i zaskakujące, a nawet w jednym momencie przełamujące ustalone fiztkowszczyzną ramy. Zaskoczył mnie, skurczybyk, naprawdę!  Nie wspominam już nawet o tym, że sceny zmieniają się tu jak w kalejdoskopie, autor zaś gimnastykuje się, żeby nas za mało nie huśtało, kombinuje, jak zaskoczyć, jak odwrócić kota ogonem, jak zapędzić bohatera w kozi róg, a potem rzeźbi, żeby to jakoś odkręcić, i to w miarę tak, by się nie narazić na dyskwalifilację. I te jego ekwilibrystyki, niektóre przewidywalne, inne graniczące z geniuszem, jednak mnie rozerwały, nie powiem. 

Po czwarte: on (w sensie autor) też lubi szydzić. Przednie okazały się sceny dotyczące popularnych telewizyjnych castingów, znakomite było ścieranie się dwóch postaci: naszego patologa i synalka senatora, wożącego sobie zadek porsche cayenne - postaci całkowicie niekompatybilnej z przedstawicielem tak zwanego normalnego społeczeństwa. Świetna była postać szpitalnego ciecia, zniemczonego Turka Endera. Tak, za tym stoi zdolność wnikliwej obserwacji i cięte pióro. W dodatku usłyszałam tu coś w rodzaju krytyki panującego systemu prawnego - może nie gromiący tubalny głos etatowego moralizatora (w tym inni są znacznie lepsi), ale donośne piśnięcie.

Po piąte: to drobiazg, ale spodobało mi się mrugnięcie oka do czytelnika. Widzicie ten numer telefonu na okładce? Poprzedzają go słowa Keiner kann uns trennen (nikt nas nie rozłączy). Zadzwońcie pod ten numer (nie zapominając o wybraniu kierunkowego na Niemcy). Połączycie się z automatyczną sekretarką Lindy, a z zapisanych na niej wiadomości domyślicie się paru epizodów z jej burzliwego związku z prześladującym ją psychopatą... 

Dwa wypełnione szaloną jazdą dni kosztowała mnie tak książka, poza tym gęsią skórkę, wytrzeszcz oczu, poobgryzane paznokcie, zaniedbane dzieci... Nie polecam jej nikomu o delikatnych nerwach, nie polecam osobom tak zwanym "obrzydliwym", nie polecam tym, którzy nie lubią tego typu thrillerów. Polecam zaś tym, którzy lubią makabrę, zadyszkę podczas lektury, i w ogóle ten typ thrillerów... W ramach gatunku "Odcięcie" to niedościgniony wzór. A teraz zastanawiajcie się, co i komu zostało odcięte... 

Moja ocena: 4+/5. 

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania trójka pik Sardegny jako pozycję w kategorii sąsiad zza miedzy. 

czwartek, 27 września 2012

Chevy Stevens "Never Knowing. Endlose Angst" (Nigdy nie wiadomo) czyli trzeba wiedzieć, kiedy skończyć


Fischer Taschenbuch Verlag
Język: niemiecki
Tutył oryginału: Never Knowing
Przekład na niemiecki: Maria Poets
Data premiery: 25.11.2011
Ilość stron: 496
Cena: 8,99 euro


Są książki, które nigdy nie powinny zostać napisane. Są też takie, które chciałoby się czytać w nieskończoność, a każde zdanie, każdą myśl ukrytą powielić i przeżywać po tysiąckroć na nowo. I są takie, które powinny się skończyć dwieście stron wcześniej...

I do nich należy zaliczyć drugą powieść kanadyjskiej autorki Chevy Stevens, zatytułowaną "Never Knowing", którą poznałam na fali satysfakcji z lektury jej poprzedniej książki, "Jak kamień w wodę". Autorka postanowiła pójść utartym szlakiem i ponownie zastosowała nietypową koncepcję narracji: całą opowieść poznajemy z sesji psychoteraupeutycznych młodej kobiety Sary Gallagher. To, co było oryginalne w poprzednim tomie, tutaj już się trochę opatrzyło, więc akurat za to punktów dodatkowych nie będzie. Tym niemniej cała historia jest dość nietuzinkowa i intrygująca.

Sara, młoda kobieta i matka kilkuletniej Ally, przygotowuje się do własnego ślubu z "MacDreamy'm" Evanem (który notabene nie jest ojcem Ally). Jednocześnie odczuwa potrzebę poznania własnych korzeni - wie, że w dzieciństwie została adoptowana, chciałaby jednak dowiedzieć się, kim byli jej biologiczni rodzice i dlaczego zdecydowali się oddać ją do adopcji. Postanawia zatrudnić prywatnego detektywa, który na podstawie skąpych danych z metryki odnajduje biologiczną matkę Sary. Jest nią Julia, profesorka historii sztuki na miejscowym college'u. Sara, rozdarta między chęcią poznania prawdziwej matki a lękiem przed odrzuceniem, odwiedza jednak Julię. Kobieta reaguje panicznie, wręcz wrogo. Okazuje się, że w młodości niewiele brakowało, a stałaby się ofiarą psychopatycznego seryjnego mordecy - słynnego Campsite-killera - atakującego i zabijającego młode kobiety, biwakujące na polach namiotowych. Julia jest jedyną z ofiar najbardziej poszukiwanego przestępcy w Kanadzie, która przeżyła jego atak i... gwałt. Najgorsze przypuszczenia Sary okazują się prawdziwe - jej biologicznym ojcem jest zbrodniarz, a matka najchętniej zapomniałaby o jej istnieniu.

Już samo to mogłoby stanowić znakomity materiał na pasjonujący psychologiczny thriller. Ale nie, autorka, co już wiemy z poprzedniej powieści, nie jest aż tak łaskawa dla swych bohaterek. Do sieci przecieka w jakiś sposób informacja, że Campsite-Killer ma córkę. On też nie jest w ciemię bity, ba, w przypływie ojcowskich uczuć pragnie poznać owoc swych lędźwi. A owoc okazuje się znakomitą przynętą dla policji, która od trzydziestu lat nieudolnych poczynań postanawia wykorzystać Sarę do zwabienia tatusia-mordercy w pułapkę. Sara ląduje w samym sercu ścierających się sił, nacisków i manipulacji i wreszcie zgadza się na telefoniczny kontakt z killerem, a nawet na zaplanowane w każdym detalu spotkanie, w nadziei, że uda jej się zakończyć nadal trwającą serię zbrodni. 

Przyznam, że ta część tej książki jest napisana po mistrzowsku. Autorka ma dar opowiadania i umiejętnie kreśli postacie swoich bohaterów, ale nie szczędzi ich i stawia w sytuacjach skrajnych, wymagających od nich skrajnych poświęceń, a czytelnikowi dostarczających skrajnych emocji. Gra nerwów podczas coraz częstszych kontaktów Sary z mordercą jest niesamowita, niemal wyczuwalna, skrząca w powietrzu, elektryzująca. Oczywiście autorka nie byłaby sobą, gdyby sytuacja nie eskalowała, a napięcie, wydawałoby się skumulowane do granic możliwości, wciąż rośnie, grożąc eksplozją. Intryga poprowadzona jest świetnie, bez dwóch zdań. I po jej rozwiązaniu należałoby po prostu skończyć. Każdy szanujący się autor by tak postąpił. Ale nie Chevy Stevens. W chwili, kiedy wszystkie wątki - na pozór - zostały wyprowadzone na prostą, ona wyciąga ostatniego asa - a nawet nie asa, tylko dżokera - z kieszeni i mówi tere fere. W sumie, zabieg stosowany przez wielu. I lubiany przez czytelników. Tylko że to, co serwuje nam tutaj autorka, jest po prostu zwykłym, żenującym przegięciem, tak nieprawdopodobnym, że aż niesmacznym. Jak trup, powstający z martwych w trzeciorzędnym horrorze.

I to zakończenie, niestety rzutuje na odbiór całej powieści. Nagle to, co wydawało się świetną psychologiczną kreacją, jawi się łzawym melodramatem, jakby wyszedł spod pióra pisarki szmirowatych romansów. MacDreamy staje się papierowym pięknisiem, Sara rozhisteryzowaną paniusią, a groźny killer zaczyna budzić szacunek i przychylność. Nie, proszę państwa, ja tego nie kupuję. A wystarczyło skończyć, kiedy trzeba...

Dodam, książkę wchłonęłam w formie audiobooka. I okazuje się, że nie jest obojętne, kto czyta. Niemiecki wydawca zdecydował się na piękny, eteryczny i zwiewny kobiecy głos pewnej aktorki - cudowny, gdyby czytała "Przeminęło z wiatrem", na przykład. Ale ona czytała przecież mrożący krew w żyłach thriller. Nie mogłam po prostu, nie zdzierżyłam. Kwestie killera, wypowiadane sztucznie pogrubionym głosem jak z Czerwonego Kapturka, zamiast straszyć, wywoływały u mnie ataki histerycznego śmiechu... 

W sumie książka zasłużyłaby na czwórkę, bo dwie trzecie były naprawdę strawne, ale to zakończenie, i ten głos lektorki... Nie, nie, trójeczka, ale licha, mizerna (3-/5).


czwartek, 20 września 2012

Anders de la Motte "[geim]" - żyj oldskulowo, cash only i low tech


Wydawca: Czarna Owca
Tytuł oryginału
: Geim
Przekład: Paweł Urbanik
Premiera: 19 września 2012
Ilość stron: 408
Cena: 34,90 zł

Macie dość skandynawskich kryminałów? Tak?... To dobrze, bo książka, którą Wam dziś zaproponuję, mimo iż wyszła spod pióra szwedzkiego autora, z melancholijnym smędzeniem i mglistym, acz krytycznym spojrzeniem piętnującym obrzydliwe zjawiska w uporządkowanych społeczeństwach dobrobytu niewiele ma wspólnego. Poza narodowością pisarza oczywiście, no i szwedzkimi kulisami.

Purystom językowym już pewnie na widok samego tytułu 
włos jeży się na głowie, i słusznie. Tym lekturę tej książki zdecydowanie odradzam. Tytuł mianowicie to pikuś w porównaniu z tym, co czytelnik znajdzie w środku, i nie mówię tu o fabule, tylko o czystej warstwie językowej, skorupce, którą trzeba przegryźć i strawić, by dobrać się do smacznego miąższu. A proces ten może okazać się uciążliwy i bolesny. Ale o tym za chwilę. 

Wpierw dwa słowa o autorze, byłym oficerze policji (ostatnio nieustannie napotykam książki pisane przez byłych gliniarzy - albo ten zawód obfituje w utalentowane samorodki, albo lata obcowania ze zbrodnią wyrabiają w człowieku chęć zrzucenie z siebie ciężkiego balastu doświadczeń). Pracował przez jakiś czas jako szef bezpieczeństwa w dużym koncernie IT, zaś ostatnio udziela się jako konsultant bezpieczeństwa międzynarodowego (cokolwiek to znaczy). A wspominam o tym dlatego, że jakoś to zawodowe tło z tej książki wyziera. I nawet nie mam na myśli stechnicyzowania książki, tylko kreację jednej z dwójki głównych bohaterów.

Mowa o Rebecce Normén, policjantce, i to policjantce specyficznej, bo odpowiedzialnej za ochronę rządowych VIP-ów. Czyli o odpowiedniku naszych BOR-owików (BOR-owiczce?... ehh, skoro o czystości języka mowa...). Nasza bohaterka nie tylko jest w pełni profesjonalistką, ale i kobietą skrywającą pewną tajemnicę. Ów sekret wiąże się z jej bratem, który bardziej różny od niej już być nie mógł: osobnik o wdzięcznej ksywce HP (w przeciwieństwie do jakże nudnego imienia i nazwiska Henrik Petterssen) to zwykły wałkoń, obibok i cwaniaczek, myślący wyłącznie o tym, by zabawić się tanim kosztem, podupczyć, wypić i napalić się liści, taki motylek-debilek o dojrzałości emocjonalnej nastolatka, jakimś cudem prześlizgujący się przez życie i aż się człowiek dziwi, dowiadując się, iż obywatel ów ma na karku trzydziestkę. Typowy to tandem: spokojna i rozsądna siostra, stróż prawa, sprawuje pieczę nad krnąbrnym braciszkiem, nieustannie pakującym się w kłopoty i balansującym na granicy legalności. Znany konfliktogenny układ i wdzięczny wątek, świetnie dający rozwinąć się w kryminałach i thrillerach. Bo oczywiście nasz motylek-debilek pakuje się w kłopoty, i to niewąskie.

Pewnego dnia znajduje bowiem komórkę. Inną, dziwną. I ta komórka zaprasza go do gry. Nie, nie w Pacmana, nie w Minekraft. To Gra przez duże G, która toczy się w realu. Początkowo chodzi o drobne zadania, graniczące z kretyńskim psikusem spłatanym niesympatycznemu bucowi i nagradzane niedużą kasą oraz uznaniem i splendorem użytkowników sieci. Nie trzeba mówić, że i kaliber zadań, i nagrody rosną wraz z kolejnym osiąganym "levelem". Tyle że z Grą nie ma żartów. Gry się nie zdradza, a jeśli już, to trzeba się liczyć z tym, że gracz zostanie wyeliminowany. Dosłownie. I za pozornie trywialną rozrywką kryje się znacznie więcej.

No dobra, temat może niezbyt oryginalny i już niejeden adept pióra próbował przekuć go w czytelniczy sukces. W tym przypadku mogę pochwalić jednak wykonanie: jest przemyślane, dopracowane i dość brawurowe. Narracja podzielona została na dwie wiązki - osobne dla brata i siostry - z dwóch różnych perspektyw i na dwa różne sposoby naświetlające całą historię. Autor wykonał przy tym ciekawy zabieg i obie relacje oddalił od siebie pod względem językowym, tak że nigdy nie mamy najmniejszych wątpliwości, kto jest akurat narratorem. Opowieść HP jest emocjonalna, żywa, bezpośrednia, językowo kalecząca wszelkie kanony poprawności, najeżona wulgaryzmami, anglicyzmami i nowomową, opowieść Rebekki - chłodniejsza, bardziej wyważona, przekazana "normalnym" językiem. Chcecie próbki? Tak opowiada HP: "Byli nie tylko zwykłymi jackassami na speedzie albo internetowymi dziwkami dającymi dupy za parę lajków na profilu, ale przede wszystkim pieprzonymi marionetkami!" Rebekka w porówaniu z nim to nudna ciotka.

W tym miejscu wtrącę swoje trzy grosze, idąc za głosem zawodowego zboczenia: taka mnie naszła refleksja w czasie lektury tej powieści, że nie chciałabym tkwić w skórze tłumacza. Miał do wyboru dwie drogi: przetłumaczyć tę książkę zachowawczo, wygładzając chropowatości i usuwając językowe brudy, ugrzecznić całość i zaserwować produkt w miarę poprawny, ale śmiertelnie nudny, albo pojechać po bandzie, narazić się konserwatystom i nasadzić w tekście tych wszystkich "zhakować", "scykorzyć", "makdżobów", "sfakować", "rozkminić" a także nieustannie "zczaić" i "sczaić" (wymiennie - wyraźnie nie mogąc się zdecydować, który wariant pisowni jest poprawny). Efekt jest jaki jest - nie czepiajcie się tłumacza, zrobił, co musiał i nie zrobił tego źle.

O zawiłościach intrygi rozpisywać się nie będę - nie jest aż tak oryginalna, by wbić w fotel, ale ma w zanadrzu jedną czy dwie niespodzianki. Jest porządna, przestrzegająca reguł gatunku, wybitnie rozrywkowa, bez ambicji zbawiania świata. I piekielnie wciągająca. Owszem, tu i ówdzie możemy się wprawdzie domyśleć, co się za tym wszystkim kryje, w niektórych momentach brew wędruje do góry w wyrazie niedowierzania, ale ten thriller ma wszystko, co powinien mieć dobry przedstawiciel gatunku: jest szybki, w miarę niegłupi i bardzo, ale to bardzo wciągający. Kto się nie zrazi brawurowym językiem, ten się świetnie ubawi. I to chodzi.

Odejmę parę punkcików za płycizny fabularne, ale czwórka to świetna ocena! (4/5)


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Czarna Owca, za co serdecznie dziękuję.