Ads 468x60px

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kotowski Krzysztof. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kotowski Krzysztof. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 sierpnia 2012

Krzysztof Kotowski "Kapłan" - habit, zemsta i krokodyl...

Wydawca: Cat Book
Data premiery: 08.02.2008
Ilość stron: 496
Cena: 32 zł


Są mody na pewne książki, zapoczątkowane jednym udanym bestsellerem, kopiowanym potem mniej lub bardziej udolnie przez zastępy pisarzy albo tych, którzy chcieliby nimi zostać. Stephenie Meyer zapoczątkowała histerię na wampiry, jakiś czas temu nastąpił wysyp mistycznych thrillerów osnutych wokół tajnych wszechpotężnych bractw, a założę się, że przez kolejne miesiące (oby nie lata) będziemy nękani ociekającymi seksem podróbkami "Pięćdziesięciu twarzy Greya". Trudno powiedzieć, na ile "Kapłan" jest produktem książkowego trendu, który miał swe apogeum już parę lat temu, a na ile oryginalną opowieścią, która powstałaby niezależnie od koniunktury. 


Krzysztofa Kotowskiego poznałam jakiś czas temu dzięki "Krwi na placu lalek" i choć miałam pewne problemy z zaszufladkowaniem tej książki, przekonała mnie. Podobne trudności z zaklasyfikowaniem miałam i z "Kapłanem", choć to całkiem odmienna pozycja, aczkolwiek również mocno polaryzująca. Są tacy, którzy dadzą się za "Kapłana" poćwiartować, innym w ogóle nie podszedł. Jak było ze mną?


Przyznacie, że wizja uganiających się po Warszawie kolesi w habitach, dekapitujących ludzi, faceta, twierdzącego, że posiadł pamięć i umiejętności tysięcy pokoleń niemal od zarania dziejów i tajemnego bractwa, pociągającego za sznurki na globalnej arenie ma w sobie coś nieświeżego, zużytego, by nie powiedzieć, śmiesznego. Ktoś mógłby powiedzieć: to już byyyyyło! I miałby rację. No bo ile można w kółko o tym samym?... A jednak "Kapłan" wzbudził entuzjazm wielu czytelników. Ba, zebrał pochwały na poważanych łamach, z ust recenzentów z prawdziwego zdarzenia, a nie tam jakichś blogerów (przepraszam wszystkich, którzy poczuli się urażeni lekceważącym tonem, ale dla niektórych jesteśmy "tylko" blogerami), więc o co chodzi z tym zamieszaniem? 


"Kapłan" zaczyna się rewelacyjnie. Krótka migawka z prehistorycznej Krety, druga z Europy wikingów, a potem Warszawa, szpital psychiatryczny i wspomniany facet, który pamięta. Pamięta Boga, czasy pradawne, miliony istnień, zna setki języków, posiadł umiejętności pokoleń rycerzy, asasynów, wojowników. Nietypowy przypadek. Schizofrenia paranoidalna? Ciężka psychoza? Urojenia, zwidy? Okazuje się, że nie - doktor Sambierska naocznie przekonuje się, że każde słowo osobliwego pacjenta jest prawdą - w chwili, gdy w nieprawdopodobny sposób gołymi (prawie) rękoma rozprawia się nie tylko z szpitalnymi strażnikami, ale i trójką znakomicie wyszkolonych zamachowców w habitach. Zwykły klecha nie dałby sobie rady z zawodowcami tej proweniencji. Tytułowy kapłan umyka ze szpitala, zabierając ze sobą lekarkę (a właściwie nie sprzeciwiając się zbytnio, by dobrowolnie mu towarzyszyła). Przyznam, że początek zachwycił mnie głębią, rozmachem, zaintrygował zagadką tajemniczego kapłana, wprawił w zdumienie i nerwową gorączkę, co dalej. Niestety, struna, którą autorowi udało się napiąć na pierwszych stu stronach, straciła sprężystość, a miejscami splątała się, tworząc gruzły, które psuły lekturę. Pierwsza część powieści urywa się niespodziewanie, przedwcześnie kończąc albo zawieszając większość wątków i pozostawiając uczucie niedosytu.


Trochę lepiej jest w drugiej części,napięcie wraca chwilowo, ale znow momentami zamiera. Nierówne tempo nie jest jedynym mankamentem tej książki. Mam wrażenie, że jej problemem jest niezdecydowanie. Jej koncepcja waha się pomiędzy dziełem zamaszystym, epickim, poważnym, zbudowanym na solidnych historycznych podstawach, a komiksowym, przerysowanym thrillerem celującym w grupę odbiorców Zbigniewa Nienackiego, choć to było kiedyś, teraz pewnie raczej kokietującym fanów Batmana i Indiany Jonesa. Rozdźwięk między tym "na poważnie", a tym "dla rozrywki" jest wyraźnie wyczuwalny, jakby autor nie mógł się zdecydować, dla kogo tak naprawdę pisze - dla czytelnika wyrobionego, oczekującego pozycji z ugruntowanym tłem i głębią psychologiczną, czy dla nastolatka, z wypiekami śledzącego poczynania bohatera o nadprzyrodzonych umiejętnościach. Wyszło coś pomiędzy, choć tylko ten drugi wyjdzie z lektury usatysfakcjonowany.


Co nie znaczy, że spotkanie z tą książką było czasem zupełnie zmarnowanym. Jest sporo punktów, którymi naprawdę można się zachwycić - są tu wątki stawiające na głowie nasze pojmowanie fundamentów świata, które, pogłębione, mogłyby wzbogacić tę książkę, są nietuzinkowi bohaterowie (weźmy choćby Cipuchę i Bzdeta - parę punków - bajka!, albo zagorzała antyklerykalistka Ola), są liczne finezyjne dialogi i scenki zaprawione nutą czarnego humoru, sama intryga, choć niewyjaśniona do końca (no bo kim tak naprawdę jest ten kapłan i skąt to jego ciężkie brzemię?), jest niegłupia i zastanawiająca. Jednocześnie są tu dłużyzny, posiekana, chaotyczna fabuła, liczne komiksowe spłycenia, jest trochę wymachiwania mieczykami, niektóre wątki zostały poprowadzone naiwnie. Pewnego smaczku dodaje wątek z nieco inną wersją zamachów z 11 września, stanowiący wodę na młyn dla zwolenników spiskowej teorii dziejów, wszędzie wietrzących tajemnicę, niedopowiedzenia, ukryte prawdy. Są również fragmenty erudycyjne, dowodzące sporej wiedzy autora, miejscami wręcz błyskotliwe. Szkoda, że nie udało się ich rozciągnąć na całość.


Nie jestem tą powieścią zachwycona ("Krew z placu lalek" przekonała mnie bardziej), choć zapewne dwadzieścia lat temu zachłysnęłabym się nią. Dziś mam więcej dystansu to tego typu lektur i postanawiam zakwalifikować "Kapłana" do dzieł typowo rozrywkowych, gdzie zapewne jest jego miejsce; udanych, ale z licznymi niedociągnięciami.


Moja ocena: trójka z plusem (3+/5).


Baza recenzji syndykatu Zbrodni w Bibliotece



środa, 4 kwietnia 2012

Krzysztof Kotowski "Krew na placu lalek" czyli metafizyczna teoria przeciwciał


Wydawnictwo: Prószyński i Ska
Data wydania: 18.10.2011
Liczba stron: 408
Cena detaliczna: 34,00 zł



Na lekturę tej książki byłam kompletnie nieprzygotowana. Acha, polski autor. Acha, kryminał. Okay, do dzieła. Testujemy. Początek wydał mi się wielce obiecujący. Oto w ruinach pałacu po nocnej libacji z dwiema bezdomnymi budzi się kobieta, Maria. Pamięta, że szuka córki, która uciekła z domu jakiś czas temu i była widziana w tej niewielkiej miejscowości. Po towarzyszkach jej pijańskich ekscesów, skromnym dobytku, złożonym z dokumentów, niedużej sumy pieniędzy i torebki - ani śladu, za to świadkiem jej przebudzenia jest nieznajoma dziewczynka. Mała z trudem mówi, ale za pozornym lekkim upośledzeniem kryje się bystry intelekt, poczucie humoru, sympatyczne usposobienie. Maria dowiaduje się od niej, że uciekła prawdopodobnie z jakiegoś transportu pełnego dzieci (ktoś porwał dzieci? w jakim celu? czyżby pedofil?) i postanawia zaprowadzić ją na miejscowy komisariat. Tam okazuje się, że mimo iż kobieta złożyła tam wizytę poprzedniego dnia, nikt jej nie pamięta, a po jej zgłoszeniu nie pozostał najmniejszy ślad. Sytuacja staje coraz dziwniejsza, gdy z nieoczekiwaną pomocą przychodzi jej starszy, dystyngowany mężczyzna, dżentelmen starej daty, oferując nocleg i doraźne wsparcie finansowe. Następnego dnia tajemniczy Włoch znika bez śladu. W Warszawie, dokąd udaje się Maria wraz Justysią, jej mieszkanie zajmuje obca rodzina, sąsiedzi jej nie poznają, ba - nawet dopiero co poznani ludzie po pięciu minutach zachowują się, jakby nigdy nie istniała... Maria z coraz większą desperacją usiłuje dowiedzieć się, co z nią jest nie tak.

W miarę zagłębiania się w tę powieść rosło moje zaciekawienie - przede wszystkim nurtowała mnie kwestia, jak autor poradzi sobie z tym węzłem, który sobie zawiązał na wstępie. Jak wybrnąć z tak skontruowanej intrygi, by nie zboczyć na rubieże nieprawdopodobieństwa, by nie ośmieszyć się rozwiązaniem godnym trzeciorzędnego thrillera? Zaciekawienie powoli zamieniło się w konsternację, aż wreszcie pojęłam, że nie będzie tu żadnego racjonalnego wytłumaczenia, a powieść powinna zostać oznaczona stemplem "zawiera pierwiastek metafizyczny". Przez jakiś czas myślałam, że fabułę uratuje dwójka śledczych, odnajdujących pamiętnik Marii i usiłujących znaleźć jakieś sensowne wytłumaczenie tajemniczych zjawisk. Postępowali w sposób racjonalny, rzeczowy, podejrzliwy - tak jak powinni prowadzić śledztwo gliniarze. A ono zatacza coraz szersze kręgi, zahaczając o tematy pedofilskie i problematykę handlu dziećmi.

Oba wątki, realistyczny i mistyczny, zgrabnie się ze sobą splatają, a i Maria wykazuje sporo zdrowego rozsądku, do samego końca próbując rozwiązać zagadkę swojego tajemniczego bytu. W którymś momencie miałam ochotę rzucić tę książkę w kąt, wkurzona coraz silniejszym zbaczaniem w regiony, których w powieściach kryminalnych nie cierpię: jak na mój gust, to w porządnym kryminale cała zagadka MUSI dać się wyjaśnić rozumowo, a wszelkie inne sztuczki autora to pójście na łatwiznę. Zacisnęłam jednak zęby, wierząc w inteligencję autora i tusząc, że tylko się bawi z czytelnikiem w kotka i myszkę, a na koniec zaprezentuje spektakularne, podparte naukowo wyjaśnienie tych wszystkich hocków-klocków. Zaciskanie przyszło mi tym łatwiej, że akcja toczy się wartko, a czytelnik wodzony za nos jednak coraz bardziej chce się dowiedzieć "i co dalej".

No i jak myślicie? Jest w tej powieści holmesowskie rozwiązanie intrygi, czy nie? I tak, i nie. Nie mogę jednoznacznie odpowiedzieć Wam na to pytanie, nie zdradzając zasadniczych elementów, na których opiera się cała zagadka. Powiem tylko tyle: grande finale to wielostronicowy wywód, wymagajacy od czytelnika pewnego samozaparcia, otwartości umysłu i szczątkowej choćby wiedzy z zakresu psychologii, fizyki i filozofii. Ale nie bójcie się. Autor poprowadzi Was za rękę przez meandry metafizycznych dywagacji, doprowadzając do takich konkluzji, że na koniec w Waszych umysłach powstanie myśl: a właściwie, czemu nie?...

W zasadzie, na tym można byłoby skończyć. Skończyć opowieść, zostawiając czytelnika z kilkoma niepociągniętymi do końca wątkami. Ale pisarz wyraźnie chciał je pozakańczać, serwując jednak zakończenie, które nieco mnie zdegustowało, bo podobne pisałam już w podstawówce, kiedy trzeba było napisać wypracowanie z elementami naprzyrodzonymi. Więcej nie zdradzę. Przeczytajcie sami. Bo mimo wszystko powieść nie powinna wylądować na śmietniku - dostarcza sporej dozy rozrywki, elementu zaskoczenia, serwuje pigułę z najnowszych hipotez i trendów z dziedziny metafizyki, w fajnej, nowoczesnej otoczce new age'u.

I sporo wie, ten pan Kotowski - albo dobrze odrobił lekcje. Ja w każdym razie mam ochotę na więcej. Pal sześć pierwiastek mistyczny.

Moja ocena: czwóreczka! (4/5).


Diaboliczny Krzysztof Kotowski

Baza recenzji syndykatu Zbrodni w Bibliotece