Ads 468x60px

Featured Posts

wtorek, 28 kwietnia 2015

Donna Tartt "Der Distelfink" ("Szczygieł") czyli historia ptaszka na uwięzi






Wydawnictwo: Goldmann Verlag
Tytuł oryginału: The Goldfinch
Data wydania: 10 marca 2014
Liczba stron: 1024
Cena: 24,99 euro


Nie wiem, jak tu pisać o tej powieści. Wyznać, że mnie zmiotła? Odurzyła? Zaczarowała? Wciągnęła w wir wydarzeń, obrazów, zapachów, doznań? Wszystko to banały, których kumulacja nie sprawi, że choć ułamek tego, czym ona jest, a czym nie jest, dotrze do czytającego te słowa. Powiem więc tak: po wysłuchaniu ostatniego zdania (bo "Szczygła" poznałam w formie doskonałego skądinąd audiobooka), zapragnęłam natychmiast przeczytać tę książkę na nowo (tak, mam też wersję papierową). A to nie zdarza mi się nigdy.

Sprawczyni tego, drobna, blada Amerykanka mierząca zaledwie 1,52 cm wzrostu, o której chodzą słuchy, że pobije w piciu każdego faceta, będąc przy tym w stanie bez zająknięcia sypać cytatami z T. S. Elliota, pisze niewiele, ale to, co pisze, ma moc, impet i siłę bomby atomowej. Nie certoli się z czytelnikiem, każe mu przedzierać się przez tysiącstronicowe cegły (a nie są to płyciutkie sagi, tylko dzieła na miarę dziewiętnastowiecznych klasyków), pozostawiając ich z bolesnym symptomem odstawienia. Jej przedostatnia powieść "Tajemna historia" ukazała się dziesięć lat temu. Publikowanie książek z częstotliwością dekady jest bardzo nie na czasie, a mimo to autorka mówi, że byłaby szczęśliwa, gdyby udało jej się napisać w sumie pięć powieści. Więc jeszcze dwie. Jeszcze dwadzieścia lat.

Czymże więc jest ten długo wyczekiwany "Szczygieł"? I znów trudno dokonać tu jakiejś klasyfikacji. Czy powiemy powieść inicjacyjna, czy historia kryminalna ze świata sztuki, czy studium środowiskowe - to wciąż za mało. Dodajmy do tego panoramę różnych światów, szerokie spektrum ludzkich uczuć i emocji, historię zdrady i przyjaźni, miłości i straty, opowieść o rodzicach i dzieciach, o śmierci i bólu utraty bliskiego człowieka, o wielkiej sztuce, o tym, co jest jej jądrem i sensem - a wszystko to nasączone miriadami szczegółów, intensywne, soczyste, obfite, zmasowane, esencjonalne - to powoli zbliżymy się do tego, czym jest "Szczygieł".

Theodore Decker ma trzynaście lat, kiedy traci matkę w zamachu terrorystycznym na nowojorskie Metropolitan Museum. Ta wizyta w świątyni sztuki okaże się brzemienna w skutki, a przecież tak niewiele brakowało, a Theo nie znalazłby się tam wtedy, nie oglądałby z matką pierwszego obrazu, który naprawdę kochała - wypożyczonego z muzeum w Hadze "Szczygła" pędzla Carela Fabritiusa, ucznia Rembrandta i Vermeera - nie szukałby jej później w mlecznej zawiesinie kurzu i pyłu, nie spotkałby starego, umierającego człowieka, nie dostałby od niego osobliwego pierścienia, nie zabrałby z sobą niedużego płótna holenderskiego mistrza, które zmieściło się w plecaku. I oto od tego właśnie przypadku rozpoczyna się ta trwająca dekadę historia. Życie chłopca meandruje w nieprzewidywalny sposób, nie omija - wydawałoby się - żadnej mielizny i żadnej ostrej skały, przyśpiesza i zwalnia, niemal zatrzymuje się w cuchnących bajorach i rozlewiskach, by po chwili pognać dalej wartkim, nieprzewidywalnym strumieniem. Niczym fatum ( a może kotwica?) spina je przy tym niczym klamrą i utrzymuje w chybotliwej równowadze niezwykły obraz, o którym sam Theo mówi, że daje mu poczucie "bycia mniej śmiertelnym i mniej zwyczajnym".

Donna Tartt wysuwa na pierwszy plan kwestię, dlaczego ludzie czynią rzeczy, które sami definiują jako niewłaściwe, które - kiedy wychodzą na jaw - chwieją posadami ich życia, grożą kompletną ruiną i destrukcją. W kluczowym momencie pojawia się pytanie o dobro i zło, o rozmytą, nieuchwytną granicę, jaka oddziela jedno od drugiego. A może wcale tej granicy nie ma? Co jest w życiu ważne? Gdzie jest cel i sens w chaosie, beznadziei i zepsuciu, wypełniającym ludzką egzystencję? Theo doświadcza jednego i drugiego: chaosu i pustki, oraz piękna i miłości.

Pochłonięci zawiłymi wątkami losów głównych bohaterów: eterycznej, elfiej Pippy, przypominającego dziwacznego puchacza Hobiego, krzykliwej i plastikowej Xandry i wreszcie absolutnie kultowego Borisa, przygnieceni lawiną detali i zapachów (rysunek słojów drewna, woń bejcy, gra światła i cienia na obrazie, szaleństwo narkotykowych i alkoholowych odlotów) nie zapomnijcie o obrazie. O uwięzionym, przykutym do klatki kruchym, delikatnym ptaszku. I o nieśmiertelności piękna.


Pierwsze zdanie: "Byłem jeszcze w Amsterdamie, gdy po raz pierwszy od wielu lat przyśniła mi się mama." 
Gdzie i kiedy: Nowy Jork, Las Vegas, Amsterdam, współcześnie
W dwóch słowach: chłopiec i ptak
Dla kogo: dla kochających sztukę, kryminał, dziewiętnastowiecznych klasyków, Nowy Jork, opasłe księgi i... życie
Ciepło / zimno: 100°

czwartek, 23 kwietnia 2015

Harald Gilbers "Germania" - historia o Żydzie, gestapowcu i seryjnym mordercy



Wydawnictwo: DW PWN
Tytuł oryginału: Germania
Tłumaczenie: Agnieszka Hofmann
Data wydania: 20 kwietnia 2015
Liczba stron: 472
Cena: 34,90 zł

"Najbardziej uważnym czytelnikiem jest tłumacz" - jakże prawdziwe to słowa. Tłumacz nie jest zwyczajnym czytelnikiem, który prześliźnie się po tekście, zatrzyma tu i ówdzie, by pogalopować dalej, pomijając to, co nudne, błahe, miałkie. Tłumacz wchodzi w tekst na wiele długich tygodni, żyje nim i oddycha, aż przestaje traktować go niczym ciało obce i zaczyna tworzyć na nowo, w innym, (własnym?) języku. Słowa autora stają się jego własnymi słowami, myśli bohaterów - jego własnymi myślami. I nadchodzi taki moment, kiedy nie da już oddzielić się tekstu od własnej osobowości, kiedy staje się on cząstką tłumacza, zagnieżdża się w nim i zostaje, niczym osobliwy pasożyt - osobny byt, a jednak wchłonięty i udomowiony. 

Nie dziwcie się zatem, kiedy powiem, że pisanie o przetłumaczonej przez siebie książce jest trochę jak wprowadzenie na salony własnego dziecka, zaprezentowanie go światu przez rodzica przepełnionego dumą, ale i obawą, jak zostanie przyjęta wypieszczona latorośl. Spędziłam z "Germanią" wiele intensywnych tygodni, aż przeniknęła do mojej podświadomości, snów i codziennych myśli. Widziałam tłuste cielska bombowców wiszących nad zaciemnionym miastem i obracałam w ustach szewskie przekleństwa Hilde. Sprawdzałam, czy nie odpruła się gwiazda Dawida i rozkoszowałam aromatem prawdziwej ziarnistej kawy. Główkowałam gorączkowo, próbując wytypować mordercę, gnana instynktem łowczego i stawiałam opór wewnętrznej pokusie opóźnienia śledztwa. Byłam tam, przeżywałam to i odtwarzałam krok po kroku wszystko, co wydarzyło się tamtego lata pod koniec wojny, po polsku. 

A teraz "Germania" - moja wypieszczona latorośl - wyszła na świat. Nieprawdopodobna historia Żyda o znamiennym nazwisku Oppenheimer, byłego komisarza policji kryminalnej w Berlinie, który - choć zachował instynkt łowcy - nie jest już tym, kim był. Jest zastraszonym, stłamszonym i prawie odartym z nadziei cieniem człowieka. Aż do pewnej majowej nocy, kiedy zostaje zabrany przez gestapowca Voglera na miejsce bestialskiej zbrodni. I nagle dostaje szansę, by na krótko - na dzień? tydzień? miesiąc? - znów stać się tym człowiekiem, którym był. Wejść w skórę łowczego, którym był. I udowodnić - przede wszystkim sobie - że jeszcze nie umarł, że jest jeszcze pełnowartościowym człowiekiem, śledczym, policjantem. Wspaniały to pojedynek, w którym podłamany (ale nie złamany) były gliniarz staje w szranki nie tylko z niezidentyfikowanym zbrodniarzem, ale i z zimnym (na pewno?) nazistą, a de facto i z całą machiną hitlerowskiego imperium. I choć wiadomo z góry, że w tym pojedynku nie będzie zwycięzcą, że po zakończeniu śledztwa stanie się zbędny, to jednak walczy do końca - także o siebie i swoją miłość. 

Gilbers stworzył tę nieprawdopodobną (choć przecież wiemy, że rzeczywistość pisała jeszcze bardziej nieprawdopodobne) historię i umieścił ją w Berlinie - kulisach, które odtworzył w sposób wierny i drobiazgowy. Ta czy inna odsłona zapewne okaże się niespodzianką, nawet dla czytelnika obeznanego z historią. Pojawią się przerażające wątki Lebensborn i zaskakujące oblicze Bertolda Brechta, motywy autentycznych zbrodni, które wstrząsnęły Berlinem w czasie wojny i miejsca prawdziwe, owiane legendą - hotel Adlon, salon Kitty, osiedle funkcjonariuszy w Zehlendorfie. 

Może niektórym z Was przeszkadzać będzie lakoniczność narracji. Może uznacie, że ta relacja jest zbyt sucha, wyprana z emocji, faktograficzna. I owszem, nie znajdziecie tu łzawego melodramatu. Tu przemawiają fakty. I ludzkie losy. A także ludzkie decyzje i czyny. W nich jest wystarczający ładunek emocji, nie trzeba ich dodatkowo krasić zbędnymi słowami i ubierać w sukieneczkę kiczu. Autor poważył się na temat trudny, na którym niejeden się wyłożył, oskarżany o "banalizację zła". Mógł popaść w sentymetalizm, mógł potknąć się na kreacji głównego nazisty w tej opowieści, pójść na skróty, próbować wybielać (bo to jednak dobry nazista był) lub wręcz przeciwnie. Nie znajdziecie tu jednak gotowych osądów. Tylko próbę zarysowania pewnej nieprawdopodobnej, choć nie niemożliwej konstelacji. Ciekawi jesteście, jak z tego wybrnął?...

Oto moja latorośl. 


Pierwsze zdanie: "Światło wskazywało na dziesiątą przed południem." 
Gdzie i kiedy: Berlin, 1944
W dwóch słowach: Berlin i zbrodnia
Dla kogo: dla kochających Berlin, tropicieli nowych historycznych odsłon i fanów dobrego kryminału
Ciepło / zimno: 83°

piątek, 13 marca 2015

Lista bestsellerów tygodnika Spiegel - notowanie 12/2015



Pora na drugi w tym roku rzut oka na najbardziej prestiżową niemiecką listę bestsellerów. Trochę się tu dzieje. Trwają właśnie lipskie targi książki, a na rynku nastąpił związany z nimi wysyp nowości, co wyraźnie widać w koszykach czytelników. Zajrzyjmy do nich:


1. Martin Suter Montecristo (pol. -) 
Bar wzięty!... Tydzień po premierze najnowsza powieść znanego szwajcarskiego pisarza wylądowała na pierwszym miejscu. Polscy czytelnicy znają Sutera, ale czy go lubią? Dzięki Światu Książki mieli okazję przeczytać znakomitego "Kucharza" i dwie inne powieści. Montecristo to thriller o bankach, przekrętach i kryzysie finansowym, który miał być nauczką dla świata finansjery, a nie był... Znakomita intryga, ironiczne podteksty, zaskakujący koniec - tak piszą krytycy o tym dziele. A Krimifantamania właśnie przekonuje się, czy to czcze obietnice...

2.
 Michel Houllebecq Unterwerfung (oryg. Soumission
pol. w zapowiedziach WAB jesienią 2015) 
Sukces Francuza okazał się trwalszy niż mu wróżyłam. Rany wywołane zamachem na Charlie Hebdo zaczęły przysychać, ale tematyka najwyraźniej nie, toteż Niemcy gorliwie kupują i czytają Houllebecqa, choć przyrządzona przez niego strawa nie należy do lekkich. Polscy czytelnicy muszą się jeszcze uzbroić w cierpliwość, rodzima wersja tej powieści dopiero się rodzi...



3. Stephen King Revival (oryg. Revivalpol. Przebudzenie, wyd. Prószyński i S-ka) 
Nowy King został wydany w Polsce już jesienią zeszłego roku, Niemcy potrzebują zwykle trochę więcej czasu na tłumaczenie i przygotowanie książki do druku. Pierwszy tydzień sprzedaży przyniósł mistrzowi trzecie miejsce, nieźle, choć bywało lepiej. Zastanawia jednak strategia niemieckiego wydawcy, który zrezygnował ze zniemczenia tytułu, uznając, że czytelnicy skumają znaczenie słówka Revival. Praktykę tę coraz częściej spotyka się na niemieckim rynku, wydawcy wychodzą widać z założenia, że primo, niemiecki tytuł nie odda sensu i znaczenia, secundo, że czytelnik nie jest kretynem i słowo zna, a jeśli nie zna, to się domyśli. Ciekawe, czy kolejnym krokiem będzie rezygnacja z tłumaczenia książek w ogóle... Wtedy będę bezrobotna. 

4. Cornelia Funke Reckless. Das goldene Garn (pol. -) 
Jest wreszcie trzeci tom sagi Reckless! Niemiecka autorka, która (słusznie?) cieszy się opinią grand dame literatury dziecięcej, mozolnie tworzy swoje opus magnum, wplatając w opowieść o Jakubie, chłostanym przez los chłopaku, który żyje w świecie za lustrem, motywy z baśni i legend całego świata. Trzecia część cyklu czerpie ze skarbnicy baśni wschodnich, rosyjskich i orientalnych, zaroi się od kozaków, będzie car i Baba Jaga. Funke znowu czaruje słowem... Pierwsze dwa tomy wydał w Polsce Egmont, w tym jeden w tłumaczeniu sami wiecie kogo, los trzeciego na razie jest nieznany, może głos spragnionych dalszego ciągu czytelników zaważy?... Recenzja wkrótce. (Piękna okładka, notabene.)

5. Klaus Modick Konzert ohne Dichter (pol. -) 
Wybory niemieckich czytelników wprawiają mnie niekiedy w zdumienie. I czasem to zdumienie miesza się z podziwem i uznaniem. Tak jest w przypadku powieści Klausa Modicka o znamiennym tytule Koncert bez poetów, będącej historią kolonii artystycznej Worpswerde. Powieść osnuta jest na kanwie słynnego obrazu Heinricha Vogelera "Koncert". Pojawi się w niej Rilke, który stworzył coś w rodzaju ideowego programu kolonii. Poeta sportretowany tu został jako zmanierowany malkontent i egoman, zaś całość to prawdziwa gratka dla miłośników sztuki, poezji i historii. Literatura w swej najpiękniejszej odsłonie, przypominająca, że Niemcy nadal są narodem poetów i filozofów.

6. Kiera Cass Selection. Der Erwählte (oryg. Selection - The Onepol. Jedyna, wydawnictwo Jaguar) 
Zwrot o sto osiemdziesiąt stopni. Z literatury z najwyższej półki zeskakujemy na półeczkę z amerykańskimi młodzieżówkami. Niniejsze dzieło jest trzecim tomem cyklu o... nie wiem właściwie, pewnie jakimś wyjątkowym dziewczątku, które musi zbawić świat albo dokonać czegoś równie trudnego. Obecność na liście Spiegla dowodzi ogromnego potencjału rynkowego tej literatury, niezależnie od kraju. Zastanowiło mnie tylko jedno - polski tytuł sugeruje kogoś płci żeńskiej, niemiecki wyraźnie mówi o "wybrańcu" tudzież "jedynym". Hm... gender rządzi?

7. Cassandra Clare City of Heavenly Fire. Chroniken der Unterwelt (oryg. The Mortal Instruments. City of Heavenly Firepol. Miasto niebiańskiego ognia, wyd. MAG, jesień 2014) 
Pozostajemy w podobnych klimatach. Szósty tom cyklu o wampirach wydawany jest cierpliwie i w Polsce, widać temat jeszcze się nie znudził. Nie znam go, pewnie już nie poznam (nie ten target), ale dwie uwagi mam. Po pierwsze, to kolejny przypadek, kiedy niemiecki wydawca postanawia pozostać przy angielskim tytule (a co, młodzież jest wyedukowana lingwistycznie!), po drugie, wydawca bez skrupułów doi ową wyedukowaną młodzież (a właściwie mamuśki), bowiem książkę wydano w pięknej twardej oprawie - fakt, edytorskie cudo - i zażądano za nią... dwadzieścia pięć euro za egzemplarz. Za wersję kundlową - dwadzieścia, bez pięknej twardej oprawy... Płaczcie i płaćcie, miłośniczki wampirów.

8. Lucinda Riley Die sieben Schwestern (oryg. The Seven Sisters 1 - Maiapol. -) 
Już sama okładka sugeruje co trzeba. Lucinda Riley uszczęśliwia kobiety opowieściami o piętrowych perypetiach romantycznych bohaterek. W Polsce Albatros wydał już dwie powieści pani Lucindy, niniejszy tom stanowi pierwszą część cyklu o tytułowych siedmiu siostrach. Chyba będzie co czytać, bo jeśli każdej siostrze autorka poświęci jeden tom, to ho ho!...



9. T. C. Boyle Hart auf hart (oryg. The Harder They Comepol. w zapowiedziach WAB jesienią 2015) 
A z tego to się bardzo cieszę. T. C. Boyle jest jednym z tych wielkich amerykańskich pisarzy, którzy w Polsce są mało znani i raczej niedoceniani, i którzy nie dość, że pokazują Amerykę od jej ciemnej strony, to jeszcze robią to w sposób zachwycający. Boyle ma pazur. I go pokazuje. Więcej wkrótce.




10. John Grisham Anklage (oryg. The Gray Mountainpol. Góra bezprawia w zapowiedziach Albatrosa na maj 2015) 
Grisham pracowicie wypuszcza kolejne powieści, co rok nową, grzmi, piętnuje, wytyka palcem. Arcymistrza kryminału prawniczego kocham miłością czystą i bezwarunkową, a Góra bezprawia już czeka na lekturę. Wkrótce porozprawiam o tym bezprawiu.




Zwykle na pierwszej dziesiątce kończę, ale dziś zrobię wielki wyjątek i pokażę Wam jeszcze miejsce jedenaste i dwudzieste, bo aż serce skacze, i to jak!

11. John Williams Butcher's Crossing (oryg. Butcher's Crossingpol. -) 
Tadaaam!... Jest już kolejna książka Johna Williamsa! Pamiętacie? O "Profesorze Stonerze" pisałam tutaj,  moim zachwytem udało mi się zarazić parę osób, i oto doczekałam się wydania jeszcze jednej powieści tego odkrytego po latach pisarza. Pomijając fakt, że znowu mamy wydawcę preferującego nietłumaczenie tytułu (powiedzmy, że w tym wypadku, jako że mamy do czynienia z nazwą własną, można to jeszcze zaakceptować), to okładka jest przecudnej urody, zaś wzmianki o treści obiecują wiele. Bardzo wiele. O wrażeniach z lektury nie omieszkam napisać.

20. Patrick Rothfuss Musik der Stille (oryg. The Slow Regard of Silent Thingspol. Muzyka milczącego świata, wyd. Rebis, marzec 2015) 
No i co, nie czytają ludzie fantastyki?... Czytają! Patrick Rothfuss stworzył, a właściwie tworzy w swoich Kronikach Królobójcy jeden z najciekawszych światów i udowodnił, że fantasy potrafi być po prostu dobrą literaturą. Muzyka milczącego świata nie jest kontynuacją Imienia wiatru ani Strachu mędrca, lecz rozwinięciem jednego z wątków pobocznych, ale i tak jesteśmy wdzięczni autorowi za przerwanie przedłużającego się milczenia... Zaspokojeni chwilowo, czekamy na ukazanie się The Doors of Stone. A swoją drogą, czy ktoś wie, jak się Rothfuss sprzedaje w Polsce?

To tyle najnowszych wieści z tutejszych księgarni. I co Wy na to?...

środa, 11 marca 2015

Mo Hayder "Wolf" - czyli o kolejnym bardzo złym wilku



Wydawnictwo: Goldmann
Tytuł oryginału: Wolf
Data wydania: 23.02.2015
Liczba stron: 448
Cena: 14,99 euro

W księgarniach pojawiła się świeżutka, najnowsza Mo Hayder, którą Krimifantamania kupuje z definicji, na przekór, wbrew i pomimo. Pewnym autorom pozostaje się po prostu wiernym i już. Pachnący drukarską farbą "Wilk" został zatem skonsumowany na miejscu i jednym mlaśnięciem. Obyło się bez gorzkiego posmaku, bez czkawki i wzdęć, choć posiłek ów krwawym był i do lekkostrawnych raczej się nie zaliczał.

Brytyjska autorka znalazła swoją metodę na zdobywanie czytelników. Jest prosta i skuteczna: to szokowanie. Szokowanie okrucieństwem, łamaniem tabu, przekraczaniem granic. Ale nie tylko. Na nic nie zdałoby jej się epatowanie bestialstwem i nurzanie w horrorze, gdyby nie łączyła tego z wyrafinowaną intrygą, perfekcyjnym researchem i szczyptą mistycyzmu, nutką tego niepojętego czegoś na granicy realizmu i mitu, ale zawsze, niezmiennie dającego się wyjaśnić w sposób racjonalny. Recepta ta z reguły się sprawdza i dzięki niej mogliśmy pokrywać się gęsią skórką przy Ptaszniku, The Treatment (niewydanej w Polsce, dlaczego?), The Pig Island (również), Tokyo (również). Z reguły, bowiem zdarzało się, że niektóre produkty, sporządzone wedle tej sprawdzonej receptury, nie spełniły wysokich wymogów jakościowych, co pomijaliśmy  milczeniem lub kwitowaliśmy wyrozumiałym machnięciem ręki. A czy spełnia je"Wilk"?

To już siódma część cyklu z Jackiem Caffertym w roli głównej. Jak zawsze przy długich seriach, nowe tomy niosą ze sobą radosne wyczekiwanie, chęć zaspokojenia głodu ("i co dalej"), oraz nieuchronne zmęczenie materiału ("no ileż można"). Nie da się ukryć, że w tym wypadku "no ileż można" było dominującym wrażeniem przez znaczną część lektury. No bo ileż można kibicować odwiecznej traumie Cafferty'ego, jego obsesji związanej ze starym pedofilem Pendereckim i nigdy nieodnalezionym ciałem zaginionego brata, przy całej sympatii dla oślego uporu i psiego instynktu pana policjanta?... No ileż można?... Okazuje się, że długo. I choć autorka chyba nadal jeszcze nie wyczerpała tematu, to wreszcie zecydowała się rzucić na koniec parę ochłapów, wyjaśniających to i owo, ale jednocześnie pogrążających jeszcze w głębiej w cierpieniu nieszczęsnego detektywa. Przynajmniej tym razem obyło się bez pani nurek Flei, czy jak jej tam.

Ale to tylko tło całej opowieści, towarzyszące jej niczym bzyczący, upierdliwy komar, którego nie sposób się pozbyć. Autorka serwuje tym razem scenariusz niemal kameralny, ograniczony do jednego, za to bardzo mrocznego miejsca - letniej rezydencji schorowanego milionera Olivera Anchora-Ferrersa, który dorobił się na technicznych cackach dla przemysłu zbrojeniowego. Oliver przyjeżdża z żoną i dorosłą, ale "trudną" córką do położonego na odludziu domostwa, by odpocząć po trudach operacji wszczepienia świńskich zastawek. Pobyt już pierwszego dnia zamienia się w horror, kiedy w Matilda, żona milionera, w pobliskim lasku znajduje rozwieszone na drzewach wnętrzności... Zszokowana rodzina doskonale pamięta zbrodnię, jaką popełniono niedaleko stąd piętnaście lat temu. Sprawca wprawdzie od dawna odsiaduje karę, w dodatku w posiadłości przypadkiem pojawiają się policjanci, których od razu można powiadomić o niepokojącym znalezisku, ale... nie działa telefon stacjonarny, komórkowe zaś nigdy nie miały tu zasięgu, a dwaj detektywi okazują się... no własnie, kim?

Schemat nie jest nowy ani nowatorski, a jednak Hayder po mistrzowsku tak tasuje karty, że z tej zgranej talii co rusz wyskakuje nowy joker, a pikowa dama wykonuje klasyczną woltę, odwracając bieg całej partii. I pewnie wszystko pozostałoby przy mrożących krew w żyłach flakach i laserach, gdyby nie detale, dowodzące wielkiej rzemieślniczej sprawności autorki. Duży plus za atmosferę posępnego angielskiego gmaszyska oraz niepowtarzalną, niesamowitą postać Walking Mana - to jedna z najlepiej wykreowanych figur drugiego planu w całej literaturze kryminalnej. Całość jest kawałkiem porządnej rozrywki, krwistym, esencjonalnym, sycącym. Aż się chce pogonić wydawców, by skupili się na soli tego gatunku, zamiast upychać na rynku mdłą papkę i kolejne sklonowane powieści. Bo Mo Hayder jest już solą gatunku.



Pierwsze zdanie: "Amy ma pięć lat i w ciągu tych pięciu lat jeszcze nigdy nie widziała, by mama tak się zachowywała." 
Gdzie i kiedy: Sommerset, Anglia, współcześnie
W dwóch słowach: flaki i lasery
Dla kogo: dla miłośników tych nieco badziej krwawych thrillerów i zbrodniczych serii
Ciepło / zimno: 79°

wtorek, 10 lutego 2015

Michael Connelly "Der fünfte Zeuge" (Piąty świadek) czyli igrzyska manipulacji



Wydawnictwo: Knaur
Data wydania: 11.01.2013
Liczba stron: 640
Tytuł oryginału: The Fifth Witness

Kryminały sądowe to, wydawałby się, kwintesencja gatunku. To tutaj, nie licząc policyjnych procedurali, spełnia się mit o ukaranej winie. I choć roztaczana przez uprawiających ten gatunek autorów wizja rzadko ma coś wspólnego z rzeczywistością, to jednak wciąż chętnie czytamy bajki o sprawiedliwości, która, choć nierychliwa, to jednak w końcu dosięga zbrodniarza. I jak to w bajkach, nie może zabraknąć rycerza na białym koniu, ratującego z opresji dziewice i wcielającego się w rolę Iustitii. Rycerzem tym zwykle bywa szlachetny adwokat, który broni niesłusznie posądzonych, a czasami nawet bezwzględnych kryminalistów - ale tylko dlatego, że ktoś musi.

Jak to się ma do powieści Michaela Connelly'ego, mistrza amerykańskich procedurali, ojca Harry'ego Boscha, którego walka ze złem to już dziś klasyka? Connelly powrócił do drugiego ze swych protagonistów, adwokata Mickey Hallera, tego - jak twierdzą fani Boscha - mniej udanego i chyba nawet mniej lubianego przez samego autora. Haller nie jest rycerzem na białym koniu, nie jest szlachetnym bojownikiem o sprawiedliwość, on po prostu wykonuje swoją robotę, nie troszcząc się o to, czy klient, w imieniu którego występuje, zbrodnię popełnił, czy nie. Bronić trzeba, i tyle.

A bronioną tym razem jest Lisa Trammal, była nauczycielka, rozwódka i matka jednego syna, walcząca z krwiopijczymi bankami, które na skutek pęknięcia nieruchomościowej bańki wymuszają na łatwowiernych Amerykanach licytacje domów, których ci nie są w stanie spłacać. Lisa zostaje oskarżona o zamordowanie bankiera i na arenę wkracza Haller. A jest on piekielnie dobry w tym, co robi. To, co następuje, przypomina wielką, toczoną na słowa batalię. Za to właśnie kochamy amerykański system jurysdykcji, za to maglowanie świadków, za starannie przemyślane i drobioazgowo przygotowane strategie, za manipulacje, za ważone słowa, za grę va banque i za spekulacje, za krętactwa i bezwzględne, niszczące podchody, jakie eufemistycznie określa sie tu miename procesu z udziałem przysięgłych. Nic to, że przygotowania do tego spektaklu przypominają wielką wojenną kampanię, a pierwsze rozgrywki między oskarżycielem a obroną szachowe rozgrywki między Karpowem a Kasparowem. Nic to, że śledzenie prawniczych kruczków bywa niekiedy tak samo mozolne jak przegryzanie się przez korespondecncję z biurokratycznym urzędem - Connelly jest rutyniarzem, wie, jak zagrać na emocjach i poprowadzić wątki, by nie popuścić żelaznego uchwytu, w jakim trzyma czytelnika.

Widowiskowość tego spektaklu idzie w parze z trzeźwą i lakoniczną narracją. Kluczowa kwestia - winna czy niewinna - zostaje zepchnięta na margines, liczy się, by wygrać. A przynajmniej do czasu. Widać w tym mistrzowską rękę autora, który do samego końca jest prawdziwym panem i liderem tych igrzysk. Igrzysk, których zakończenie zaskoczy nawet wtrawnych i uważnych czytelników. I tak Connelly po raz kolejny dowiódł, że nadal może stawać w szranki z najlepszymi, nawet w tym trudnym i niszowym segmenci literatury kryminalnej. I że nadal wygrywa.


Pierwsze zdanie: "Pani Pena spoj­rzała na mnie dru­gie­go końca tyl­ne­go sie­dze­nia błagal­nym ge­stem uniosła ręce." 
Gdzie i kiedy: Los Angeles, współcześnie
W dwóch słowach: winna, niewinna?
Dla kogo: dla wielbicieli kryminałów prawniczych i amerykańskiego systemu jurysdykcyjnego
Ciepło / zimno: 88°

poniedziałek, 9 lutego 2015

Przemaglowana


Zostałam przemaglowana. O tajnikach tłumaczenia, o tym, jak zostać tłumaczem i czy tego się można nauczyć, możecie przeczytać na portalu bookeriada, czyli tutaj. Moja rozmówczyni, pani Ewelina Tondys, wyciągnęła ze mnie jeszcze parę innych rzeczy. Notabene, polecam ten serwis: sporo recenzji, felietonów, informacji okołoksiążkowych, no i oczywiście wywiadów. Zapraszam!

środa, 4 lutego 2015

Joe Abercrombie "Königsschwur" ("Pół króla") - zero magii, zero seksu... pół króla?




Wydawnictwo: Heyne
Tytuł oryginału: Half a King
Data wydania: 12.01.15
Liczba stron: 368
Cena: 14,55 euro

Dziwny to rachunek, sumujący rozważania na temat najnowszej książki Abercrombiego. Już sam tytuł (oryginału, nie niemieckiej wersji) prowokuje do matematycznych działań, nie sposób też uniknąć pewnych porównań do innych książek tego autora, wszak żadnego dzieła nie czyta się w kompletnej izolacji od innych. Abercrombie dał się poznać jako autor mrocznej fantasy, jego cykl "Pierwsze prawo" zachwycił niebanalnymi bohaterami, spójnym światem, ironią w dialogach i akcją podlaną sporą ilością krwi. Kiedy więc ukazała się najnowsza książka Anglika, będąca pierwszym tomem zupełnie nowego cyklu, apetyty czytelników były zaostrzone. Szkoda tylko, że nikt czytelnikom nie powiedział (mowa o rynku niemieckim), że "Half a King" jest powieścią dla młodzieży (czy też z gatunku YA, jak to się ostatnio przyjęło mówić). 

I tu zaczynają się kłopoty. Bowiem fani, spragnieni pazura, seksu, krwi i naparzania, głodni skomplikowanych spisków, rozbudowanych światów i złożonych charakterów, przeczytawszy chudziutką w porównaniu do opasłych tomów, do jakich nawykli, książczynę, zakrzyknęli zgodnym chórem: do dupy! To nie jest Abercrombie! To mógł napisać najwyżej jakiś jego terminator! Gdzie pojedynki, bitwy, rzezie? Gdzie świetne dialogi? Gdzie seks?!... I huzia na autora. 

A przy tym, zupełnie obiektywnie rzecz biorąc, "Half a King" nie jest jakimś wielkim partactwem. Moim zdaniem, nie jest ani trochę spartaczone. Weźmy choćby sam początek: pierwsze zdanie: "Lodowaty wiatr wiał tej nocy, kiedy Yarvi dowiedział się, że jest królem", już te parę słów intryguje. Dojdźmy tylko do końca pierwszego rozdziału, niedługiego, kompaktowego, pozbawionego zbędnych słów, a ciekawość nie popuści już do końca. Zadzierzgnięcie konfliktu, zaintrygowanie, wzbudzenie emocji - Abercrombie klasycznie, rękodzielniczo po mistrzowsku wprowadza w życiu wszystkie elementarne reguły dobrej powieści. Bowiem królewski syn Yarvi w pierwszym rozdziale rzeczywiście zostaje królem. No, takim trochę niedorobionym. W zmaskulinizowanym świecie, którym rządzi fizyczna siła, Yarvi nie ma najmniejszych szans na wyrobienie sobie posłuchu - jest niepełnosprawny fizycznie, a jego ręka nie jest w stanie utrzymać najważniejszego atrybutu przewagi: miecza. Mało tego, ostatnią rzeczą, której Yarvi pragnie to Czarny Tron. On woli studiować księgi, zostać uczonym, poświęcić się wiedzy. Od spełnienia marzeń dzielił go już tylko jeden egzamin, kiedy nadeszła wiadomość, windująca go na szczyty władzy. Wiadomość o śmierci ojca i brata. 

"Half a King" to powieść i przyśpieszonym dojrzewaniu (tym mentalnym, nie płciowym, bowiem bohaterowie Abercrombiego rzeczywiście są niemal całkowicie wyprani z seksualności), o odpowiedzialności, a także o zemście. Klasycznej, krwawej, bezlitosnej, poprzysiężonej wobec świata i bogów. Ale i jej konsekwencjach. Jest powieścią przygodową, obliczoną na akcję i rozrywkę, nie na filozoficzne dywagowanie. Dużo się dzieje, jest mnóstwo niespodziewanych wolt, autor poniewiera bohaterami i serwuje im fabularną wirówkę - ku wielkiej satysfakcji czytelnika. Bez wątpienia pokazany tu świat, przypominający nieco świat nordyckich barbarzyńców, nie ma tego rozmachu co wielotomowe sagi, ale to przecież dopiero początek. Magii rzeczywiście tyle, co kot napłakał, albo i mniej, jedyne, co intryguje w tym względzie to wszechobecne ślady dawnej potęgi elfów. Fabuła jest linearna i mocno uproszczona, łatwa do ogarnięcia nawet niewielkim rozumkiem, ale w finale, kiedy już wydaje się, że wszystko wyszło na prostą, napięcie opada, a fabuła powolnie dotacza się do końca, autor doprawia całość szczytą ostrej przyprawy. Choć wielu rozczarowanych fanów zarzuca bohaterom bladość, to jednak temu niedorobionemu młodocianemu królowi, straszliwie upokorzonemu i zdegradowanemu już na wstępie, udaje się rzecz, gwarantująca połowę sukcesu: ten kaleki chłystek wkrada się w serce czytelnika. 

Mówcie sobie, co chcecie, ale mój kciuk wędruje do góry. Bo ta książka, tak bardzo zjechana przez dorosłych wielbicieli Abecrombiego, ma wszelkie atrybuty dobrej, potwornie wciągającej, przygodowej powieści. Dobrze byłoby, gdyby ci, którzy znają innego książki tego autora, zdobyli się na odrobinę obiektywizmu i podejmując lekturę wymazali ze świadomości cały balast poprzednich lektur. Przekonają się, że to prawda, co mówi się o anglosaskiej magii snucia opowieści. Nie wiadomo, na czym ona polega, rozłożona na czynniki pierwsze wymyka się szkiełku i oku, ale każdy, kto choć raz zachłysnął się opowiadaną przez podobnego magika historią wie, że istnieje. Istnieje i tu. 

Acha, książka jednak ukaże się w Polsce, już w marcu, w wydawnictwie Rebis.



Pierwsze zdanie: "Srogi wiatr wiał tego wieczoru, gdy Yarvi dowiedział się, że został królem… a raczej półkrólem".
Gdzie i kiedy: Gettland, Vansterland i inne krainy, dawniej
W dwóch słowach: król i niewolnik
Dla kogo: dla młodych. I starych (ale bez uprzedzeń i wygórowanych oczekiwań).
Ciepło / zimno: 78°