Ads 468x60px

Featured Posts

niedziela, 12 października 2014

Lista bestsellerów tygodnika Spiegel - notowanie 42/2014



Jesteśmy w samym środku najgorętszego książkowego okresu - jesienią zawsze dużo się dzieje, bo targi, bo rozmaite nagrody, bo mnóstwo nowości. Nic dziwnego zatem, że mamy na liście sporo zmian. 

1. Ken Follet Kinder der Freiheit. (oryg. Edge of Eternitypol. Krawędź wieczności, wyd. Albatros 2014) 
Ostatnia (chyba?) część monumentalnego cyklu Folleta, cegła licząca 1200 stron, ledwie się ukazała, już wywindowała się na szczyt listy bestsellerów. Niewąptliwie działa tu magia nazwiska, a także popularność cyklu - bo raczej nie jakość. Ostatnie popisy autora, którego pokochaliśmy za "Igłę", "Klucz do Rebeki", a nawet "Filary ziemi", budziły mocne wątpliwości, czy to aby na pewno sam mistrz płodził te drewniane dialogi...

2. Volker Klüpfel & Michael Kobr Grimmbart (pol.-)
Tym, którzy Krimifantamanię znają dłużej, duetu Klüpfel & Kobr przedstawiać nie trzeba - wszak to autorzy poczytnego cyklu o komisarzu Kluftingerze. Wydane w Polsce dwa tomy furory nie zrobiły, z różnych względów, o których tutaj pisać nie wypada. Tak czy siak, Kluftinger to już w Niemczech klasyka, niekiedy bardziej udana, niekiedy mniej. "Grimmbart" zapowiada się ciekawie - rzecz o zamordowanej baronowej i baronie - dziwaku, spędzającym całe dnie w parku baśni na terenie ponurej posiadłości. Książkę mam i będę niedługo relacjonować.


3. Wolfgang Herrndorf  Bilder deiner grossen Liebe (pol.-)
O tej książce muszę Wam coś opowiedzieć. Będzie to historia tragiczna i bolesna. Otóż Herrndorf, rocznik 1965, autor licznych obsypanych nagrodami, niekiedy wybitnych, często poruszajacych dzieł, zmarł rok temu po długiej chorobie. Swoje zmagania z glejakiem wielopostaciowym opisywał na publicznym blogu, w sposób niezawoalowany, bezlitosny i ekshibicjonistyczny, sprawiając, że tysiące czytelników uczestniczyło w powolnym odchodzeniu. Zapiski z bloga ukazały się pośmiertnie w formie książki - będącej lekturą wstrząsającą, bolesną, ale i krzepiącą. W Polsce ukazała się tylko jedna książka Herrndorfa "Czik" (WAB 2013) w tłumaczeniu Agnieszki Kowaluk, więc nie powinno być wtopy, choć powieść jest pewnym wyzwaniem translatorycznym. Niniejszym bardzo ją polecam. A niniejsze "Obrazy twojej wielkiej miłości" to luźna kontynuacja "Czika", powieść szczególna, bo pisana już w czasie choroby - i niedokończona. Autor, wiedząc już, że książki nie dokończy, wzbraniał się przed wydaniem zgody na jej wydanie. W końcu uległ. Niedługo potem zmarł. 

4. Paulo Coelho Untreue (oryg. Adultériopol. Zdrada, wyd. Wieża Babel 2014)
Pewnie niektórzy znają tego autora znacznie lepiej ode mnie, więc nie będę się wywnętrzać. Jest to wydawniczy pewniak - co napisze, to się sprzeda. I tym razem książka z niezawodnością szwajcarskiego zegarka wspięła się na listę. Zauważcie, że to już kolejna książka, mająca polską premierę wcześniej niż niemiecka.





5. Dave Eggers Der Circle (oryg. The Circle pol.-)
Książka ta była szałem tegorocznych wakacji. Gdzie człowiek nie poszedł, wszędzie "Circle", gdzie nie spojrzał "Circle". Z książką fotografowali się celebryci, czytali (rzekomo) wzięci literaci, politycy, rozmaite sławy. Dość sceptycznie podchodzę do tego typu szałowych, modnych efemeryd, więc zakupu nie zaryzykowałam, powieść wzięłam z biblioteki. Po opisie spodziewałam się obnażającej, bulwersującej historii - wszak książkę okrzyknięto "1984" epoki internetu, a autora nowym Orwellem, tudzież Huxleyem, godzącym we wszyskie fejsbuki, amazony i gugle tego świata. No więc... kategorycznie stwierdzam, że to nie jest nowy Orwell. Nie. To jadąca na fali, wykorzystująca współczesne lęki przed "przezroczystym" cyfrowym światem, literacko słabiutka i przewidywalna, a tym samym niewiarygodnie nudna historia. I tyle. 

6. Bernhard Schlink Die Frau auf der Treppe (pol.-)
To znany polskim czytelnikom autor. Po znakomitym, szokującym i kontrowersyjnym "Lektorze" wiele lat czekaliśmy na dzieło podobnego kalibru. Zapowiedzi były szumne i obiecujące: "Kobieta na schodach" opowiada historię znanego zaginionego obrazu, który pojawia się po latach, ku zaskoczeniu w świecie sztuki, ale i wielkiej konsternacji trzech mężczyzn, których malowidło, a właściwie przedstawiona na nim kobieta, połączyła w sposób trwały i tragiczny. Po latach nieobecności dochodzi do spotkania w pewnej odległej australijskiej zatoczce: każdy z mężczyzn chce odzyskać to, co utracił. Tyle opis, tyle w skrócie treść. Książka towarzyszyła mi na wakacjach, ani trochę nie spełniając pokładanych w niej nadziei. Powieść niestety pod żadnym względem nie dorównuje "Lektorowi". Rozczarowanie.

7. Jan Weiler Das Pubertier (pol. Nastolatki pod mikroskopem, wyd. Amber 2014)
Książka ta, od wielu tygodni okupująca listę, pojawiła się już w poprzednim omówieniu listy, czyli tutaj. Tym razem tytuł jest już dostępny po polsku, wydawny dopiero co przez wydawnictwo Amber, z niewiadomych przyczyn jako poradnik... Tytuł "Nastolatki pod mikroskopem" jest... ehem, delikatnie mówiąc, średni i nijak nie oddaje pazura i ironii "Das Pubertier". Aż się boję zaglądać do środka, bo jeśli już tytuł jest tak dowciapny, to nie wiem, co się stało z resztą wspaniałego, ironicznego tekstu... Ale może to płonne obawy. 

8. Fredrik Backman Ein Mann namens Ove (oryg. En man som heter Ove, pol. Mężczyzna imieniem Ove, wyd. WAB 2014)

I znowu tytuł wydany świeżutko przez WAB. Tym razem autor to Szwed, zaś tytuł oraz blurb "napisana z przymrużeniem oka zajmująca historia emeryta" (bosz...) pozwalają przypuszczać, że może chodzić o klona wyskakującego przez okno stulatka. Czytał ktoś?...






9. Lutz Seiler Kruso (pol. -)
Książka, która w tym roku zgarnęła najbardziej prestiżową nagrodę literacką w Niemczech, czyli Deutscher Buchpreis. No i jest problem, bowiem powieść ta, opowiadająca historię rozchwianego psychicznie studenta germanistyki, który spędza lato 1989 w urokliwym kurorcie Hiddensee, by przetrawić śmierć przyjaciółki, wprawiła wszystkich krytyków Bunderrepubliki w zbiorową ekstazę. Słychać pienia, że to druga "Czarodziejska góra", poetycka opowieść o inicjacji, wspaniała, mocna, liryczna, zaś Lutz Seiler z miejsca otrzymał etykietkę najbardziej znaczącego literata Niemiec. Wręcz odmienna jest natomiast opinia czytelników, którzy zgodnie twierdzą, że to "najnudniejsza książka, jaką kiedykolwiek czytali". I bądź tu człowieku mądry.


10. Robert Seethaler Ein ganzes Leben (pol. -)
Najbardziej enigmatyczna dla mnie pozycja na liście. Niewielka objetościowo (160 stron w dzisiejszych czasach, fiu fiu. Niektórzy powiedzą, że to dyskwalifikuje książkę w przedbiegach), niespektakularna opowieść życia parobka w odległej dolinie, opowieść o miłości, wyrażona prostymi, ale do głębi poruszającymi słowami. Nie wiem jak Wam, ale mnie przypomina to historię "Profesora Stonera"... Może to niemiecka odpowiedź na tę powieść. Kojący jest fakt, że najwyraźniej ludzie czytają też powieści nieokrzyczane i niekrzykliwe, co cieszy. 


Reasumując: jest tu parę niespodzianek. Daje do myślenia fakt, że na liście dominują autorzy rodzimi, i to niekoniecznie tacy, których kojarzymy z listami najlepiej sprzedających się książek. Co nam to mówi o kondycji literackiej naszych sąsiadów - na to pytanie niech każdy odpowie sobie sam. 
Za tydzień lista ta może zresztą wyglądać zupełnie inaczej, bo w tym tygodniu ukazuje się sporo wyczekiwanych nowości, które mogą postawić sprzedaż książek na głowie. Między innymi najnowszy kryminał Nele Neuhaus "Żywi i martwi"...

czwartek, 9 października 2014

Dzisiaj literacki Nobel


Też już odświeżacie co chwila strony z wiadomościami, czekając na tę jedną: kto? Kto w tym roku dostanie literackiego Nobla? Osłodzę Wam oczekiwanie paroma danymi, które może nie każdemu do końca są znane.

Z jakich obszarów językowych pochodzą dotychczasowi zwycięzcy?

angielski: 27
francuski: 13
niemiecki: 13
hiszpański: 11
szwedzki: 7
włoski: 6
rosyjski: 5
polski: 4
norweski: 3
duński: 3
grecki: 2
japoński: 2
chiński: 2
arabski, bengalski, czeski, fiński, hebrajski, węgierski, islandzki, oksytański,portugalski, serbochorwacki, turecki, jidysz po 1

Która głowa państwa dostała literackiego Nobla?

Oczywiście brytyjski premier Winston Churchil, który otrzymał wyróżnienie w roku 1953 i w tym samym roku był kandydatem do pokojowej nagrody Nobla.

Kto był nominowany dwunastokrotnie, a nigdy Nobla nie dostał?

Zygmunt Freud, który jednak widniał na listach kandydatów do Nobla w dziedzinie fizjologii lub medycyny. Po dwunastu nominacjach skonsultowano kandynadurę z autorytetem w dziedzinie medycyny, który oznajmił, że dzieło Freuda nie ma żadnej wartości naukowej. Od tego momentu Freuda już nie nominowano.

Których autorów uhonorowano za pojedyncze dzieła?

Zwykle jurorzy honorują pisarzy za całokształt twórczości, ale są wyjątki: Szołochow (1965, „Cichy don“), Ernest Hemingway (1954, „Stary człowiek i morze“), Roger Martin Du Gard (1937, „Rodzina Thibault“), John Galsworthy (1932, „Saga rodu Forsythe'ów“), Thomas Mann (1929, „Buddenbrookowie“), Wladyslaw Reymont (1924, „Chłopi“), Knut Hamsun (1920, „Błogosławieństwo ziemi“), Carl Spitteler (1919, „Olympischer Frühling“), Theodor Mommsen (1902, „Historia Rzymu“).

Kto odmówił przyjęcia literackiej nagrody Nobla?

Boris Pasternak w roku 1958 pod naciskiem rządu sowieckiego, oraz Jean Paul Sartre w roku 1964, uzasadniając to tym, że odmawia wszelkich honorów.

Kto był najmłodszym laureatem?

Rudyard Kipling („Księga dżungli“) otrzymał nagrodę w 1907 w wieku 42 lat.

Kto najstarszym?

Doris Lessing miała 88 lat, kiedy dostała nagrodę w 2007. Przeciętny wiek to 64 lata.

Jaki jest parytet kobiecy?

Zawstydzający. Spośród 109 laureatów tylko 13 to kobiety. Od 2004 roku kobiety dają gazu:

1909 - Selma Lagerlöf
1926 - Grazia Deledda
1928 - Sigrid Undset
1938 - Pearl Buck
1945 - Gabriela Mistral
1966 - Nelly Sachs
1991 - Nadine Gordimer
1993 - Toni Morrison
1996 - Wislawa Szymborska
2004 - Elfriede Jelinek
2007 - Doris Lessing
2009 - Herta Müller
2013- Alice Munro

A kto Waszym zasługuje zdaniem na literackiego Nobla? A może w tym roku wygra Wasz faworyt?... Obstawiam Aleksijewicz albo Pynchona. Albo kogoś zupełnie niespodziewanego...

środa, 8 października 2014

Zygmunt Miłoszewski "Gniew" - a tam wciąż mgła i marznąca mżawka...




Wydawca: Wydawnictwo W.A.B.
Data premiery: 08.10.2014
Liczba stron: 380
Cena: 44,99 zł
No i jest szumnie zapowiadane pożegnanie z najpopularniejszym prokuratorem Rzeczypospolitej, szeryfem ze stalowym błyskiem w oku, w nienagannym garniturze, jakże różniącym go od brzydkiego pospólstwa, z ostrym językiem i jeszcze ostrzejszym umysłem. I chociaż już pierwsza scena trzeciego tomu serii z Szackim pozwala uwierzyć w ukutą przez marketingowe łby plotkę, to ostatnia wiarę tę skutecznie obala. 

Nie ma co płakać i rozdzierać szat, o wiele lepszą reakcją na "Gniew" jest bowiem satysfakcja. Zwykła satysfakcja czytelnika z Polski, czyli - za autorem - z urbanistycznego piekła, zaśmieconego nabrzydszą architekturą w Europie, kraju wyjątkowo ubogiego w dobrą literaturę kryminalną, która - jeśli wierzyć tak zwanym autorytetom - w ogóle literaturą nie jest. Otóż satysfakcja ta wynika z prostego faktu, że oto pod tym jednym względem przestaliśmy być zapyziałym ogonem Europy, bowiem narodził się taki, który umie pisać wciągające kryminały na poziomie, i to w dodatku z czymś w rodzaju przesłania. Niemożliwe?... 

A zatem ad rem, czyli do "Gniewu". Szacki, na skutek zawodowych i osobistych zawirowań oswajający się z Warmią, czyli pogrążonym w wiecznej mgle i marznącej mżawce Olsztynem, łaknie jakiejś soczystej zbrodni, która pobudziłaby jego uśpione szare komórki, wniosła coś nowego i w ogóle ubarwiła i dosmaczyła. Zbrodnia ta nadchodzi niespodziewanie i początkowo niepozornie. Bowiem znalezione w bunkrze niedalego miejskiego szpitala zwłoki wcale nie są "Niemcem do odfajkowania" (co to w ogóle za wyrażenie?...), tylko zaczątkiem wielkiej zagadki. Truposz wcale nie wyzionął ducha ponad pół wieku temu, tylko całkiem niedawno, bo dwa tygodnie temu. Więc skąd takie piękne kosteczki bez ani jednego mięśniowego włókienka? I tu pokazuje się, że Miłoszewski w ostatnim czasie pilnie oglądał wszystkie sezony Bones, bowiem popisuje się fachową nomenklaturą i widać, że co nieco w tym temacie liznął. Na kościach się jednak nie kończy.

Bo ta powieść tak naprawdę jest o przemocy. O tej jawnej, brutalnej, i o tej ukrytej, rodzinnej, wstydliwej i zawstydzającej. O tej, o której się mówi, i o tej, o której się milczy. I o tej najgorszej, podświadomie akceptowanej, uznawanej za fanaberię rozwydrzonych pańć i liberalnych pismaków. To ciekawe, ile seksistowskiej pogardy można zawrzeć w jednym słowie, mówi jeden z bohaterów. Wiecie, jakie to słowo? Pseudopanda. Kiedy poznacie kontekst, dowiecie się, dlaczego. I dlaczego akurat ono tak bardzo mnie zmroziło. Takich scen jest tu więcej. Na przykład ta z Krecikiem. Przerażająca, znamienna. Przemoc. Społeczne zjawisko, zarażający pokolenia wirus, czy męski gen? Miłoszewski nie daje odpowiedzi na to pytanie. Ale odważnie rzuca temat pod dyskusję, zauważa go, ba, ośmiela się upakować go w rozrywkową otulinę. 

Bardzo to skandynawskie - ktoś powie: odtwórcze. Tak, te tematy powracają wielokrotnie u Skandynawów, pojawiają się też u niektórych Amerykanów. Są. Ale nie w polskich kryminałach, nie tak. A skoro już jesteśmy przy wtórności, to wiem doskonale, że znajdą się i wybrzydzacze, którym nie spodoba się kalejdoskop klisz i zdartych motywów. No pewnie, że tu są. Co więcej, Miłoszewski żongluje nimi świadomie i umyślnie, a niekiedy nie sposób się nie oprzeć wrażeniu, że dobrze się przy tym bawi - i tego samego oczekuje od czytelników. Pewnie, że są przegięcia. No bo jak się nie żachnąć czytając o patologu doktorze habilitowanym Ludwiku Frankensteinie? Jak nie kręcić głową nad jego olśniewającą asystentką? A Myślimir Szcząchor? Bez jaj, on go tak naprawdę nazwał. Jest i Poniewasz, jest Zemsta, jest także Bierut. Tak tandetne, że aż znowu śmieszne. 

Ale wróćmy to naszego podstawowego pytania: czy to jest dobry kryminał? Nie socjologiczna łopatologiczna pogadanka? Nie felietonik na modny temat? Nie klon zagranicznych thrillerków z papierowymi bohaterami? Nie próba zrobienia kaski na spiżowym mizoginie z minionej epoki? Zapewne znajdą się tacy, którzy z wielkim przekonaniem przykleją tej powieści taką, a może i gorszą łatkę. Ja twierdzę, że to jest dobry kryminał. To jest bardzo dobry kryminał. Nie powalający nadzwyczajnie oryginalną intrygą (choć jest ona naprawdę przyzwoita), ale dobry, wciągający, pozostawiający z paroma bolesnymi miejscami (Miłoszewski wie, gdzie dotykać, żeby bolało), paroma znakami zapytania i wielką, uchyloną furtką. Czytajcie.


Pierwsze zdanie: "Wyobraźcie sobie dziecko, które musi się chować przed tymi, których kocha." 
Gdzie i kiedy: Olsztyn, współcześnie
W dwóch słowach: mizogin i psychopata
Dla kogo: dla fanów Szackiego, a także tych, którzy zwątpili w kondycję polskiej (tak zwanej) literatury rozrywkowej (czymkolwiek ona jest)
Ciepło / zimno: 96°

środa, 1 października 2014

Robert Galbraith "Jedwabnik" czyli nimb sławy i wredna gęba wydawcy





Wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie
Tytuł oryginału: Silkworm
Tłumaczenie: Anna Gralak
Data premiery: 2014-09-24
Liczba stron: 475
Cena: 39,90 zł
Niektóre książki otacza nimb. Sięga się po nie, bo coś tam: bo nazwisko autora, bo sława, bo skandal. Bywają książki, które zyskują ów nimb dopiero po śmierci autora. Inne rodzą się z nim, ba, lśnią nim już podczas procesu płodzenia, wraz z wklepaniem w klawiaturę ostatniej litery nazwiska twórcy. Niektórzy oddaliby zań wszystko, choćby nimb miał być tylko anemiczną poświatą, ledwie widoczną w pomrokach nieskończonych księgarskich półek, inni świadomie uciekają przed nim, zmęczeni wiecznym mrużeniem oczu przed jaskrawym blaskiem. 

Mając w zakamarkach głowy wiedzę, kim jest autor Robert Galbraith, sięgamy po jego kolejną książkę i otwieramy oczy ze zdumienia. Bo to jest historia nimbu. Magnetycznego, pożądanego, budzącego chciwość, takiego, dla którego chciałoby się zabić. I się zabija.

Ale okrójmy "Jedwabnika" z pozłotki i potraktujmy tę powieść jak normalny tytuł, jeden z wielu konkurujących o uwagę czytelnika, tak jak to zrobiliśmy z pierwszym tomem serii o detektywnie Cormoranie Strike'u, "Wołaniem kukułki". Zaczyna się jak każda porządna powieść detektywistyczna: przychodzi klientka do detektywa i prosi o pomoc. Klientką jest Leonora Quine, detektywem, jak łatwo się domyślić, Cormoran Strike, zaś pomoc polegać ma na odnalezieniu męża Leonory, Owena. Ów średnioznany pisarz zaginął jakiś czas temu, zaś żona, przyzwyczajona do parodniowych zniknięć ekscentrycznego męża, nie zawiadomiła policji, przekonana, że "zaginiony" jak zwykle zaszył się gdzieś, potrzebując chwili oddechu i spokoju (choć tak naprawdę łaknął atencji i sławy). Detektyw przyjmuje zlecenie, wbrew wewnętrznym obiekcjom co do widoków na honorarium. Zaczyna węszyć i prędko dowiaduje się, że zaginiony pisarz popełnił był dzieło zjadliwe, prześmiewcze i paszkwilanckie, kompromitujące wiele osób z wydawniczego i literackiego światka, a następnie pożarł się z własną agentką i słuch wszelki o nim zaginął. Czy ktoś mógł być zainteresowany usunięciem literata i niedopuszczeniem do publikacji książki? Okazuje się, że kandydatów jest całkiem sporo, a motywy mnożą się wraz z wypływaniem kolejnych detali, nie pozwalając na wykluczenie żadnego z podejrzanych. 

Autor "Jedwabnika" poszedł utartym, sprawdzonym szklakiem i klasyczną dedukcję połączył z naświetleniem kolejnego kontrowersyjnego i hermetycznego światka. Tym razem na tapecie znaleźli się wydawcy, literaci i ci, którzy się za nich mają, a także twory na polskim rynku niemal nieistniejące, czyli agenci literaccy. Widok, jaki prezentuje się czytelnikowi, na tyle burzy sielankowe wyobrażenie o branży u osób z nią niezwiązanych, że aż się chce zapytać, kto i jak zalazł autorowi za skórę. Morze zawiści, nieżyczliwości i wzgardy, anse, animozje i wzajemne pretensje, rozmaite łotrostwa, świństewka i kombinacje - wszystko to przypomina cuchnący, wstrętny rynsztok. 

Do tej mocnej (zbyt mocnej?) kreski przywyczailiśmy się już w innych powieściach autora (-ki), nie powinno więc dziwić, że znakomita galeria charakterów tu i ówdzie razi zbytnią jaskrawością. Tak ma być, to ten zadzior i pazur, który kochamy: prowokatorski, krzyczący, oskarżycielski. Dobrze więc, że ta czepliwość w malowaniu postaci to jedyna ekstrawagancja. Bo intryga jest stonowana i nieudziwniona, fabuła niemal konwencjonalnie prosta (choć nieszablonowa) i klasycznie zmierzająca ku finałowi po naprężonym łuku. Gdybym się chciała czepiać, to wyśmiałabym sposób, w jaki Cormoran i jego dzielna towarzyszka Robin (która notabene jest jedną z najciekawszych bohaterek kryminalnych w ogóle) gromadzą fanty mające udowodnić zbrodniarzowi jego czyny, ale ponieważ jestem czytelniczką łagodną jak baranek i wyrozumiałą, wybaczam, bo to naprawdę jedyna rzecz, która szturchnęła mnie w moje baczne oko. 

Śledzenie osobistych perturbacji i złożonych relacji Cormorana i Robin oraz ichnich przyległości dają dodatkowe ukontentowanie. Aż się chce zakrzyknąć wielkim głosem: więcej! 

A nimb płonie blaskiem nieprzyćmionym i nieprzerwanym. 

 

Pierwsze zdanie: "- Lepiej, żeby chodziło o śmierć kogoś cholernie sławnego, Strike - powiedział zachrypnięty głos w słuchawce." 
Gdzie i kiedy: Londyn, listopad 2010
W dwóch słowach: detektyw i paszkwil
Dla kogo: dla miłośników jesiennego Londynu, powieści detektywistycznych i ostrych kolorów
Ciepło / zimno: 88°
Dziękuję wydawnictwu za udostępnienie książki do rezencji. 

czwartek, 18 września 2014

Jørn Lier Horst "Jaskiniowiec" - rzecz o prekursorach, kopistach i klasykach




Wydawnictwo: Smak Słowa
Tytuł oryginału: Hulemannen
Tłumaczenie: Milena Skoczko
Data premiery: 10 września 2014
Liczba stron: 336
Cena: 39,90 zł
Problem ze współczesną literaturą kryminalną polega na tym, że właściwie wszystko kiedyś już było. Ilość oryginalnych zagadek, frapujących zbrodni, niesztampowych bohaterów jest jednak dość ograniczona, stąd autor, wypływający na wody tego ograniczonego gatunku, siłą rzeczy musi lawirować pomiędzy rafami schematów, odświeżać motywy, tworzyć nowe wariacje zgranych melodii, słowem: uprawiać swoisty recycling. Niewielu jest takich, którzy z tej letniej i mdławej zupy potrafią stworzyć danie ożywcze, zawierajace jakąś ciekawą kombinację przypraw, zagadkową cierpkość lub harmonijną pieprzność. A jeśli już pojawi się taki wirtuoz, prędko jest kopiowany w milionach kolejnych nieciekawych wariantach. Nie wierzcie więc, jeśli na okładce kuszą "drugim Larssonem", "nowym Mankellem" czy "konkurentem Nesbø". Albo jest się prekursorem, mistrzem nowych smaków, albo słabą kopią.

Kim jest Jørn Lier Horst?... No właśnie, kim? Za chwilę będziecie świadkami, jak wykładam się na własnej, doktrynerskiej tezie. Bowiem Horst nie jest prekursorem. Próżno tu szukać innowacyjnej wizji zbrodni. Nie znajdziecie u niego niewidzianego niegdzie wcześniej okrucieństwa, bestialstwa czy perwersji. Nie znajdziecie kontrowersyjnych bohaterów, którym kibicuje się wbrew głosowi zdrowego rozsądku. Nie znajdziecie ekstrawaganckiej formy, odkrywczych metod śledczych czy odważnych wątków. Ale Horst nikogo nie kopiuje, a już chyba najmniej Nesbø. Horst jest bowiem klasykiem. Spokojnym, wyważonym klasykiem dobrego, solidnego procedurala. I ma ku temu najlepszą bazę, jaką sobie można wyobrazić - sam pracował wiele lat w policji i doskonale wie, jak to wygląda od środka. Możecie sobie szukać u niego wpadek - nie znajdziecie ich. Tu zgadza się każdy szczegół. I to właśnie jest jego największy atut: w absolutnej wierności policyjnym realiom.

I skoro mowa o klasyce, to i klasycznie rzecz się zaczyna, od dwóch pozornie niełączących się ze sobą wątków. W sąsiedztwie naszego śledczego (swoją drogą równie klasycznego i "normalnego", bez odchyleń, mrocznych tajemnic i ukrytych nałogów), Williama Wistinga, znalezione zostają zwłoki Viggo Hansena, starszego i samotnego mężczyzny. Wszyscy to znamy - co jakiś czas media bulwersują się, gdy znowu jakiś staruszek umrze niezauważony przez nikogo i mumifikuje się zwolna we własnym mieszkaniu, aż ktoś przez przypadek odkryje zwłoki. To właśnie taki przypadek. Ktoś żyje życiem niewidzialnym, na marginesie społeczeństwa, i w niewidzialny sposób umiera. Losem sąsiada pośmiernie zaczyna interesować się córka Wistinga, Line, dziennikarka. Chce napisać o fenomenie współczesnego pustelnictwa i samotności, wykraczającej poza granice śmierci. Zaczyna odtwarzać niespektakularne życie Hansena.

Wisting zaś łamie sobie głowę nad nowym zabójstwem - sprawą zwłok mężczyzny odnalezionych na plantacji mężczyzny. Ciało leżało ukryte pod chojakiem dobrych parę miesięcy i niewiele jest punktów zaczepienia dla śledztwa. Ślamazarne początkowo dochodzenie nieoczekiwanie nabiera tempa, kiedy okazuje się, że nieboszczyk może mieć coś wspólnego ze sprawą seryjnego mordercy, grasującego w latach siedemdziesiątych w USA...

Nie trzeba być jasnowidzem, by domyśleć się, że obie te sprawy w końcu się zazębią. Okaże się także, że "klasycznie" wcale nie musi oznaczać "nudno". Horst umiejętnie wprowadza do gry nowe elementy i stopniuje napięcie, które osiąga całkowicie nieoczekiwany poziom. Tak, to się czyta, to się znakomicie czyta!

Błogosławieństwem okazuje się także dyskretne wycofanie prywatnego życia śledczych na drugi plan na rzecz intensywnego naświetlenia czynności dochodzeniowych. Ci z Was, których zmęczyły osobiste perypetie i rozdrapy cierpiących dusz bohaterów niektórych współczesnych kryminałów powinni odetchnąć z ulgą. Nikt tu nie zmaga się widmami przeszłości, zmorami nałogów, cieniami depresji i nieprawdopodobnie ciężkim życiem w ogóle. Horst serwuje policyjne procedury sauté, i to na najwyższym, michelinowskim poziomie.

"Jaskiniowiec" nie jest dziełem epokowym. Ale jest jednym z rzetelniejszych kryminałów, jakie zdarzyło mi się czytać, bez ozdobników, ornamentów i innych fiu-bździu. To powrót do tego, co w literaturze kryminalnej najlepsze.


Pierwsze zdanie: "Zmarły mężczyzna był całkowicie wysuszony.
Gdzie i kiedy: Larvik, Norwegia, współcześnie
W dwóch słowach: klasyczny procedural
Dla kogo: dla miłośników solidnych, rzetelnych kryminałów
Ciepło / zimno: 80°
Krimifantamania dziękuje wydawnictwu za udostępnienie książki. I nie, nie jest to recenzja sponsorowana :-) 

niedziela, 14 września 2014

Podładowana, podpieczona, wymoczona


Mastichari rankiem

Doładowałam akumulatory. To był najbardziej dekadencki, najbardziej leniwy i bezstresowy urlop w moim życiu. Nie żałuję ani sekundy. Dwa tygodnie bez facebooka, bez bloga, niemal bez internetu, bez wiadomości, bez całego tego obciążającego balastu. Wymoczyłam się, wyprażyłam, najadłam smaczności. Nie latałam po kościołach, galeriach, nie zaliczałam zabytków. Po prostu... leżałam i czekałam, aż się doładuję. Bo czasem człowiek musi zwolnić. A nawet się zatrzymać. Więc wybaczcie ten wpis z palemkami, zachodem słońca i morzem... dla jednych morze jest kiczowate, dla mnie tylko magiczne.

Nawet czytać mi się za bardzo nie chciało. Przeczytałam wszystkiego trzy książki:
1. Inge Löhnig "Verflucht seist du" ("Bądź przeklęty") - rozczarowująca, najsłabsza z całej serii, jak dotychczas.
2. Liza Marklund "Szczęśliwa ulica" - po rewelacyjnych "Granicach" niestety rozczarowanie. Annika wkurzająca jak nigdy dotąd, intryga taka sobie.
3. Becky Masterman "Droga 66" - naprawdę niezły thriller. O seryjnych mordercach pisali już z milion razy, a jednak autorce udało się pokazać zgrany temat od nowej strony. Pozytywna niespodzianka.
Ponadto rozpoczęłam z dwadzieścia innych książek, ale każdą porzuciłam lub odłożyłam na później, bo mi się nie komponowały.

Agnieszka kontemplująca, z synem i palemkami

Dokonałam paru interesujących antropologiczno-kulturowych obserwacji. Po pierwsze, ludzie na plaży czytają do upadłego. Po drugie, jestem podglądaczką. Po trzecie, jestem nieszczęśliwą podglądaczką, bo z przyczyn emidemiologicznego rozprzestrzenienia się czytników nie jestem w stanie podejrzeć, co plażowicze czytają na plaży... Po czwarte, ci nieliczni konserwatyści, którzy czytają książki papierowe, preferują na plaży kryminały. Po piąte, Rosjanie na plaży też czytają, i to klasykę (albo się dobrze maskują). Po szóste, w hotelowej biblioteczce, w której można zostawić przeczytane książki i pobrać pozostawione przez innych urlopowiczów egzemplarze, królowały niemieckie bestsellery, rosyjskie groszowe szmatławce, polskie erotyki plus jeden Harlan Coben i kilka interesujących tytułów po fińsku i norwesku, których z przyczyn niezależnych nie pobrałam.

Smoki surfujące

Stałam się także posiadaczką trójki nałogowych i bezwględnych windsurfingowców. Co gorsza, oni mnie teraz terroryzują i gdy tylko coś przeskrobię, grożą mi, że mnie zapiszą na kurs... Litości! Mnie, starą babę!... Ten sport rujnuje alabastrową skórę na dłoniach i jest przyczyną rozlicznych siniaków (przynajmniej dopóki człowiek nie nauczy się włazić na deskę). I uzależnia w sposób przerażający. Wygląda na to, że od tej pory będziemy podróżować wyłącznie w miejsca nadające się do uprawiania. Windsurfingu, rzecz jasna.
A teraz najlepsze: pamiętacie, jak dokładnie rok temu pisałam o Smoku Tytanowym?... Otóż Smok ów, który rok temu jeszcze jeździł na wózku, teraz stanął na desce surfingowej. I niech mi ktoś teraz powie, że nie ma cudów na świecie... Ci dwaj na zdjęciu powyżej to moje Smoczusie. Po tygodniu śmigali jak foki jakieś uskrzydlone. A za nimi ich ojciec... powiedzmy mors (choć on sam preferuje określenie zdechły wieloryb, zupełnie nie wiem dlaczego...)


Ostatniego dnia pozrywało boje, Smoków ani innych windsurfingowców nie wypuszczono na morze, a ja cykałam smętne morskie pejzaże... Chciałabym tam wrócić.

piątek, 29 sierpnia 2014

Dlaczego Zalando


No i jest. Kolejne dziecko, poczęte na wiosnę tego roku, po ekstremalnie krótkiej ciąży ujrzało światło dzienne: przetłumaczona przeze mnie książka, prześwietlająca jedno z najbardziej kontrowersyjnych przedsiębiorstw Europy, jest już do nabycia w księgarniach - w wersji papierowej i na czytnik.

Tym razem nie jest to kryminał, nie fantastyka i nie powieść dziecięca, choć czytając tę książkę niekiedy można odczuć dreszcz - czy to jeszcze rzeczywistość, czy ponura (a może optymistyczna - to zależy od punktu widzenia) wizja wariata (a właściwie wariatów, bo jest ich trzech)? Seidel nie stworzył laurki na zamówienie, tylko starał się obiektywnie pokazać kulisy firmy, która jak żadna inna zrewolucjonizowała współczesny świat zakupów. Sporo tu o historii powstania Zalando, ale i o mechanizmach, rządzących handlem elektronicznym. Zapewniam Was, że znajdziecie tu niejedną informację, która skłoni Was do refleksji na własnymi zachowaniami...

Książkę wydała Grupa Wydawnicza Foksal, firmuje je wydawnictwo OLE, premiera była 27 sierpnia, a cena wynosi 39,00 złotych (za elektroniczną wersję trzeba zapłacić sporo mniej), no i widziałam już promocje.