Ads 468x60px

Featured Posts

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

ABC tłumacza czyli jak nie przekładać tekstów literackich



W obcowaniu z literaturą tylko nieliczni mogą zaznać łaski nieprzefiltrowanego dotyku słowa, bowiem, statystycznie biorąc, zaledwie garstka czytelników opanowała język obcy na tyle dobrze, by bez przeszkód, na poziomie native'a, korzystać z dobrodziejstwa rozumienia tekstów w oryginale. Nawet ci, którzy władają językiem tak dobrze, że mogliby czytać w oryginale, często tego nie robią - z lenistwa, wygodnictwa, braku dostępności tekstu. Siłą rzeczy korzystamy z pośrednictwa tłumaczy, w dobrej wierze zakładając, że otrzymamy książkę odpowiadającą zamysłowi autora, a przynajmniej bardzo temu zamysłowi bliską. Każdy, kto choć raz zadał sobie trud porównania jakiegokolwiek przekładu, wie, jak iluzoryczne to założenie.

Tłumacz z natury rzeczy pełni rolę filtra. W idealnym przypadku to, co doń wchodzi, powinno odpowiadać temu, co zeń wychodzi - tyle, że w języku docelowym. Począwszy od sensu, zamiaru autora, poprzez rejstr, konotacje, po ekwiwalenty semantyczne, tłumaczenie powinno odpowiadać oryginałowi. Jak łatwo się jednak domyślić, przypadki idealne występują nader rzadko. W rzeczywistości każdy tłumacz mimowolnie odciska na tekście swój własny, indywidualny stempel. Już w momencie czytania i rozumienia oryginalnego tekstu w większym lub mniejszym stopniu bezwiednie zmienia przekaz, który nie do każdego dociera w identyczy sposób. Zmienia go jednak przede wszystkim w momencie odtwarzania go w języku docelowym, preferując takie lub inne słownictwo, muskając tekst cieniem idiolektu, koloryzując i kształtując tak, że niekiedy dość znacznie zaczyna odbiegać od oryginału. Dobrze, gdy tłumacz jest tłumaczem potocznie nazywanym "dobrym": ten i zrozumie, co trzeba, i napisze, jak trzeba, uwzględniając całą otoczkę, nie bojąc się odchodzenia od dosłowności i rzucając w odpowiednich miejscach kotwicę, która powstrzyma go przed oddryfowaniem. Są tłumacze genialni, obdarzeni wielkim darem odnajdywania właściwych słów, są rzemieślnicy, solidnie i rzetelnie wykonujący swoją pracę, są też jednak i partacze, którzy nigdy nie powinni brać się za tekst. Ci, choćby chcieli dobrze, i tak sknocą, bo brakuje im fachowego przygotowania, wiedzy, talentu, a także - owszem, zdarza się i to - zwykłej znajomości języka oryginału.

Jako tłumaczka i czytelniczka znam obie strony medalu. Bywa, że czytając czyjś przekład, zajrzę do oryginału, by podpatrzeć warsztat, zobaczyć, jak koledzy po fachu poradzili sobie z pułapkami tekstu. Bywa, że skłaniam wtedy głowę z szacunkiem, bywa, że kręcę nią z dezaprobatą, bywa jednak i tak, że gubię szczękę ze zdumienia, bo tekst, który polski czytelnik otrzymał jako "tłumaczenie", nijak się ma do oryginału.

Nie liczę na to, że ten wpis (i pochodne jego, bo w zamierzeniu ma on być tworem cyklicznym) zrewolucjonizuje rzeczywistość a tłumacze nagle zaczną pracować tak, jak powinni. Jest, jak jest: stawki za tłumaczenia są marne, wielu tłumaczy "trzaska" po kilka książek na kwartał, żeby wyjść na swoje, co odbija się na jakości (inna rzecz, czy trzeba godzić się na fuszerkę w imię niskich zarobków). Nie zamierzam nikogo stawiać pod pręgierzem, moim zamiarem jest uwrażliwić na pewne zjawiska parających się przekładem i czytelników, pokazać kulisy pracy tłumacza, podsunąć tę czy inną radę. Witajcie w nowym cyklu: ABC tłumacza, czyli jak nie przekładać tekstów literackich.

Dziś odcinek pierwszy o wstępnym etapie tłumaczenia, czyli po prosu o rozumieniu tekstu. Sprawa jest jasna: kto nie rozumie oryginału, choćby skisł nie przetłumaczy dobrze tekstu. A jednak wciąż nie mogę wyjść ze zdumienia, że ta prosta prawda do niektórych jakby nie docierała. Translatoryczne babole wynikające z niezrozumienia są zabawne i przerażające. Niektórym tłumaczom nie chce się zajrzeć do słownika, bo wydaje im się, że znają znaczenie słowa. Inni ewidentnie tego znaczenia nie znają, ale olewają ten fakt i postanawiają "pojechać ściemą" (wyrażenie zaczerpnięte z tłumackiego forum), wychodząc z założenia, że i tak nikt nie zauważy. Zdarzało mi się zaobserwować, że cwany tłumacz-nieuk bezczelnie opuszczał całą frazę, albo po prostu konfabulował.

                 
Nadelstreifen (w prążki)
Fischgrätmuster (w jodełkę)
Przykłady? Proszę bardzo. W pewnym niemieckim tekście, który czytałam w zeszłym roku, jeden z bohaterów jest stworem magicznym, obdarzonym umiejętnością latania. Jest taka scena, w której stwór ów musi prędko znaleźć się w innej części miasta. W oryginale zrywa się do lotu i frunie "zackig" nad dachami domów. Tłumacz znał tylko jedno znaczenie tego pojęcia, wywodzące się od zygzaka. W jego tłumaczeniu stwór poleciał zatem zygzakiem. "Zackig" znaczy jednak coś jeszcze: błyskawicznie, jak błyskawica, energicznie, dziarsko. I to o to chodziło w oryginale. Stwór jak błyskawica poleciał na drugi koniec miasta.

Inny przykład: niemieckie słówko "Nadelstreifenanzug". Czyli garnitur w... co tak właściwie? Tłumacz, najwyraźniej nieznający tego wyrażenia, zobaczył na początku "Nadel" (czyli igiełki) i wykonfabulował sobie, że to garnitur w jodełkę (co po niemiecku, żeby było ciekawiej, nazywa się Fischgrätmuster, czyli wzór w rybie ości). A wystarczyło wrzucić to do wyszukiwarki, by zorientować się, że garnitur w jodełkę to nie to samo, co garnitur w prążki. Nie jest to wielce specjalistyczne słownictwo, a jednak wystarczyło, by się wyłożyć. Ktoś może powiedzieć: jodełka, prążki - jeden pies, czy to naprawdę takie istotne, w jaki wzorek był ten garnitur? Może dla wymowy całej powieści rzeczywiście to nieistotne, ale jeśli autor widział swojego bohatera w prążkach, to ja też chciałabym widzieć go w prążkach, a nie w jodełkach, świerczkach czy rybich ościach. I jeśli w ogródku kwitną niecierpki, to chcę mieć te niecierpki, a nie margerytki. A jeśli na kolację są przegrzebki, to chcę przegrzebki, a nie kaszankę.

Temu samemu tłumaczowi muzyka sączyła się z głośników, choć w oryginale łomotała (dröhnte), a tam, gdzie w dole, na ulicy kipiało życie (brodelte), to samo życie toczyło się spokojnie. Słowo "sich austauschen" (porozumiewać się) pomyliło mu się z "täuschen" (zwodzić), w wyniku czego ludzie nie komunikowali się na facebooku, tylko się zwodzili (co wprawdzie w niektórych wypadkach może być tożsame, ale nie było intencją autora). Bywa i zabawnie, kiedy tłumacz na przykład nie ma pojęcia, że słowo "Becken" to nie tylko miednica w anatomicznym tego słowa znaczeniu, ale i basen pływacki, toteż kiedy niemiecka bohaterka dopłynęła do brzegu basenu, polska chwyciła się za biodro. Znalazłam też kiedyś bohatera, który zamiast pociągać nosem, zadzierał nosa do góry (Nase hochziehen).

Na zakończenie przykład dla niemieckojęzycznych. Naprawdę nie wiem, co mam o nim sądzić. Czy to przykład kompletnego niezrozumienia zdania, czy też tłumacz kierował się poczuciem swoistej cenzury, bojąc się nazwać rzecz po (wulgarnym co prawda) imieniu:
Jakob war längst "gestochen" worden, wie die Entjungferung von Männern in der Szene genannt wird. (Oryginał).
Jakob już dawno temu został "nabity na bolec", jak nazywano w środowisku rozdziewiczenie mężczyzn. (Moje dosłowne tłumaczenie dla unaocznienia przykładu).
Jakob od dawna zdawał sobie sprawę ze swych preferencji i ochoczo zaspokajał własne pragnienia. (Wersja innego tłumacza).
Nikt nie wymaga, by tłumacz znał każde słowo, występujące w tekście. Praca ze słownikiem należy do podstaw tego zawodu i nie ma wstydu, gdy czegoś się nie wie. Nie wstyd pytać, wstyd zostawić babola. W dzisiejszych czasach, kiedy słowniki dostępne są za jednym kliknięciem, nie widzę usprawiedliwienia dla niesprawdzania pojęć, co do których ma się wątpliwości. Bywa, że polskiego znaczenia trzeba poszukać dłużej - czy to przekopując się przez literaturę fachową, czy to pytając na forach. Sama nie mam oporów przed wypytywaniem native'a, czy nawet autora, jeśli coś jest dla mnie niejasne. Ale pytam, drążę, sprawdzam. To już nawet nie jest ABC tłumacza, to nagie "A".

niedziela, 30 marca 2014

John Grisham "Die Erbin" (Sycamore Row) - czyli gra w kolory w Mississippi




Wydawnictwo: Heyne Tytuł oryginału: Sycamore RowData premiery: 03.03.2014Liczba stron: 704 Cena: 24,90 euro

Kryminały prawnicze albo się lubi, albo nie. W tym pierwszym wypadku łatwo o przedawkowanie, choć przedstawicieli gatunku reprezentujących wysoki poziom wcale nie ma aż tak wielu, w tym drugim nie pomoże najwyższa nawet jakość prozy, bo jeśli delikwent w temacie nie gustuje, to nie i już. To prawda numer jeden. Drugą prawdą jest fakt, że ten wąski wycinek gatunku kryminalnego, w jakim wyspecjalizowali się choćby Grisham czy Turow, jak mało który nacechowany jest zagęszczeniem klisz, stereotypów i powtarzalnych, utartych schematów. Jeśli sędzia, to najlepiej dziwak rozstawiający po kątach krnąbrnych adwokatów, jeśli adwokat, to najlepiej młody, dobrze rokujący, o wysokim morale i z misją, jeśli proces, to przed ławą przysięgłych, jeśli przysięgli, to początkowo wrogo nastawieni, a potem, za sprawą dobrze rokującego adwokata i wyczarowywanych jak z rękawa niespodziewanych świadkach jak jeden mąż głosujący za uniewinnieniem, jeśli sprawa, to najlepiej kontrowersyjna, chwytająca za serce... i tak dalej. Inna rzecz, że amerykańskie prawodawstwo jest wyjątkowo wdzięcznym poletkiem do uprawy rzeczonego gatunku, zaś kwiaty, które na nim mogą wyhodować pisarze, są barwne i dla europejskiego oka wielce egzotyczne. A taka Ameryka?... To zupełnie co innego. Cuda, panie... I konflikty inne, i namiętności szarpiące czytelnikiem głębsze, i zwroty akcji mnie prawdopodobne.

Okładka wydania polskiego, Albatros, kwiecień 2014
Jeśli już zatem ktoś zasmakował prozy określanej mianem kryminału prawniczego, to wielkich niespodzianek tutaj nie zastanie. Konflikt zarysowuje się już na pierwszych stronicach powieści: Seth Hubbard, nieuleczalnie chory na raka przedsiębiorca i milioner, popełnia samobójstwo. Miast jednak rozdzielić majątek pośród dzieci i wnuków, jak Bóg przykazał, tuż przed śmiercią sporządza ręcznie napisany testament, odwołujący wszystkie poprzednie, w którym postanawia przekazać dziewięćdziesiąt procent swego majątku czarnoskórej pomocy domowej Lettie Lang. Co do autentyczności dokumentu nie ma najmniejszych wątpliwości, co do poczytalności majętnego starca - i owszem. A jeszcze większe co do motywów, jakimi mógł kierować się Seth Hubbard. Czyżby więc seks? Czyżby naprawdę schorowany, znajdujący się na progu śmierci mężczyzna do tego stopnia dał się otumanić wdziękom niemłodej już przecież i prostej kobiety, że wydziedziczył rodzinę i uczynił gosposię i pielęgniarkę milionerką?... A może prosta i dobroduszna Lettie wcale tak prosta i dobroduszna nie była i zmanipulowała nestora rodu, by przepisał na nią majątek?... Te i mnóstwo innych pytań nasuwa się w trakcie mamuciego procesu o uznanie testamentu, który oczywiście zostaje podważony przez zgraję chciwych adwokatów, reprezentujących zdradzoną rodzinę. Na niektóre z tych pytań odpowiedzi zostaną znalezione natychmiast, na inne dopiero w dramatycznym finale, kiedy już wydaje się, że wszystko jest stracone... Bo rzecz toczy się o coś więcej niż o miliony dolarów. Rzecz toczy się o także o kwestię rasową. Okaże się przy tym, że Grisham dość przewrotnie zagrał tym razem w kolory i długo każe powątpiewać, czy białe na pewno jest białe, a czarne czarne, a nie szare czy łaciate. Dość powiedzieć, że historia domaga się zadośćuczynienia za niewyobrażalną krzywdę, za ból, przemoc, śmierć i bezprzykładną niesprawiedliwość. I domaga się jej nie głosem adwokata, głównego bohatera powieści, Jacka Brigance'a, znanego z "Czasu zabijania", choć to on toczy zaciętą walkę z hienami w drogich garniturach. Czyim głosem?... Tego nie zdradzę, bo po książkę już byście nie sięgnęli.

A jest po co, bo choć uważne oko czytelnika bez trudu wyłoni parę wyświechtanych schematów, bez których żaden rasowy (nomen omen) kryminał sądowy z akcją osadzoną na południu Stanów nie może się obyć, to sposób, w jaki Grisham połączył je w dość strawną, a przede wszystkim pasjonującą całość, jest mistrzowski. Przygotujcie się więc na dreszczyk, który sprawi, że bez problemu i błyskawicznie prześlizgniecie się przez siedemset stron powieści, na tajemnicę z przeszłości, na momenty wzruszenia - wszak jesteśmy w Ameryce, gdzie poryczeć w finale po prostu trzeba i już - i na kawał solidnej, rzemieślniczo bez zarzutu porcji rozrywki. 


Pierwsze zdanie: "Znaleźli Setha Hubbarda w umówionym miejscu, ale inaczej, niż się spodziewali." 
Gdzie i kiedy: miasteczko Clanton w stanie Mississippi, 1988
W dwóch słowach: czarne i białe
Dla kogo: dla miłośników amerykańskich kryminałów prawniczych
Ciepło / zimno: 71°

wtorek, 25 marca 2014

Inge Löhnig "So unselig schön" (Tak fatalnie piękna) - dochodzeniowcy, czytajcie poezję!




Wydawnictwo: Ullstein
Data premiery: 14.01.2011
Liczba stron: 448
Cena: 9,99 euro

Po dwóch latach po bardzo intensywnym obcowaniu z powieściami Inge Löhnig zapragnęłam dowiedzieć się, co porabia komisarz Dühnfort i Gina o czekoladowych oczach. Uległam tęsknocie za czymś znajomym. Czasem tak mam, że nachodzą mnie rozmaite chętki czytelnicze, że opanowuje mnie pragnienie powrotu do określonych klimatów, często bardzo ulotnych i delikatnych, do szczególnego doboru słów, do znajomej scenerii, do konkretnego bohatera, nawet jeśli irytował swymi cechami. Na zaspokojenie takich chętek najlepsze są serie: pozwalają powrócić do znanych postaci, miejsc, fraz, motywów.

Lektura trzeciej części tej serii była dla mnie jak powrót do domu. Jakbym po dwóch latach nieobecności otworzyła drzwi swego pokoju, poczuła znajomy zapach starych kątów, usiadła na "swoim" miejscu na kanapie ze "swoją" pocelanową filiżanką, pełną parującego "mojego" darjeelingu.

Każdy autor ma swój charakterystyczny stempel - u jednych wyraźniejszy, u innych bardziej rozmyty, ale zawsze rozpoznawalny. Styl Inge Löhnig jest czytelny i specyficzny - począwszy od dosyć malarskiego, plastycznego sposobu portretowania miejsc i osób, poprzez wybór pewnych powtarzalnych motywów, po znamienną konstrukcję powieści. Również i tutaj, podobnie jak w poprzednich dwóch tomach, mamy - oprócz Dühnforta i reszty zespołu dochodzeniowców - kluczową, nietypową protagonistkę, dźwigającą na swych barkach szkielet opowieści. Tym razem jest to młoda dziewczyna o nieciekawej przeszłości, którą wielu określiłoby mianem "trudnej". Vicky Senger ma dwadzieścia dwa lata, dość nietypowe hobby - urban exploring, czyli penetrowanie i fotografowanie opuszczonych, zrujnowanych i niedostępnych dla osób postronnych obiektów przemysłowych - i wielką determinację, by wyjść w życiu na prostą i po burzliwej młodości zacząć prowadzić najbardziej mieszczańskie życie, jak się da. I oto pewnego dnia, podczas eksploracji pewnego opuszczonego browaru w lesie niedaleko Monachium, znajduje w starej kadzi warzelnej pozbawione głowy zwłoki.

Dziewczyna, porównując własne zdjęcia z miejsca zbrodni, odkrywa pewien detal, który może, ale nie musi, prowadzić do mordercy. Na własną rękę zaczyna swoje małe, prywatne śledztwo, i kiedy już zyskuje pewność, że domniemany trop prowadzi donikąd, okazuje się, że niebezpiecznie zbliża się do prawdziwego mordercy...

Śledztwo wszczyna oczywiście i monachijski komisarz Tino Dühnfort wraz z - teraz już można to chyba powiedzieć - zadurzoną w nim podkomendną Giną o oczach w kolorze noir i niesympatycznym karierowiczem Aloisem. Uprzedzając wszelkie pytania powiem, że Dühnfort nadal jest melancholikiem, nadal odnosi się wrażenie, że jakoś brakuje mu jaj, nadal rozmywa się w mdłych dywagacjach... ale to jego pociąg do nostalgii przyniesie przełom w śledztwie, które obraca się tym razem w kręgach artystycznych. Morderca zaś obsesyjnie odtwarza pewną wizję z wiersza Baudelaire'a:
Gdzie w wazonach jak w trumnach kryształowych mrą kwiaty,
Śląc ostatnie oddechy konania,
Trup bez głowy czerwonym krwi gorącej strumieniem
Na poduszki wezgłowia aż bucha (...).
Autorka potrafi w cudowny sposób połączyć trzeźwość i nagość dochodzenia z psychologiczną głębią, ogromną wrażliwością portretowania i malarskim wręcz okiem do detali. Wyważenie - to chyba najlepsze słowo oddające walory tej powieści. Ale i sama intryga wykazuje wyższą jakość, niż w poprzednich tomach. Jest tu sporo fałszywych tropów, a kiedy już jesteśmy przekonani, że autorka jednym zdaniem zdradziła tożsamość mordercy, już za moment cała hipoteza sypie się jak domek z kart. Właściwie do końca trudno jest zgadnąć, który z trzech zaprezentowanych przez nią kandydatów na mordercę naprawdę nim jest: szalony malarz o wdzięcznym pseudonimie Carne i przeszłości rzeźnika, chirurg plastyczny rozbijający się srebrnym jaguarem, czy znany filantrop i kolekcjoner sztuki... Ja nie zgadłam, a to naprawdę o czymś świadczy.

Wydaje się, że autorka znalazła na kryminalnej arenie swoją niszę, swój sposób na dotarcie do czytelnika, na pokazanie najmroczniejszych zakątków ludzkiej duszy. Nie sposób odmówić mu piękna, nie sposób nie zachwycić się subtelną grą grozy, poezji i ciepła. "Tak fatalnie piękna" to znakomita powieść. Oby więcej takich powrotów do domowego zacisza.


Pierwsze zdanie: "Światło dnia padało przez okno atelier na płótno i jak przez jedwabny filtr, równomiernie i miękko oświetlało filigranową porcelanową czarkę, zacierającą się w tle na skraju obrazu." 
Gdzie i kiedy: Monachium i okolice, czerwiec 2011
W dwóch słowach: malarz i rzeźnik
Dla kogo: dla kochających serie, lubiących powroty do domu i finezyjne igraszki poetycko-malarskie
Ciepło / zimno: 82°

poniedziałek, 24 marca 2014

Żegnaj, Kornwalio!

Cape Cornwall. Źródło zdjęcia

Ufff!... Uroczyście rozkułam zardzewiałe kajdany i łańcuch, którymi przykułam się do komputera parę tygodni temu, by wraz z romantycznymi bohaterkami przeżywać uniesienia w pięknej i bardzo stormy Kornwalii. Bohaterki wygładziłam, wyszlifowałam, doprowadziłam do pięknego zakończenia i oddycham z wieeeeeelką ulgą. Zatęskniłam za krwistym kryminałem (nie miałby ktoś odpowiedniego, mrocznego zlecenia na podorędziu? Nie policzę dużo...)

Jednocześnie zapewniam Was, że nadal żyję (i to jak intensywnie!...). Zamierzam nadrobić wszystkie zaległości, doczytać, co się działo w blogosferze, podczas gdy oddawałam się wielkim uczuciom, a także popełnić z jedną czy dwie notki (z góry przepraszam za możliwą łzawość, melodramatyzm i w ogóle przesadyzm - to skutek obcowania. Nie żeby jakoś cieleśnie, broń cię panie boże, duchowo. Z literaturą konkretnego typu).

Jestem, żyję, wracam!

PS. Powiedzcie, że się cieszycie!...

czwartek, 13 marca 2014

Samuel R. Delany "Gwiazda Imperium" - którędy do celu?...




Wydawnictwo: Phantom Press
Tytuł oryginału: Empire Star
Tłumaczenie: Marek Cieślik
Data wydania: 1992
Rok wydania oryginału: 1966
Liczba stron: 160
     
Bywa, że czytam biografie pisarzy i nie mogę się oprzeć wrażeniu, że rzeczywistość przerasta tworzoną przez nich fikcję. W Niemczech ukazała się właśnie rewelacyjna autobiografia Samuela R. Delany'ego, jednego z prekursorów s-f (choć to co pisał, miało niekiedy niewiele wspólnego z klasyką, a wiecej z prozą eksperymentalną) i przedstawiciela amerykańskiej new wave. Czarnoskóry syn przedsiębiorcy pogrzebowego, urodzony w 1942 w Harlemie, sporo namącił w literaturze fantastycznej, ale doceniany jest nie tylko w hermetycznym światku s-f. Jego twórczość ceniona jest za wysokie walory literackie, czego nie można powiedzieć o każdym pisarzu uprawiającym gatunek związany z fantastyką. Jego powieści często zrywają z klasycznymi konwencjami, Delany eksperymentuje i poszukuje nowych form, a w centrum jego zainteresowań stoją ważkie tematy takie jak tożsamość, rasa, seksualność, niewolnictwo, rasizm. Sporo w nich również rozważań lingwistyczno-filozoficznych o tym, jak język determinuje postrzeganie.

No dobra, dość tej encyklopedii, schodzimy na ziemię. Fascynujący twórca, frapująca twórczość. Więc czemu tak mało znany (również i przeze mnie?) Problem zapewne tkwi w dostępności jego dzieł. Delany zawsze był traktowany przez polskich wydawców trochę po macoszemu. No bo w sumie napisał sporo, a w Polsce ukazała się zaledwie garstka jego powieści. W latach dziewięćdziesiątych rozpieszczał nas Phantom Press (niesamowite wydawnictwo, ile oni wydali fantastyki!), ostatnio Solaris próbuje nadrabiać braki, wydając Babel-17 i Novę. Ale mówiąc o dostępności mam na myśli nie tylko fizyczną obecność na rynku jego książek, tylko pewną hermetyczność, sprawiającą, że nigdy nie będą one konsumowane przez szerokie masy.

"Gwiazda Imperium", jedna z pierwszych powieści Delany'ego, tylko pozornie posiada wszelkie atrybuty space-opery. Na satelicie Rhys w układzie Tau Centi ulega awarii statek kosmiczny. Jeden z obcych poleca tubylczemu chłopcu, przedstawicielowi humanoidalnej rasy, przekazać wiadomość Gwieździe Imperium. Chłopak imieniem Kometa Jo nie wie jednak, jaką wiadomość ma przekazać, i ma zaledwie mgliste wyobrażenie o tym, czym lub kim jest Gwiazda Imperium. Kometa Jo wyrusza w swoją misję, spotykając na swojej drodze plejadę wyjątkowo osobliwych i frapujących postaci (księżniczka San Severin, poeta Ni Taj Li, czy Wielgus, czyli Wszędobylski Wielodrożny Gawędziarz Uzdolniony Słowotwórczo). Jego odyseja to nie tylko linearny ciąg przygód, ale zapis metamorfozy osobowości. Kometa Jo w początkowej fazie podróży ma umysł rozdrożny, ale w trakcie swej misji rozwija się i staje się jaźnią parodrożną, a nawet wielodrożną. Zapytacie teraz, ki diabeł?... Określenia te, stanowiące element rozległej siatki neologizmów, spinającej tę powieść, dotyczą sposobu postrzegania rzeczywistości i są w oczywisty sposób wyznacznikiem inteligencji, czy też stopnia rozwoju umysłowego jednostki.

W powieści sporo jest tego typu smaczków, opartych na żartach i dygresjach słownych, neologizmach i humorze językowym, co starał się wyjaśnić w posłowiu tłumacz, przyznając jednocześnie, słusznie poniekąd, że spora część językowych niuansów siłą rzeczy zatraca się w tłumaczeniu. W tym momencie dochodzimy do problemu granic przetłumaczalności takich dzieł i kwestii ich dostępności dla czytelnika, nawet w przypadku gdy włada on tym samym językiem, co autor i czyta książkę w oryginale. Delany uwielbia bawić się słowem i kładzie mnóstwo tropów, dla których odkrycia wymagana jest nie tylko ogromna wiedza i znajomość kulturowych symboli i powiązań, ale i talent detektywistyczny. Zapewne tylko autor jeden wie, co jeszcze poukrywał w tym tekście.

Czy zatem "Gwiazda Imperium" jest wyłącznie żartem? Nie tylko. Jest również pewnym eksperymentem myślowym, którego uczestnikiem staje się czytelnik, zaskoczony zakończeniem i dopiero po fakcie uświadamiający sobie, w czym tak naprawdę brał udział. Zapewne cały sens i głębia tego eksperymentu dotarłaby do nas, gdybyśmy zgodnie z sugestią autora przeczytali tę książkę ponownie. I jeszcze raz... I jeszcze. Może nasze umysły również muszą ewoluować. Może właściwe clou dostrzegalne jest tylko dla umysłów wielodrożnych?...

Ta mentalna zabawa z czytelnikiem i poskąpienie efektów typowych dla zwyczajnych powieści z gatunku space opera sprawiają, że powieść sprawia wrażenie zdumiewająco świeżej. Nie zapominajmy, że powstała na początku lat sześćdziesiątych i w normalnym przypadku wejście do takiego antykwarycznego pomieszczenia, pełnego przykurzonych, staromodnych i śmiesznych atrybutów skończyłoby się kręceniem w nosie połączonym z atakiem kichania. Tutaj jednak ktoś zamontował gigantyczną ponadczasową klimatyzację. Pod tym względem książka się nie zestarzała. Fabularnie jednak wypada blado, i to nie ze względu na wyblakłe ze starości wyblakły. Początkowo jeszcze dość wyraźna linia narracyjna zaciera się coraz bardziej w długaśnych dialogach, a śledzenie zamysłów autora staje się czynnością przeraźliwie nudną. Żarty żartami, ale zabawnie jest wtedy, kiedy dane są przesłanki konieczne dla zrozumienia wicu. Bo bycie obiektem eksperymentu bawi tylko w ograniczony sposób.

Pierwsze zdanie: "Miał warkocz jasnych włosów sięgających mu do pasa; smukłe brązowe ciało, które - jak powiadali - przypominało ciało kota, gdy podczas Nowego Cyklu zwijał się sennie w kłębek w migotliwym świetle ogniska dozorcy pól; okarynę; czarne buty i czarne rękawice, dzięki którym mógł poruszać się po ścianach i sufitach; szare oczy, za duże przy jego małej twarzy o dzikich rysach; na lewej ręce - mosiężne pazury, którymi zabił dotąd trzy dzikie kepardy, po tym jak w czasie jego nowocyklowej warty przeczołgały się przez przerwę w elektrycznym ogrodzeniu (i którymi kiedyś w bójce z Billym Jamesem - przyjacielskiej popychance obróconej nagle w sprawę serio przez zbyt szybki i zbyt silny cios - zabił tamtego chłopca; ale stało się to dwa lata wcześniej, kiedy był szesnastolatkiem, i niechętnie o tym myślał)... (...)" 
Wybaczcie, że zamieszczam zaledwie część pierwszego zdania - ciągnie się ono jeszcze spory kawałek. Dał czadu, ten Delany.
Gdzie i kiedy: gdzieś w gwiazdach, w przyszłości
W dwóch słowach: chłopiec i pętla
Dla kogo: dla lubiących eksperymenty 
Ciepło / zimno: 59°

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania "Eksplorując nieznane"

wtorek, 11 marca 2014

Mamut wiosenny z ogromnym kałdunem



Zima w tym roku lekką nam była, to i nie dziwota, że mamuty po niej ani trochę nie wymizerowane, tylko spasione, szurające kałdunem po ziemi. Prezentuję Wam swojego, upolowanego niedawno: brzusio jak się patrzy, ogonek tłustawy, nereczki i jąderka pokaźne, łeb chudy, ale przecież nie można żreć samego sadła. A oto szczegóły anatomiczne:


Sedno, czyli jądro... a tam, jąderka są przecie gdzie indziej, to jest brzuszysko, czyli samara. I to dosłownie, bo każde z tych pioruńskich tomiszczy liczy sobie po tysiąc stron. Perwersja autorów, masochizm czytelnika. Pierwsze to najnowszy Dan Simmons, wydany przez MAGa, czyli Trupia otucha. Coś jakby horror z thrillerem, a ponieważ Simmonsa kupuję z klucza, złamałam się (dosłownie, bo pod ciężarem) i zakupiłam była. Jeśli się nie będę odzywać przez najbliższe dwa tygodnie, to znaczy, żem zeszła, przygnieciona ciężarem (chyba nie gatunkowym, ale nie wiadomo) lektury.
Druga część kałduna to najbardziej wyczekiwany thriller roku w Niemczech, czyli najnowszy Frank Schätzing i jego Breaking News. Schätzinga polscy czytelnicy mogli poznać w rewelacyjnym Odwecie oceanu, a w Niemczech niemal wszystko, co napisze ten autor, sprzedaje się jak świeże bułeczki. Po długim milczeniu wszyscy spodziewali się czegoś superanckiego. Zapowiedzi były dość karkołomne: coś tam o UFO w stefie Gazy, czyli kosmitach i konflikcie izraelsko-palestyńskim (hę?...). Nie wiem, jak to wybiglować i zrobić z tego coś strawnego, ale... nie z takich opresji wychodzili prawdziwi mistrzowie. Pierwsze recenzje są wprawdzie katastrofalne, ludziska psy wieszają, a ja uwielbiam takie coś. Znaczy, nie katastrofalne książki (najwyżej katastroficzne), tylko takie, które polaryzują. Z reguły takie woły opasłe kupuję na czytnik, ale w MAGu takowych nie uświadczysz, lubią się tam pastwić nad eterycznymi czytelniczkami, a Schätzing z bibioteki wzięty, bo mi było szkoda 25 euro.


Grzbiecik zgrabny i wypukły, czyli dziesięć zeszytów przygód Kajka i Kokosza. Dla Smoków, bo sobie zażyczyli, a ja dobra matka jestem.


Podroby, czyli jąderka i móżdżek po polsku. Zbigniew Zborowski (czyżby powinowaty?) i jego Nowy drapieżnik oraz Witold Jabłoński i Słowo i miecz. Obie kupiłam wyłącznie z Waszej winy, tfu, rekomendacji (przyznać się, kto mnie do tego namówił?!...) i biada Wam, jak będzie źle.


Ogonek i golonka, czyli można zrobić salceson. Pierwsza z nich to tytuł z małego, ale powoli urastającego do rangi mojego ulubionego niemieckiego wydawnictwa Golkonda. Geoff Ryman nie jest obcym nazwiskiem dla fanów fantastyki, nagradzany Nebulą, Clarkiem i czym tam się da. Ta książeczka zafrapowała mnie tytułem: Pol Pots wunderschöne Tochter (czyli Przepiękna córka Pol Pota). Podobno jest to fascynująca opowieść, tym bardziej smaczna, że autor ponoć często podróżuje do Kambodży. Nie wiem, czego się po tym spodziewać, ale na pewno będzie to coś łamiącego konwencje.
Środkowa książka to całkowita nowość Thomasa Finna, autora, który dał się poznać od dobrej strony na polu fantastycznym. Schwarze Tränen to współczesna i magiczna odsłona historii o Fauście. Podobno rewelacja. Jeśli okaże się rzeczywiście tak dobra, jak mi się wydaje, to może uda się ją wydać w Polsce.
I last but not least, najnowszy tom przygód komisarza Dühnforta, czyli Deiner Seele Grab. Świeżutka i pachnąca farbą i podobno też znakomita. Inge Löhnig z każdym tomem nabiera wirtuozerii, bardzo jestem ciekawa, co tym razem wymyśliła.


A teraz pora na rzecz szczególną, czyli szyjkę. Poprzednią książkę autora, ukrywającego się pod kryptonimem V. K. Ludewig, opisałam tutaj (oj, było zabawy, było). A autorowi tak się spodobało co napisałam, że z własnej i nieprzymuszonej woli przysłał mi kontynuację, czyli Oper der Phantome (a gucio, to wcale nie znaczy Upiór w operze, tylko Opera upiorów, ha!). Panu Ludewigowi i wydawnictwu dtv serdecznie dziękuję i przyznam, że jestem bardzo ciekawa treści.


I na koniec kolanko i łeb, czyli Petros Markaris i Arne Dahl. Pierwszy z tych panów, jak można się domyślać po nomeklaturze, jest Grekiem i pisze jadowite, rewelacyjne kryminały, osadzone w Grecji. Polecono mi ją w ramach przygotowania do wakacji (tak, lecimy do Grecji i TYM RAZEM naprawdę zamierzam wyjechać na wakacje, więc żadnych złamanych kręgosłupów, do qoorfy nędzy, bardzo proszę!), więc będę się wczuwać i nastawiać. Drugiego pana nikomu w Polsce przedstawiać nie trzeba, a ten jadowity tytuł Neid jest najnowszym jego dziełem, trzecią częścią nowego cyklu europejskiego (nowego, ale ze starymi bohaterami, więc jest jakby swojsko). Ten nowy cykl Dahla jest chyba lepszy, bardziej globalny, nowocześniejszy, straszniejszy i w ogóle "ejszy". Pierwszy tom był taki sobie, trzeci (ten jadowity) właśnie czytam i wkrótce zdam relację.

No i macie ochotę na konsumpcję mięsną zaprezentowanych u mnie zdobycznych podrobów i polędwiczek? Na co leci Wam ślinka?


piątek, 7 marca 2014

Między teraz a wiecznością...



Moja!!!...

Pod koniec kwietnia w Literackim Egmoncie w serii "Poza czasem" ukaże się powieść Marie Lucas "Między teraz a wiecznością" w moim przekładzie. To fajna wiadomość na koniec bardzo wyczerpującego tygodnia (Smok przebył drugą operację, tym razem wyplątano mu z kręgosłupa tytanowy kabel, którym trzy miesiące temu spięto kręgi szyjne. Cały tydzień kursowałam między kliniką a domem, w międzyczasie tłumacząc po 14 stron dziennie - nie pytajcie, jak to możliwe, moja doba była chyba z gumy), w dodatku zapowiada się megasłoneczny weekend i nawet się zastanawiam, czy nie uruchomić przypadkiem grilla...

Acha, słów parę o książce: jak wszystkie tytuły z serii Poza czasem, jest to powieść dla czytelników młodych, nastolatków lub młodych dorosłych, zawiera wątek fantastyczny i szczyptę miłości. Jest więc ona: Julia, dziewczyna po przejściach, trochę zagadkowa, trochę cyniczna, a tak naprawdę łaknąca akceptacji i miłości. Jest jeden on: Felix, jej chłopak, z gatunku "piękny, bogaty i lubiany". I drugi on: Niki, fascynujący, mroczny, z tajemnicą. Wszystkich, którzy już w tym miejscu mają jednoznaczne skojarzenia, zapewniam: to nie jest to, na co wygląda. To fajna opowieść o trudnościach wyboru, o konsekwencjach życia w kłamstwie, o odwadze bycia sobą i złamania przymusu grupy. I o miłości. I zmarłych. Powieść z lekką ironią i całkiem nielekkim dreszczykiem. Czytajcie!