Ads 468x60px

Featured Posts

wtorek, 26 lipca 2016

Gard Sveen "Ostatni pielgrzym" - czyli o tym, czy droga zawsze jest celem


Wydawnictwo: Media Rodzina
Seria: Gorzka czekolada
Tytuł oryginału: Den siste pilegrimen
Tłumaczenie: Tadeusz Wojciech Lange
Data premiery: 16.10.2015
Liczba stron: 544
Cena: 39,90 zł
Są takie książki, które w ogóle nie chcą podobać się czytelnikowi. Nie mizdrzą się, nie kokietują, nie uwodzą. Nawet nie szokują, nie wstrząsają, nie wywołują odrazy. Nie, po prostu ani ziębią, ani grzeją. Wprowadzaja w stan doskonałej obojętności. Jest to najgorsze, co można wywołać u czytelnika. Już lepiej niech wkurzają. Ale obojętność?...

Tymczasem "Ostatni pielgrzym", książka, która z definicji nie powinna pozostawiać obojętnym, przez wyjątkowo długi czas wszelkie emocje czytelnika trzyma w stanie przewlekłej hibernacji. Nie grzeje, nie ziębi. Po prostu się ciągnie strona za stroną, holując przez kolejne napoczęte i niezakończone wątki. Holuje na dwóch płaszczyznach czasowych: z jednej strony mamy porozgrzebywane historie z czasów tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej, mętne, niejasne i trudne do powiązania z teraźniejszością. Z drugiej strony jest zbrodnia współczesna i wyjątkowo antypatyczny śledczy, Tommy Bergmann.

Zwykle nie daję czytanym książkom tak wysokiego kredytu zaufania, jak w przypadku "Ostatniego pielgrzyma". Jeśli coś mnie w książce irytuje, drażni, uwiera lub zwyczajnie nudzi, rezygnuję, dobrze wiedząc, że czasem trzeba poczekać, pozwolić opowieści się rozwinąć. Trudno, mój czas też jest cenny. Szkoda mi go na książki złe, nieudane, czy choćby tylko nietrafione. Nie wiem, co sprawiło, że ta powieść nie podzieliła losu licznych innych, porzuconych w tym roku "arcydzieł". Na pewno nie główny bohater, który, podobnie jak sama powieść, wcale nie chce się podobać czytelnikowi. Facet pod czterdziestkę, świeżo po rozstaniu z partnerką, którą kocha, a jakże, ale też regularnie leje, bo, jak sam mówi, "nie panuje nad sobą". I już nawet nie przemawia na jego korzyść fakt, że się wstydzi, że żałuje, że sobą za to gardzi. Ani to, że jest wyjątkowo nieustępliwym policjantem, typem zawziętego teriera, który, kiedy złapie trop, nie popuści, dopóki zwierzyna nie drgnie ostatni raz w jego szczękach, spływając krwią. Nie dla niego zatem mozolnie brniemy przez kolejne strony.

Może więc dla Agnes, głównej postaci tej drugiej, wojennej opowieści?... Piękna, młoda, gotowa na wszystko, a jednak kompletnie nieprzygotowana do zadania, do którego ją szkolono. Pół Angielka, pół Norweżka, działaczka norweskiego ruchu oporu, mająca infiltrować środowisko nazistów i robić wszystko to, co w czasie wojny robiły kobiety-szpiedzy. Nie żadna tam Mata Hari, tylko kobieta rozdarta pomiędzy namiętnością do oficera prowadzącego, niewiarą w sens tego co robi i paraliżującym lękiem przed wsypą. Postać tragiczna, choć jest to tragizm zupełnie inny niż to, co znamy z polskiej literatury okupacyjnej. Tak, Agnes, choć nie zaskarbia sobie sympatii, jest przynajmniej bohaterką, której losy magnetyzują.

I kiedy tak mozolimy się nad tymi przeplatanymi wątkami, niezdecydowani, czy przerwać tę mękę, czy zacisnąć zęby i trwać dalej w tej gęstej jak mdła zawiesina historii, nie zauważamy, że oto minęliśmy półmetek. I że historia ta, której początek tak bardzo nas znużył, zaczyna się do nas lepić, owijać, i już się nie chce odczepić. Tu i tam poszczególne ząbki zaczynają się zaczepiać i tworzyć dość skomplikowany, choć słabo naoliwiony, zgrzytliwy i zacinający się mechanizm, któremu nie można odmówić pewnego uroku. Tak, to nie jest zła historia. Powiem więcej: jest piękna, nawet jeśli nie jest to uroda pozbawiająca tchu, oślepiająca.

Znamienne jest to, że nie ma tu postaci czysto szlachetnych, kryształowo czystych i szwarccharakterów. Są ludzie trochę zagubieni, wyśmiewani chichotem historii i smagani wiatrami wojennej zawieruchy. Szarzy, zwykli, normalni. Bez tego patriotycznego zadęcia, wyssanej z mlekiem matki misji zbawiania ojczyzny i świata, bez spiżowego błysku. Jakże inaczej pisze Sveen o rodzimym ruchu oporu niż polscy autorzy. Na koniec złoczyńcy poniosą zasłużoną karę, choć to nie wymiar sprawiedliwości ją wymierzy.

I tak oto uciążliwa pielgrzymka, jaką się okazała lektura tej książki, zakończyła się o wiele lepiej, niż jej pierwsze kilometry. Czasem długi marsz się opłaca, nawet jeśli efektem uboczym są otarcia, bąble i odciski.

I jeszcze końcowa szpila: czasem trzeba tu przymknąć oko na pewne zgrzyty (wszak była mowa o słabym naoliwieniu mechanizmu). Bo zdarza się, że na stronicach powieści ktoś musi "paść za Führera", na podwórku bawi się "kilka somalijskich dzieci", a kawę podaje kobieta "rodem z Turcji". Nic więc dziwnego, że komuś "głowa zatrzęsła się w czymś, co mogło być tylko płaczem".



Pierwsze zdanie: "Dopiero po zaparkowaniu samochodu przed dużą willą z bali młoda pomoc domowa uzmysłowiła sobie, że bramę wjazdową zastała otwartą."
Gdzie i kiedy: Oslo, Sztokholm, Berlin, II wojna światowa i 2003
W dwóch słowach: mozolna i piękna
Dla kogo: dla cierpliwych i lubiących historie wojenne ze szpiegami w tle
Ciepło / zimno: 71° 

środa, 20 lipca 2016

Jens Lubbadeh "Unsterblich" (Nieśmiertelni) - who wants to live forever?...





Wydawnictwo: Heyne
Data wydania: 11.07.2016
Liczba stron: 448
Cena: 14,99 euro

Na początku utrwalaliśmy nasze podobizny. Nieporadne, skreślone węglem na śnianie jaskini, nietrwałe. Później nauczyliśmy się oddawać realistyczne detale, rzeźbić nasze sylwetki i malować rysy twarzy. Potem nadeszły czasy fotografii - najpierw czarno-białej, potem kolorowej. I film. Dawaliśmy się filmować, utrwalaliśmy obraz i dźwięk. Uwiecznialiśmy gesty, ruchy, przelotny wyraz twarzy, migotanie spojrzenia. A gdyby tak możliwe stało się uwiecznienie całego człowieka, wszystkiego co przeżył, co powiedział, co zrobił? Jak wyglądał? Jak myślał?

Jens Lubbadeh poszedł za tym odwiecznym marzeniem człowieka. I pokazał nam świat, w którym stało się to możliwe - stworzenie doskonałej kopii człowieka, jego wirtualnego klona, cyfrowej symulacji, kompilacji jego całej osobowości. Świat zasiedliły doskonałe hologramy umarłych, nie do odróżnienia od ich nieżyjących oryginałów. Michael Jackson wciąż nagrywa nowe albumy. Marlene Dietrich gra w filmach Larsa von Triera. A prezydentem Stanów Zjednoczonych znowu został J. F. Kennedy.

Ben Kari jest pracownikiem koncernu Fidelity i zajmuje się certyfikowaniem "Wiecznych". Uwierzytelnia ich osobowości, pilnuje, by wirtualne ludzkie kopie były jak najbardziej autentyczne, najbardziej zbliżone do oryginału. Lubi swą pracę, wszak dzięki niej może jednocześnie hołdować swej pasji - starym hollywoodzkim filmom. I dzięki niej "uwiecznił" już niejedną wskrzeszoną osobowość. Wszystko zmienia się pewnego dnia w 2044 roku, kiedy znika Marlene Dietrich. I jest to wydarzenie absolutnie niemożliwe, bo "Wieczny" wielkiej diwy filmu zniknąć nie ma prawa - jest przecież "tylko" komputerowym kodem, ciągiem zapisanych na serwerach koncernu Immortal sekwencji zerojedynkowych. A jednak. I to Ben Kari, jako ten, który certyfikował Marlene, wysłany zostaje do Berlina, żeby wyjaśnić sprawę zniknięcia gwiazdy.

Ten futurystyczny thriller nie byłby thrillerem, gdyby poszukiwania zaginionej aktorki nie zapoczątkowały lawinowych wydarzeń, które rzucą zwyczajnego bohatera w wiry, otchłanie, brudne odmęty i bagna - niektóre czysto wirtualne, inne jak najbardziej realne. "Unsterblich" jest bez wątpienia szybkim akcyjniakiem, i to z całym bagażem towarzyszącym zwykle temu gatunkowi. A bagaż, jak wiadomo, jest nieporęczny i ciąży. Bagaż stereotypów szczególnie. Nie uniknął go również i Jens Lubbadeh, wyposażając Kariego w piękną, a jakby tego było mało, również i mądrą oraz nieustępliwą kobietę, która odegra w misji szeregowego pracownika niebagatelną rolę. To nie jedyny stereotyp, po którym ślizga się autor i jego bohaterowie. Nawet niespodzianki i nieoczekiwane zwroty akcji pojawiają się we właściwych momentach, psując nieco moment zaskoczenia. A jednak, mimo wszystko, nie jest to akcyjniak kiepsko napisany, bowiem ma w sobie ów ukryty napęd, zmuszający do szybszego przewracania stronic, by dowiedzieć się co dalej, choć przecież jako wytrawni czytelnicy doskonale wiemy, co będzie dalej - bohater wpadnie w beznadziejne tarapaty bez wyjścia, z których w ostatnim momencie, cudem właściwie, się wykaraska. Niewiadomą pozostaje tylko, kto i jak umrze po drodze. Pozostawmy tę niewiadomą, niech nią pozostanie jak najdłużej. A skoro już jesteśmy przy matematyce, to na plus zaliczamy autorowi to, że jednak na koniec udaje mu się nas zaskoczyć.

Znacznie ciekawsza od zwrotów akcji i szybkiego "dziania się" jest wizja przyszłości, którą roztacza tutaj Jens Lubbadeh - twórca, który niniejszą powieścią debiutuje na polu beletrystyki, za to wielokrotnie sprawdził się jako dziennikarz i autor licznych publikacji naukowych. Jest to niepokojący obraz społeczeństwa technologicznego, uzależnionego od mediów i w mediach się zatracającego. Przenikanie się świata rzeczywistego i wirtualnego (zwanego tu Blended Reality) jest zatrważające i niesie ze sobą pytania nie tylko o przyszłość ludzkości, ale i - tak, naprawdę! - sens istnienia w ogóle. Czy istniejemy jako byt biologiczny i śmiertelny? Czy jako komputerowy kod, który po nas zostanie? I czyż nasz byt biologiczny również nie zasadza się na molekularnym kodzie? Gdzie kończy się człowiek, a zaczyna jego symulacja? Czym jest świadomość i wolna wola?

To wielkie, monumentalne pytania. Nie spodziewajmy się odpowiedzi na nie w sensacyjnej powieści. Nie znajdziemy ich. Ale znajdziemy refleksję. I czasem już pytanie, które pozostanie, by niepokoić i trawić samą swą obecnością, jest już wystarczającą odpowiedzią.

Kompilacja wielkich pytań i malutkiej filozofii z obfitującą w wydarzenia akcją sprawdza się tu wyjątkowo dobrze. Czytelnik, konfrontowany na co dzień z problematyką Big Data, wszechobecnej inwigilacji i coraz bardziej natrętnych mediów kontrolujących nasze życie, zatrzyma się może w tej huśtawce emocji, i pomyśli. Pomyśli o sobie, o świecie, o życiu. Bo o to przecież chodzi.



Pierwsze zdanie: "Deszcz wyglądał tak, jakby miał nigdy nie przestać."
Gdzie i kiedy: Los Angeles, Berlin, Las Vegas, Death Valley, 2044
W dwóch słowach: tech noir
Dla kogo: dla miłośników klasycznej sensacji, fanów Marleny Dietrich, filozofów-amatorów i zainteresowanych techniką przyszłości
Ciepło / zimno: 80° 

wtorek, 21 czerwca 2016

Mamutek letni, chudzinka...




Świat się zmienia, zmieniają się i mamuty. Wszystko się dygitalizuje, mamuty z dalekiej Polski w mig mkną do Dachau, elektroniczne, eteryczne, nieuchwytne dla oka i obiektywu kamery. Więc i te realne coraz rzadsze, chudsze, cherlawe. Pozwólcie, że z tym większą dumą zaprezentuję mamutka letniego, upolowanego zaledwie wczoraj. Choć wątły, to ma swój ciężar gatunkowy.


Zacznijmy od trąby... czyli "Skóry" (to trąby, czy skóry?) Toni Morrison. Tuż obok kopytko przednie (nie wiem, czy mamuty mają kopytka, łapy, czy nogi? no bo nie racice?...), czyli "Rybacy" Chigozie Obiomy. Zauważcie, obie te książki to klimaty afrykańskie, jedne z moich ulubionych. I nie chodzi bynajmniej o egzotykę, ale o zderzenie kultur, odmienność i szeroko pojęta obcość i wyobcowanie. Literatura z nieco wyższej półki, która może wreszcie mnie zadowoli... Do kompletu Lucy, czyli cztery litery (czy mamuci kuper nie powinien zawierać więcej liter?), czyli Elizabeth Strout. Nic tej autorki wcześniej nie czytałam, zachęciło mnie kilka opinii z internetów.


Kontynuujmy nóżkę przednią, czyli Lema. "Niezwyciężonego" nie było do tej pory w mojej biblioteczce, kompletuję, trzeba mieć, trzeba znać. Dalej twarz (no bo nie napiszę salceson), czyli książka szumnie od dawna zapowiadana i równie entuzjastycznie opiniowana, czyli "Biała Rika". Na razie dołącza do dwóch innych powieści Magdaleny Parys, które czekają na przeczytanie, ale coś mi mówi, że "Białą Rikę" przekąszę w pierwszej kolejności. No i czerep, czyli "Samotność" Huberta Klimko-Dobrzanieckiego. Nie mogłam nie kupić książki tak zatytułowanej.


Pora na trzewia, czyli "Rzekę złodziei" Crummeya. Przyznam, że mam wszystkie jego książki wydane przez Wiatr Od Morza, żadnej nie przeczytałam, choć chwalicie, polecacie. Jasne, że kupuję po to, by czytać, ale w tym wypadku ta oczywista motywacja okraszona jest szczyptą sympatii do tego niezwykłego wydawnictwa. Lubię takie małe, zadziorne i bojowe. Mamucią klatą jest trzeci tom detektywistycznego cyklu Kinga (będąc na Djerbie, zmęczyłam drugi tom). I zgrabna tylna nóżka czyli Gianrico Carofiglio. Cóż, ma w sobie coś takiego ten Włoch, że go po prostu, irracjonalnie i bez żadnego uzasadnienia, lubię. I lubię WAB za to, że konsekwentnie wydaje tego autora.

No dobra, dość tych przechwałek. A teraz nieśmiało zapytam, licząc, że odpowiedź załagodzi mi nieco mękę wyboru: o której z tych części zacnego ciała chcielibyście przeczytać w moim wykonaniu? Obiecuję, że pójdę za Waszymi sugestiami!

niedziela, 19 czerwca 2016

Ryan Gattis "Miasto gniewu" - Winslow meets Elroy



Wydawnictwo: Czarna Owca
Seria: Czarna Seria
Tytuł oryginału "All Involved"
Przekład: Robert Sudół
Data wydania: maj 2016
Liczba stron: 464
Cena: 29,99 zł

Sześć dni. 53 ofiar śmiertelnych. Ponad 2000 rannych. 11000 pożarów. Niemal tyle samo aresztowań. Szkody na ponad miliard dolarów. Los Angeles, pamiętne sześć dni na przełomie kwietnia i maja 1992, które wypaliły czarną dziurę w historii miasta i państwa, po tym, jak złożona w większości z białych ława przysięgłych uniewinniła czterech białych policjantów, którzy brutalnie pobili Afroamerykanina Rodneya Kinga. 

To o tym jest ta książka. Pomyli się jednak ten, kto spodziewa się tutaj obiektywnego obrazu, neutralnej dokumentacji tamtych wydarzeń. Owszem, Ryan Gattis jest mistrzem researchu, spędził ponad dwa lata na wnikaniu w tamten czas, rozmowach z ludźmi, którzy byli świadkami i uczestnikami ówczesnego spektaklu przemocy, gromadzeniu danych, relacji i emocji. Ale nie na danych i faktach się skupia, tylko na emocjach. I nie faktom i danym każe przemawiać, lecz ludziom. Dokładniej rzecz biorąc, każe oddaje głos siedemnastu narratorom. Siedemnaście głosów, siedemnaście perspektyw, siedemnaście różnych historii, zaczepiających się czasem jednym detalem, czasem zrośniętych ze sobą jak syjamskie bliźnięta. Przemawiają chicanos - członkowie meksykańskich gangów, strażak, pielęgniarka, żołnierz elitarnej jednostki wojskowej, bezdomny weteran wojny w Wietnamie. Opowiadają o braku perspektyw, o niemożności wyrwania się z gangsterskich struktur i getta, o narkotykach, szaleństwie przemocy, ale też o nadziei i miłości, rodzących się w popielisku agresji. 

Gattis pominął klasyczną narrację, nie znajdziemy tu również typowej dla powieści sensacyjnych intrygi, plotu, zagadki. Od początku wiadomo, czym się zaczyna i czym skończy ta opowieść. Odejście od utartych schematów może się wydać zwykłym manewrem dla zwiększenia oryginalności, w rzeczywistości jest czymś znacznie istotniejszym: próbą przywrócenia głosu tym, którzy przeżyli tamte dni (i tym, którzy nie przeżyli). Ale Gattis, przekazując narrację świadkom tamtejszych apokaliptycznych dni, pokazuje także, jak cienka, krucha i delikatna jest granica między tak zwaną cywilizacją a anarchią, między człowieczeństwem a barbarzyństwem. I jak łatwo zablokować hamulce, powstrzymujące nas przed wirem przemocy i nienawiści.

Jest to rzecz brutalna, bez dwóch zdań, ale i szczera, autentyczna. Również dlatego, że Gattis ma rzadki dar: potrafi bezbłędnie oddawać idiolekty. Kiedy opowiada gangsta, to jest to najeżona chujami i kurwami, pełna kolokwializmów, niezgrabna, językowo uboga, ale niesamowicie żywa i autentyczna gadka człowieka bez wykształcenia, który słownym nieokrzesaniem dodaje sobie maczyzmu i chojractwa. Jest w tym językowa brawura, kaskaderstwo wręcz, przypominające miejscami monologi bohatera "Ślepnąc od świateł" Żulczyka. Zupełnie inaczej brzmi opowieść żołnierza czy pielęgniarki. Niesamowita jest opowieść graficiarza, Nie mam wątpliwości, że nie wszystkie detale, odcienie i półtony tej polifonii udało się oddać w przekładzie, wydaje się jednak, że tłumacz, który miał przed sobą iście herkulesowe zadanie, zrobił wszystko, by przekaz ten zabrzmiał prawdziwie. Mimo wszystko nie spodziewajcie się jakichś wyjątkowych uniesień podczas lektury. Wsłuchiwanie się w niektóre z tych szorstkich głosów jest męczące, uciążliwe i nieprzyjemne. Nikt nie powiedział jednak, że zaglądanie w głowy chicanos jest czystą przyjemnością. 

Nie jest to książka dla każdego. To rzecz raczej niszowa, która znajdzie uznanie czytelnika poszukującego czegoś spoza mainstreamu. Czegoś innego, ale autentycznego, oryginalnego. I z wielkim ładunkiem prawdziwych emocji. 


Pierwsze zdanie: "Jestem w Lynwood, to South Central, w pobliżu Atlantic i Olanda, przykrywam folią aluminiową niezjedzoną fasolę z urodzinowego kinderbalu, gdy nagle każą mi jechać do domu i raczej nie stawiać się do pracy nazajutrz."
Gdzie i kiedy: LA, przełom maja i kwietnia 1992
W dwóch słowach: wielogłos eskalacji
Dla kogo: dla poszukujących autentyku, miłośników literackiego reportażu, ludzi o mocnych nerwach
Ciepło / zimno: 77° 

czwartek, 14 kwietnia 2016

Elisabeth Herrmann "Das Dorf der Mörder" (Wioska morderców) - o palącym skwarze środkowoeuropejskiej pustyni



Wydawnictwo: Goldmann
Data wydania: 25.02.2013
Liczba stron: 480
Cena: 9,99 euro

Źle wydano tę książkę. Nie o tej porze roku. Ta książka powinna ukazać się latem. Tak, by czytać ją w sierpniowe skwary, kiedy słońce przydusza człowieka do ziemi, kiedy świat zastyga w bezruchu, przyczajony w letargu, wyczekujący deszczu. Burzy. Ulgi. 

Bo tak pamiętam tę powieść - czytałam ją trzy lata temu - była duszna, skwarna, mroczna. I to tę atmosferę zapamiętałam najbardziej. Owszem, jest w tej książce Berlin, ale to prowincja stanowi jej rzeczywiste kulisy. Bezludzie, upiorne, wyludnione wioski na terenach byłego enerdówka, gdzie nie chce mieszkać nikt, bo beznadzieja, bezrobocie, bezmożność. Zostali już tylko ci, którzy nie mają dokąd pójść. I ci, którzy muszą. Lub się ukrywają. Strzegą mrocznej tajemnicy. 

Z tej książki pamiętam też młodą niepokorną policjantkę, której imię brzmi identycznie jak znana marka margaryny. Sanela Beara. Kobieta wyposażona w niezawodny moralny kompas, który prowadzi ją na przełaj we właściwym kierunku, na wskroś, po wertepach, wybojach i przez przeszkody. Wkurzająca. Momentami dziecinnie naiwna. Taka, której poczynania skrycie komentujemy wołaniem "nie, nie rób tego". Jest jak burza, jak taran, a czasem jak upierdliwy komar, niedający spać po nocach, ale w końcu dopinający swego. Nie zważając na szkody uboczne. I na to, że może błyskawicznie zakończyć żywot zgnieciona na miazgę jednym klapsem ręki giganta. Pamiętam, jak niewiarygodna wydawała mi się jej wojenna trauma. No bo jak to? Żadna młoda dziewczyna nie powinna zmagać się z wojenną traumą we współczesnej Europie. Nie tu. Nie u nas. A jednak. I pamiętam rozdźwięk, prawie dysonans, jaki wywoływała ta postać w opozycji do jej przełożonego i mentora, komisarza Gehringa, starego wygi, pławiącego się w komforcie doświadczenia, wieku, nieomylności. Konfrontacja tych dwojga była źródłem wielu napięć, antagonizmów, tarć. I czegoś pozytywnego, nieuchwytnego, co dopiero się kształtuje, kiełkuje, i nie wiadomo, czym się stanie, kiedy będzie duże. 

Pamiętam też dobrą intrygę, zapętloną, nieoczywistą, szarpiącą nerwy. Taką bardzo skandynawską w wymowie. Brutalną. Drastyczną. Momentami aż za bardzo. Ale wybaczamy te lekkie naciągania, wybaczamy sztuczki Elisabeth Hermann, bo ulegamy jej, dajemy się wodzić za nos i wpadamy w tę mroczną, gorącą atmosferę prażonych słońcem pól i upiornej wioski, w której wciąż mieszka zło. 

I jeśli po trzech latach od lektury w pamięci zostają takie rzeczy, to nie była to lektura zła, albo niepotrzebna. Nie dajcie się zwieść tandetnemu tytułowi. Tu kryje się się więcej. Znacznie więcej.

PS. Książkę tę właśnie wydał u nas Prószyński i Ska.

Pierwsze zdanie: "Pomocy."
Gdzie i kiedy: Berlin, Wendisch Bruch, współcześnie
W dwóch słowach: mroczno, duszno
Dla kogo: dla szukających mrocznego napięcia, psychologicznych zawijasów i dobrej intrygi
Ciepło / zimno: 81° 

wtorek, 9 lutego 2016

David Mitchell "Czasomierze" - tik-tak, tik-tak...




Wydawnictwo: MAG
Seria: Uczta Wyobraźni
Tytuł oryginału: The Bone Clocks
Tłumaczenie: Justyna Gardzińska
Liczba stron: 666
Data wydania: 22 stycznia 2016
Cena: 55 zł

Mariaż literatury wysokiej z popkulturowym trashem - karkołomne połączenie. Dla wielu wręcz mezalians, dowód złamania odwiecznego tabu, dyskwalifikujący i wykluczający z szacownego grona poważnych literatów. Co na to David Mitchell? Mitchell zapewne skwitowałby te zarzuty wzruszeniem ramion, bowiem ów brytyjski wirtuoz słowa, perfekcyjnie do bólu, bez zmrużenia oka miesza gatunki i rejestry, żonglując słowem, bohaterami i czasem, nic sobie nie robiąc z reguł, granic i zasieków, a już najmniej tych, które ustalają opiniotwórczy krytycy. Już niejednokrotnie dowiódł, że radzi sobie w każdym literackim terenie, ba, wkradł się w łaski nie tylko wymagającego czytelnika, ale i równie wymagającego, choć inaczej, Hollywoodu, nie mówiąc o wybranych krytykach - wszak nie od parady jest od jakiegoś czasu dyżurnym kandydatem do nagrody Bookera.

Można Mitchelowi zarzucać, że łamie tabu, że przyczepia kwiatki do kożucha, że od lat pisze cały czas tę samą książkę, że ulega gustom masowego czytelnika, ale nie da się zaprzeczyć, że jest jednym z najważniejszych brytyjskich współczesnych powieściopisarzy.W dodatku pisarzem, który oprócz wyjątkowego talentu kameleona, dzięki któremu bez trudu wtapia się w każde tło, posiadł umiejętność wczuwania się w puls świata. Wie, jakim rytmem bije i wyłapuje każdą arytmię. I opowiada o tym, co usłyszy.

Nie inaczej jest w "Czasomierzach", jego najnowszej książce. To również jest książka "montażowa", oparta na sprawdzonym schemacie znanym już choćby z "Widmopisu" czy "Atlasu chmur". Z kawałków kolorowego szkła autor konstruuje epizody, które, potrząśnięte i wymieszane jak w kalejdoskopie układają się w pewien wzór. Tutaj najpierw przenosimy się w rok 1984, by poznać piętnastoletnią, głupiutką i naiwną Holly Sykes, przeżywającą akurat nastoletni bunt i pierwsze miłosne rozczarowanie. Postać ta będzie nam towarzyszyć do samego końca, jest bowiem spoiwem tej powieści, swoistym emulgatorem, który połączy jej treść. Tu i ówdzie zniknie nam z oczu, pojawi się w roli mniej lub bardziej niemej statystki, by wciąż powracać i w końcu stać się kluczem do całej historii. Ważna postać, fundamentalna. Bardzo mi bliska. Także dlatego, że zaledwie rok starsza ode mnie. Ja też byłam piętnastolatką w latach osiemdziesiątych. Dwudziestolatką w dziewięćdziesiątych. I będę siedemdziesięciolatką (oby) w latach czterdziestych tego wieku, kiedy powieść ta (i świat, jaki znamy) będzie chylić się ku końcowi.

To, co zaczęło się jako opowieść coming of age, staje się łotrzykowską powieścią akademicką, następnie małżeńskim dramatem, wojennym reportażem, biografią przekwitającego literata, najczystszą fantastyką z elementami potterowskimi, by skończyć jako posępne, realistyczne postapo. I w każdym, ale to absolutnie każdym z tych gatunków (czy też epizodów) Mitchell doskonale się sprawdza jako narrator, charakteryzator i dekorator. Aż trudno uwierzyć, że nigdy nie był w szwajcarskich Alpach, zapewne nigdy też nie był w pogrążonym w wojnie Iraku, a jednak wierzymy w każde słowo wkładane w usta bohaterów i każdy umieszczony na kartach powieści rekwizyt. Kupujemy rewelacyjnie oddany idiolekt studenckiej brytyjskiej braci lat dziewięćdziesiątych, a kiedy narrator staje się Crispinem Hersheyem, nabieramy podejrzeń, że ta postać to alter ego samego pisarza, choć przecież widzimy te aluzje i mrugnięcia okiem, dostrzegamy rozrzucone w lesie okruszki, widzimy podobieństwo "Suszonych embrionów" i "Martwych dzieci" (więc jednak Martin Amis?), tropimy dalej i znajdujemy inne analogie (czy to Conrad?), witamy bohaterów innych powieści Mitchella, potykamy się o odniesienia, nawiązania, szarady. Wydaje się, że i autor, i czytelnik świetnie się przy tym bawią - autor kładąc tropy, czytelnik je odnajdując. Hasło "zabawa" jest przy tym niezmiernie ważne, bo nie sposób nie traktować z przymrużeniem oka pulpowych wtrętów, żywcem wyjętych z kultury masowej, śmieciowej. Pewien dystans jest konieczny, inaczej będą zgrzytać metafizyczne motywy i wątki ("Jesteśmy Anachoretami Kaplicy Zmierzchu Katara Ślepca Klasztoru Tomasjanów z Przełęczy Silderhorn" - Jeeezuuuuu!....), a widowiskowy showdown w Kaplicy Zmierzchu, miast dreszczu napięcia, wywoła w nas najwyżej paroksyzm śmiechu.

Ta upojna zabawa kończy się jednak w ostatnim epizodzie, zupełnie jakby Mitchell chciał powiedzieć "dobrze, dzieci, pośmialiśmy się, pogadaliśmy, ale sprawy mają się następująco. Chodzi o..."
"(...) chodzi o wszystko. O tereny, które zamieniliśmy w martwe pustkowia, o góry lodowe, które przez nas stopniały, o Golfstrom, który przez nas zmienił kierunek, o rzeki, które przez nas wyschły, o wybrzeża, które zalaliśmy, o jeziora, które zadusiliśmy ściekami, o morza, które zabiliśmy, o gatunki, które przez nas wymarły, o faunę zapylającą, której przez nas już nie ma, o zmarnowaną przez nas ropę, o lekarstwa, które przez nas straciły moc działania, o złotoustych kłamców, których wybraliśmy na wysokie urzędy - wszystko po to, byśmy nie musieli zmieniać naszego wygodnego stylu życia. Ludzie mówią o Ociemnieniu, jak nasi przodkowie mówili kiedyś o pladze dżumy - jakby zesłał je zagniewany Bóg. Ale to nasze dzieło, to my powoli sprowadzaliśmy ociemnienie z każdym przejeżdżonym bakiem ropy. Moje pokolenie obżerało się do nieprzytomności w Restauracji Ziemskich Zasobów, wiedząc - choć temu zaprzeczało - że zwiejemy od stołu i zostawimy wnukom otwarty rachunek, jak dług, którego nigdy nie będą w stanie spłacić."
Mną ten fragment do głębi wstrząsnął. Wyrwany z kontekstu brzmi niczym bełkot radykalnego ekofanatyka, zielonego oszołoma, wegetarianina i cyklisty. Umieszczony w scenerii ostatniego epizodu, wszczepiony w myśli Holly Sykes staje się manifestem i pełnym skruchy wyznaniem winy - bo już nie ostrzeżeniem. Mitchell powiedział w jedym z wywiadów, że wyzwania wobec ludzkości są teraz liczniejsze i trudniejsze niż kiedykolwiek. Im trudniejsze wyzwania, tym mroczniejsze literackie wizje. A im mroczniejsza przyszłość, tym jaśniejszy płomyk nadziei. Który gdzieś tam się jarzy. Zawsze.


Pierwsze zdanie: "Rozsuwam zasłony w moim pokoju, widzę spragnione deszczu niebo i szeroką rzekę pełną statków i łodzi, ale ja już myślę o czekoladowych oczach Vinny'ego, o strużce szamponu, która spływa po jego plecach, o jego ramionach zroszonych kroplami potu, o jego cwaniackim uśmiechu, i serce wali mi jak wściekłe."
Gdzie i kiedy: Gravesend, Cambridge, Sainte-Agnès, Brighton, Irak, Australia, Nowy Jork, Sheep' Head i parę innych miejsc, 1984-2043
W dwóch słowach: tygiel i kalejdoskop
Dla kogo: dla osób eko i nieeko, dla purystów gatunkowych i lubiących misz-masz, dla miłośników prozy gęstej, nasyconej, pełnej odniesień, smaczków i ukrytych znaczeń
Ciepło / zimno: 98° 

wtorek, 2 lutego 2016

MyBooks czyli ABC doradzania


Nie pamiętam już, w jaki sposób trafiłam na stronę księgarni MyBooks. Z reguły zaopatruję się w książki wielokanałowo i przede wszystkim kieruję się komfortem, bo cenowo w Niemczech nie da się zawalczyć: ustawa zobowiązuje wszystkich księgarzy do jednakowych cen - tych z okładki. Skoro zaś o klienta nie można walczyć ceną, to trzeba inaczej. Mała stacjonarna księgarenka postawi na osobiste doradztwo i przytulną atmosferę. Wielki międzynarodowy gigant skusi obietnicą bezpłatnej dostawy nazajutrz (w większych miastach wkrótce uruchomiona zostanie usługa "sameday" - bezpłatna dostawa do domu w dniu zamówienia). Pamiętajmy, klient obu tych księgarni zapłaci za książkę tę samą cenę.

Co ma jednak zrobić nikomu nieznana księgarnia internetowa, niewytrzymująca konkurencji z gigantem? Możliwości są trzy:
a) zgarniać z rynku przypadkowo zabłąkanych klientów a potem splajtować,
b) wydać miliony na reklamę, a potem splajtować,
c) wpaść na genialny pomysł, dzięki któremu wyróżni się spośród dziesiątków podobnych internetowych bytów, zdobyć stałych klientów, i nie splajtować.

Pomysł zaś musiał być iście diabelski, podstępny albo po prostu szalony, skoro zwabił mnie - czytelnika kupującego dużo, czytelnika wrednego, niewiernego, o swoistym, lekko wypaczonym guście i niedającego się wtłoczyć w żadne wyznaczone sklepowym algorytmem ramy. Tak jak wspomniałam na początku, nie pamiętam, po co wlazłam na stronę MyBooks. Może wiedziona ciekawością, może cynizmem. Bowiem pomysłem tej księgarni na przyciągnięcie, a co ważniejsze utrzymanie klienta jest osobiste doradztwo (he, he, ciekawe co mi doradzą, mnie, MNIE!).

Jak? Całkiem prosto. Wystarczy wypełnić krótki formularz, w którym trzeba odpowiedzieć na dziesięć pytań. Pierwsze z nich to dla kogo ma być książka. Nic prostszego. Dla mnie, oczywista. Drugie: jakim typem czytelnika jesteś. Do wyboru: Vielleser, Wochenendleser, Gelegenheitsleser (czyli dużoczytacz, weekendoczytacz, odczasudoczasuczytacz). No przecież wiadomo.


Trzecie. Gdzie najchętniej czytasz? Ogarniają mnie niejakie wątpliwości. Co to ma do rzeczy? Czy w zależności od tego, czy przeczytam książkę na kanapie czy - za przeproszeniem - na kiblu, polecą mi inną książkę? Twórcy formularza dopuszczają wybór wielokrotny, z czego korzystam. Następnie chcą wiedzieć, jaka jest moja motywacja: czy czytam dla celów rozrywkowych i odprężenia, czy żeby się czegoś nauczyć i zdobyć nowe doświadczenia. Zaczynam się denerwować. Jak to: albo-albo? I gdzie więcej odpowiedzi?... Sfrustrowana klikam to pierwsze i już zaczynam się obawiać poleconych mi tytułów. Kolejne pytanie podoba mi się już bardziej. Pytają, jak staro (młodo) się czuję. Ochoczo odmładzam się o parę latek i jadę dalej. Następne pytanie okazuje się niemal nie do pokonania. Bo mam podać, o jakie książki chciałabym wzbogacić swój księgozbiór. Ale jak to?... ALBO kryminał, ALBO fantasy, ALBO science-fiction, ALBO powieści, ALBO erotykę... no dobra, to akurat mniej. Zastanawiam się, czego mam najmniej i optymistycznie a jednocześnie skromnie klikam ogólne "powieści". Za to kolejne pytanie doprowadza mnie do rozpaczy. Dumam przez kilka minut, waham się i wściekam, że nie mogę wybrać kilku odpowiedzi. Bo wybór jest zabójczy. Jaka ma być Twoja kolejna książka? Jaka? JAKA?!!! Wciągająca. Literacka. Zdumiewająca. Przerażająca. Wymagająca. I jeszcze parę innych. Coś tam w końcu klikam, coraz bardziej przekonana, że nic z tego nie będzie. Na koniec mam podać ulubionych autorów (opcjonalnie) i ulubione książki (też opcjonalnie). Nie podaję. Niech się doradca trochę pomęczy. Ostatnie pytanie: Co preferujesz: bestsellery, klasykę, nowości czy "Geheimtipp" (czyli coś nieoczywistego, książkę dla wybranych). Kusi "Geheimtipp". Niech będzie.

Gotowe. Teraz pozostaje tylko czekać na trzy propozycje któregoś z książkowych ekspertów, wymienionych na stronie z imienia, zdjęcia oraz krótkiej wizytówki. Jeszcze tego samego dnia dostaję maila z trzema polecanymi książkami. Śliniąc się i dysząc z podniecenia otwieram, klikam. Czytam. Klikam. Cofam. Klikam. I nic, ale to absolutnie nic z zaproponowanych tytułów mnie nie pociąga. Rozczarowana postanawiam zapomnieć o całym eksperymencie i zdać się na własny instynkt.

Po dwóch dniach sympatyczna Laura podsyła mi trzy kolejne propozycje. Znowu nic. Postanawiam zignorować maila. Nie doceniam Laury. Cierpliwa jest. I uparta. Mija parę dni i Laura odzywa się ponownie. Podrzuca trzy tytuły, prosi o dodatkowe sugestie i zapewnia, że jeśli żaden z tytułów mnie nie zainteresuje, poszuka ponownie. Tym razem jedna z propozycji ewentualnie by mnie interesowała, z naciskiem na "ewntualnie". W przypływie determinacji idę za sugestią Laury i wypełniam formularz ponownie. Tym razem nie chcę się rozrywać, tylko poznawać i doświadczać, klikam w gatunek "s-f" i dla ułatwienia podaję ulubionych autorów i ukochane książki. Stephenson, Watts, Gaimana, Le Guin i jej "Lewą rękę ciemności", a także Simmons i jego cykl "Hyperion". Pełna optymizmu czekam na odzew.

Tym razem odpowiada Johanna. Podsuwa mi cztery tytuły: pierwszy tom cyklu "Wspomaganie" Davida Brina "Słoneczny nurek", dwie książki Markusa Heitza, które już mam i które kompletnie mnie nie interesują, oraz "Koniec dzieciństwa" Arthura C. Clarke'a. Nieźle. Wprawdzie to już bardziej klasyka niż nowości, jak zaznaczyłam, ale postanawiam dokończyć test i zamówić pierwszą i czwartą pozycję. I w przypływie szaleństwa wypełniam formularz po raz trzeci, tym razem "kryminalnie". Tym razem chcę się rozerwać literacko.

Jest niedziela, mimo to po południu w skrzynce ląduje mail od... Laury. Zobaczyła, że ponownie wypełniłam formularz i proponuje Nesbo "Krew na śniegu" (czytałam) i trzy trochę zaskakujące tytuły. W zwykłej księgarni bym ich nie znalazła, to pozycje niszowe, nieoczywiste, trochę wariackie. A nawet karkołomne. Bill Moody i "Der Spion, der Jazz spielte" (rok 1968 w Pradze, rzecz o szpiegach i jazzie, jak sugeruje tytuł), "Karkloof Blue" Charlotte Otter (odkrycie z RPA) i "Die lange Reise" Annelie Wendeberg (Sherlock Holmes, Moriarty i jakaś mikrobiologiczna intryga). Szaleństwo. Propozycje tak od czapy, że aż genialne. Korci mnie, żeby zaryzykować. Pójść na ten eksperyment, który nie może się udać. Zamawiam. Szlag by to. A niech tam.


Przychodzi paczka. Jedna. Ku mojemu zdumieniu jest to paczka "kryminalna", czyli zamówiona później. Fantastyczna jakoś nie doszła. Za to każda z książek pieczołowicie opakowana w zajebisty fioletowy pergamin, każda z firmową zakładką. Obfotografowałam, obwąchałam, obmacałam, pocmokałam chwilę. Na wpół zdrętwiała z rozkoszy wracam do kompa, żeby trochę popracować. W skrzynce nowy mail od... Johanny. Wyraża nadzieję, że podobały mi się jej propozycje i dorzuca garść nowych, które być może trafią w mój gust. Prześlizguję się wzrokiem po liście. Trzy tytuły: "Hyperion" Simmonsa, "Lewa ręka ciemności" Le Guin i "Żołnierze kosmosu" Heinleina...

Opada mi szczęka i wszystko inne.

PS. MyBooks jest berlińskim startupem założonym w 2014 roku przez Antonię Besse, związaną z wydawnictwem Ullstein. W jej zamyśle książka jako produkt a jednocześnie "dobro kulturowe" zajmuje szczególną pozycję na rynku i wymaga szczególnego podejścia. Jej recepta na sukces to indywidualne porady ekspertów. Wysłano już ponad milion maili z propozycjami, jednak księgarnia na nich nie zarabia - doradztwo jest bezpłatne, nie ma obowiązku kupna. Księgarnia zarabia tylko wówczas, gdy klient kupi książkę na portalu. Zamówione książki dostarczane są bezpłatnie, z reguły w ciągu 1-2 dni.