Ads 468x60px

Featured Posts

środa, 4 czerwca 2014

Mamut czerwcowy


Może nie recenzuję ostatnio zbyt wiele, ale za to czytam. W związku z tym, w charakterze zapchajdziury, obfotografowałam ostatnie łupy (czyli tradycyjnego już mamuta). Trochę niepokoi mnie nieistotny w sumie detal, że książek nadal przybywa prędzej, niż je przerabiam, ale co tam. Na mamuty też polowali nie to, żeby zżerać od razu.

Tak sobie patrzę na to moje czerwcowe mamuciątko i serce mi rośnie z dumy, podskakując z radości. Jeśli bowiem rozłożymy tuszkę superostrą damasceńskią klingą, to okaże się, że na samym szczycie leży łup łupów czyli najnowszy Nesbo, niespodziewana przesyłka od Wydawnictwa Dolnośląskiego, która wprawiła mnie w lepszy nastrój niż butelka Sancerre, chłodząca się w lodówce, czekając na sobotnią okazję. Reszta to najnowszy Czubaj oraz zupełnie nowe nazwisko, które wywołuje w necie sporo pozytywnego szumu: Paweł Majka i jego "Pokój światów".


Fantastyczna trójka, czyli Vandermeer i pierwsza część jego trylogii Southern Reach, najnowszy Pratchett i opowiadania Wattsa.


I jeszcze dwie MAG-owskie kobyły, które wolałabym mieć na czytnik, ale jak nie ma, to się mówi trudno i ćwiczy biceps. Nowy wydanie Stephensona oraz Clive Barker i jego "Imajica". Jeśli mnie ktoś spyta, co mnie kręci bardziej, to czuję się jako ten osioł, któremu w żłobie (mamuta) dano...


I dwie kolejne kobyły, tym razem po niemiecku. Pierwsza cieszy mnie szczególnie, bo nie dość, że to najnowsza Donna Tartt i jej "The Goldfinch" (no tak, minęło kolejne dziesięć lat), to w dodatku udało mi się tomisko upolować w Hugendublu za... 3 euro (a normalna cena to 25!!!), bo obwoluta była naddarta o 2 milimetry w jednym miejscu... A niby w Niemczech obowiązuje ustawa o stałych cenach na książki... Druga to łup biblioteczny, również nowość, która ukazała się także i w Polsce, czyli Zadie Smith i "London NW". Mniam.


Dalszy ciąg łupów bibliotecznych:


Od lewej: najnowszy Coetzee i "Childhood of Jesus" - podobno rewelacyjna historia, na przekór tytułowi nie jest to książka religijna ani historyczna. Pośrodku kontrowersyjny Michael Chabon i jego "Telegraph Avenue" - jedni psy wieszają, inni pieją z zachwytu. Lubię takie polaryzujące książki. No i nowa gwiazdka na literackim nieboskłonie w Niemczech, czyli Katja Petrowskaja. To pisząca po niemiecku Ukrainka z pochodzenia, która w zeszłym roku została wyróżniona Ingeborg-Bachmann-Preis. Zerknęłam do środka i stwierdziłam, że to bardzo piękna proza.


I last, but not least, dwie książki z mojego ulubionego niemieckiego wydawnictwa Golkonda: Malte S. Sembten i jego antologia opowiadań grozy. Jedno z opowiadanek już łyknęłam i podobało mi się - mnie! wrogini! opowiadań! Druga to też zbiór opowiadań (co się ze mną dzieje?!...), tym razem Teda Chianga. Fajne okładki, prawda?...

W tym tygodniu kupiłam też sporo e-booków, ale o tym innym razem.

niedziela, 1 czerwca 2014

Żyję i oglądam dmuchane penisy


Monachium, Marienplatz i ratusz

No więc żyję. Jeszcze. Nawet jeśli wieczorami, mimo składanych sobie solennych obietnic, nie jestem w stanie popełnić najmniejszego nawet wpisu na blogu, skręcana ostrą awersją do klawiatury i monitora, wyjałowiona po obligatoryjnych siedmiu stronach tłumaczenia, które to pensum narzuciłam sobie, żeby zdążyć i dotrzymać szalonego terminu (dlaczego ja to robię?!), to jednak ciągle żyję. A nawet znajduję energię i skrupulatnie wyskrobuję resztki czasu na dekadenckie spacery po Monachium.

Miasto dławi się od turystów. Nawet jeśli osierocona Theresienwiese przeczy tym słowom i straszy trochę (lub koi, to zależy od punktu widzenia) ogromną, pustą przestrzenią. Już za miesiąc zaczną się tu uwijać budowniczowie piwnych hal, w których pod koniec września poleje się płynny chleb z pianką, wprawiając jeszcze większe rzesze turystów i miejscowych w chmielowy rausz. Do tego czasu Wies´n przypominają kamienną pustynię, po której hula wiatr i tylko czasem przemknie jakiś rowerzysta.

Theresienwiese, 31.05.2014
Zupełnie inaczej jest w ścisłym centrum. Tam każdy spłacheć zieleni wykorzystuje się do leniuchowania i wypoczywania - czilowania, jak się dziś mówi.

Monachium, Marienhof
Jedni leżą, inni siedzą i gwarzą, wciągając złote płyny i smakowite wurszty. Każdemu według potrzeb.
Monachium, Viktualienmarkt
Viktualienmarkt przyciąga jak zawsze bachusową rozwiązłością, orgią kolorów, zapachów i smaków. Uwielbiam to miejsce. Cieszę oko, bo na więcej nie pozwala wrodzone lenistwo i niechęć taszczenia lukullicznych wyrobów przez pół miasta.

Viktualienmarkt, stragan z serami
Choć jak tak patrzę na te sery, to żałuję, że nie wzięłam paru śmierdziuchów. Byłoby jak znalazł po męczącym dniu, do kieliszka dobrego spätburgundera.

Viktualienmarkt, smakołyki na ostro
Do tego odrobinę antipasti i coś ostrego na ząb...

Viktualienmarkt, stragan z ziemniakami
... a żeby nie było, że tu same luksusy - wiktuałem może być również żywność przyziemna (a właściwie podziemna), siermiężna, słowem - kartoflana.

Monachijski oryginał
Ach, z jaką łatwością to miasto oszałamia i zachwyca przyjezdnych! Z jaką bezwstydną oczywistością czaruje i wprawia w zdumienie!... I ma czym. Na każdym rogu jakiś miejscowy dziwoląg, wszędzie miejscowy folklor, manifestowany naturalnie i z wrodzonym wdziękiem.

Monachium, Odeonsplatz
Wdzięku nie brak zresztą i przyjezdnym, jak choćby amerykańskim turystom, wędrującym po mieście z własnym saturatorem oraz wyposażeni w odpowiednią odzież.

Odsapa w cieniu ogrodów królewskich
Po odsapie w chłodzie ogródów królewskich nastąpił odwrót - czekały jeszcze dwie z siedmiu upierdliwych stron.

Jeszcze dobry tydzień i powrócę - mam nadzieję - w glorii i chwale, gotowa nękać Was kolejnymi notkami o książkach, o tłumaczeniu, a także o tym, jak tu się w ogóle żyje (taki sobie nowy cykl zaplanowałam). A teraz wybaczcie, jestem w trakcie trzeciej stony (z siedmiu)...

niedziela, 18 maja 2014

Chimamanda Ngozi Adichie "Americanah" (Amerykaana) czyli przygody Nigeryjki w kraju bez rasizmu




Wydawnictwo: S. FISCHER
Tytuł oryginału: Americanah
Data wydania: 15.04.2014
Liczba stron: 600
Cena: 24,99 euro
Mieszkam w kraju, w którym się nie urodziłam i nie dorosłam. Mówię językiem, który nie był językiem moich rodziców. Bez akcentu, co znacznie ułatwia życie. Mam jasne włosy i skórę. Wtapiam się. Nikt, kto mnie zobaczy na ulicy czy usłyszy podczas przygodnej rozmowy, nie domyśla się nawet, że nie jestem stąd. Dopiero kiedy przedstawiam się z imienia, następuje króciutki moment konsternacji, zanim rozmówca parę razy skaleczy je w desperackiej próbie jego zapamiętania, albo pominie milczeniem, by później starannie unikać zwracania się nim do mnie.

Każdy jest cudzoziemcem. Każdy, kto choć raz wysunie nos poza granice własnego kraju, staje się cudzoziemcem, biorąc na siebie bagaż wszystkiego, co z tym związane. Doświadcza tego i Ifemelu, która dopiero wyjeżdżając z Nigerii do Stanów Zjednoczonych dowiedziała się, że jest czarna. I co to naprawdę oznacza. Bo w odróżnieniu ode mnie, po Ifemelu od razu widać (i słychać, mimo odebranej starannej edukacji, która jednak odbyła się w większości w Nigerii) obcość i inność. Toteż młoda Nigeryjka początkowo z wielkim zapałem uczy się obcych jej kodów i niezrozumiałych zachowań, naśladując amerykański akcent i starając się wtopić. Później, kiedy dociera do niej cała prawda i absurdalność segregacji rasowej, której oficjalnie w Ameryce nie ma (a już na pewno nie za rządów Baracka Obamy), z premedytacją i przekorą powraca do nigeryjskiego akcentu, automatycznie spadając o parę szczebli w skomplikowanej hierarchii etnicznej wartościowości. Ifemelu właściwie "się udało". Ma białego chłopaka - wykładowcę Yale, ma stypendium elitarnej uczelni. W świecie, którego reguły ustalają biali, pisze blog i publikuje swoje spostrzeżenia z życia w kraju bez rasizmu, pisze o tym, co ją spotyka, o ludziach, z którymi rozmawia i o tym, co widzi i czego doświadcza. Pisze trochę naiwnie, czasem złośliwie, bardzo szczerze, demaskatorsko i prowokatorsko. Pisze również o swym przesycie polityczną poprawnością i wszechobecnymi głosami przeciwko dyskryminacji, postulując, by pozwolić jej samej ocenić, czy niewymawialne słowo na "n" jest dla niej obraźliwe czy też nie.

"Amerykaana" jest eposem uchodźczym, choć opisani tu ludzie, szturmując zamożną twierdzę bogatych białych, nie uciekają przed głodem, wojną czy prześladowaniami. Ifemelu i Obinze to "Afropolitans", złote dzieci swego kraju, wychowane w wykształconych, anglofilskich rodzinach. To również powieść o zawieszeniu między dwiema kulturami, bezpowrotnym i ostatecznym. To także panorama życia we współczesnej Nigerii. Niebagatelną część tej powieści zajmuje również dyskurs o włosach. Serio. Adichie z humorem i zadziornością pisze o afrykańskich włosach. O ich właściwościach i konsekwencjach. A także o tym, dlaczego na głowie First Lady nigdy nie zobaczymy warkoczyków ani dredów.

I choć znajdziemy tu mnóstwo treści politycznych, to jednak nie jest to ciąg politycznych manifestów ani karykaturalnych scenek. Klamrą, spinającą całość, jest historia miłości Ifemelu i Obinze. Przepiękna historia wielkiego uczucia, opisana bez łzawości i taniego sentymentalizmu. To ważna książka. Może nie obrazoburcza, nie rewolucyjna, ale ważna. Adichie przemawia głosem nowego pokolenia pisarzy, którzy doświadczają daru (lub klątwy) podwójnej perspektywy. Przerywając hermetyczność literackich światków widzą rzeczy, niedostrzegane przez zasiedziałych i pozbawionych świeżego spojrzenia literatów. Po raz kolejny sprawdza się, że najciekawsze zjawiska we współczesnej literaturze pojawiają się na styku kultur i języków. Czytajcie Adichie, jest wspaniała.


Pierwsze zdanie: "Princeton latem nie pachniało niczym, a chociaż Ifemelu lubiła spokojną zieleń licznych drzew, czyste ulice i okazałe domy, nieco przesadnie drogie sklepy i harmonijną, niezmienną atmosferę zasłużonej elegancji, to właśnie ów brak woni podobał jej się najbardziej, może dlatego że wszystkie inne amerykańskie miasta miały swoje niepowtarzalne zapachy.*" 
Gdzie i kiedy: Nigeria, Wielka Brytania, Stany Zjednoczone, lata dziewięćdziesiąte i współcześnie
W dwóch słowach: epicka i obnażająca
Dla kogo: dla lubiących być na bieżąco w światowej współczesnej literaturze, niebanalne historie miłosne i Afrykę
Ciepło / zimno: 95°
* tłumaczenie własne na podstawie przekładu niemieckiego
Książkę przeczytałam w ramach wyzwania "Blackout" w kategorii "napisana przez kobietę".

sobota, 10 maja 2014

Z lampką wina i cygarem o psychopatach...


Veit Etzold, autor powieści "Cięcie" (c) Misbehaviour

Dziś zapraszam Was nie na recenzję, a na wywiad (klik) z Veitem Etzoldem, którego powieść "Cięcie" niedawno omówiłam na portalu Zbrodnia w Bibliotece. Wywiad tamże. Pan Etzold okazał się bardzo sympatycznym człowiekiem (niech Was nie zmyli to ponure zdjęcie, nawet jeśli żona autora pracuje jako medyk sądowy), zaś z rozmowy wyłania się obraz perfekcjonisty i profesjonalisty, który niczego w tym, co robi, nie pozostawia przypadkowi. Poczytajcie o krwawych thrillerach, a potem delektujcie się weekendem, w końcu to piękny maj!

środa, 30 kwietnia 2014

Robert Silverberg "Dying inside" (Umierając żyjemy) - czyli był sobie telepata


                     
Wydawnictwo: Heyne
Tytuł oryginału: Dying Inside
Tłumaczenie: Gisela Stege
Data premiery wydania oryginalnego: 1972
Liczba stron: 225
Cena e-booka: 3,99 euro 


Wydawnictwo Heyne niezaprzeczalnie ma ogromne zasługi na polu krzewenia fantastyki, wydaje dużo, wydaje tytuły, których nie znajdziecie w innych domach wydaniczych i wydaje - uwaga - zapomnianą już klasykę fantastyki. Bez większego szumu, ale regularnie wznawia dzieła, które na dobre wpisały się do kanonu fantastycznego, o ten kanon się otarły, a nawet wylądowały gdzieś całkiem z boku, często są dziś już zupełnie niedostępne lub pojawiają się jak pożółkłe efemerydy na półkach antykwariatów. Że większość tych tytułów wznawiana jest wyłącznie w formie elektronicznej na czytnik? Mnie to akurat nie przeszkadza, a wręcz odwrotnie - stanowi wielki atut, bo w ten sposób mogę za przystępną cenę uzupełnić zbiory.

"Umierając żyjemy" pióra niezwykle płodnego literacko Roberta Silverberga ukazało się niedawno w tej serii wznowień klasyki s-f. Niezbyt duża objętościowo powieść jest chyba dość nietypowa dla całości twórczości Silverberga, właściwie prawie mainstreamowa, ale pokazuje, że science fiction to nie tylko gwiazdy, rakiety i cyborgi. Powieść, uboga w akcję i spektakularne efekty, a bogata w walory literackie i powalającą finezję psychologiczną, można podsumować lapidarną frazą: wynurzenia pewnego telepaty.

David Selig, niezwykle oczytany i wyształcony czterdziestoletni nowojorczyk, pracujący jako ghostweiter, potrafi czytać w ludzkich myślach. Dosłownie. Wnika w umysły napotykanych osób, mentalnie je eksploruje, czasem muska je ledwie swymi mackami, czasem brutalnie gwałci i wdziera się bezceremonialnie do naintymniejszych pokładów ludzkich doznań. I nie tylko ludzkich. Potrafi wejść w niewielki łepek pszczoły i doznać uczucia maleńkości, skrzydlatości i włochatości, poczuć suchy świat owada: bezkrwisty i wysuszony. Wraz z owadem wbija się w wilgotne, parne, ciężkie od pyłku wnętrze kwiatu i fasetowymi oczami patrzy na świat, podzielony na popękany na tysiąc kawałków szary świat.

Dar czy przekleństwo? Selig jest przekonany, że to drugie. Rozdarty, niedowartościowany, mimo dodatkowego "trzeciego oka" błądzący po omacku, nieudolny w socjalnych kontaktach, samotny i wyobcowany. Jest przekonany, że jest wyjątkiem, tragiczną anomalią, okrutnym żartem genetyki, do momentu, kiedy spotyka Nyquista, który - ku jego ogromnemu zdumieniu - również jest telepatą. I to takim, który traktuje swoje nadnaturalne zdolności zupełnie inaczej niż Selig: Silverberg, konfrontując te postacie, demonstruje, jak własne nastawienie, narzucone przez siebie okowy i granice determinują los człowieka. Nyquist bez najmniejszych skrupułów korzysta z daru, o który - jak sam mówi - nie prosił. I dobrze z nim żyje. Bardzo dobrze żyje. Jakby tego było mało, David pewnego dnia stwierdza, że jego dar zanika. Życie z telepatią wydawało mu się gehenną, bez niej staje się szare, wymarłe, popsute. Mentalna impotencja zamienia jego egzystencję w piekło.

Okładka wydania polskiego
Niewiele tu akcji, sporo bezpośredniego zapisu przepływu świadomości. Linearność fabuły jest zakłócona licznymi retrospekcjami, narracja chaotycznie waha się między pierwszoosobową a trzecioosobową, często w środku zdania. To poszatkowanie zwiększa weryzm osobliwego wglądu w myśli telepaty. Trzeba przyznać, że "Umierając żyjemy" to może nie najlepsza, ale z pewnością najbardziej realistyczna, najintymniejsza, najwnikliwsza opowieść o telepatii - warto popłynąć z mentalnym prądem Seliga choćby po to, by potowarzyszyć mu w seksualnych eskapadach, zintensyfikowanych doznaniami partnerki - co jest fascynujące i brudne zarazem, na granicy dobrego smaku. Ale za to jak rewelacyjnie napisane! Niedowiarkom, mentorskim tonem deprecjonującym walory literackie dzieł z gatunku fantastyki powinno się podsuwać takie powieści celem zdyskredytowania ich wstecznych przekonań.

Całości dopełnia interesująca panorama amerykańskich realiów przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych: Wietnam, rewolucja seksualna, wszechobecna konsumpcja rozmaitych środków psychotropowych, nieco odmienna od współczesnej wizja kwestii rasowej - wszystko to widziane oczami telepaty. Ale żeby nie było zbyt różowo, dodam, że to powieść niełatwa w odbiorze, momentami bardzo chaotyczna, hermetyczna i nie zawsze lekkostrawna. W Polsce wydana została przez Rebis w serii z Salamandrą. Dla koneserów? Nie tylko, także dla czytelników głównonurtowych, gotowych na mentalne eksperymenty.


Pierwsze zdanie: "Znowu muszę pojechać na uniwersytet i zdobyć trochę dolarów." 
Gdzie i kiedy: Nowy Jork, lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte XX wieku
W dwóch słowach: telepatia i entropia
Dla kogo: dla telepatów, dla czytelników głównonurtowych i miłośników amerykańskich realiów lat siedemdziesiątych
Ciepło / zimno: 75°

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Eksplorując nieznane.

wtorek, 29 kwietnia 2014

Veit Etzold "Cięcie" - czyli jak zaszokować, gdy już nic nie szokuje





Są książki, których lektura napełnia narastającą zgrozą i odrazą. Aż do momentu, gdy wydaje się, że apogeum zostało osiągnięte i już nic, absolutnie nic nie jest w stanie przebić mieszanki ambiwalentnych odczuć, że to już szczyt tego, co możemy znieść. Jeszcze kropla, a czara wstrętu, zniesmaczenia i przerażenia przepełni się i coś w nas pęknie, ostatecznie i nieodwracalnie. I ta kropla pada, a my dowiadujemy się o sobie czegoś nowego: że granice naszej percepcji i tego, co wydaje nam się, że jesteśmy w stanie znieść, są gumowe.

Lektura powieści Veita Etzolda dostarcza takich wrażeń. „Cięcie” to powieść w każdym calu wypełniająca ramy gatunku, który można by określić mianem „shockera”. Jego zadaniem jest szokowanie, przekraczanie granic i trzymanie w ekstremalnym napięciu, często kosztem wyrafinowanej kreacji bohaterów czy wiarygodności fabuły. Pod tym względem autor wypełnił swoje zadanie w stu procentach: „Cięcie” szokuje. Ale nie tylko.

Dalej czytaj na stronie serwisu Zbrodni w Bibliotece, czyli prościutko tutaj. Zapraszam!


środa, 23 kwietnia 2014

Wit Szostak "Sto dni bez słońca" - czyli maskonury po finnegańsku


Wydawnictwo: Powergraph
Data premiery: kwiecień 2014
Seria: Kontrapunkty
Liczba stron: 464
Cena: 39,00 zł

Wszystko przez Czułego Barbarzyńcę. Nie planowałam tej książki, nie czekałam, nie śledziłam tęsknym okiem w zapowiedziach, choć nazwisko autora nie jest mi całkiem obce, jak zapewne wielu czytelnikom, zapędzających się w fantastyczne rewiry. Ale kiedy przycupnęłam w tej dziwnej kawiarni nad rewelacyjną wiosenną herbatą z rozmarynem i jeszcze bardziej rewelacyjnym plackiem z porzeczkami, "Sto dni bez słońca" zamrugało do mnie z półki, znajdującej się o wyciągnięcie ręki. Nie wiem jak wy, ale ja na mrugania i podobne zachęty książek nie jestem obojętna. Powieść, zacnie wydana, reklamująca się jako "szalenie zabawna, strasznie smutna i niebezpiecznie inteligentna" przykleiła się do mnie i nijak nie chciała odkleić, i mimo iż miała cenę nieładną, znacznie przewyższającą rozmaite internetowe okazje, z księgarni wyszłam już obarczona jej ciężarem. Zgubne są wizyty u Czułego Barbarzyńcy*... Jakby tego było mało, książka wepchnęła się bez kolejki, niczym jakaś ostentacyjnie ciężarna, i nie popuściła, dopóki nie przewróciłam ostatniej strony. I tak oto, targana sprzecznymi emocjami, melduję, że "Sto dni bez słońca" jest jak dotąd największą literacką niespodzianką tego roku. Choć nic tego nie zapowiadało. 

Lesław Srebroń, we własnym mniemaniu "skromny badacz" i piewca twórczości genialnego polskiego pisarza fantastycznego Filipa Włócznika, nadzieja poskiej humanistyki, a wręcz polski Joyce, mesjasz, mający ocalić od ostatecznej zagłady cywilizację zachodu, udaje się na położony gdzieś na Atlantyku archipelag Finneganów, gdzie w ramach uniwersyteckiej wymiany ma poprowadzić cykl wykładów na tamtejszym St. Brendan College. Relację z jego pobytu na zapomnianej przez Boga i ludzi wysepce (próżno szukać jej nawet w Wikipedii) poznajemy z jego własnych ust, a ściślej z "dzienniczka pokładowego", gdzie krakowski doktor polonistyki zapisuje swe wrażenia z pobytu, które z czasem nabierają - znowu w jego własnym mniemaniu - wymiaru wielowarstwowej powieści mieszczańskiej, a nawet dzieła, mogącego konkurować z "Ulissesem". Srebroń, początkowo onieśmielony i wyobcowany w akademickim mikroświatku, poczyna sobie coraz śmielej, powołując w końcu do życia projekt ocalenia humanistycznej spuścizny Europy. Lektura jego relacji wywołuje początkowo niedowierzanie i niezrozumienie (hę?... co to w ogóle za koleś?), następnie uśmiech rozbawienia, przeradzający się w jawną uciechę, a na końcu bezbrzeżny smutek i głęboką refleksję nad kwestią postrzegania siebie. 

Zdzieranie poszczególnych warstw tej powieści sprawia niewypowiedzianą radochę. Niektórzy odczytają ją jako parodię powieści uniwersyteckiej, prześmiewczą karykaturę zadęcia i pseudonaukowości środowiska akademickiego. I rzeczywiście, niekiedy można odnieść wrażenie, że jesteśmy świadkiem ciągu gagów, a Srebroń (Mamoń?), posiadający niewątpliwe zadatki na postać kultową, to megaloman, fajtłapa i zadufany w sobie idiota. Dość wspomnieć tweedową marynarkę zakupioną w sklepie pana Howlina, fajczarski zestaw zamówiony w internecie czy gorączkowe tworzenie listy probemów, trawiących współczesną cywilizację. Ale przychodzi taki moment, kiedy postać Srebronia przestaje śmieszyć i budzić zażenowanie. Bezmiar iluzji, w jakim się pogrąża, ogrom usypanego z piasku zamku, niepodważalność przekonania o własnej wyjątkowości przerażają i napawają głębokim smutkiem. Szostak wspomniał gdzieś, że zastanawiał się nad tym, co by było, gdyby zajrzeć do głowy błędnego rycerza, nieustającego w walce o ideały, gdyby spróbować pojąć myślenie takiego Don Kichota. Pełne patosu i egzaltacji wyznania Srebronia - postaci  śmiesznej i tragicznej zarazem - są takim myślowym eksperymentem, próbą podejrzenia, jak widzi świat człowiek odbierany jako dziwak. Kim jest zatem Srebroń? Niekompatybilnym romantykiem, piewcą pogrzebanych ideałów, naiwniakiem czy zadufanym w sobie pseudointeligentem, zakochanym w sobie kretynem, niepotrafiącym interpretować zachowań innych i wszędzie dopatrującym się nieistniejących intencji? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna.

Jakiekolwiek byśmy snuli przypuszczenia, "Sto lat bez słońca" okaże się lekturą tyleż krotochwilną, co refleksyjną. Niechże każdy odkryje w niej to, co mu najbliższe. Ja z chęcią podsunęłabym tę książkę paru poznanym "srebroniom" polskiej "wysokiej" kultury, wątpiąc jednak, czy rozpoznaliby w tym krzywym zwierciadle własną, pełną pychy gębę.


Pierwsze zdanie: "Finnegany wyrastają samotnie na Atlantyku niczym niechciane, porzucone dzieci Hebrydów." 
Gdzie i kiedy: Finnegan Wielki, współcześnie
W dwóch słowach: fantastyczna niefantastyczna
Dla kogo: dla lubiących satyrę, niejednoznaczność i Don Kichota
Ciepło / zimno: 96°

* Wydało się. Tak, byłam na święta w Polsce. Przywiozłam pół bagażnika książek, spory bagaż refleksji i gigantyczny katar.