Ads 468x60px

Featured Posts

niedziela, 16 listopada 2014

Anna Fryczkowska "Kurort amnezja" - to pogadajmy o śmierci



Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data premiery: 13.11.2014
Liczba stron: 424
Cena: 34 zł

Polska prowincja jest wyjątkowo wdzięcznym settingiem. Zwłaszcza depresyjną porą, gdy hula wiatr, niebo płacze strugami deszczu, rozdziobują nas kruki i wrony. Wszechobecna brzydota i szarość. I ludzie, o, jakże zgrabnie się kreśli prowincjuszy: bo albo prostoduszni, albo niekonwecjonalni, tacy pokrzywieni trochę. Świetnie się to wszystko komponuje z opowieściami tragicznymi, infernalnymi, kasandrycznymi.

Takoż jest i w przypadku tej powieści. Nadmorska miejscowość Brzegi po sezonie, wiatr, plaża i brzydkie pensjonaty, gdzie straszne baby gotują niedobitkom wczasowiczów okropne jedzenie. I już jest ten klimat. Klimat ten pogłębia się jeszcze, kiedy poznajemy dwie główne bohaterki tej historii: Mariannę - "dwumiesięczną", jak sama na siebie mówi - i Wandę - "kobietę-jeża". Dwa, trzy słowa, a jakaż pełna charakterystyka!... Obie skrywają w sobie tajemnicę, obie czegoś szukają - jedna własnego życia, które uciekło w niebyt pamięci, druga - odpowiedzi, zemsty i zapomnienia. Łączy je więcej niż przypuszczają, więcej niż wiadomo czytelnikowi. Ale czytelnik wie, przeczuwa, że ta wieź gdzieś istnieje, bo inaczej przecież nie byłoby suspensu, intrygi, szarady.

Rozczaruje się jednak ten, kto będzie oczekiwał tu klasycznego kryminału, takiego jak pan Bóg przykazał: z trupem, śledczym, dochodzeniem. Fryczkowska przyzwyczaiła nas już, że kryminalne historie są dla niej jedynie tłem, pretekstem do pokazania czegoś więcej. Nie inaczej jest tutaj. Kryminalne wątki, choć determinują poczynania bohaterów, implikują akcję, nie wysuwają się na pierwszy plan. Tu królują kobiety: kobiety i ich emocje. Znakomicie się udały autorce ich portrety, zwłaszcza Marianna, z jej naiwną i bezkompromisową ciekawością świata, edukująca się na podstawie polskich seriali, próbująca układać sobie otoczenie i siebie samą ze strzępków przeszłości i okruchów teraźniejszości. Mocna postać, frapująca, niezwykła. Nie inaczej jest z Wandą, usiłującą poskromić śmierć, przechodzącą wszystkie podręcznikowe etapy żałoby i dużo więcej niż żałoby. Jej doznania są przytłaczające, może nawet zbyt druzgocące dla niektórych czytelników, który zechce odwrócić się od niej ku nieco bardziej oszczędnej w emocjach Mani.

I to właśnie ich wzajemne relacje są motorem tej książki, jej największym atutem. One i ewoluowanie, zmierzające w zaskakującym kierunku. Fanatycy szuflakowania będą mieli problem z przyklejeniem odpowiedniej etykietyki dla tej prozy - no bo skoro nie kryminalna, to jaka? Obyczajowa? Feministyczna? Kobieca? Same chybione określenia, dyskryminujące, obrzydliwe. Niepotrzebne. Fryczkowska wytrwale kontynuuje swoją pisarską wędrowkę drogą środka, i robi to w sposób warsztatowo doskonały. I jej warsztat, i poruszane tematy, niezmiernie ważkie tematy - kobiece i męskie role, odkrywanie siebie, definiowanie swojego miejsca w życiu, uporanie się ze śmiercią bliskiej osoby, przetasowanie uczuć po stracie - sprawiają, że autorka staje się postacią na literackiej scenie, której nie sposób ignorować. I choć wiadomo, że jej twórczość nie zostanie zaliczona do elitarnej (czy by tego chciała, to już inna kwestia), to jednak zaczyna tworzyć pewien nurt, dotychczas nieobecny wśród polskich twórców - literatury środka. To jeszcze nie są artystyczne wyżyny, ale już nie pisarstwo trywialne. Po prostu dobra proza, mocna, autentyczna, emocjonalna, bez zadęcia, bez większych zgrzytów. Taka dla ludzi.



Pierwsze zdanie: "Miasteczko było paskudne, typowa nadmorska dziura ożywała od maja do września, w pozostałych miesiącach przypominała trupa z plamami opadowymi w postaci zagrzybionych tynków." 
Gdzie i kiedy: Brzegi, Warszawa, współcześnie
W dwóch słowach: kobieta i kobieta
Dla kogo: dla ceniących literaturę środka, wątki kryminalne i emocje
Ciepło / zimno: 86°

niedziela, 9 listopada 2014

Flawia... czyli wszystko jest chemią?...


                                                                                                                                         
Wydawnictwo: Penhaligon
Tytuł oryginału: Speaking From Among the Bones (tytuł wydania polskiego: Gdzie cis się nad grobem schyla)
Data premiery (na rynku niemieckim): 25.11.2013
Liczba stron: 352
Cena: 19,99 euro

Wydawnictwo: Penhaligon
Tytuł oryginału: The Dead in Their Vaulted Arches
Data premiery (na rynku niemieckim): 13.12.2014
Liczba stron: 320
Cena: 19,99 euro 

I znów się dzieje w Bishop's Lacey... Nieszczęsna mieścina z jej garstką dusz musiała czymś mocno zagniewać Wszechmogącego, skoro zsyła On na to miejsce tylu zbrodniarzy. Cynik (w tym i ja, ale to było kiedyś) wydąłby pogardliwie wargi i orzekł, że to naciągane i nieprawdopodobne, ale niecynik (w tym i ja, teraz) machnie na to ręką i przyjmie z otwartym sercem, dobrze wiedząc, że gęstość występowania trupów w serii z Flawią jest rzeczą umowną i absolutnie drugorzędną.

Ale wróćmy do wielkiego poruszenia w Bishop's Lacey: z okazji jubileuszu pięćsetlecia kościoła mieszkańcy (z Flawią na czele) wyczekują otwarcia grobu Świętego Tankreda. Wścibski nosek jedenastolatki oczywiście jako pierwszy musi zanurzyć się w zatęchłej krypcie. Miast gnatów Świętego Flawia znajduje jednak stosunkowo świeże szczątki zaginionego jakiś czas temu organisty, pana Colicutta. Żeby było bardziej zagadkowo, twarz organisty tkwi w masce przeciwgazowej... Flawia wszczyna śledztwo, korzystając ze swej encyklopedycznej wiedzy chemicznej, znakomicie wyposażonego laboratorium, niezwykłego intelektu i wrodzonej ciekawości. I znajduje.

I jest jak zawsze: jest niezła zagadka (jako stara wyga powiem nawet, że bardziej frapująca niż kiedykolwiek), jest urocza i trochę przemądrzała gówniara, jest cudowny sepiowy setting, coraz bardziej odchodzący w zapomnienie świat, wreszcie jest wielka tajemnica, która powoli, lecz nieuchronnie zbliża się i poczyna przesłaniać wszelką detektywistyczną działalność Flawii, jakże niewinną w obliczu chmur zbierających się nad Buckshaw. Jeśli to tej pory ta genialna trzpiotka nie zawojowała Waszych serc, to jest spora szansa, że zrobi to teraz. Może jeszcze nie w tomie piątym, ale w szóstym już tak. Na pewno.

Trudno pisać o tych dwóch książkach, nie odsłaniając zbyt wiele. W zasadzie każde słowo może być słowem zdradzieckim. O treści tomu szóstego w ogóle nie sposób  pisać, nie narażając się na straszliwy gniew czytelnika, pragnącego samemu pokonać tę drogę, którą ja już przeszłam. I dlatego ograniczę się do paru refleksji, odrobiny emocjonalnych komentarzy, garstki myśli, które przyszły mi do głowy w czasie lektury i po niej.

Zapewne niejeden czytelnik dziwił się, że Flawia jakoś w ogóle się nie starzeje. Nie dorasta, nie wychodzi z beztroskiego wieku jedenastu lat, nie przekracza niewidzialnej granicy dorosłości. Tak było w istocie - jej dzieciństwo w Buckshaw, beztroskie wędrówki po okolicy, wolność, jakiej nie znają i nigdy nie zaznają nasze dzieci, wszystko to powoli, nieuchronnie się kończy. Flawia wkracza w dorosłość, choć jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy. Koniec piątego tomu, tak zaskakujący, ba, szokujący wręcz, stanowi granicę, kres i przejście. Szósty tom stanowi odwrócenie proporcji, znanych z poprzednich tomów - na dalszy plan schodzi niemal wszystko, co było esencją pierwszych przygód Flawii. Zagadka kryminalna? Owszem, jest, ale już nie z gatunku tych, do jakich przywykliśmy. Autor przenosi dziewczynkę o level wyżej, na poziom zaawansowany, wychodzący poza prowincjonalne ramy, zataczający wielkie, światowe kręgi. W zamian na piewszy plan wkraczają tajemnice. A właściwie wyjaśnienia wielu spraw, o których istnieniu wiedzieliśmy, ale ledwie w mglistym zarysie. Zagadkowa przeszłość Doggera, tajemnicza ciotka Felicity, oderwany od rzeczywistości ojciec Flawii i wreszcie niewiadomy los Harriet - szósty tom przynosi odpowiedzi na wszystkie pytania, które gdzieś tam, we wszystkich tomach, dobijały się o wyjaśnienie. I wreszcie są owe odpowiedzi: ścinające z nóg, ogłuszające, przebijające wszystkie nasze domysły, asumpcje, konfabulacje. Następuje wielki finał, ale nie koniec... tylko początek czegoś nowego.

W szóstym tomie znika gdzieś owa beztroska i lekkość, za którą pokochaliśmy tę serię i jej bohaterów. Czarny humor, złośliwe psikusy wyrządzane sobie wzajemnie przez trzy jakże różne od siebie siostry, ten lekko absurdalny klimat, towarzyszący poczynaniom Flawii, są jakby mniej obecne, przygniecione ciężarem bieżących wydarzeń. Pojawia się zrozumienie: dla tragedii samotnej dziewczynki, chadzającej własnymi ścieżkami, dla nieobecnego ojca, pławiącego się we własnym nieszczęściu, nawet dla sióstr Flawii, którym jakoś nie było dane pozyskać sympatii czytelników. I wreszcie, na samym końcu, pojawia się zrozumienie dla słów, które ojciec kieruje do Flawii w jednym ze swych rzadkich przebłysków, w których w ogóle dostrzega swą najmłodszą córkę: że największym darem, jaki można dać dziecku, jest pozostawić je w spokoju... Bez sensu?... Niekoniecznie.

Żeby jednak nie było, że tu same smęty, sliozy i rwanie szat, dopowiem, że w szóstym tomie pojawia się pewna bezczelna osóbka, która zdaje się dorównywać Flawii pod wieloma względami - erudycji, wiedzy, zuchwałości... Rośnie jej konkurencja? Scenki konfrontacji obu młodych dam są jednymi z najlepszych! Oprócz chemii, rzecz jasna, bo chemia jest obecna zawsze i wszędzie, bo przecież wszystko jest chemią, całe uniwesum... I Bradley pod tym względem nie zawodzi, a nawet przechodzi samego siebie, każąc Flawii robić rzeczy, od których włos się na głowie jeży... Ale tu już ponownie wkraczamy w rejony niewymawialne. Jedno jest pewne: te książki mają w sobie nie tylko chemię, ale i magię (a może to jedno i to samo?...): magię świata przemijającego, nieuchwytną, przelotnie występującą tu i tam, niedającą się wytłumaczyć ani zdefiniować. Każdy, kto ją poczuł, wie, o czym mówię. Czy to magia minionego dzieciństwa, którą odnajdujemy w historiach opowiadanych przez ludzi, którzy na zawsze pozostają dziećmi?...

I chyba nie zdradzę wielkiej tajemnicy (bo wiadomość pojawiła się na stronie kanadyjskiego wydawcy), a może nawet uraduję wielu wielbicieli, że autor ma w planach cztery kolejne powieści z Flawią. Po szóstym tomie staje się jasne, jak bardzo inna będzie ta nowa Flawia. A może nie?...



Flawia 5:

Pierwsze zdanie: "Krew kapała z odrąbanej głowy i zraszała podłogę czerwonym deszczem, krzepnąc w rubinowej kałuży na czarno-białych kafelkach." 
Gdzie i kiedy: Bishop's Lacey, Wielka Brytania, lata pięćdziesiąte
W dwóch słowach: magia i chemia
Dla kogo: dla miłośników brytyjskich klimatów, trucizn, tajemnic... i genialnych dziewczynek o przenikliwym umyśle
Ciepło / zimno: 88°

Flawia 6:

Pierwsze zdanie: nie, nie zrobię Wam tego...
Gdzie i kiedy: Bishop's Lacey, Wielka Brytania, lata pięćdziesiąte
W dwóch słowach: emocje i tajemnice
Dla kogo: oczywiście dla fanów Flawii, tych młodocianych i całkiem dorosłych, dla 
Ciepło / zimno: 95°

poniedziałek, 3 listopada 2014

Nele Neuhaus "Die Lebenden und die Toten" (Żywi i umarli) - miłość, snajper i zemsta




Wydawnictwo: Ullstein
Siódma część cyklu Bodenstein-Kirchhoff
Data premiery: 10.10.2014
Liczba stron: 560
Cena: 19,99 euro

Książek Neuhaus się wyczekuje. Liczy dni do premiery. Z radością bierze do ręki pachnący farbą drukarską tom i zasiada do lektury. I choć dotychczas zagadka kryminalna za każdym razem była wielkim znakiem zapytania, to zawsze wiadomo było, czego się spodziewać - niezłego rzemiosła. W zasadzie stosowany tu od dłuższego czasu przepis na dobrze sprzedające się kryminały funkcjonował bez zarzutu: sympatyczni śledczy, dobre wyważenie intrygi i życia prywatnego bohaterów, kontrowersyjna tematyka, taka żeby wstrząsnąć, ale nie zdezorientować, i jasny podział na dobrych i złych, tak by przeciętna kobieta po czterdziestce (bo zgodnie ze statystyką to ona jest głównym targetem tej literatury), nie miała wątpliwości, komu kibicować. Do tego bardzo dobra konstrukcja, spore zapętlenie wątków (ale bez przesady), suspens, dużo napięcia - et voila. 

Więc co tu, do cholery, się stało?... Co ja przeczytałam (gdzie tam, przeczytałam - zmęczyłam w bólach)? Gdzie jest Neuhaus? Kto ją podmienił? A przede wszystkim, kto napisał to dzieuo?...
Zaczyna się od tego, że Pia Kirchhoff szykuje się do miesiąca miodowego. Przygotowania te trwają wiele stron, składają się z pakowania walizek oraz wzdychania, jaką to wielką miłością bogdanka kocha swego świeżo poślubionego małżonka ("Kochała go każdym włóknem swego serca" - sic!!!). Już myślałam, że Neuhaus nagle postanowiła zmienić uprawiany gatunek i bez zapowiedzi przerzuciła się na romans, ale nie, w końcu pojawia się upragniony trup. Pewna starsza pani zostaje zastrzelona przez strzelca wyborowego. A potem, zaledwie dzień później, ofiarą snajpera pada następna kobieta - tym razem strzelec ubija ją celnym strzałem z oddali w jej własnym domu, o zgrozo, na oczach bliskich. Zero zarysowującego się motywu, kobiety nie miały wrogów, nie miały wspólnych punktów zaczepienia, ale sprawca najwyraźniej jest ten sam. Przypadek? Dzieło szaleńca? Dzielna pracoholiczka Pia, uwięziona między młotem (czyli miłością włóknistą) a kowadłem (poczuciem obowiązku), wybiera kowadło: rezygnuje z wyjazdu, by wspomóc równie dzielnego Bodensteina w jego detektywistycznych wysiłkach. 

Mija kolejne sto stron, ofiar coraz więcej, choć nie można powiedzieć, by w jakikolwiek wpływało to na podniesienie temperatury czy wzmożenie napięcia. W okolicy jednej trzeciej książki właściwie staje się już jasne, o co chodzi. Pytanie więc: po co czytać dalej?... Zapewne po to, by spośród piątki bliźniaczo podobnych podejrzanych o identycznej motywacji wytypować tego jednego. Nie żeby przez to było ciekawiej, o nie.  Zabójstwa przebiegają według ustalonego schematu, zero niespodzianek. Śledztwo przebiega według ustalonego schematu, zero niespodzianek. Za to mnóstwo miałkich rozmów o niczym. Powtarzanie do znudzenia wszystkiego, co już ustalono i czego nie ustalono. Napięcia tu nie uświadczysz. Niejako dla zrekompensowania tego mankamentu, autorka postanowiła dodać swej powieści odrobiny pieprzu i wprowadziła postać profilera. Ponieważ do nakreślenia charakterystyk bohaterów wybrała paletę monochromatyczną, profiler nie jest ani postacią barwną, ani nawet szarą - jest szablonowym bufonem i idiotą, który - co oczywiste - kładzie śledztwo. Jego postać przypomina papierową wycinankę przedszkolaka, a już dialogi między nim a resztą zespołu to mistrzostwo świata w drętwocie i schematyzmie. Aha, pojawia się jeszcze drugie ziarno pieprzu: parytetowa lesbijka. 

Największym grzechem tej książki, choć właściwie nasuwa się tu inne określenie - największym jej absurdem - jest jej temat przewodni. Jak w poprzednich tomach, także i tu mamy do czynienia z napiętnowaniem jakiegoś zjawiska generującego zło. Tym razem na tapetę poszła transplantologia. Temat, jak wiadomo, bardzo kontrowersyjny, budzący wielkie emocje, nie do końca sprecyzowany przed jurysdykcję, obłożony wieloma przesądami - słowem, wymagający rzetelnego researchu, wielkiego wyczucia, i być może zachęty do szeroko zakrojonej społecznej dyskusji. Tymczasem zamiast rzetelnego potraktowania tematu mamy tu magiel. Czarno-białe resentymenty, powielanie sensacyjnych motywów rodem z najgorszych brukowców, granie na najbardziej prymitywnych, niskich uczuciach - a wszystko na poziomie groszowego powieścidła. Nie zdziwiłabym się, gdyby niektórzy po lekturze uroczyście palili podpisane przez siebie oświadczenia woli w sprawie dawstwa narządów. Czy na pewno o to chodziło?...

Nie wiem, co mnie bardziej drażniło w tej książce: płytkie i krzykliwe potraktowanie tego jakże ważnego tematu, czy jej łzawość i romansidłowość. O włóknistej miłości już wspomniałam, nie jest to bynajmniej jedyne miejsce, w którym Pia daje wyraz swym uczuciom. Ona tak o tej miłości na co piątej stronie tokuje. Jednak wszystko przebija zakończenie. Mam nadzieję, że mi wybaczycie, ale nie mogę się powstrzymać przed zacytowaniem ostatniego zdania:
Za górami Taunusu zachodziło ogniście czerwone słońce, goście wiwatowali i gwizdali z zachwytem. Czy mógłby być piękniejszy moment na pocałunek?

Sliozy, chusteczki, wielka miłość...


Pierwsze zdanie: "Temperatura na zewnątrz trzy stopnie Celsjusza." 
Gdzie i kiedy: region Ren-Men, Niemcy, grudzień 2012 - styczeń 2013
W dwóch słowach: nuda i uprzedzenie
Dla kogo: dla fanów
Ciepło / zimno: 25°

niedziela, 12 października 2014

Lista bestsellerów tygodnika Spiegel - notowanie 42/2014



Jesteśmy w samym środku najgorętszego książkowego okresu - jesienią zawsze dużo się dzieje, bo targi, bo rozmaite nagrody, bo mnóstwo nowości. Nic dziwnego zatem, że mamy na liście sporo zmian. 

1. Ken Follet Kinder der Freiheit. (oryg. Edge of Eternitypol. Krawędź wieczności, wyd. Albatros 2014) 
Ostatnia (chyba?) część monumentalnego cyklu Folleta, cegła licząca 1200 stron, ledwie się ukazała, już wywindowała się na szczyt listy bestsellerów. Niewąptliwie działa tu magia nazwiska, a także popularność cyklu - bo raczej nie jakość. Ostatnie popisy autora, którego pokochaliśmy za "Igłę", "Klucz do Rebeki", a nawet "Filary ziemi", budziły mocne wątpliwości, czy to aby na pewno sam mistrz płodził te drewniane dialogi...

2. Volker Klüpfel & Michael Kobr Grimmbart (pol.-)
Tym, którzy Krimifantamanię znają dłużej, duetu Klüpfel & Kobr przedstawiać nie trzeba - wszak to autorzy poczytnego cyklu o komisarzu Kluftingerze. Wydane w Polsce dwa tomy furory nie zrobiły, z różnych względów, o których tutaj pisać nie wypada. Tak czy siak, Kluftinger to już w Niemczech klasyka, niekiedy bardziej udana, niekiedy mniej. "Grimmbart" zapowiada się ciekawie - rzecz o zamordowanej baronowej i baronie - dziwaku, spędzającym całe dnie w parku baśni na terenie ponurej posiadłości. Książkę mam i będę niedługo relacjonować.


3. Wolfgang Herrndorf  Bilder deiner grossen Liebe (pol.-)
O tej książce muszę Wam coś opowiedzieć. Będzie to historia tragiczna i bolesna. Otóż Herrndorf, rocznik 1965, autor licznych obsypanych nagrodami, niekiedy wybitnych, często poruszajacych dzieł, zmarł rok temu po długiej chorobie. Swoje zmagania z glejakiem wielopostaciowym opisywał na publicznym blogu, w sposób niezawoalowany, bezlitosny i ekshibicjonistyczny, sprawiając, że tysiące czytelników uczestniczyło w powolnym odchodzeniu. Zapiski z bloga ukazały się pośmiertnie w formie książki - będącej lekturą wstrząsającą, bolesną, ale i krzepiącą. W Polsce ukazała się tylko jedna książka Herrndorfa "Czik" (WAB 2013) w tłumaczeniu Agnieszki Kowaluk, więc nie powinno być wtopy, choć powieść jest pewnym wyzwaniem translatorycznym. Niniejszym bardzo ją polecam. A niniejsze "Obrazy twojej wielkiej miłości" to luźna kontynuacja "Czika", powieść szczególna, bo pisana już w czasie choroby - i niedokończona. Autor, wiedząc już, że książki nie dokończy, wzbraniał się przed wydaniem zgody na jej wydanie. W końcu uległ. Niedługo potem zmarł. 

4. Paulo Coelho Untreue (oryg. Adultériopol. Zdrada, wyd. Wieża Babel 2014)
Pewnie niektórzy znają tego autora znacznie lepiej ode mnie, więc nie będę się wywnętrzać. Jest to wydawniczy pewniak - co napisze, to się sprzeda. I tym razem książka z niezawodnością szwajcarskiego zegarka wspięła się na listę. Zauważcie, że to już kolejna książka, mająca polską premierę wcześniej niż niemiecka.





5. Dave Eggers Der Circle (oryg. The Circle pol.-)
Książka ta była szałem tegorocznych wakacji. Gdzie człowiek nie poszedł, wszędzie "Circle", gdzie nie spojrzał "Circle". Z książką fotografowali się celebryci, czytali (rzekomo) wzięci literaci, politycy, rozmaite sławy. Dość sceptycznie podchodzę do tego typu szałowych, modnych efemeryd, więc zakupu nie zaryzykowałam, powieść wzięłam z biblioteki. Po opisie spodziewałam się obnażającej, bulwersującej historii - wszak książkę okrzyknięto "1984" epoki internetu, a autora nowym Orwellem, tudzież Huxleyem, godzącym we wszyskie fejsbuki, amazony i gugle tego świata. No więc... kategorycznie stwierdzam, że to nie jest nowy Orwell. Nie. To jadąca na fali, wykorzystująca współczesne lęki przed "przezroczystym" cyfrowym światem, literacko słabiutka i przewidywalna, a tym samym niewiarygodnie nudna historia. I tyle. 

6. Bernhard Schlink Die Frau auf der Treppe (pol.-)
To znany polskim czytelnikom autor. Po znakomitym, szokującym i kontrowersyjnym "Lektorze" wiele lat czekaliśmy na dzieło podobnego kalibru. Zapowiedzi były szumne i obiecujące: "Kobieta na schodach" opowiada historię znanego zaginionego obrazu, który pojawia się po latach, ku zaskoczeniu w świecie sztuki, ale i wielkiej konsternacji trzech mężczyzn, których malowidło, a właściwie przedstawiona na nim kobieta, połączyła w sposób trwały i tragiczny. Po latach nieobecności dochodzi do spotkania w pewnej odległej australijskiej zatoczce: każdy z mężczyzn chce odzyskać to, co utracił. Tyle opis, tyle w skrócie treść. Książka towarzyszyła mi na wakacjach, ani trochę nie spełniając pokładanych w niej nadziei. Powieść niestety pod żadnym względem nie dorównuje "Lektorowi". Rozczarowanie.

7. Jan Weiler Das Pubertier (pol. Nastolatki pod mikroskopem, wyd. Amber 2014)
Książka ta, od wielu tygodni okupująca listę, pojawiła się już w poprzednim omówieniu listy, czyli tutaj. Tym razem tytuł jest już dostępny po polsku, wydawny dopiero co przez wydawnictwo Amber, z niewiadomych przyczyn jako poradnik... Tytuł "Nastolatki pod mikroskopem" jest... ehem, delikatnie mówiąc, średni i nijak nie oddaje pazura i ironii "Das Pubertier". Aż się boję zaglądać do środka, bo jeśli już tytuł jest tak dowciapny, to nie wiem, co się stało z resztą wspaniałego, ironicznego tekstu... Ale może to płonne obawy. 

8. Fredrik Backman Ein Mann namens Ove (oryg. En man som heter Ove, pol. Mężczyzna imieniem Ove, wyd. WAB 2014)

I znowu tytuł wydany świeżutko przez WAB. Tym razem autor to Szwed, zaś tytuł oraz blurb "napisana z przymrużeniem oka zajmująca historia emeryta" (bosz...) pozwalają przypuszczać, że może chodzić o klona wyskakującego przez okno stulatka. Czytał ktoś?...






9. Lutz Seiler Kruso (pol. -)
Książka, która w tym roku zgarnęła najbardziej prestiżową nagrodę literacką w Niemczech, czyli Deutscher Buchpreis. No i jest problem, bowiem powieść ta, opowiadająca historię rozchwianego psychicznie studenta germanistyki, który spędza lato 1989 w urokliwym kurorcie Hiddensee, by przetrawić śmierć przyjaciółki, wprawiła wszystkich krytyków Bunderrepubliki w zbiorową ekstazę. Słychać pienia, że to druga "Czarodziejska góra", poetycka opowieść o inicjacji, wspaniała, mocna, liryczna, zaś Lutz Seiler z miejsca otrzymał etykietkę najbardziej znaczącego literata Niemiec. Wręcz odmienna jest natomiast opinia czytelników, którzy zgodnie twierdzą, że to "najnudniejsza książka, jaką kiedykolwiek czytali". I bądź tu człowieku mądry.


10. Robert Seethaler Ein ganzes Leben (pol. -)
Najbardziej enigmatyczna dla mnie pozycja na liście. Niewielka objetościowo (160 stron w dzisiejszych czasach, fiu fiu. Niektórzy powiedzą, że to dyskwalifikuje książkę w przedbiegach), niespektakularna opowieść życia parobka w odległej dolinie, opowieść o miłości, wyrażona prostymi, ale do głębi poruszającymi słowami. Nie wiem jak Wam, ale mnie przypomina to historię "Profesora Stonera"... Może to niemiecka odpowiedź na tę powieść. Kojący jest fakt, że najwyraźniej ludzie czytają też powieści nieokrzyczane i niekrzykliwe, co cieszy. 


Reasumując: jest tu parę niespodzianek. Daje do myślenia fakt, że na liście dominują autorzy rodzimi, i to niekoniecznie tacy, których kojarzymy z listami najlepiej sprzedających się książek. Co nam to mówi o kondycji literackiej naszych sąsiadów - na to pytanie niech każdy odpowie sobie sam. 
Za tydzień lista ta może zresztą wyglądać zupełnie inaczej, bo w tym tygodniu ukazuje się sporo wyczekiwanych nowości, które mogą postawić sprzedaż książek na głowie. Między innymi najnowszy kryminał Nele Neuhaus "Żywi i martwi"...

czwartek, 9 października 2014

Dzisiaj literacki Nobel


Też już odświeżacie co chwila strony z wiadomościami, czekając na tę jedną: kto? Kto w tym roku dostanie literackiego Nobla? Osłodzę Wam oczekiwanie paroma danymi, które może nie każdemu do końca są znane.

Z jakich obszarów językowych pochodzą dotychczasowi zwycięzcy?

angielski: 27
francuski: 13
niemiecki: 13
hiszpański: 11
szwedzki: 7
włoski: 6
rosyjski: 5
polski: 4
norweski: 3
duński: 3
grecki: 2
japoński: 2
chiński: 2
arabski, bengalski, czeski, fiński, hebrajski, węgierski, islandzki, oksytański,portugalski, serbochorwacki, turecki, jidysz po 1

Która głowa państwa dostała literackiego Nobla?

Oczywiście brytyjski premier Winston Churchil, który otrzymał wyróżnienie w roku 1953 i w tym samym roku był kandydatem do pokojowej nagrody Nobla.

Kto był nominowany dwunastokrotnie, a nigdy Nobla nie dostał?

Zygmunt Freud, który jednak widniał na listach kandydatów do Nobla w dziedzinie fizjologii lub medycyny. Po dwunastu nominacjach skonsultowano kandynadurę z autorytetem w dziedzinie medycyny, który oznajmił, że dzieło Freuda nie ma żadnej wartości naukowej. Od tego momentu Freuda już nie nominowano.

Których autorów uhonorowano za pojedyncze dzieła?

Zwykle jurorzy honorują pisarzy za całokształt twórczości, ale są wyjątki: Szołochow (1965, „Cichy don“), Ernest Hemingway (1954, „Stary człowiek i morze“), Roger Martin Du Gard (1937, „Rodzina Thibault“), John Galsworthy (1932, „Saga rodu Forsythe'ów“), Thomas Mann (1929, „Buddenbrookowie“), Wladyslaw Reymont (1924, „Chłopi“), Knut Hamsun (1920, „Błogosławieństwo ziemi“), Carl Spitteler (1919, „Olympischer Frühling“), Theodor Mommsen (1902, „Historia Rzymu“).

Kto odmówił przyjęcia literackiej nagrody Nobla?

Boris Pasternak w roku 1958 pod naciskiem rządu sowieckiego, oraz Jean Paul Sartre w roku 1964, uzasadniając to tym, że odmawia wszelkich honorów.

Kto był najmłodszym laureatem?

Rudyard Kipling („Księga dżungli“) otrzymał nagrodę w 1907 w wieku 42 lat.

Kto najstarszym?

Doris Lessing miała 88 lat, kiedy dostała nagrodę w 2007. Przeciętny wiek to 64 lata.

Jaki jest parytet kobiecy?

Zawstydzający. Spośród 109 laureatów tylko 13 to kobiety. Od 2004 roku kobiety dają gazu:

1909 - Selma Lagerlöf
1926 - Grazia Deledda
1928 - Sigrid Undset
1938 - Pearl Buck
1945 - Gabriela Mistral
1966 - Nelly Sachs
1991 - Nadine Gordimer
1993 - Toni Morrison
1996 - Wislawa Szymborska
2004 - Elfriede Jelinek
2007 - Doris Lessing
2009 - Herta Müller
2013- Alice Munro

A kto Waszym zasługuje zdaniem na literackiego Nobla? A może w tym roku wygra Wasz faworyt?... Obstawiam Aleksijewicz albo Pynchona. Albo kogoś zupełnie niespodziewanego...

środa, 8 października 2014

Zygmunt Miłoszewski "Gniew" - a tam wciąż mgła i marznąca mżawka...




Wydawca: Wydawnictwo W.A.B.
Data premiery: 08.10.2014
Liczba stron: 380
Cena: 44,99 zł
No i jest szumnie zapowiadane pożegnanie z najpopularniejszym prokuratorem Rzeczypospolitej, szeryfem ze stalowym błyskiem w oku, w nienagannym garniturze, jakże różniącym go od brzydkiego pospólstwa, z ostrym językiem i jeszcze ostrzejszym umysłem. I chociaż już pierwsza scena trzeciego tomu serii z Szackim pozwala uwierzyć w ukutą przez marketingowe łby plotkę, to ostatnia wiarę tę skutecznie obala. 

Nie ma co płakać i rozdzierać szat, o wiele lepszą reakcją na "Gniew" jest bowiem satysfakcja. Zwykła satysfakcja czytelnika z Polski, czyli - za autorem - z urbanistycznego piekła, zaśmieconego nabrzydszą architekturą w Europie, kraju wyjątkowo ubogiego w dobrą literaturę kryminalną, która - jeśli wierzyć tak zwanym autorytetom - w ogóle literaturą nie jest. Otóż satysfakcja ta wynika z prostego faktu, że oto pod tym jednym względem przestaliśmy być zapyziałym ogonem Europy, bowiem narodził się taki, który umie pisać wciągające kryminały na poziomie, i to w dodatku z czymś w rodzaju przesłania. Niemożliwe?... 

A zatem ad rem, czyli do "Gniewu". Szacki, na skutek zawodowych i osobistych zawirowań oswajający się z Warmią, czyli pogrążonym w wiecznej mgle i marznącej mżawce Olsztynem, łaknie jakiejś soczystej zbrodni, która pobudziłaby jego uśpione szare komórki, wniosła coś nowego i w ogóle ubarwiła i dosmaczyła. Zbrodnia ta nadchodzi niespodziewanie i początkowo niepozornie. Bowiem znalezione w bunkrze niedalego miejskiego szpitala zwłoki wcale nie są "Niemcem do odfajkowania" (co to w ogóle za wyrażenie?...), tylko zaczątkiem wielkiej zagadki. Truposz wcale nie wyzionął ducha ponad pół wieku temu, tylko całkiem niedawno, bo dwa tygodnie temu. Więc skąd takie piękne kosteczki bez ani jednego mięśniowego włókienka? I tu pokazuje się, że Miłoszewski w ostatnim czasie pilnie oglądał wszystkie sezony Bones, bowiem popisuje się fachową nomenklaturą i widać, że co nieco w tym temacie liznął. Na kościach się jednak nie kończy.

Bo ta powieść tak naprawdę jest o przemocy. O tej jawnej, brutalnej, i o tej ukrytej, rodzinnej, wstydliwej i zawstydzającej. O tej, o której się mówi, i o tej, o której się milczy. I o tej najgorszej, podświadomie akceptowanej, uznawanej za fanaberię rozwydrzonych pańć i liberalnych pismaków. To ciekawe, ile seksistowskiej pogardy można zawrzeć w jednym słowie, mówi jeden z bohaterów. Wiecie, jakie to słowo? Pseudopanda. Kiedy poznacie kontekst, dowiecie się, dlaczego. I dlaczego akurat ono tak bardzo mnie zmroziło. Takich scen jest tu więcej. Na przykład ta z Krecikiem. Przerażająca, znamienna. Przemoc. Społeczne zjawisko, zarażający pokolenia wirus, czy męski gen? Miłoszewski nie daje odpowiedzi na to pytanie. Ale odważnie rzuca temat pod dyskusję, zauważa go, ba, ośmiela się upakować go w rozrywkową otulinę. 

Bardzo to skandynawskie - ktoś powie: odtwórcze. Tak, te tematy powracają wielokrotnie u Skandynawów, pojawiają się też u niektórych Amerykanów. Są. Ale nie w polskich kryminałach, nie tak. A skoro już jesteśmy przy wtórności, to wiem doskonale, że znajdą się i wybrzydzacze, którym nie spodoba się kalejdoskop klisz i zdartych motywów. No pewnie, że tu są. Co więcej, Miłoszewski żongluje nimi świadomie i umyślnie, a niekiedy nie sposób się nie oprzeć wrażeniu, że dobrze się przy tym bawi - i tego samego oczekuje od czytelników. Pewnie, że są przegięcia. No bo jak się nie żachnąć czytając o patologu doktorze habilitowanym Ludwiku Frankensteinie? Jak nie kręcić głową nad jego olśniewającą asystentką? A Myślimir Szcząchor? Bez jaj, on go tak naprawdę nazwał. Jest i Poniewasz, jest Zemsta, jest także Bierut. Tak tandetne, że aż znowu śmieszne. 

Ale wróćmy to naszego podstawowego pytania: czy to jest dobry kryminał? Nie socjologiczna łopatologiczna pogadanka? Nie felietonik na modny temat? Nie klon zagranicznych thrillerków z papierowymi bohaterami? Nie próba zrobienia kaski na spiżowym mizoginie z minionej epoki? Zapewne znajdą się tacy, którzy z wielkim przekonaniem przykleją tej powieści taką, a może i gorszą łatkę. Ja twierdzę, że to jest dobry kryminał. To jest bardzo dobry kryminał. Nie powalający nadzwyczajnie oryginalną intrygą (choć jest ona naprawdę przyzwoita), ale dobry, wciągający, pozostawiający z paroma bolesnymi miejscami (Miłoszewski wie, gdzie dotykać, żeby bolało), paroma znakami zapytania i wielką, uchyloną furtką. Czytajcie.


Pierwsze zdanie: "Wyobraźcie sobie dziecko, które musi się chować przed tymi, których kocha." 
Gdzie i kiedy: Olsztyn, współcześnie
W dwóch słowach: mizogin i psychopata
Dla kogo: dla fanów Szackiego, a także tych, którzy zwątpili w kondycję polskiej (tak zwanej) literatury rozrywkowej (czymkolwiek ona jest)
Ciepło / zimno: 96°

środa, 1 października 2014

Robert Galbraith "Jedwabnik" czyli nimb sławy i wredna gęba wydawcy





Wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie
Tytuł oryginału: Silkworm
Tłumaczenie: Anna Gralak
Data premiery: 2014-09-24
Liczba stron: 475
Cena: 39,90 zł
Niektóre książki otacza nimb. Sięga się po nie, bo coś tam: bo nazwisko autora, bo sława, bo skandal. Bywają książki, które zyskują ów nimb dopiero po śmierci autora. Inne rodzą się z nim, ba, lśnią nim już podczas procesu płodzenia, wraz z wklepaniem w klawiaturę ostatniej litery nazwiska twórcy. Niektórzy oddaliby zań wszystko, choćby nimb miał być tylko anemiczną poświatą, ledwie widoczną w pomrokach nieskończonych księgarskich półek, inni świadomie uciekają przed nim, zmęczeni wiecznym mrużeniem oczu przed jaskrawym blaskiem. 

Mając w zakamarkach głowy wiedzę, kim jest autor Robert Galbraith, sięgamy po jego kolejną książkę i otwieramy oczy ze zdumienia. Bo to jest historia nimbu. Magnetycznego, pożądanego, budzącego chciwość, takiego, dla którego chciałoby się zabić. I się zabija.

Ale okrójmy "Jedwabnika" z pozłotki i potraktujmy tę powieść jak normalny tytuł, jeden z wielu konkurujących o uwagę czytelnika, tak jak to zrobiliśmy z pierwszym tomem serii o detektywnie Cormoranie Strike'u, "Wołaniem kukułki". Zaczyna się jak każda porządna powieść detektywistyczna: przychodzi klientka do detektywa i prosi o pomoc. Klientką jest Leonora Quine, detektywem, jak łatwo się domyślić, Cormoran Strike, zaś pomoc polegać ma na odnalezieniu męża Leonory, Owena. Ów średnioznany pisarz zaginął jakiś czas temu, zaś żona, przyzwyczajona do parodniowych zniknięć ekscentrycznego męża, nie zawiadomiła policji, przekonana, że "zaginiony" jak zwykle zaszył się gdzieś, potrzebując chwili oddechu i spokoju (choć tak naprawdę łaknął atencji i sławy). Detektyw przyjmuje zlecenie, wbrew wewnętrznym obiekcjom co do widoków na honorarium. Zaczyna węszyć i prędko dowiaduje się, że zaginiony pisarz popełnił był dzieło zjadliwe, prześmiewcze i paszkwilanckie, kompromitujące wiele osób z wydawniczego i literackiego światka, a następnie pożarł się z własną agentką i słuch wszelki o nim zaginął. Czy ktoś mógł być zainteresowany usunięciem literata i niedopuszczeniem do publikacji książki? Okazuje się, że kandydatów jest całkiem sporo, a motywy mnożą się wraz z wypływaniem kolejnych detali, nie pozwalając na wykluczenie żadnego z podejrzanych. 

Autor "Jedwabnika" poszedł utartym, sprawdzonym szklakiem i klasyczną dedukcję połączył z naświetleniem kolejnego kontrowersyjnego i hermetycznego światka. Tym razem na tapecie znaleźli się wydawcy, literaci i ci, którzy się za nich mają, a także twory na polskim rynku niemal nieistniejące, czyli agenci literaccy. Widok, jaki prezentuje się czytelnikowi, na tyle burzy sielankowe wyobrażenie o branży u osób z nią niezwiązanych, że aż się chce zapytać, kto i jak zalazł autorowi za skórę. Morze zawiści, nieżyczliwości i wzgardy, anse, animozje i wzajemne pretensje, rozmaite łotrostwa, świństewka i kombinacje - wszystko to przypomina cuchnący, wstrętny rynsztok. 

Do tej mocnej (zbyt mocnej?) kreski przywyczailiśmy się już w innych powieściach autora (-ki), nie powinno więc dziwić, że znakomita galeria charakterów tu i ówdzie razi zbytnią jaskrawością. Tak ma być, to ten zadzior i pazur, który kochamy: prowokatorski, krzyczący, oskarżycielski. Dobrze więc, że ta czepliwość w malowaniu postaci to jedyna ekstrawagancja. Bo intryga jest stonowana i nieudziwniona, fabuła niemal konwencjonalnie prosta (choć nieszablonowa) i klasycznie zmierzająca ku finałowi po naprężonym łuku. Gdybym się chciała czepiać, to wyśmiałabym sposób, w jaki Cormoran i jego dzielna towarzyszka Robin (która notabene jest jedną z najciekawszych bohaterek kryminalnych w ogóle) gromadzą fanty mające udowodnić zbrodniarzowi jego czyny, ale ponieważ jestem czytelniczką łagodną jak baranek i wyrozumiałą, wybaczam, bo to naprawdę jedyna rzecz, która szturchnęła mnie w moje baczne oko. 

Śledzenie osobistych perturbacji i złożonych relacji Cormorana i Robin oraz ichnich przyległości dają dodatkowe ukontentowanie. Aż się chce zakrzyknąć wielkim głosem: więcej! 

A nimb płonie blaskiem nieprzyćmionym i nieprzerwanym. 

 

Pierwsze zdanie: "- Lepiej, żeby chodziło o śmierć kogoś cholernie sławnego, Strike - powiedział zachrypnięty głos w słuchawce." 
Gdzie i kiedy: Londyn, listopad 2010
W dwóch słowach: detektyw i paszkwil
Dla kogo: dla miłośników jesiennego Londynu, powieści detektywistycznych i ostrych kolorów
Ciepło / zimno: 88°
Dziękuję wydawnictwu za udostępnienie książki do rezencji.