Ads 468x60px

Featured Posts

niedziela, 2 sierpnia 2015

Lista bestsellerów tygodnika Spiegel - notowanie 32/2015



Trwają wakacje, a więc wydawać by się mogło, że lektury naszych zachodnich sąsiadów podryfowały w kierunku urlopowym - czytaj: plażowym, lżejszym, bardziej rozrywkowym. Przypuszczenie to okazuje się słuszne tylko po części, bo owszem, kilka tytułów rzeczywiście wskazuje na wakacyjne nastroje Niemców, ale są i takie, które świadczą o czymś wręcz przeciwnym. O poszukiwaniu lektur głębszych, trudnych, refleksyjnych. Popatrzmy zatem: 

1. Harper Lee Gehe hin, stelle einen Wächter (oryg. Go set a Watchmanpolskie wydanie oczekiwane jesienią, wyd. Filia) 
Literacka sensacja lata. O Harper Lee i jej jedynej, jak dotychczas sądzono, powieści Zabić drozda, słyszał chyba każdy, nawet nieczytający człowiek. Tymczasem okazuje się, że autorka bynajmniej nie jest powieściopisarką jednej książki - Go set a Watchman powstała nawet przed Zabić drozda, choć chronologicznie stanowi kontynuację wydarzeń opisanych w tejże. Jak to możliwe? Kiedy pisarka przysłała wydawcy manuskrypt Go set a Watchman, ten odrzucił go i zasugerował pewne zmiany - i tak powstała historia opowiedziana z perspektywy dziecka. Manuskrypt ten przez wiele lat uchodził za zaginiony, nawet Harper Lee nie wiedziała, że istnieje jego kopia. Hype wokół tej książki potęgują kontrowersje, związane z jej treścią - dla Amerykanów szokiem okazało się, że ich narodowy bohater, Atticus, symbol walki z segregacją rasową, sam jest rasistą. 

2. Kiera Cass Selection 04. Die Kronprinzessin (oryg. Selection - The Heirpol. Rywalki. Następczyni wyd. Jaguar) 
Marzenie o byciu księżniczką chyba nie więdnie z wiekiem, o czym może świadczyć niesłychana popularność serii, przykuwającej uwagę wizerunkami młodych dziewcząt w niezwykle romantycznych kiecach na okładce. O treści nic nie mogę powiedzieć - chyba nie jestem targetem, bo nigdy nie chciałam być księżniczką - ale jak widać, marzenia sprzedają się dobrze.



3. Dörte Hansen Altes Land (pol. -) 
Debiut literacki, i to jaki! Autorka, z wykształcenia lingwistka (!), zaprezentowała historię nietypową - choć mającą powierzchowne atrybuty sztampowej. Po wojnie pięcioletnia Vera ucieka z matką z Prus Wschodnich i osiedla się w niewielkiej wsi na północy Niemiec. Stary, zimny, skrzypiący wiejski dom staje się świadkiem ich prób powrotu do normalności - dwie pokiereszowane dusze w poszukiwaniu domu, wiejskie życie odarte z cukrowej sielankowej warstwy, właściwa doza ironii i goryczy. Powieść zawładnęła serca Niemców - kupują i czytają, i to już od wielu tygodni.

4. C. J. Daugherty Night School 05. Und Gewissheit wirst du haben (oryg. Night School. Endgamepol. Wybrani. Niezłomni wyd. Otwarte) 
Młodzieżowa seria, która zrobiła furorę na całym świecie, zachwyciła również i niemieckie nastolatki. Bestseller, napisany zapewne zgodnie z podręcznikiem kreatywnego pisania. Trzeba przeczytać? Chyba nie. Choć pewnie zastępy czytelniczek są innego zdania.




5. Fredrik Backman Oma lässt grüßen und sagt, es tut ihr leid (oryg. Min mormor hälsar och säger förlåt, pol. -) 
Moda na megadługie i lekko zwariowane tytuły trwa, zupełnie jakby autorzy i wydawcy święcie wierzyli, że im dłużej i bardziej dziwacznie, tym łatwiej wyciągnąć pieniądze z kieszeni znudzonego normalnością czytelnika. Babcia pozdrawia i mówi, że przeprasza to druga powieść autora, który opublikował przedtem Mężczyznę imieniem Ove (w tytułach widać wyraźny skręt w kierunku wspomnianego trendu). Nie wiem, za co przeprasza babcia, ale sądząc po sukcesie książki, pewnie niedługo dowiemy się o tym i w Polsce. 

6. Harper Lee Wer die Nachtigall stört (oryg. To Kill a Mockingbirdpol. Zabić drozda) 
Szum wokół odnalezionej po latach drugiej (a właściwie pierwszej) książki Harper Lee stał się dobrą okazją do przypomnienia sobie słynnego dzieła autorki albo wręcz przeczytania go po raz pierwszy, by nie wyjść na ignoranta i mieć coś do powiedzenia w towarzystwie. "Drozdy" sprzedają się jak świeże bułki, co cieszy wydawcę i zapewne również sędziwą autorkę. Ciekawe, czy podobny sukces czeka tę powieść w Polsce... 


7. Ralf Rothmann Im Frühling sterben (pol. -) 
A to już jest książka zupełnie nieurlopowa (choć znam ludzi, którzy na wakacje zabierają najcięższe kalibry, na które w ciągu roku brakuje im samozaparcia i weny). Rothmann opowiada o tragedii ostatnich dni drugiej wojny światowej i w przejmujący, trzeźwy sposób pokazuje pokolenie straumatyzowanych mężczyzn. "Umrzeć wiosną" nie jest pierwszą powieścią Rothmanna, ale być może najważniejszą. Chwalony przez krytyków i ceniony przez czytelników autor być może będzie następcą Grassa - takie pojawiają się głosy. 


8. Jussi Adler Olsen Verheissung. Der Grenzenlose (oryg. Den Graenselösepol. -) 
Należę do zatwardziałych fanów duńskiego autora, który podarował nam niezrównaną parę, a właściwie trójcę śledczych: Moercka, Assada i Rose. Każdą kolejną książkę z serii o wydziale Q kupuję właściwie w ciemno, spragniona nie tylko oryginalnej intrygi, ale przede wszystkim Assada i Moercka i ich przednich dialogów. Tymczasem "Bezgraniczny" okazał się najsłabszym tomem serii i ogromnym rozczarowaniem. Słabe, żenująco płaskie dialogi, nudna, ślimacząca się akcja, brak napięcia - chwilowy spadek pisarskiej formy czy trwałe wypalenie?... Nie tracę nadziei, że to pierwsze. W Polsce serię wydaje Słowo / Obraz / Terytoria, wyspecjalizowane właściwie w innej literaturze - może stąd wielka nieregularność w publikowaniu kolejnych tomów. Po tej wpadce powątpiewam jednak, czy seria będzie w Polsce kontynuowana.

9. Donna Leon Tod zwischen den Zeilen (oryg. By its Coverpol. -) 
Jedna z najdziwniejszych kryminalnych serii, jakie znam (choć właściwie wcale nie znam, bo przebrnęłam zaledwie przez dwa, trzy tomy). Stworzona przez Amerykankę, od wielu lat mieszkającą w Wenecji, ale uparcie ignorowana przez samych Włochów, w dodatku uwielbiana przez Niemców i przez nich na bieżąco filmowana. Leon z regularnością szwajcarskiego zegarka publikuje co roku nowy tom przygód commissario Brunnetiego, wprawiając w zachwyt rzesze czytelników. Serię wydaje w Polsce Noir Sur Blanc. 


10. Martin Suter Montecristo (pol. -) 
Montecristo nadal na liście, i to od wielu tygodni. Sukcesu tej książki nie do końca rozumiem, bo choć pomysł szwajcarskiego powieściopisarza jest przedni (pewien dziennikarz przez przypadek odkrywa dwa IDENTYCZNE banknoty, z których żaden nie jest fałszywy - rzecz, przynajmniej teoretycznie, niemożliwa - przez co wpada na trop gigantycznego finansowego przekrętu), to jednak wykonanie okazało się dość płaskie, by nie powiedzieć... hm, amerykańskie... Trochę mniej "zabili go i uciekł", trochę więcej realizmu i głębi postaci i wyszłaby z tego rzecz genialna. 


I co Wy na to? Coś Was skusiło? Zdumiało? Zdegustowało?... I czy zapakowalibyście coś z tego do wakacyjnej walizki?


środa, 29 lipca 2015

Mamut wakacyjny



Żeby nie było, że rzucam słowa na wiatr i pojawiam się raz na kwartał niczym efemeryda, zamierzyłam sobie, że na początek, lajtowo, wrzucę kolejne notowanie listy bestsellerów Spiegla - bo dzieje się na niej, oj dzieje! - i przez cały weekend pracowicie dłubałam przy notce. Niestety, całą (!) wcięło... Jakieś monstrum w otchłaniach internetów musiało być bardzo głodne, bo pożarło wszystko, co do okruszka. Najbardziej zdumiało mnie to, że notka zniknęła także i z bloggera - a tego to już nie rozumiem. Zmełłszy w ustach soczyste przekleństwo, zamknęłam laptopa i poszłam spać. Cóż, lista Spiegla pojawi się dopiero w najbliższy weekend (aktualne wydanie, a co!), a tymczasem mam dla Was inną lajtową zapchajdziurę, czyli tradycyjnego mamuta. Świeżutkiego, bo właśnie rozpakowałam paczkę od Gildii, a i kurier DHLu był z kilkoma niemieckimi tytułami. Więc chodźcie, zaszlachtujmy bestię!


Zacznijmy od filetu, czyli kulinariów.

1) Süsses ohne Frust czyli słodkości bez wyrzutów sumienia. Nie jem cukru. Za to jem owoce. W tej książce znalazłam mnóstwo inspiracji do tego, by z umiarem i zdrowo pofolgować własnym chcicom. Zaskakujące, jak wiele sensownych alternatyw dla przemysłowych słodyczy można znaleźć w naturze. W książce są przepisy na ciasta, ciastka, lody, desery - wszystko bez cukru, stevii, słodzików, ksylitoli i innych wynalazków - a także bez pszenicy!

2) Die Kunst vegan zu Backen, czyli sztuka wegańskiego pieczeniaJeśli autora, Axela Meyera, nazwiemy guru zdrowych, ekologicznych wypieków, to jego najnowsza książka jest biblią... albo kanonem, jak zwał tak zwał. Jest tu wszystko - od chlebów, poprzez bułki, focaccie, pizze i rozmaite niesłodkie smakołyki, po wypieki słodkie. Oczywiście wszystko eko, sporo bez pszenicy i bez cukru. I z dużą dozą serca...

3) Power Food. Ernährungsguide und Kochbuch. Podręcznik zdrowego odżywiania. Spora część o podstawach - wiedza o produktach, warzywach, owocach, przyprawach, orzechach i nasionach. Do tego sensowne przepisy, które sprawdzają się w praktyce.


Jedziemy dalej, czyli sadełko: rujnujące mój portfel nowości MAGa. Poza Ucztą Wyobraźni zaczęłam kolekcjonować nową serię Artefakty, niestety.

4) Cordwainer Smith, Drugie odkrycie ludzkości. Nostrilla

5) Walter Tevis, Przedrzeźniacz

6) Christopher Priest, Rozłąka.


Szynka i nóżki:

7) Dehnel i Tarczyński, Tajemnica domu Helclów

8) Michael Crummey, Sweetland

9) Richard Ford, Kanada

Podczas gdy dwie pierwsze z powyższych wylądowały w koszyku wyłącznie przez WAS (zachwalaliście, zachwalaliście, aż zaraziliście), to trzeciej zapragnęłam pod wpływem kilku niezwykłych recenzji w niemieckiej prasie. "Kanada" ma być dziełem z pogranicza gatunków - trochę kryminałem, trochę dramatem, trochę epopeją o beznadziejnej samotności amerykańskiego życia. Bardzo mnie ciągną takie klimaty.


Salcesony:

10) David Foster Wallace, Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi

Od jakiegoś czasu chodzi za mną Wallace. Trochę się go boję, bo trudny, nieprzystępny, bo trzeba poświęcić mu czas, uwagę, podarować część siebie. Pomyślałam, że może opowiadania będą dobrym wstępem do Infinite Jest, które jest dziełem, nomen omen, mamucim.

11) Joyce Carol Oates, Przeklęci

Na tę książkę cieszę się wyjątkowo. Mówi się, że Oates zaprezentowała tutaj swoją najwyższą formę - elokwentna, bystra, zjadliwa, zabawna. No i tematyka: rok 1905, Princeton, wampiry!!! Ha!

12) Paul Harding, Majsterka

Jak widać, ciągnie mnie ostatnie w nieco inne, głębsze rewiry. Majsterka dostała Pulitzera, ale przez niektórych krytyków została nazwana największą klapą stulecia. Jak zawsze w takich przypadkach warto samemu wyrobić sobie pogląd i to właśnie zamierzam zrobić.


Móżdżek po niemiecku:

13) Peter Hoeg, Der Susan Effekt 

Pamiętacie "Smillę w labirynatach śniegu"? Dla wielu z nas to powieść kultowa, tajemnicza, niesamowita. Wydawałoby się, że Peter Hoeg nigdy więcej nie powtórzy sukcesu tamtej książki, mimo podejmowanych wciąż prób. Tym razem może być inaczej. "Efekt Susan" (nie wiem, czy jakieś polskie wydawnictwo już zakupiło prawa autorskie, więc tytuł polskiego wydania może okazać się inny) ma wszelkie znamiona bardzo dobrego thrillera z tym dodatkowym "czymś", co tak bardzo zachwyciło fanów Smilli. Pierwsze recenzje są bardzo dobre. Opowiem Wam, jak przeczytam.

14) Neil Gaiman, American Gods

Gaiman, wiadomo. Ukazała się właśnie autorska wersja "Amerykańskich bogów" po niemiecku w nowym tłumaczeniu Hansa Riffela, a ja równolegle kupiłam sobie na czytnik polska wersję w przekładzie Pauliny Braiter - oba nazwiska tłumaczy są gwarancją jakości, więc na pewno nic mi nie umknie :-)

15) Keigo Higashino, Böse Absichten

Krimifantamania szlaja się po nowych literackich rewirach, ale to nie znaczy, że przestała czytać krymiały - poszukuje, próbuje odkryć coś nowego, zaskakującego. Być może remedium na wszechobecne na kryminalnych półkach klony okaże się świeży powiew z Japonii. Autor wywraca do góry nogami wszystkie reguły kryminalnych powieści i choć od początku wiadomo, kto zabił, to podczas lektury nie ma mowy o nudzie. Misterna konstrukcja, wyrafinowana intryga i subtelna psychologia - to lubię. 

I jak, macie smak na mojego mamuta?... Przyznam, że jestem w rozterce, którą zapewne doskonale znacie - zupełnie nie wiem, od czego zacząć. I tylko nachodzi mnie taka refleksja: czy jako wegetarianka mogę w ogóle jeszcze polować na mamuty?... I na co polują wegetarianie? Przecież nie będę prezentować Wam grzybów. Czy pietruszki...


środa, 22 lipca 2015

Można


Obiad i kolacja :-)

Chyba należą się Wam słowa wyjaśnienia. Trzy miesiące milczenia. Żadnej recenzji, niewiele oznak życia na fejsie i w komentarzach do Waszych notek. Cisza. Cisza na blogu, ale nie w realu. Ostatnie trzy miesiące mojego życia były intensywne, esencjonalne, przełomowe. Chcecie posłuchać, dlaczego?

Zaczęło się od odwlekanej od czterech lat wizyty u lekarza. Właściwie powinnam kontrolować się regularnie, bo mam kilka przypadłości, od których wprawdzie nie padnę z miejsca trupem (choć i to nie wiadomo), ale trzeba je mieć na oku. A ja, jak każda matka, kiedy płoną lasy, nie lecę ratować róż - trzeba było zająć się młodym Smokiem. Zdrowie Smoczycy poszło w odstawkę. Do czasu, kiedy panie w przychodni nie chciały już wystawiać z automatu recepty na leki, które muszę zażywać. Kazały przyjść i się zbadać. Podkuliwszy ogon, napełniwszy błękitne oczy wyrazem najszczerszej skruchy, udałam się do mojego medycznego Cerbera. A to, co od niego usłyszałam, sprawiło, że oniemiałam. Było źle. Bardzo źle. Do moich i tak nieciekawych przypadłości doszły kolejne. I perspektywa kolejnych leków.

Zawlokłam się do domu, pokonana, zdruzgotana. Zła na siebie. Przez kolejne dwa tygodnie, potrzebne na wykonanie kolejnych badań, wykluczających pewne ewentualności, dumałam. I kształciłam się. Szukałam. Czytałam. I znowu dumałam. Wszystko się we mnie jeżyło przeciwko konieczności łykania kolejnych prochów, godzenia się z następnymi skutkami ubocznymi. Nie. Nie! Nie ja. Nie teraz! Za wcześnie. Przecież mam dopiero czterdzieści lat, przecież dopiero zaczynam żyć tak naprawdę, jeszcze wszystko przede mną. Protest i bunt. I przekonanie, że można inaczej. Że leki to tylko łatanie dziur, że trzeba pójść inną drogą, najprostszą, choć może nieco bardziej wyboistą. W mrocznych zwojach mojego umysłu zaczął dojrzewać plan. Zaproponuję deal. Poproszę o trzy miesiące. O odroczenie. Stanę na głowie, na rzęsach, na uszach. Ale nie będę łykać nowych leków. Które do reszty rozwalą mi wątrobę i zrobią ze mnie nalaną, niemrawą i agresywną fokę. Lekarz przyjął wyzwanie. Poszedł na deal (kochany!). A kiedy wychodziłam z gabinetu, powiedział, że i tak nie dam rady zbić wyników o więcej niż 10%. I to mi dało kolejnego kopa. Nie dam rady?!... Jeszcze się zdziwisz, konowale.

Zmiany były radykalne. Odstawiłam cukier, pszenicę, mięso. Zaczęłam odkrywać nieznane, fascynujące terytoria. Eksperymentowałam w kuchni, wywołując naprzemiennie ekstazę i lekką odrazę u pozostałych domowników. Dowiedziałam się, że płaskurka to nie zwierzę i że komosa ryżowa ma wspaniały, orzechowy smak. Że można zrobić pyszne lody z truskawek i nerkowca, słodzone tylko daktylem. Że nasiona konopii wspaniale harmonizują z sałatą lodową i papają. Że bulion warzywny, wbrew temu, co wmawia nam jasnowłosa Matka Polska w telewizji, to nie żółty proszek z glutaminianu i tłuszczu ze śladowymi ilościami warzyw, tylko delikatny i esencjonalny wywar, dający się przygotować w 20 minut. Odkryłam prostotę i głębię nowych smaków. Bez katowania się i wyrzeczeń. Bez głodu i chętki na słodkie. Natura daje człowiekowi tyle cudownych skarbów, trzeba tylko chcieć i umieć je wziąć. Przestałam jeść, zaczęłam się odżywiać. Odżyłam.

Odnalazłam radość w sporcie. Cotygodniowe treningi z fajnymi babkami stały się wyczekiwanym momentem, mozolne wymachiwanie kijkami przerodziło w dynamiczny power walking (pozdrawiam Kasię Hordyniec, która swoim niezłomnym uporem i zapałem niejednokrotnie dała mi niezły zastrzyk energii i motywacji), zaciągnęłam męża Smoka na treningi badmintona, pływam w jeziorze, miarowo i z rozkoszą rozcinając szmaragdową toń. Żyję, oddycham, jestem.

Po dwóch miesiącach musiałam sprawić sobie nową garderobę. Spodnie do wywalenia, wiszą na dupinie. Bogowie, potrzebne były nawet nowe, mniejsze gacie i cyckonosze (niestety). Po trzech miesiącach uświadomiłam sobie, że wróciłam do wagi sprzed obu ciąż. Tak mimochodem, bez wysiłku.

I wreszcie kontrola po trzech miesiącach. Czekałam na ten moment i bałam się go. Bo co, jeśli to wszystko to tylko mrzonki naiwnej baby? Jeśli niektórych rzeczy po prostu nie da się zmienić? Jeśli radykalna zmiana trybu życia to tylko chwalebny wprawdzie, ale jednak dodatek, fanaberia?

Wiecie, co powiedział lekarz? Powiedział: chodź tu do mnie, baby. Chodź, dziewczyno, i zobacz, co zrobiłaś. I pokazał na ekran komputera, na którym pojawiło się wszystko, czarno na białym, nagie i oczywiste. Wyszłam na prostą. Naprawdę. To nie było dziesięć procent, to było (miejscami) pięćdziesiąt i więcej. To, co wydawało się niemożliwe, stało się proste i wykonalne jak podrapanie się po nosie. Bo, moi drodzy, wszystko zaczyna się w głowie. To tylko kwestia chcenia. I wytrwania w postanowieniach. Takie proste. Takie trudne. Można.

PS. Rewolucja w odżywianiu i trybie życia zbiegła się z jednym z największych czytelniczych kryzysów, jakie mnie dotąd dopadły. Czytam mniej. A właściwie kończę mniej, bo rozpoczynam mnóstwo książek. Ale większość okazuje się zbyt miałka, zbyt płaska. Niewielu udało się przykuć mnie na dłużej. Kilka z nich było rewelacyjnych - ale to już temat na następną notkę. Bo będzie. Na pewno.

wtorek, 28 kwietnia 2015

Donna Tartt "Der Distelfink" ("Szczygieł") czyli historia ptaszka na uwięzi






Wydawnictwo: Goldmann Verlag
Tytuł oryginału: The Goldfinch
Data wydania: 10 marca 2014
Liczba stron: 1024
Cena: 24,99 euro


Nie wiem, jak tu pisać o tej powieści. Wyznać, że mnie zmiotła? Odurzyła? Zaczarowała? Wciągnęła w wir wydarzeń, obrazów, zapachów, doznań? Wszystko to banały, których kumulacja nie sprawi, że choć ułamek tego, czym ona jest, a czym nie jest, dotrze do czytającego te słowa. Powiem więc tak: po wysłuchaniu ostatniego zdania (bo "Szczygła" poznałam w formie doskonałego skądinąd audiobooka), zapragnęłam natychmiast przeczytać tę książkę na nowo (tak, mam też wersję papierową). A to nie zdarza mi się nigdy.

Sprawczyni tego, drobna, blada Amerykanka mierząca zaledwie 1,52 cm wzrostu, o której chodzą słuchy, że pobije w piciu każdego faceta, będąc przy tym w stanie bez zająknięcia sypać cytatami z T. S. Elliota, pisze niewiele, ale to, co pisze, ma moc, impet i siłę bomby atomowej. Nie certoli się z czytelnikiem, każe mu przedzierać się przez tysiącstronicowe cegły (a nie są to płyciutkie sagi, tylko dzieła na miarę dziewiętnastowiecznych klasyków), pozostawiając ich z bolesnym symptomem odstawienia. Jej przedostatnia powieść "Tajemna historia" ukazała się dziesięć lat temu. Publikowanie książek z częstotliwością dekady jest bardzo nie na czasie, a mimo to autorka mówi, że byłaby szczęśliwa, gdyby udało jej się napisać w sumie pięć powieści. Więc jeszcze dwie. Jeszcze dwadzieścia lat.

Czymże więc jest ten długo wyczekiwany "Szczygieł"? I znów trudno dokonać tu jakiejś klasyfikacji. Czy powiemy powieść inicjacyjna, czy historia kryminalna ze świata sztuki, czy studium środowiskowe - to wciąż za mało. Dodajmy do tego panoramę różnych światów, szerokie spektrum ludzkich uczuć i emocji, historię zdrady i przyjaźni, miłości i straty, opowieść o rodzicach i dzieciach, o śmierci i bólu utraty bliskiego człowieka, o wielkiej sztuce, o tym, co jest jej jądrem i sensem - a wszystko to nasączone miriadami szczegółów, intensywne, soczyste, obfite, zmasowane, esencjonalne - to powoli zbliżymy się do tego, czym jest "Szczygieł".

Theodore Decker ma trzynaście lat, kiedy traci matkę w zamachu terrorystycznym na nowojorskie Metropolitan Museum. Ta wizyta w świątyni sztuki okaże się brzemienna w skutki, a przecież tak niewiele brakowało, a Theo nie znalazłby się tam wtedy, nie oglądałby z matką pierwszego obrazu, który naprawdę kochała - wypożyczonego z muzeum w Hadze "Szczygła" pędzla Carela Fabritiusa, ucznia Rembrandta i Vermeera - nie szukałby jej później w mlecznej zawiesinie kurzu i pyłu, nie spotkałby starego, umierającego człowieka, nie dostałby od niego osobliwego pierścienia, nie zabrałby z sobą niedużego płótna holenderskiego mistrza, które zmieściło się w plecaku. I oto od tego właśnie przypadku rozpoczyna się ta trwająca dekadę historia. Życie chłopca meandruje w nieprzewidywalny sposób, nie omija - wydawałoby się - żadnej mielizny i żadnej ostrej skały, przyśpiesza i zwalnia, niemal zatrzymuje się w cuchnących bajorach i rozlewiskach, by po chwili pognać dalej wartkim, nieprzewidywalnym strumieniem. Niczym fatum ( a może kotwica?) spina je przy tym niczym klamrą i utrzymuje w chybotliwej równowadze niezwykły obraz, o którym sam Theo mówi, że daje mu poczucie "bycia mniej śmiertelnym i mniej zwyczajnym".

Donna Tartt wysuwa na pierwszy plan kwestię, dlaczego ludzie czynią rzeczy, które sami definiują jako niewłaściwe, które - kiedy wychodzą na jaw - chwieją posadami ich życia, grożą kompletną ruiną i destrukcją. W kluczowym momencie pojawia się pytanie o dobro i zło, o rozmytą, nieuchwytną granicę, jaka oddziela jedno od drugiego. A może wcale tej granicy nie ma? Co jest w życiu ważne? Gdzie jest cel i sens w chaosie, beznadziei i zepsuciu, wypełniającym ludzką egzystencję? Theo doświadcza jednego i drugiego: chaosu i pustki, oraz piękna i miłości.

Pochłonięci zawiłymi wątkami losów głównych bohaterów: eterycznej, elfiej Pippy, przypominającego dziwacznego puchacza Hobiego, krzykliwej i plastikowej Xandry i wreszcie absolutnie kultowego Borisa, przygnieceni lawiną detali i zapachów (rysunek słojów drewna, woń bejcy, gra światła i cienia na obrazie, szaleństwo narkotykowych i alkoholowych odlotów) nie zapomnijcie o obrazie. O uwięzionym, przykutym do klatki kruchym, delikatnym ptaszku. I o nieśmiertelności piękna.


Pierwsze zdanie: "Byłem jeszcze w Amsterdamie, gdy po raz pierwszy od wielu lat przyśniła mi się mama." 
Gdzie i kiedy: Nowy Jork, Las Vegas, Amsterdam, współcześnie
W dwóch słowach: chłopiec i ptak
Dla kogo: dla kochających sztukę, kryminał, dziewiętnastowiecznych klasyków, Nowy Jork, opasłe księgi i... życie
Ciepło / zimno: 100°

czwartek, 23 kwietnia 2015

Harald Gilbers "Germania" - historia o Żydzie, gestapowcu i seryjnym mordercy



Wydawnictwo: DW PWN
Tytuł oryginału: Germania
Tłumaczenie: Agnieszka Hofmann
Data wydania: 20 kwietnia 2015
Liczba stron: 472
Cena: 34,90 zł

"Najbardziej uważnym czytelnikiem jest tłumacz" - jakże prawdziwe to słowa. Tłumacz nie jest zwyczajnym czytelnikiem, który prześliźnie się po tekście, zatrzyma tu i ówdzie, by pogalopować dalej, pomijając to, co nudne, błahe, miałkie. Tłumacz wchodzi w tekst na wiele długich tygodni, żyje nim i oddycha, aż przestaje traktować go niczym ciało obce i zaczyna tworzyć na nowo, w innym, (własnym?) języku. Słowa autora stają się jego własnymi słowami, myśli bohaterów - jego własnymi myślami. I nadchodzi taki moment, kiedy nie da już oddzielić się tekstu od własnej osobowości, kiedy staje się on cząstką tłumacza, zagnieżdża się w nim i zostaje, niczym osobliwy pasożyt - osobny byt, a jednak wchłonięty i udomowiony. 

Nie dziwcie się zatem, kiedy powiem, że pisanie o przetłumaczonej przez siebie książce jest trochę jak wprowadzenie na salony własnego dziecka, zaprezentowanie go światu przez rodzica przepełnionego dumą, ale i obawą, jak zostanie przyjęta wypieszczona latorośl. Spędziłam z "Germanią" wiele intensywnych tygodni, aż przeniknęła do mojej podświadomości, snów i codziennych myśli. Widziałam tłuste cielska bombowców wiszących nad zaciemnionym miastem i obracałam w ustach szewskie przekleństwa Hilde. Sprawdzałam, czy nie odpruła się gwiazda Dawida i rozkoszowałam aromatem prawdziwej ziarnistej kawy. Główkowałam gorączkowo, próbując wytypować mordercę, gnana instynktem łowczego i stawiałam opór wewnętrznej pokusie opóźnienia śledztwa. Byłam tam, przeżywałam to i odtwarzałam krok po kroku wszystko, co wydarzyło się tamtego lata pod koniec wojny, po polsku. 

A teraz "Germania" - moja wypieszczona latorośl - wyszła na świat. Nieprawdopodobna historia Żyda o znamiennym nazwisku Oppenheimer, byłego komisarza policji kryminalnej w Berlinie, który - choć zachował instynkt łowcy - nie jest już tym, kim był. Jest zastraszonym, stłamszonym i prawie odartym z nadziei cieniem człowieka. Aż do pewnej majowej nocy, kiedy zostaje zabrany przez gestapowca Voglera na miejsce bestialskiej zbrodni. I nagle dostaje szansę, by na krótko - na dzień? tydzień? miesiąc? - znów stać się tym człowiekiem, którym był. Wejść w skórę łowczego, którym był. I udowodnić - przede wszystkim sobie - że jeszcze nie umarł, że jest jeszcze pełnowartościowym człowiekiem, śledczym, policjantem. Wspaniały to pojedynek, w którym podłamany (ale nie złamany) były gliniarz staje w szranki nie tylko z niezidentyfikowanym zbrodniarzem, ale i z zimnym (na pewno?) nazistą, a de facto i z całą machiną hitlerowskiego imperium. I choć wiadomo z góry, że w tym pojedynku nie będzie zwycięzcą, że po zakończeniu śledztwa stanie się zbędny, to jednak walczy do końca - także o siebie i swoją miłość. 

Gilbers stworzył tę nieprawdopodobną (choć przecież wiemy, że rzeczywistość pisała jeszcze bardziej nieprawdopodobne) historię i umieścił ją w Berlinie - kulisach, które odtworzył w sposób wierny i drobiazgowy. Ta czy inna odsłona zapewne okaże się niespodzianką, nawet dla czytelnika obeznanego z historią. Pojawią się przerażające wątki Lebensborn i zaskakujące oblicze Bertolda Brechta, motywy autentycznych zbrodni, które wstrząsnęły Berlinem w czasie wojny i miejsca prawdziwe, owiane legendą - hotel Adlon, salon Kitty, osiedle funkcjonariuszy w Zehlendorfie. 

Może niektórym z Was przeszkadzać będzie lakoniczność narracji. Może uznacie, że ta relacja jest zbyt sucha, wyprana z emocji, faktograficzna. I owszem, nie znajdziecie tu łzawego melodramatu. Tu przemawiają fakty. I ludzkie losy. A także ludzkie decyzje i czyny. W nich jest wystarczający ładunek emocji, nie trzeba ich dodatkowo krasić zbędnymi słowami i ubierać w sukieneczkę kiczu. Autor poważył się na temat trudny, na którym niejeden się wyłożył, oskarżany o "banalizację zła". Mógł popaść w sentymetalizm, mógł potknąć się na kreacji głównego nazisty w tej opowieści, pójść na skróty, próbować wybielać (bo to jednak dobry nazista był) lub wręcz przeciwnie. Nie znajdziecie tu jednak gotowych osądów. Tylko próbę zarysowania pewnej nieprawdopodobnej, choć nie niemożliwej konstelacji. Ciekawi jesteście, jak z tego wybrnął?...

Oto moja latorośl. 


Pierwsze zdanie: "Światło wskazywało na dziesiątą przed południem." 
Gdzie i kiedy: Berlin, 1944
W dwóch słowach: Berlin i zbrodnia
Dla kogo: dla kochających Berlin, tropicieli nowych historycznych odsłon i fanów dobrego kryminału
Ciepło / zimno: 83°

piątek, 13 marca 2015

Lista bestsellerów tygodnika Spiegel - notowanie 12/2015



Pora na drugi w tym roku rzut oka na najbardziej prestiżową niemiecką listę bestsellerów. Trochę się tu dzieje. Trwają właśnie lipskie targi książki, a na rynku nastąpił związany z nimi wysyp nowości, co wyraźnie widać w koszykach czytelników. Zajrzyjmy do nich:


1. Martin Suter Montecristo (pol. -) 
Bar wzięty!... Tydzień po premierze najnowsza powieść znanego szwajcarskiego pisarza wylądowała na pierwszym miejscu. Polscy czytelnicy znają Sutera, ale czy go lubią? Dzięki Światu Książki mieli okazję przeczytać znakomitego "Kucharza" i dwie inne powieści. Montecristo to thriller o bankach, przekrętach i kryzysie finansowym, który miał być nauczką dla świata finansjery, a nie był... Znakomita intryga, ironiczne podteksty, zaskakujący koniec - tak piszą krytycy o tym dziele. A Krimifantamania właśnie przekonuje się, czy to czcze obietnice...

2.
 Michel Houllebecq Unterwerfung (oryg. Soumission
pol. w zapowiedziach WAB jesienią 2015) 
Sukces Francuza okazał się trwalszy niż mu wróżyłam. Rany wywołane zamachem na Charlie Hebdo zaczęły przysychać, ale tematyka najwyraźniej nie, toteż Niemcy gorliwie kupują i czytają Houllebecqa, choć przyrządzona przez niego strawa nie należy do lekkich. Polscy czytelnicy muszą się jeszcze uzbroić w cierpliwość, rodzima wersja tej powieści dopiero się rodzi...



3. Stephen King Revival (oryg. Revivalpol. Przebudzenie, wyd. Prószyński i S-ka) 
Nowy King został wydany w Polsce już jesienią zeszłego roku, Niemcy potrzebują zwykle trochę więcej czasu na tłumaczenie i przygotowanie książki do druku. Pierwszy tydzień sprzedaży przyniósł mistrzowi trzecie miejsce, nieźle, choć bywało lepiej. Zastanawia jednak strategia niemieckiego wydawcy, który zrezygnował ze zniemczenia tytułu, uznając, że czytelnicy skumają znaczenie słówka Revival. Praktykę tę coraz częściej spotyka się na niemieckim rynku, wydawcy wychodzą widać z założenia, że primo, niemiecki tytuł nie odda sensu i znaczenia, secundo, że czytelnik nie jest kretynem i słowo zna, a jeśli nie zna, to się domyśli. Ciekawe, czy kolejnym krokiem będzie rezygnacja z tłumaczenia książek w ogóle... Wtedy będę bezrobotna. 

4. Cornelia Funke Reckless. Das goldene Garn (pol. -) 
Jest wreszcie trzeci tom sagi Reckless! Niemiecka autorka, która (słusznie?) cieszy się opinią grand dame literatury dziecięcej, mozolnie tworzy swoje opus magnum, wplatając w opowieść o Jakubie, chłostanym przez los chłopaku, który żyje w świecie za lustrem, motywy z baśni i legend całego świata. Trzecia część cyklu czerpie ze skarbnicy baśni wschodnich, rosyjskich i orientalnych, zaroi się od kozaków, będzie car i Baba Jaga. Funke znowu czaruje słowem... Pierwsze dwa tomy wydał w Polsce Egmont, w tym jeden w tłumaczeniu sami wiecie kogo, los trzeciego na razie jest nieznany, może głos spragnionych dalszego ciągu czytelników zaważy?... Recenzja wkrótce. (Piękna okładka, notabene.)

5. Klaus Modick Konzert ohne Dichter (pol. -) 
Wybory niemieckich czytelników wprawiają mnie niekiedy w zdumienie. I czasem to zdumienie miesza się z podziwem i uznaniem. Tak jest w przypadku powieści Klausa Modicka o znamiennym tytule Koncert bez poetów, będącej historią kolonii artystycznej Worpswerde. Powieść osnuta jest na kanwie słynnego obrazu Heinricha Vogelera "Koncert". Pojawi się w niej Rilke, który stworzył coś w rodzaju ideowego programu kolonii. Poeta sportretowany tu został jako zmanierowany malkontent i egoman, zaś całość to prawdziwa gratka dla miłośników sztuki, poezji i historii. Literatura w swej najpiękniejszej odsłonie, przypominająca, że Niemcy nadal są narodem poetów i filozofów.

6. Kiera Cass Selection. Der Erwählte (oryg. Selection - The Onepol. Jedyna, wydawnictwo Jaguar) 
Zwrot o sto osiemdziesiąt stopni. Z literatury z najwyższej półki zeskakujemy na półeczkę z amerykańskimi młodzieżówkami. Niniejsze dzieło jest trzecim tomem cyklu o... nie wiem właściwie, pewnie jakimś wyjątkowym dziewczątku, które musi zbawić świat albo dokonać czegoś równie trudnego. Obecność na liście Spiegla dowodzi ogromnego potencjału rynkowego tej literatury, niezależnie od kraju. Zastanowiło mnie tylko jedno - polski tytuł sugeruje kogoś płci żeńskiej, niemiecki wyraźnie mówi o "wybrańcu" tudzież "jedynym". Hm... gender rządzi?

7. Cassandra Clare City of Heavenly Fire. Chroniken der Unterwelt (oryg. The Mortal Instruments. City of Heavenly Firepol. Miasto niebiańskiego ognia, wyd. MAG, jesień 2014) 
Pozostajemy w podobnych klimatach. Szósty tom cyklu o wampirach wydawany jest cierpliwie i w Polsce, widać temat jeszcze się nie znudził. Nie znam go, pewnie już nie poznam (nie ten target), ale dwie uwagi mam. Po pierwsze, to kolejny przypadek, kiedy niemiecki wydawca postanawia pozostać przy angielskim tytule (a co, młodzież jest wyedukowana lingwistycznie!), po drugie, wydawca bez skrupułów doi ową wyedukowaną młodzież (a właściwie mamuśki), bowiem książkę wydano w pięknej twardej oprawie - fakt, edytorskie cudo - i zażądano za nią... dwadzieścia pięć euro za egzemplarz. Za wersję kundlową - dwadzieścia, bez pięknej twardej oprawy... Płaczcie i płaćcie, miłośniczki wampirów.

8. Lucinda Riley Die sieben Schwestern (oryg. The Seven Sisters 1 - Maiapol. -) 
Już sama okładka sugeruje co trzeba. Lucinda Riley uszczęśliwia kobiety opowieściami o piętrowych perypetiach romantycznych bohaterek. W Polsce Albatros wydał już dwie powieści pani Lucindy, niniejszy tom stanowi pierwszą część cyklu o tytułowych siedmiu siostrach. Chyba będzie co czytać, bo jeśli każdej siostrze autorka poświęci jeden tom, to ho ho!...



9. T. C. Boyle Hart auf hart (oryg. The Harder They Comepol. w zapowiedziach WAB jesienią 2015) 
A z tego to się bardzo cieszę. T. C. Boyle jest jednym z tych wielkich amerykańskich pisarzy, którzy w Polsce są mało znani i raczej niedoceniani, i którzy nie dość, że pokazują Amerykę od jej ciemnej strony, to jeszcze robią to w sposób zachwycający. Boyle ma pazur. I go pokazuje. Więcej wkrótce.




10. John Grisham Anklage (oryg. The Gray Mountainpol. Góra bezprawia w zapowiedziach Albatrosa na maj 2015) 
Grisham pracowicie wypuszcza kolejne powieści, co rok nową, grzmi, piętnuje, wytyka palcem. Arcymistrza kryminału prawniczego kocham miłością czystą i bezwarunkową, a Góra bezprawia już czeka na lekturę. Wkrótce porozprawiam o tym bezprawiu.




Zwykle na pierwszej dziesiątce kończę, ale dziś zrobię wielki wyjątek i pokażę Wam jeszcze miejsce jedenaste i dwudzieste, bo aż serce skacze, i to jak!

11. John Williams Butcher's Crossing (oryg. Butcher's Crossingpol. -) 
Tadaaam!... Jest już kolejna książka Johna Williamsa! Pamiętacie? O "Profesorze Stonerze" pisałam tutaj,  moim zachwytem udało mi się zarazić parę osób, i oto doczekałam się wydania jeszcze jednej powieści tego odkrytego po latach pisarza. Pomijając fakt, że znowu mamy wydawcę preferującego nietłumaczenie tytułu (powiedzmy, że w tym wypadku, jako że mamy do czynienia z nazwą własną, można to jeszcze zaakceptować), to okładka jest przecudnej urody, zaś wzmianki o treści obiecują wiele. Bardzo wiele. O wrażeniach z lektury nie omieszkam napisać.

20. Patrick Rothfuss Musik der Stille (oryg. The Slow Regard of Silent Thingspol. Muzyka milczącego świata, wyd. Rebis, marzec 2015) 
No i co, nie czytają ludzie fantastyki?... Czytają! Patrick Rothfuss stworzył, a właściwie tworzy w swoich Kronikach Królobójcy jeden z najciekawszych światów i udowodnił, że fantasy potrafi być po prostu dobrą literaturą. Muzyka milczącego świata nie jest kontynuacją Imienia wiatru ani Strachu mędrca, lecz rozwinięciem jednego z wątków pobocznych, ale i tak jesteśmy wdzięczni autorowi za przerwanie przedłużającego się milczenia... Zaspokojeni chwilowo, czekamy na ukazanie się The Doors of Stone. A swoją drogą, czy ktoś wie, jak się Rothfuss sprzedaje w Polsce?

To tyle najnowszych wieści z tutejszych księgarni. I co Wy na to?...

środa, 11 marca 2015

Mo Hayder "Wolf" - czyli o kolejnym bardzo złym wilku



Wydawnictwo: Goldmann
Tytuł oryginału: Wolf
Data wydania: 23.02.2015
Liczba stron: 448
Cena: 14,99 euro

W księgarniach pojawiła się świeżutka, najnowsza Mo Hayder, którą Krimifantamania kupuje z definicji, na przekór, wbrew i pomimo. Pewnym autorom pozostaje się po prostu wiernym i już. Pachnący drukarską farbą "Wilk" został zatem skonsumowany na miejscu i jednym mlaśnięciem. Obyło się bez gorzkiego posmaku, bez czkawki i wzdęć, choć posiłek ów krwawym był i do lekkostrawnych raczej się nie zaliczał.

Brytyjska autorka znalazła swoją metodę na zdobywanie czytelników. Jest prosta i skuteczna: to szokowanie. Szokowanie okrucieństwem, łamaniem tabu, przekraczaniem granic. Ale nie tylko. Na nic nie zdałoby jej się epatowanie bestialstwem i nurzanie w horrorze, gdyby nie łączyła tego z wyrafinowaną intrygą, perfekcyjnym researchem i szczyptą mistycyzmu, nutką tego niepojętego czegoś na granicy realizmu i mitu, ale zawsze, niezmiennie dającego się wyjaśnić w sposób racjonalny. Recepta ta z reguły się sprawdza i dzięki niej mogliśmy pokrywać się gęsią skórką przy Ptaszniku, The Treatment (niewydanej w Polsce, dlaczego?), The Pig Island (również), Tokyo (również). Z reguły, bowiem zdarzało się, że niektóre produkty, sporządzone wedle tej sprawdzonej receptury, nie spełniły wysokich wymogów jakościowych, co pomijaliśmy  milczeniem lub kwitowaliśmy wyrozumiałym machnięciem ręki. A czy spełnia je"Wilk"?

To już siódma część cyklu z Jackiem Caffertym w roli głównej. Jak zawsze przy długich seriach, nowe tomy niosą ze sobą radosne wyczekiwanie, chęć zaspokojenia głodu ("i co dalej"), oraz nieuchronne zmęczenie materiału ("no ileż można"). Nie da się ukryć, że w tym wypadku "no ileż można" było dominującym wrażeniem przez znaczną część lektury. No bo ileż można kibicować odwiecznej traumie Cafferty'ego, jego obsesji związanej ze starym pedofilem Pendereckim i nigdy nieodnalezionym ciałem zaginionego brata, przy całej sympatii dla oślego uporu i psiego instynktu pana policjanta?... No ileż można?... Okazuje się, że długo. I choć autorka chyba nadal jeszcze nie wyczerpała tematu, to wreszcie zecydowała się rzucić na koniec parę ochłapów, wyjaśniających to i owo, ale jednocześnie pogrążających jeszcze w głębiej w cierpieniu nieszczęsnego detektywa. Przynajmniej tym razem obyło się bez pani nurek Flei, czy jak jej tam.

Ale to tylko tło całej opowieści, towarzyszące jej niczym bzyczący, upierdliwy komar, którego nie sposób się pozbyć. Autorka serwuje tym razem scenariusz niemal kameralny, ograniczony do jednego, za to bardzo mrocznego miejsca - letniej rezydencji schorowanego milionera Olivera Anchora-Ferrersa, który dorobił się na technicznych cackach dla przemysłu zbrojeniowego. Oliver przyjeżdża z żoną i dorosłą, ale "trudną" córką do położonego na odludziu domostwa, by odpocząć po trudach operacji wszczepienia świńskich zastawek. Pobyt już pierwszego dnia zamienia się w horror, kiedy w Matilda, żona milionera, w pobliskim lasku znajduje rozwieszone na drzewach wnętrzności... Zszokowana rodzina doskonale pamięta zbrodnię, jaką popełniono niedaleko stąd piętnaście lat temu. Sprawca wprawdzie od dawna odsiaduje karę, w dodatku w posiadłości przypadkiem pojawiają się policjanci, których od razu można powiadomić o niepokojącym znalezisku, ale... nie działa telefon stacjonarny, komórkowe zaś nigdy nie miały tu zasięgu, a dwaj detektywi okazują się... no własnie, kim?

Schemat nie jest nowy ani nowatorski, a jednak Hayder po mistrzowsku tak tasuje karty, że z tej zgranej talii co rusz wyskakuje nowy joker, a pikowa dama wykonuje klasyczną woltę, odwracając bieg całej partii. I pewnie wszystko pozostałoby przy mrożących krew w żyłach flakach i laserach, gdyby nie detale, dowodzące wielkiej rzemieślniczej sprawności autorki. Duży plus za atmosferę posępnego angielskiego gmaszyska oraz niepowtarzalną, niesamowitą postać Walking Mana - to jedna z najlepiej wykreowanych figur drugiego planu w całej literaturze kryminalnej. Całość jest kawałkiem porządnej rozrywki, krwistym, esencjonalnym, sycącym. Aż się chce pogonić wydawców, by skupili się na soli tego gatunku, zamiast upychać na rynku mdłą papkę i kolejne sklonowane powieści. Bo Mo Hayder jest już solą gatunku.



Pierwsze zdanie: "Amy ma pięć lat i w ciągu tych pięciu lat jeszcze nigdy nie widziała, by mama tak się zachowywała." 
Gdzie i kiedy: Sommerset, Anglia, współcześnie
W dwóch słowach: flaki i lasery
Dla kogo: dla miłośników tych nieco badziej krwawych thrillerów i zbrodniczych serii
Ciepło / zimno: 79°