Ads 468x60px

Featured Posts

wtorek, 29 lipca 2014

Lista bestsellerów tygodnika Spiegel - notowanie 31/2014



Natchniona wczorajszym powrotem, uskrzydlona Waszymi słowami, naładowana energią, rozedrgana pozytywnymi wibracjami i przepełniona chciejstwem, ruszam z kopyta. Kopyto będzie klasyczne i tradycyjne: przeskoczymy przez granicę i sprawdzimy, co czytają Niemcy. A że klasycznie, to skupimy się na pierwszej dziesiątce bestsellerów w twardej oprawie, czyli swoistym creme de la creme aktualnych czytelniczych preferencji naszych zachodnich sąsiadów. No to wio!...




1. Kerstin Gier Silber. Das zweite Buch der Träume (pol.-) 
O tej książce należy się Wam słów kilka. Pisarki zapewne nie trzeba nikomu przedstawiać: owszem, to ta Kerstin Gier, autorka niezwykle poczytnej Trylogii Czasu, znanej także i w Polsce. Powieść, która od paru tygodni okupuje pierwsze miejsce, jest drugą częścią innej trylogii, trylogii Silber. W paru słowach o treści: piętnastoletnia Liv Silber rozpoczyna nowe życie w Londynie: nowa elitarna szkoła, nowy przyjaciel matki, nowy dom i otoczenie. Sztampa?... Nie. Bo Liv śni. Śni niezwykle realistycznie i barwnie. I spotyka w tych snach ludzi. Którzy potem na jawie zdradzają szczegóły ze snów, których znać przecież nie mogą... chyba że... śnią to samo. Razem z Liv.
Powiem jedno: oba tomy są rewelacyjne! Świetny zaprawiony ironią styl, niesztampowa fabuła, lekkość i ciepło - znakomita, wakacyjna lektura. Więcej: pierwszy tom jest już przetłumaczony (tak, dobrze zgadujecie) i po redakcji. A nawet po składzie. Ale jeśli nie wydarzy się cud, to nigdy się nie ukaże w Polsce. Wydawnictwo, które kupiło prawa do całej trylogii, zrezygnowało z publikacji (lepiej nie pytajcie o powody, bo i tak nie odpowiem. Albo odpowiem niecenzuralnymi słowami i zrujnuję sobie opinię). Więc módlcie się o cud i... nowego chętnego do wydania.

2. Diana Gabaldon Ein Schatten von Verrat und Liebe (oryg. Written in My Own Heart's Blood, VIII tom sagi Outlander pol.-)
Niemcy kochają Dianę Gabaldon miłością absolutną. Nie są to do końca moje klimaty, więc czytającym historyczne sagi pozostawiam do rozstrzygnięcia kwestię, czy warto sięgać po tę cegłę (992 stony).




3. Jan Weiler Das Pubertier (pol.-)
Pozycja z gatunku satyryczno-humorystycznego. Jan Weiler, znany już z podobnych dzieł, popełnił 22 opowiastki o... dojrzewających nastolatkach. Każdy, kto ma w domu podobną istotę, wie, jak to jest, gdy różowe gładkie dziecięce twarzyczki przemieniają się w plantację pryszczy, a kończyny, nosy i inne wypustki powiększają w zastraszającym tempie. Okresowo zanika komunikacja, ponieważ z powodu przerwy technicznej mózgi są przejściowo wyłączone z eksploatacji . Dobry pomysł na książkę?... Na pewno. Na horror chyba. Swoją drogą, tytuł tej książki mógłby pretendować do kolejnego odcinka cyklu "przetłumaczyć nieprzetłumaczalne"...

4. Donna Tartt Der Distelfink (oryg. The Goldfinch, pol.-)
Autorka, która pisze jedną książkę na dziesięć lat. Fani jej "Tajemnej historii" wyczekiwali nowej powieści Tartt jak bomby dekady i wreszcie jest! Niesamowite jest to, że choć to proza niezbyt przystępna, wymagająca od czytelnika pewnego wysiłku, to od kilku miesięcy sprzedaje się (w Niemczech) rewelacyjnie. Jeszcze nie czytałam, ale to tylko kwestia czasu... Dobra wiadomość dla miłośników Tartt w Polsce: jak donosi sam tłumacz, książka "się tłumaczy"  i zostanie wydana na początku przyszłego roku przez Literanovę.  


5. Kerstin Gier Silber. Das erste Buch der Träume (pol.-)
To pierwszy tom wspomnianej powyżej trylogii. Ten już przetłumaczony. Ach, jak dobrze się pracowało nad tym tekstem...







6. Marc Elsberg Zero. Sie wissen, was du tust (pol. -)
Typowy thriller. Coś o wszechobecnej inwigilacji, czyli temat bardzo na czasie. Poprzednia powieść Elsberga (autor jest Austriakiem) czytała się znakomicie, z perspektywy czasu wspominam ją bardzo dobrze, choć nie jest oczywiście dziełem wiekopomnym, a pisałam o niej tutaj. Moim zdaniem wydawcy powinni się bić o te książki, bo chwytliwe i nieźle napisane.




7. Jonas Jonasson Die Analphabetin, die rechnen konnte (oryg. Analfabeten som kunde räkna, pol. -)
Kolejny bestseller Jonassona (tego od "Stulatka"), o równie intrygującym tytule ("Analfebetka, która umiała liczyć"). Tym, którym "Stulatek" się podobał, zapewne spodoba się i "Analfabetka" - nie czytałam żadnej z nich, ale mam w planach.





8. Donna Leon Das goldene Ei (oryg. The Golden Egg, pol. -)
...czyli dwudziesta druga odsłona z komisarzem Brunettim. Swoich fanów ma, pieszczoch Niemców, którzy pracowicie dokonują kolejnych adaptacji filmowych (które czasem nawet oglądam, jak nic innego nie leci). Do czytania tej serii jakoś nie mogę się przemóc. 





9. John Williams Stoner (oryg. Stoner, pol. -)
Jedna z wielkich zapomnianych powieści amerykańskich. John Williams opowiada o życiu mężczyzny, który przychodzi na świat w rodzinie farmerów i z czasem odkrya namiętność do literatury i zostaje profesorem. To historia powściągliwego życia, które pozostawia niewiele śladów. Powieść o przyjaźni, o małżeńskie, powieść uniwersytecka, społeczna i o pracy. A także powieść o miłości. I o tym, co to znaczy być człowiekiem. Nie wiem, jak Wy, ale do mnie to przemawia. I chcę przeczytać tę książkę przed końcem lata. 


10. Hans-Josef Ortheil Die Berlinreise (pol. -)
Książka, po której chyba nikt nie spodziewał się, że zostanie bestsellerem. To pamiętnik autora z lat dziecięcych, świadectwo podróży do Berlina lat sześćdziesiątych, kilka lat po wzniesieniu muru berlińskiego i rok po wizycie Kennedy'ego. Podobno bardzo dobra.





I jak? Jest się o co bić? Coś Was nęci? Odstręcza? A może jest tu jakieś "must read"?...

poniedziałek, 28 lipca 2014

Nieśmiała próba...


Kochelsee (byłam w ostatni weekend)
...powrotu. Dwa miesiące nieobecności to w erze internetu cała wieczność. Pamiętacie mnie jeszcze?... Krimifantamania pokryła się warstewką kurzu, którą niniejszym spłukuję krystalicznymi wodami jeziora Kochel.

Pytacie się zapewne, dlaczego. Skąd to milczenie, dokąd ta ucieczka?... Mogłabym Wam opowiedzieć o ostatnim roku, który dokopał nam jak mało który. Mogłabym opowiedzieć o walce z wiatrakami (a właściwie wydawnictwami), które ostatecznie pozbawiły mnie złudzeń co do polskiego rynku wydawniczego, moralności wydawców i kultury prowadzenia biznesu w Polsce, mogłabym trysnąć jadem i polać goryczą. Mogłabym napomknąć o narastającej patologicznej awersji do blogowania, serwisów społecznościowych i internetu w ogóle. O pragnieniu zniknięcia, wtopienia się w tło. O buncie, negacji i tęsknocie. O inercji, zasklepianiu się w sobie i stanie przetrwalnikowym. O odchodzeniu bliskich, o spóźnionych pożegnaniach i godzeniu się na rzeczywistość. O przymusach i koniecznościach. O tchórzostwie i straceńczej odwadze. Mogłabym napisać o paru książkach, które pomogły mi przetrwać ostatnie tygodnie. I o tych, które zaczęłam i porzuciłam. Bo były zbyt miałkie, zbyt ą i ę, zbyt ponure, zbyt wesołe, albo po prostu nie wstrzeliły się w czas i klimat.

Ale ponieważ ten post jest zaledwie nieśmiałą próbą powrotu, to o niczym takim nie napiszę. Niczego też nie obiecam ani nie zadeklaruję. Tylko sprawdzę, czy jeszcze mam o czym pisać. I dla kogo.
PS. Dziękuję Ann RK, Kasi Hordyniec, Oisajowi, Jane Doe i wszystkim innym, którym moja nieobecność nie była obojętna.
Winnica w Markgräflerrand (byłam w poprzedni weekend)

środa, 4 czerwca 2014

Mamut czerwcowy


Może nie recenzuję ostatnio zbyt wiele, ale za to czytam. W związku z tym, w charakterze zapchajdziury, obfotografowałam ostatnie łupy (czyli tradycyjnego już mamuta). Trochę niepokoi mnie nieistotny w sumie detal, że książek nadal przybywa prędzej, niż je przerabiam, ale co tam. Na mamuty też polowali nie to, żeby zżerać od razu.

Tak sobie patrzę na to moje czerwcowe mamuciątko i serce mi rośnie z dumy, podskakując z radości. Jeśli bowiem rozłożymy tuszkę superostrą damasceńskią klingą, to okaże się, że na samym szczycie leży łup łupów czyli najnowszy Nesbo, niespodziewana przesyłka od Wydawnictwa Dolnośląskiego, która wprawiła mnie w lepszy nastrój niż butelka Sancerre, chłodząca się w lodówce, czekając na sobotnią okazję. Reszta to najnowszy Czubaj oraz zupełnie nowe nazwisko, które wywołuje w necie sporo pozytywnego szumu: Paweł Majka i jego "Pokój światów".


Fantastyczna trójka, czyli Vandermeer i pierwsza część jego trylogii Southern Reach, najnowszy Pratchett i opowiadania Wattsa.


I jeszcze dwie MAG-owskie kobyły, które wolałabym mieć na czytnik, ale jak nie ma, to się mówi trudno i ćwiczy biceps. Nowy wydanie Stephensona oraz Clive Barker i jego "Imajica". Jeśli mnie ktoś spyta, co mnie kręci bardziej, to czuję się jako ten osioł, któremu w żłobie (mamuta) dano...


I dwie kolejne kobyły, tym razem po niemiecku. Pierwsza cieszy mnie szczególnie, bo nie dość, że to najnowsza Donna Tartt i jej "The Goldfinch" (no tak, minęło kolejne dziesięć lat), to w dodatku udało mi się tomisko upolować w Hugendublu za... 3 euro (a normalna cena to 25!!!), bo obwoluta była naddarta o 2 milimetry w jednym miejscu... A niby w Niemczech obowiązuje ustawa o stałych cenach na książki... Druga to łup biblioteczny, również nowość, która ukazała się także i w Polsce, czyli Zadie Smith i "London NW". Mniam.


Dalszy ciąg łupów bibliotecznych:


Od lewej: najnowszy Coetzee i "Childhood of Jesus" - podobno rewelacyjna historia, na przekór tytułowi nie jest to książka religijna ani historyczna. Pośrodku kontrowersyjny Michael Chabon i jego "Telegraph Avenue" - jedni psy wieszają, inni pieją z zachwytu. Lubię takie polaryzujące książki. No i nowa gwiazdka na literackim nieboskłonie w Niemczech, czyli Katja Petrowskaja. To pisząca po niemiecku Ukrainka z pochodzenia, która w zeszłym roku została wyróżniona Ingeborg-Bachmann-Preis. Zerknęłam do środka i stwierdziłam, że to bardzo piękna proza.


I last, but not least, dwie książki z mojego ulubionego niemieckiego wydawnictwa Golkonda: Malte S. Sembten i jego antologia opowiadań grozy. Jedno z opowiadanek już łyknęłam i podobało mi się - mnie! wrogini! opowiadań! Druga to też zbiór opowiadań (co się ze mną dzieje?!...), tym razem Teda Chianga. Fajne okładki, prawda?...

W tym tygodniu kupiłam też sporo e-booków, ale o tym innym razem.

niedziela, 1 czerwca 2014

Żyję i oglądam dmuchane penisy


Monachium, Marienplatz i ratusz

No więc żyję. Jeszcze. Nawet jeśli wieczorami, mimo składanych sobie solennych obietnic, nie jestem w stanie popełnić najmniejszego nawet wpisu na blogu, skręcana ostrą awersją do klawiatury i monitora, wyjałowiona po obligatoryjnych siedmiu stronach tłumaczenia, które to pensum narzuciłam sobie, żeby zdążyć i dotrzymać szalonego terminu (dlaczego ja to robię?!), to jednak ciągle żyję. A nawet znajduję energię i skrupulatnie wyskrobuję resztki czasu na dekadenckie spacery po Monachium.

Miasto dławi się od turystów. Nawet jeśli osierocona Theresienwiese przeczy tym słowom i straszy trochę (lub koi, to zależy od punktu widzenia) ogromną, pustą przestrzenią. Już za miesiąc zaczną się tu uwijać budowniczowie piwnych hal, w których pod koniec września poleje się płynny chleb z pianką, wprawiając jeszcze większe rzesze turystów i miejscowych w chmielowy rausz. Do tego czasu Wies´n przypominają kamienną pustynię, po której hula wiatr i tylko czasem przemknie jakiś rowerzysta.

Theresienwiese, 31.05.2014
Zupełnie inaczej jest w ścisłym centrum. Tam każdy spłacheć zieleni wykorzystuje się do leniuchowania i wypoczywania - czilowania, jak się dziś mówi.

Monachium, Marienhof
Jedni leżą, inni siedzą i gwarzą, wciągając złote płyny i smakowite wurszty. Każdemu według potrzeb.
Monachium, Viktualienmarkt
Viktualienmarkt przyciąga jak zawsze bachusową rozwiązłością, orgią kolorów, zapachów i smaków. Uwielbiam to miejsce. Cieszę oko, bo na więcej nie pozwala wrodzone lenistwo i niechęć taszczenia lukullicznych wyrobów przez pół miasta.

Viktualienmarkt, stragan z serami
Choć jak tak patrzę na te sery, to żałuję, że nie wzięłam paru śmierdziuchów. Byłoby jak znalazł po męczącym dniu, do kieliszka dobrego spätburgundera.

Viktualienmarkt, smakołyki na ostro
Do tego odrobinę antipasti i coś ostrego na ząb...

Viktualienmarkt, stragan z ziemniakami
... a żeby nie było, że tu same luksusy - wiktuałem może być również żywność przyziemna (a właściwie podziemna), siermiężna, słowem - kartoflana.

Monachijski oryginał
Ach, z jaką łatwością to miasto oszałamia i zachwyca przyjezdnych! Z jaką bezwstydną oczywistością czaruje i wprawia w zdumienie!... I ma czym. Na każdym rogu jakiś miejscowy dziwoląg, wszędzie miejscowy folklor, manifestowany naturalnie i z wrodzonym wdziękiem.

Monachium, Odeonsplatz
Wdzięku nie brak zresztą i przyjezdnym, jak choćby amerykańskim turystom, wędrującym po mieście z własnym saturatorem oraz wyposażeni w odpowiednią odzież.

Odsapa w cieniu ogrodów królewskich
Po odsapie w chłodzie ogródów królewskich nastąpił odwrót - czekały jeszcze dwie z siedmiu upierdliwych stron.

Jeszcze dobry tydzień i powrócę - mam nadzieję - w glorii i chwale, gotowa nękać Was kolejnymi notkami o książkach, o tłumaczeniu, a także o tym, jak tu się w ogóle żyje (taki sobie nowy cykl zaplanowałam). A teraz wybaczcie, jestem w trakcie trzeciej stony (z siedmiu)...

niedziela, 18 maja 2014

Chimamanda Ngozi Adichie "Americanah" (Amerykaana) czyli przygody Nigeryjki w kraju bez rasizmu




Wydawnictwo: S. FISCHER
Tytuł oryginału: Americanah
Data wydania: 15.04.2014
Liczba stron: 600
Cena: 24,99 euro
Mieszkam w kraju, w którym się nie urodziłam i nie dorosłam. Mówię językiem, który nie był językiem moich rodziców. Bez akcentu, co znacznie ułatwia życie. Mam jasne włosy i skórę. Wtapiam się. Nikt, kto mnie zobaczy na ulicy czy usłyszy podczas przygodnej rozmowy, nie domyśla się nawet, że nie jestem stąd. Dopiero kiedy przedstawiam się z imienia, następuje króciutki moment konsternacji, zanim rozmówca parę razy skaleczy je w desperackiej próbie jego zapamiętania, albo pominie milczeniem, by później starannie unikać zwracania się nim do mnie.

Każdy jest cudzoziemcem. Każdy, kto choć raz wysunie nos poza granice własnego kraju, staje się cudzoziemcem, biorąc na siebie bagaż wszystkiego, co z tym związane. Doświadcza tego i Ifemelu, która dopiero wyjeżdżając z Nigerii do Stanów Zjednoczonych dowiedziała się, że jest czarna. I co to naprawdę oznacza. Bo w odróżnieniu ode mnie, po Ifemelu od razu widać (i słychać, mimo odebranej starannej edukacji, która jednak odbyła się w większości w Nigerii) obcość i inność. Toteż młoda Nigeryjka początkowo z wielkim zapałem uczy się obcych jej kodów i niezrozumiałych zachowań, naśladując amerykański akcent i starając się wtopić. Później, kiedy dociera do niej cała prawda i absurdalność segregacji rasowej, której oficjalnie w Ameryce nie ma (a już na pewno nie za rządów Baracka Obamy), z premedytacją i przekorą powraca do nigeryjskiego akcentu, automatycznie spadając o parę szczebli w skomplikowanej hierarchii etnicznej wartościowości. Ifemelu właściwie "się udało". Ma białego chłopaka - wykładowcę Yale, ma stypendium elitarnej uczelni. W świecie, którego reguły ustalają biali, pisze blog i publikuje swoje spostrzeżenia z życia w kraju bez rasizmu, pisze o tym, co ją spotyka, o ludziach, z którymi rozmawia i o tym, co widzi i czego doświadcza. Pisze trochę naiwnie, czasem złośliwie, bardzo szczerze, demaskatorsko i prowokatorsko. Pisze również o swym przesycie polityczną poprawnością i wszechobecnymi głosami przeciwko dyskryminacji, postulując, by pozwolić jej samej ocenić, czy niewymawialne słowo na "n" jest dla niej obraźliwe czy też nie.

"Amerykaana" jest eposem uchodźczym, choć opisani tu ludzie, szturmując zamożną twierdzę bogatych białych, nie uciekają przed głodem, wojną czy prześladowaniami. Ifemelu i Obinze to "Afropolitans", złote dzieci swego kraju, wychowane w wykształconych, anglofilskich rodzinach. To również powieść o zawieszeniu między dwiema kulturami, bezpowrotnym i ostatecznym. To także panorama życia we współczesnej Nigerii. Niebagatelną część tej powieści zajmuje również dyskurs o włosach. Serio. Adichie z humorem i zadziornością pisze o afrykańskich włosach. O ich właściwościach i konsekwencjach. A także o tym, dlaczego na głowie First Lady nigdy nie zobaczymy warkoczyków ani dredów.

I choć znajdziemy tu mnóstwo treści politycznych, to jednak nie jest to ciąg politycznych manifestów ani karykaturalnych scenek. Klamrą, spinającą całość, jest historia miłości Ifemelu i Obinze. Przepiękna historia wielkiego uczucia, opisana bez łzawości i taniego sentymentalizmu. To ważna książka. Może nie obrazoburcza, nie rewolucyjna, ale ważna. Adichie przemawia głosem nowego pokolenia pisarzy, którzy doświadczają daru (lub klątwy) podwójnej perspektywy. Przerywając hermetyczność literackich światków widzą rzeczy, niedostrzegane przez zasiedziałych i pozbawionych świeżego spojrzenia literatów. Po raz kolejny sprawdza się, że najciekawsze zjawiska we współczesnej literaturze pojawiają się na styku kultur i języków. Czytajcie Adichie, jest wspaniała.


Pierwsze zdanie: "Princeton latem nie pachniało niczym, a chociaż Ifemelu lubiła spokojną zieleń licznych drzew, czyste ulice i okazałe domy, nieco przesadnie drogie sklepy i harmonijną, niezmienną atmosferę zasłużonej elegancji, to właśnie ów brak woni podobał jej się najbardziej, może dlatego że wszystkie inne amerykańskie miasta miały swoje niepowtarzalne zapachy.*" 
Gdzie i kiedy: Nigeria, Wielka Brytania, Stany Zjednoczone, lata dziewięćdziesiąte i współcześnie
W dwóch słowach: epicka i obnażająca
Dla kogo: dla lubiących być na bieżąco w światowej współczesnej literaturze, niebanalne historie miłosne i Afrykę
Ciepło / zimno: 95°
* tłumaczenie własne na podstawie przekładu niemieckiego
Książkę przeczytałam w ramach wyzwania "Blackout" w kategorii "napisana przez kobietę".

sobota, 10 maja 2014

Z lampką wina i cygarem o psychopatach...


Veit Etzold, autor powieści "Cięcie" (c) Misbehaviour

Dziś zapraszam Was nie na recenzję, a na wywiad (klik) z Veitem Etzoldem, którego powieść "Cięcie" niedawno omówiłam na portalu Zbrodnia w Bibliotece. Wywiad tamże. Pan Etzold okazał się bardzo sympatycznym człowiekiem (niech Was nie zmyli to ponure zdjęcie, nawet jeśli żona autora pracuje jako medyk sądowy), zaś z rozmowy wyłania się obraz perfekcjonisty i profesjonalisty, który niczego w tym, co robi, nie pozostawia przypadkowi. Poczytajcie o krwawych thrillerach, a potem delektujcie się weekendem, w końcu to piękny maj!

środa, 30 kwietnia 2014

Robert Silverberg "Dying inside" (Umierając żyjemy) - czyli był sobie telepata


                     
Wydawnictwo: Heyne
Tytuł oryginału: Dying Inside
Tłumaczenie: Gisela Stege
Data premiery wydania oryginalnego: 1972
Liczba stron: 225
Cena e-booka: 3,99 euro 


Wydawnictwo Heyne niezaprzeczalnie ma ogromne zasługi na polu krzewenia fantastyki, wydaje dużo, wydaje tytuły, których nie znajdziecie w innych domach wydaniczych i wydaje - uwaga - zapomnianą już klasykę fantastyki. Bez większego szumu, ale regularnie wznawia dzieła, które na dobre wpisały się do kanonu fantastycznego, o ten kanon się otarły, a nawet wylądowały gdzieś całkiem z boku, często są dziś już zupełnie niedostępne lub pojawiają się jak pożółkłe efemerydy na półkach antykwariatów. Że większość tych tytułów wznawiana jest wyłącznie w formie elektronicznej na czytnik? Mnie to akurat nie przeszkadza, a wręcz odwrotnie - stanowi wielki atut, bo w ten sposób mogę za przystępną cenę uzupełnić zbiory.

"Umierając żyjemy" pióra niezwykle płodnego literacko Roberta Silverberga ukazało się niedawno w tej serii wznowień klasyki s-f. Niezbyt duża objętościowo powieść jest chyba dość nietypowa dla całości twórczości Silverberga, właściwie prawie mainstreamowa, ale pokazuje, że science fiction to nie tylko gwiazdy, rakiety i cyborgi. Powieść, uboga w akcję i spektakularne efekty, a bogata w walory literackie i powalającą finezję psychologiczną, można podsumować lapidarną frazą: wynurzenia pewnego telepaty.

David Selig, niezwykle oczytany i wyształcony czterdziestoletni nowojorczyk, pracujący jako ghostweiter, potrafi czytać w ludzkich myślach. Dosłownie. Wnika w umysły napotykanych osób, mentalnie je eksploruje, czasem muska je ledwie swymi mackami, czasem brutalnie gwałci i wdziera się bezceremonialnie do naintymniejszych pokładów ludzkich doznań. I nie tylko ludzkich. Potrafi wejść w niewielki łepek pszczoły i doznać uczucia maleńkości, skrzydlatości i włochatości, poczuć suchy świat owada: bezkrwisty i wysuszony. Wraz z owadem wbija się w wilgotne, parne, ciężkie od pyłku wnętrze kwiatu i fasetowymi oczami patrzy na świat, podzielony na popękany na tysiąc kawałków szary świat.

Dar czy przekleństwo? Selig jest przekonany, że to drugie. Rozdarty, niedowartościowany, mimo dodatkowego "trzeciego oka" błądzący po omacku, nieudolny w socjalnych kontaktach, samotny i wyobcowany. Jest przekonany, że jest wyjątkiem, tragiczną anomalią, okrutnym żartem genetyki, do momentu, kiedy spotyka Nyquista, który - ku jego ogromnemu zdumieniu - również jest telepatą. I to takim, który traktuje swoje nadnaturalne zdolności zupełnie inaczej niż Selig: Silverberg, konfrontując te postacie, demonstruje, jak własne nastawienie, narzucone przez siebie okowy i granice determinują los człowieka. Nyquist bez najmniejszych skrupułów korzysta z daru, o który - jak sam mówi - nie prosił. I dobrze z nim żyje. Bardzo dobrze żyje. Jakby tego było mało, David pewnego dnia stwierdza, że jego dar zanika. Życie z telepatią wydawało mu się gehenną, bez niej staje się szare, wymarłe, popsute. Mentalna impotencja zamienia jego egzystencję w piekło.

Okładka wydania polskiego
Niewiele tu akcji, sporo bezpośredniego zapisu przepływu świadomości. Linearność fabuły jest zakłócona licznymi retrospekcjami, narracja chaotycznie waha się między pierwszoosobową a trzecioosobową, często w środku zdania. To poszatkowanie zwiększa weryzm osobliwego wglądu w myśli telepaty. Trzeba przyznać, że "Umierając żyjemy" to może nie najlepsza, ale z pewnością najbardziej realistyczna, najintymniejsza, najwnikliwsza opowieść o telepatii - warto popłynąć z mentalnym prądem Seliga choćby po to, by potowarzyszyć mu w seksualnych eskapadach, zintensyfikowanych doznaniami partnerki - co jest fascynujące i brudne zarazem, na granicy dobrego smaku. Ale za to jak rewelacyjnie napisane! Niedowiarkom, mentorskim tonem deprecjonującym walory literackie dzieł z gatunku fantastyki powinno się podsuwać takie powieści celem zdyskredytowania ich wstecznych przekonań.

Całości dopełnia interesująca panorama amerykańskich realiów przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych: Wietnam, rewolucja seksualna, wszechobecna konsumpcja rozmaitych środków psychotropowych, nieco odmienna od współczesnej wizja kwestii rasowej - wszystko to widziane oczami telepaty. Ale żeby nie było zbyt różowo, dodam, że to powieść niełatwa w odbiorze, momentami bardzo chaotyczna, hermetyczna i nie zawsze lekkostrawna. W Polsce wydana została przez Rebis w serii z Salamandrą. Dla koneserów? Nie tylko, także dla czytelników głównonurtowych, gotowych na mentalne eksperymenty.


Pierwsze zdanie: "Znowu muszę pojechać na uniwersytet i zdobyć trochę dolarów." 
Gdzie i kiedy: Nowy Jork, lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte XX wieku
W dwóch słowach: telepatia i entropia
Dla kogo: dla telepatów, dla czytelników głównonurtowych i miłośników amerykańskich realiów lat siedemdziesiątych
Ciepło / zimno: 75°

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Eksplorując nieznane.