Ads 468x60px

Featured Posts

wtorek, 10 lutego 2015

Michael Connelly "Der fünfte Zeuge" (Piąty świadek) czyli igrzyska manipulacji



Wydawnictwo: Knaur
Data wydania: 11.01.2013
Liczba stron: 640
Tytuł oryginału: The Fifth Witness

Kryminały sądowe to, wydawałby się, kwintesencja gatunku. To tutaj, nie licząc policyjnych procedurali, spełnia się mit o ukaranej winie. I choć roztaczana przez uprawiających ten gatunek autorów wizja rzadko ma coś wspólnego z rzeczywistością, to jednak wciąż chętnie czytamy bajki o sprawiedliwości, która, choć nierychliwa, to jednak w końcu dosięga zbrodniarza. I jak to w bajkach, nie może zabraknąć rycerza na białym koniu, ratującego z opresji dziewice i wcielającego się w rolę Iustitii. Rycerzem tym zwykle bywa szlachetny adwokat, który broni niesłusznie posądzonych, a czasami nawet bezwzględnych kryminalistów - ale tylko dlatego, że ktoś musi.

Jak to się ma do powieści Michaela Connelly'ego, mistrza amerykańskich procedurali, ojca Harry'ego Boscha, którego walka ze złem to już dziś klasyka? Connelly powrócił do drugiego ze swych protagonistów, adwokata Mickey Hallera, tego - jak twierdzą fani Boscha - mniej udanego i chyba nawet mniej lubianego przez samego autora. Haller nie jest rycerzem na białym koniu, nie jest szlachetnym bojownikiem o sprawiedliwość, on po prostu wykonuje swoją robotę, nie troszcząc się o to, czy klient, w imieniu którego występuje, zbrodnię popełnił, czy nie. Bronić trzeba, i tyle.

A bronioną tym razem jest Lisa Trammal, była nauczycielka, rozwódka i matka jednego syna, walcząca z krwiopijczymi bankami, które na skutek pęknięcia nieruchomościowej bańki wymuszają na łatwowiernych Amerykanach licytacje domów, których ci nie są w stanie spłacać. Lisa zostaje oskarżona o zamordowanie bankiera i na arenę wkracza Haller. A jest on piekielnie dobry w tym, co robi. To, co następuje, przypomina wielką, toczoną na słowa batalię. Za to właśnie kochamy amerykański system jurysdykcji, za to maglowanie świadków, za starannie przemyślane i drobioazgowo przygotowane strategie, za manipulacje, za ważone słowa, za grę va banque i za spekulacje, za krętactwa i bezwzględne, niszczące podchody, jakie eufemistycznie określa sie tu miename procesu z udziałem przysięgłych. Nic to, że przygotowania do tego spektaklu przypominają wielką wojenną kampanię, a pierwsze rozgrywki między oskarżycielem a obroną szachowe rozgrywki między Karpowem a Kasparowem. Nic to, że śledzenie prawniczych kruczków bywa niekiedy tak samo mozolne jak przegryzanie się przez korespondecncję z biurokratycznym urzędem - Connelly jest rutyniarzem, wie, jak zagrać na emocjach i poprowadzić wątki, by nie popuścić żelaznego uchwytu, w jakim trzyma czytelnika.

Widowiskowość tego spektaklu idzie w parze z trzeźwą i lakoniczną narracją. Kluczowa kwestia - winna czy niewinna - zostaje zepchnięta na margines, liczy się, by wygrać. A przynajmniej do czasu. Widać w tym mistrzowską rękę autora, który do samego końca jest prawdziwym panem i liderem tych igrzysk. Igrzysk, których zakończenie zaskoczy nawet wtrawnych i uważnych czytelników. I tak Connelly po raz kolejny dowiódł, że nadal może stawać w szranki z najlepszymi, nawet w tym trudnym i niszowym segmenci literatury kryminalnej. I że nadal wygrywa.


Pierwsze zdanie: "Pani Pena spoj­rzała na mnie dru­gie­go końca tyl­ne­go sie­dze­nia błagal­nym ge­stem uniosła ręce." 
Gdzie i kiedy: Los Angeles, współcześnie
W dwóch słowach: winna, niewinna?
Dla kogo: dla wielbicieli kryminałów prawniczych i amerykańskiego systemu jurysdykcyjnego
Ciepło / zimno: 88°

poniedziałek, 9 lutego 2015

Przemaglowana


Zostałam przemaglowana. O tajnikach tłumaczenia, o tym, jak zostać tłumaczem i czy tego się można nauczyć, możecie przeczytać na portalu bookeriada, czyli tutaj. Moja rozmówczyni, pani Ewelina Tondys, wyciągnęła ze mnie jeszcze parę innych rzeczy. Notabene, polecam ten serwis: sporo recenzji, felietonów, informacji okołoksiążkowych, no i oczywiście wywiadów. Zapraszam!

środa, 4 lutego 2015

Joe Abercrombie "Königsschwur" ("Half a King") - zero magii, zero seksu... połowa króla?




Wydawnictwo: Heyne
Tytuł oryginału: Half a King
Data wydania: 12.01.15
Liczba stron: 368
Cena: 14,55 euro

Dziwny to rachunek, sumujący rozważania na temat najnowszej książki Abercrombiego. Już sam tytuł (oryginału, nie niemieckiej wersji) prowokuje do matematycznych działań, nie sposób też uniknąć pewnych porównań do innych książek tego autora, wszak żadnego dzieła nie czyta się w kompletnej izolacji od innych. Abercrombie dał się poznać jako autor mrocznej fantasy, jego cykl "Pierwsze prawo" zachwycił niebanalnymi bohaterami, spójnym światem, ironią w dialogach i akcją podlaną sporą ilością krwi. Kiedy więc ukazała się najnowsza książka Anglika, będąca pierwszym tomem zupełnie nowego cyklu, apetyty czytelników były zaostrzone. Szkoda tylko, że nikt czytelnikom nie powiedział (mowa o rynku niemieckim), że "Half a King" jest powieścią dla młodzieży (czy też z gatunku YA, jak to się ostatnio przyjęło mówić). 

I tu zaczynają się kłopoty. Bowiem fani, spragnieni pazura, seksu, krwi i naparzania, głodni skomplikowanych spisków, rozbudowanych światów i złożonych charakterów, przeczytawszy chudziutką w porównaniu do opasłych tomów, do jakich nawykli, książczynę, zakrzyknęli zgodnym chórem: do dupy! To nie jest Abercrombie! To mógł napisać najwyżej jakiś jego terminator! Gdzie pojedynki, bitwy, rzezie? Gdzie świetne dialogi? Gdzie seks?!... I huzia na autora. 

A przy tym, zupełnie obiektywnie rzecz biorąc, "Half a King" nie jest jakimś wielkim partactwem. Moim zdaniem, nie jest ani trochę spartaczone. Weźmy choćby sam początek: pierwsze zdanie: "Lodowaty wiatr wiał tej nocy, kiedy Yarvi dowiedział się, że jest królem", już te parę słów intryguje. Dojdźmy tylko do końca pierwszego rozdziału, niedługiego, kompaktowego, pozbawionego zbędnych słów, a ciekawość nie popuści już do końca. Zadzierzgnięcie konfliktu, zaintrygowanie, wzbudzenie emocji - Abercrombie klasycznie, rękodzielniczo po mistrzowsku wprowadza w życiu wszystkie elementarne reguły dobrej powieści. Bowiem królewski syn Yarvi w pierwszym rozdziale rzeczywiście zostaje królem. No, takim trochę niedorobionym. W zmaskulinizowanym świecie, którym rządzi fizyczna siła, Yarvi nie ma najmniejszych szans na wyrobienie sobie posłuchu - jest niepełnosprawny fizycznie, a jego ręka nie jest w stanie utrzymać najważniejszego atrybutu przewagi: miecza. Mało tego, ostatnią rzeczą, której Yarvi pragnie to Czarny Tron. On woli studiować księgi, zostać uczonym, poświęcić się wiedzy. Od spełnienia marzeń dzielił go już tylko jeden egzamin, kiedy nadeszła wiadomość, windująca go na szczyty władzy. Wiadomość o śmierci ojca i brata. 

"Half a King" to powieść i przyśpieszonym dojrzewaniu (tym mentalnym, nie płciowym, bowiem bohaterowie Abercrombiego rzeczywiście są niemal całkowicie wyprani z seksualności), o odpowiedzialności, a także o zemście. Klasycznej, krwawej, bezlitosnej, poprzysiężonej wobec świata i bogów. Ale i jej konsekwencjach. Jest powieścią przygodową, obliczoną na akcję i rozrywkę, nie na filozoficzne dywagowanie. Dużo się dzieje, jest mnóstwo niespodziewanych wolt, autor poniewiera bohaterami i serwuje im fabularną wirówkę - ku wielkiej satysfakcji czytelnika. Bez wątpienia pokazany tu świat, przypominający nieco świat nordyckich barbarzyńców, nie ma tego rozmachu co wielotomowe sagi, ale to przecież dopiero początek. Magii rzeczywiście tyle, co kot napłakał, albo i mniej, jedyne, co intryguje w tym względzie to wszechobecne ślady dawnej potęgi elfów. Fabuła jest linearna i mocno uproszczona, łatwa do ogarnięcia nawet niewielkim rozumkiem, ale w finale, kiedy już wydaje się, że wszystko wyszło na prostą, napięcie opada, a fabuła powolnie dotacza się do końca, autor doprawia całość szczytą ostrej przyprawy. Choć wielu rozczarowanych fanów zarzuca bohaterom bladość, to jednak temu niedorobionemu młodocianemu królowi, straszliwie upokorzonemu i zdegradowanemu już na wstępie, udaje się rzecz, gwarantująca połowę sukcesu: ten kaleki chłystek wkrada się w serce czytelnika. 

Mówcie sobie, co chcecie, ale mój kciuk wędruje do góry. Bo ta książka, tak bardzo zjechana przez dorosłych wielbicieli Abecrombiego, ma wszelkie atrybuty dobrej, potwornie wciągającej, przygodowej powieści. Dobrze byłoby, gdyby ci, którzy znają innego książki tego autora, zdobyli się na odrobinę obiektywizmu i podejmując lekturę wymazali ze świadomości cały balast poprzednich lektur. Przekonają się, że to prawda, co mówi się o anglosaskiej magii snucia opowieści. Nie wiadomo, na czym ona polega, rozłożona na czynniki pierwsze wymyka się szkiełku i oku, ale każdy, kto choć raz zachłysnął się opowiadaną przez podobnego magika historią wie, że istnieje. Istnieje i tu. 

Acha, książka jednak ukaże się w Polsce, już w marcu, w wydawnictwie Rebis.


Pierwsze zdanie: "Lodowaty wiatr wiał tej nocy, kiedy Yarvi dowiedział się, że jest królem." 
Gdzie i kiedy: Gettland, Vansterland i inne krainy, dawniej
W dwóch słowach: król i niewolnik
Dla kogo: dla młodych. I starych (ale bez uprzedzeń i wygórowanych oczekiwań).
Ciepło / zimno: 78°

sobota, 24 stycznia 2015

Deutscher Krimi-Preis 2015 - najlepsze kryminały według Niemców



Wiadomo już, kto dostał prestiżową nagrodę Deutscher Krimipreis, przyznawaną w Niemczech od 1985 roku. Wyróżnienie przyznaje się w dwóch kategoriach: najlepszy kryminał niemieckojęzyczny i najlepszy kryminał zagraniczny.

Oto tegoroczni laureaci:

Autorzy niemieccy:

1. Franz Dobler: „Ein Bulle im Zug“ 
2. Oliver Bottini: „Ein paar Tage Licht“ 
3. Max Annas: „Die Farm“ 

Autorzy z innych krajów: 

1. James Lee Burke: „Regengötter“ (wyd. polskie "Bogowie deszczu" Sonia Draga)
2. Liza Cody: „Lady Bag“ (wyd. oryg. „Lady Bag“)
3. Oliver Harris: „London Underground“ (wyd. oryg."Deep Shelter“)

Powieść Franza Doblera "Ein Bulle im Zug" ("Jedzie sobie gliniarz pociągiem") została wyróżniona ze względu na "niezwykłe wyczucie absurdu, komizmu i szaleństwa społecznościowego pandemonium, poruszającego się pociągami", jak podkreśliło jury w uzasadnieniu. Burke'a pochwalono zaś za "czysty narratorski impet", padały takie sformułowania jak "posępne arcydzieło" i obrazy rodem ze starych westernów. 

Co na to Krimifantamania? Franz Dobler zostanie przeczytany i odpowiednio oceniony (miałam na niego oko od momentu ukazania tej książki, lubię takie nieoczywiste, niezgrane motywy i lubię absurdalne klimaty). Bottini mnie nie zachwycił tym razem, choć chyba warto zwrócić uwagę na tego autora, który dość bezkompromisowo wybiera sobie tematy swych opowieści. Był już wydawany w Polsce. Max Annas nie mówi mi nic. Kompletnie nic. Jeśli starczy czasu, przetestuję.

Jeśli chodzi o laureata zagranicznego, to Burke na nagrodę zasługuje w stu procentach, zaś hasła "narratorski impet", "posępne arcydzieło" i "motywy ze starych westernów" dość dobrze charakteryzują jego prozę. O "Bogach deszczu" pisałam tutaj. Lizę Cody mam wypożyczoną z biblioteki i bardzo jej jestem ciekawa - to nietypowa historia kryminalna opowiadana przez kobietę - tytułową "Lady Bag". To kobieta z walizką od Luisa Vuittona, w której mieści się cały jej dobytek, i z suczką wabiącą się Elektra, jedyną przyjaciółką kobiety. Lady Bag jest bezdomna, jej świat to ulice Londynu. I to tutaj spotyka wcielenie diabła... Intrygujące, prawda? Oliver Harris jest już znany polskim czytelnikom, jakiś czas temu wydawnictwo Prószyński opublikowało jego debiut "Podwójne życie", swoje wrażenia z lektury spisałam tutaj. Znakomita książka, zupełnie w Polsce niedoceniona. Drugą książkę Harrisa już mam, czeka w kolejce na lekturę i opinię. 

Nie ulega wątpliwości, że Deutscher Krimipreis nie wyróżnia towaru masowego, sprzedającego się w setkach tysięcy egzemplarzy. To nagroda przyznawana autorom, dającym kryminałowi jako gatunkowi nowe impulsy, wnoszącym coś nowego - czy to odmienne spojrzenie na zbrodnię, czy to ciekawą perspektywę, czy to wyjątkowe walory literackie. Jury docenia dzieła, które zwykle giną gdzieś na półkach z kolorową masówką, ale które są w jakiś sposób niezwykłe, intrygujące, zapadające w pamięć. Bardzo się cieszę, że mają odwagę nagradzać tytuły osadzone z dala od mainstreamu, na które inaczej nie zwróciłabym uwagi. Zdarzało się, że dzięki tym werdyktom odkryłam jakąś perełkę. Wam polecam Burke'a i Harrisa, a sama udaję się na poszukiwanie pereł...

piątek, 23 stycznia 2015

Lista bestsellerów tygodnika Spiegel - notowanie 05/2015



Pierwszy raz w tym roku zaglądamy na najbardziej znaną i prestiżową listę bestsellerów tygodnika Spiegel. Jest o czym pisać, bowiem zrobiło się naprawdę spektakularnie.

1. Michel Houllebecq Unterwerfung (oryg. Soumissionpol. w zapowiedziach WAB jesienią 2015) 
I to jest sensacja! Książka francuskiego literata, który, powiedzmy sobie szczerze, zazwyczaj nie jest czytany przez masy, w kilka dni po premierze wstrzeliła się na pierwsze miejsce listy bestsellerów, stając się takim samym manifestem jak słynna fraza "Je souis Charlie". Manifestem - bowiem osobiście wątpię, czy każdy z tysięcy schodzących jak świeże bułeczki egzemplarzy rzeczywiście zostanie przeczytany. Niezwykły hype spowodowany jest tym, że premiera książki, traktującej o Francji pod dyktatem islamistycznego prezydenta, zbiegła się w osobliwy sposób z tragicznymi zamachami, wywołując istną histerię czytelników, pragnących przekonać się, czy Houllebecq miał proroczą wizję. Swoją drogą ciekawe, czy książka odniesie podobny sukces w Polsce, gdzie ukaże się dopiero jesienią, gdy większość zapomni już o Charlie... chyba że wydarzy się coś, co przyćmi ostatnie wydarzenia we Francji. Czego nikomu nie życzę.

2. Ian McEwan Kindeswohl (oryg. The Children Actpol. w zapowiedziach Albatrosa na maj 2015) 
Kolejna mała sensacja: McEwan pokonuje z palcem w nosie rozmaitych bestsellerowych fitzków... Książka, bedąca zbiorem sądowo-moralnych impresji, powiązanych luźno opowieści, przypominających odrobinę twórczość von Schiracha, wyraźnie się Niemcom spodobała. Może spodoba się także i Polakom - szanse na to są duże, bo ukaże się w maju w Albatrosie. Krimifantamania oblizuje się i przyczaja...



3. Sebastian Fitzek Pasaggier 33 (pol. -) 
Fitzek, jaki jest, każdy widzi. No, każdy, kto przeczytał choć jednego. Spętlona do granic możliwości intryga, karkołomne wolty, drenaż mózgu, nieprawdopodobne zbiegi okoliczności i w ogóle zabili go i uciekł. W większości przypadków (mowa o tych starych, dobrych fitzkach) autorowi udawało się nie przekraczać tej niewidzialnej granicy między dobrym thrillerem a nieprawdopodobnym kiczem. O tej książce niestety nie da się tego powiedzieć. Choć idea była przednia: rzewcz traktuje o wielkich wycieczkowych statkach i o tym, co się dzieje w mroku ich kajut i ładowni. I bynajmniej nie chodzi o ginących pasażerów, o nie. Tym razem chodzi o pasażerkę, która nagle na takim krążowniku się pojawiła, choć nie powinna... Wydawałoby się, że to znakomity materiał na kolejny drenaż mózgu, ale tak nie jest. Fitzek chyba nie powinien ulegać presji produkowania kolejnego bestsellera co rok, bo to, co wychodzi spod jego pióra, jest już tylko żenujące. Niedorozwinięci emocjonalnie (a czasem i intelektualnie) bohaterowie, przegięcia fabularne, niedoróbki... To najniższy level literatury rozrywkowej. Ale się sprzedaje, jak widać...

4. Ken Follet Kinder der Freiheit (oryg. Edge of Eternitypol. Krawędź wieczności, wyd. Albatros 2014) 
Follet ma się dobrze, nie ma to jak monumentalne trylogie z gwarancją sukcesu... Cieszy się autor, cieszy wydawnictwo, cieszy czytelnik, mamiony nazwiskiem i rozmachem wizji, która zdaje się niekiedy przerastać i samego autora. Takie przynajmniej chodzą słuchy. Podobno to już, niestety, nie ten Follet co kiedyś...




5. Nele Neuhaus Die Lebenden und die Toten (pol. Żywi i umarli, zapowiedź Media Rodzina maj 2015
Neuhaus staje się powoli czarną damą niemieckiego kryminału. Polacy ją polubili, autorka "Złego wilka" jest w tej chwili najpoczytniejszą z autorek zza Odry. Zdarza jej się popełnić kryminały błyskotliwe, poruszające, znakomicie skonstruowane, zdarzają się też żenujące wpadki. Do tych ostatnich zaliczam niestety tę powieść, o czym pisałam tutaj. Myślę, że wielbicieli tej autorki zupełnie to nie zniechęci. Szykuje się wielki hit i w Polsce.


6. Jürgen von der Lippe Beim Dehnen singe ich Balladen (pol. -
Małe zaskoczenie. Po pierwsze, że von der Lippe wydał książkę, po drugie, że z miejsca wdrapała się tak wysoko. Autor jest znanym znakomitym komikiem i laureatem wielu prestiżowych nagród. Jego humor ma finezję, pazur, jest inteligentny i nienachalny. Coś, co powoli staje się w mediach wielką rzadkością. Książka, będąca zbiorem krótkich opowiadań i skeczy, podobno skrzy się dowcipem, jest pełna przytyków, gorzko-ironicznych refleksji, jest komiczna, ale i miejscami bolesna. Aż się chce czytać.


7. Robert Seethaler Ein ganzes Leben (pol. -)
Ta książka pojawiła się na liście już w zeszłym roku i nie jest, jak widać, efemerydą. Niemiecka odpowiedź na "Profesora Stonera" opowiada historię prostego parobka, którego życie wypełnia ciężka fizyczna praca i miłość do kobiety. Utracona miłość. Powieść, która na dzisiejsze czasy ma zatrważająco niewielką objętość, niesie w sobie ogromny ładunek emocji i wzruszeń. Zamierzam przetestować. 




8. Dave Eggers Der Circle (oryg. The Circle pol.-)
Szał na "Circle" nie ustaje. Przyznaję, że próbowałam się zmierzyć z tą książką, ale poległam, nie dochodząc nawet do półmetka i nie mogąc pojąć jej fenomenu. Może przedwcześnie, a może to jednak jest przereklamowany produkt dzisiejszych czasów. Dystopijna tematyka, zagrożenie wszechobecną obserwacją, niepohamowane gromadzenie danych, z którymi nie wiadomo co się potem dzieje (a czasem właśnie wiadomo, o zgrozo) - to wszystko chodliwe, bardzo aktualne strachy. Problem z tym, że tylko niewielu autorów potrafi je umiejętnie wykorzystać i stworzyć coś, mającego jakąś wartość. W Polsce na tę książkę na razie się nie zanosi, choć autora już wydawano (m. in. Wstrząsające dzieło kulejącego geniusza, My to mamy speeda, Dzikie stwory). Ja tymczasem zainteresuję się innymi dziełami Eggersa, bo a nuż, widelec...

9. Kathy Reichs Knochen lügen nie (oryg. Bones never lie pol.-)
Wiadoma rzecz, Bones, niezwykle popularny serial, truposze, antropologia. Wysoka pozycka Reichs nikogo nie dziwi, i choć już dawno przestałam śledzić serię o Temperance Brennan, to czasem chętnie zerknę na jej nieprawdopodobne przygody na ekranie. 





10. Jo Nesbø Sohn (oryg. Sønnen pol. Syn, wyd. Dolnośląskie 2014)
Tu już każdy komentarz jest zbędny. Król norweskiego kryminału jest czczony zarówno w Polsce, jak i w Niemczech. Niemieckie wydanie tej powieści spoza serii z Harrym Hole ukazało się z paromiesięcznym opóźnieniem w stosunku do polskiego, toteż premierę niemiecką powitałam z chłodną wyższością osoby, która ma to już za sobą. Zdarza się i tak.




A co Wy na to? Rusza Was któryś tytuł? Dziwi? Frapuje?... A może wypowiecie się na temat okładek? Macie jakąś faworytkę?

sobota, 10 stycznia 2015

Gaja Grzegorzewska "Betonowy pałac" - życie seksualne dzikich?...


Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Data premiery: sierpień 2014
Liczba stron: 508
Cena: 39,90 zł


Są książki, od których chce się wymiotować. Tak po prostu pieprznąć to wszystko, zatkać pięścią usta, pognać do kibla i puścić pawia. Są książki, które sprawiają fizyczny ból, ryją pazurami, gwałcą słowem, wpychają się we wszystkie otwory, wściekłe, atakujące, obrzydliwe. Książki męczące, obłąkane, przekraczające wszelkie granice, łamiące wszystkie tabu, zrywające ze wszystkimi regułami, urągające poczuciu przyzwoitości i smaku, odciskające w pamięci obrazy, których nijak się pozbyć nie można, choć bardzo by się chciało. Książki, przy których człowiek się pyta, po co w ogóle są. 

I założę się, że wiele osób, próbujących zmierzyć się z lekturą "Betonowego pałacu", dozna dokładnie tych, opisanych powyżej, wrażeń. I nie będą to ciotki, lubiące dla przyjemności sięgnąć czasem po elegancki kryminałek, będą wśród nich osoby o pewnym czytelniczym stażu, osoby potrafiące znieść to i owo, osoby, których nie jest łatwo zaszokować. Bo "Betonowy pałac" nie jest książką ładną. Ani przyjemną. Nie jest nawet arcydziełem z wysokiej półki, co podobno niekiedy usprawiedliwia tortury lektury. Czym zatem "Betonowy pałac" jest?

Historią tragicznej, kazirodczej miłości?... Bolesną opowieścią o zemście i niespełnieniu?... Skomplikowaną rodzinną sagą?... Brawurowym kryminałem noir?... A może czymś w rodzaju kiczowatej wenezuelskiej telenoweli, przeniesionej na polski grunt?... Farsą pełną klisz i bohaterów, którym się wydaje, że grają w gangsterskim filmie?... Szeregiem pozbawionych głębszego sensu odrażających i perwersyjnych scen, obliczonych na szokowanie i epatowanie przemocą?... Nie skłamię, jeśli powiem, że wszystkim po trochu. I już choćby w tym objawia się szaleństwo tej książki: w jej nieprzewidywalności, niemożności przyklejenia jakiejkolwiek etykietki. Jeśli dodamy do tego niebywałą językową brawurę i bezkompromisowość autorki, to okaże się to wystarczającym bodźcem, by skłonić śmiałków do zmierzenia się z tą powieścią. Śmiałków, nie zachowawczych mieszczan w pepitkę, brzydzących się drastycznych scen i nie uznających przekleństw.

Główny bohater i pierwszoosobowy narrator, powraca po latach dobrowolnej dalekomorskiej banicji na Osiedle. Osiedle jest miejscem złym i zapomnianym przez Boga i miejskie władze, rządzonym przez kolejnych adminów, aktualnie przez chadzającego w białych garniturach Opiekuna. Wraca, choć nie chciał, wraca, bo ktoś go do tego sprowokował enigmatycznymi wiadomościami. Wraca, by wypełnić dla Opiekuna pewne zadanie: ma odnaleźć zaginioną jakiś czas temu i piękną jak marzenie żonę Opiekuna, Sophie. Przynajmniej taka jest oficjalna wersja. Bo bohater staje się pionkiem w czyichś rękach, narzędziem, a może nawet ofiarą. Rozpoczynają się krwawe podchody.

Stronice powieści zaludniają przerysowane postacie: skrajnie złe i prymitywne, dogłębnie tragiczne lub niebywale puste, kryjące swoje prawdziwe ja pod skorupą chamstwa i wulgarności lub ekshibicjonistycznie wywalające na wierzch zdegenerowane osobowości. To najczarniejszy z czarnych noir, niemający nic wspólnego z dziewięćdziesięcioprocentowym szlachetnym Lindtem, już raczej z wsysającą wszystko czarną dziurą.

I jeszcze ten język. Nie wiem, doprawdy, gdzie się trzeba obracać, lub co zażywać, by przyswoić sobie takie słownictwo. Czytajcie to, lingwiści. To też jest polszczyzna, choć czasem naprawdę trudno w to uwierzyć. Nie wiem, czy ktokolwiek przedtem pisał w Polsce w taki sposób, ja podobnej skarbnicy słów kloacznych nie spotkałam nigdzie przedtem. W jaki sposób gromadzi się taki wokabularz?!... Autorka zeskrobuje z bruku rozmaite plugastwa, łowi w szambie, zbiera cuchnącą chabaninę, miksuje to i wkłada bohaterom w usta. Nawet tym, którzy czytywali Tennysona. Absolutnie fascynujące.

Dziwnie się to czytało. Czasem miałam wrażenie, że to współczesny karykaturalny Malinowski. Takie "życie seksualne dzikich", swoiste studium polskiej przestępczości od antropologicznej strony. Momentami wydawało mi się, że to jakiś szalony komiks, przerysowana historyjka o ludziach, którzy lubią być źli. Natknęłam się tu na kilka znakomitych, genialnie pokazanych scen, świadczących o wiekim pisarskim kunszcie. I na obrazy, które już po chwili kazały mi w ten kuszt wątpić. Nie mam złudzeń, że ta książka spodoba się wszystkim. Nie jestem nawet pewna, czy podobała się mnie. Ale jedno jest pewne: ta książka nie pozostawi nikogo obojętnym. Jest niepokojąca, mierzi i zachwyca, wywołuje emocje. A o to chyba chodzi w literaturze. 


Pierwsze zdanie: "O świcie obudził mnie szum oceanu." 
Gdzie i kiedy: Kraków, współcześnie
W dwóch słowach: szambo i miłość
Dla kogo: dla odważnych
Ciepło / zimno: 74°

czwartek, 1 stycznia 2015

Creepy... New Year's Day!



Opowiem Wam historię Noworoczną.

Otóż, Smocza Rodzina, czyli Przewodnik Stada, dwa smoczusie zwane Dydonkami, oraz smoczyca Krimifantamania, zachęcona mamiącymi promykami słonka, porwała się na szaleńczy krok i postanowiła opuścić przesyconą oparami wczorajszego Montepulciano d'Abruzzo i rozkoszną wonią pizzy pieczarę, aby zażyć ruchu na świeżym powietrzu. Cała czwórka, lekko pijana nadmiarem tlenu, ruszyła dziarsko w stronę wiatraka, który z braku innych atrakcji stał się standardowym punktem programu niedzielnych spacerochów. Pogoda jednak zdradziecką była, bowiem już po paru metrach mamiące promyki gdzieś się pochowały, a z rozlicznych zakamarków przyrody zaczęła wyłazić zdradziecka mgła.


To, co jeszcze przed pół godziną lśniło świeżą bielą, zaczęło przypominać prane bez Vanisha gacie, świat poszarzał, powietrze zgęstniało, okolica powlekła się mleczną mgiełką. Romantycznie. Na szczęście wydeptana ścieżka nie mogła nas zaprowadzić na manowce. Tak myślałam i ruszyłam beztrosko przed siebie.


Szlak miejscami był niebezpieczny...


...jeśli wierzyć ostrzegawczym tabliczkom (w wolnym tłmaczeniu: "Uwaga, wiatrak rzuca lodem!").


Z braku krystalicznego widoku Alp, rozciągającego się stąd zazwyczaj, fotografowaliśmy suche badyle. To, co miało rzucać lodem, nie rzucało. A wręcz przyczaiło się złośliwie, znikając niczym jakiś pieprzony kot z Cheshire, demonstrując jedynie upiorny uśmiech. Na niebie. Wiszący.


Widzicie go, skurczybyka? To nie żaden fotomontaż, wszak nie znam się na żadnych tam fotoszopach, tylko cykam rzeczywistość naprawdziwszą i skrzeczącą. I upiorną.

Bo od tego momentu zrobiło się naprawdę creepy. Plan był taki, że zaliczywszy alpejskie widoki, urżnięty i wiszący na niebie wiatrak oraz suche badyle, zawrócimy do ciepłej pieczary w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, herbatki się napijemy, uwalimy się na kanapie i wciągniemy jakiś film. Niestety, w planach nie uwzględniłam Przewodnika Stada, który cofać się nie lubi, miewa straceńcze zrywy i w ogóle pierwszego dnia roku postanowił zafundować swej trzódce wojskową zaprawę. Albo coś w tym stylu. Nie zważając na namiętne protesty, groźby i szantaże, obrał jakiś nieokreślony azymut i pogalopował przed siebie, wzbijając kopytami chmury śniegu. Pognał na przełaj, niby po śladach jakichś upiornych desperatów, którzy przed nami pohańbili dziewicze łona pól. Na pewno nie pogalopował żadną drogą. Ani ścieżką. Ani w nawet wyimaginowaną ścieżką. Pognał na przełaj. Zebrawszy resztki odwagi i reanimowawszy ledwie żywego ducha przygody, podążyłam za Przewodnikiem Stada i zanurzyłam się w mleczną biel.


Przysięgam, wszystkie te opowieści o błądzeniu w gęstej mgle, o zagubionych w śnieżycy wędrowcach, o nieprzeniknionym białym tumanie doprowadzającym śmiałków do szaleństwa - to nie są wytwory grafomańskiej wyobraźni, to najprawdziwsza prawda. Stąpając po śladach w pozbawionej jakichkolwiek punktów odniesienia mlecznej, duszącej bieli,  ze szczegółami odtwarzałam w pamięci wszystkie horrory, rozgrywające się w podobnej malowniczej i monochromatycznej scenerii. Kiedy niedaleko huknął wystrzał, podskoczyłam, przekonana, że gdzieś w tej gęstej zawiesinie czai się szalony myśliwy, który powystrzela nas zaraz jak zające czy inne kaczki.

Nagle zza oparu dobiegły czyjeś głosy. Upiory, jak nic, pomyślałam. I tknięta desperackim impulsem zawyłam potępieńczo: "Przeeeeeebaaaaacz miiii, Bruuuuunhliiiildo!....".... Duchy, bynajmniej nie zachęcone nieśmiałą próbą nawiązania kontaktu, wyłoniły się zza nieprzeniknionej zasłony, obrzuciły podejrzliwym wzrokiem, a następnie, wyposażone w lepszą nawigację niż my (czworonożną), poczłapały w nieokreślonym kierunku. Przez jakiś czas snuliśmy się za nim, po czym dotarliśmy do rozstaju dróg. Była to klasyczna krzyżówka: można było iść prosto, w lewo, w prawo, albo zawrócić. Przy czym ten ostatni wariant wchodził w grę tylko wtedy, jeśli człowiek oparł się absurdalnej potrzebie zakręcenia bączka w tym cholernym, pozbawionym geometrii miejscu. Przewodnik Stada oznajmił ociekającym obrzydliwą pewnością siebie tonem, że wie, gdzie jesteśmy. W prawo droga wiedzie na cmentarz, w lewo do Prittlbachu, a prosto do tej drogi, co za nią tory kolejowe są, po których pomykają ICE. Cmentarz odrzuciłam stanowczo (to ten najbardziej upiorny z upiornych, na kompletnym odludziu, gdzie pochowano ofiary obozu), Prittlbach to miejsce, gdzie psy dupami szczekają, więc została droga na wprost. Podreptałam posłusznie za Przewodnikiem i rzeczywiście, po niedługiej chwili zobaczyłam jego:


...tego dębaka po byku, tutejszego Bartka czy innego Helmuta! Byliśmy ocaleni! Teraz już tylko dwadzieścia minut ostrym marszem i moje lekko podmarźnięte dupsko znajdzie się w rozkosznym ciepełku, w miejscu z geometrią, kolorami i ostrymi kątami...


Jak się zapewnie słusznie domyślacie, dupsko rzeczywiście znalazło się tam, gdzie miało nadzieję dotrzeć. I kiedy tak oglądam te fotki i spisuję tę noworoczną opowieść, to powiem Wam, że to jednak było... magiczne. I tego właśnie Wam życzę w Nowym Roku: magii, szczypty dreszczyku i tego, by na krańcu Waszych dróg czekało Was ciepło i bezpieczeństwo...