Ads 468x60px

Featured Posts

czwartek, 14 kwietnia 2016

Elisabeth Herrmann "Das Dorf der Mörder" (Wioska morderców) - o palącym skwarze środkowoeuropejskiej pustyni



Wydawnictwo: Goldmann
Data wydania: 25.02.2013
Liczba stron: 480
Cena: 9,99 euro

Źle wydano tę książkę. Nie o tej porze roku. Ta książka powinna ukazać się latem. Tak, by czytać ją w sierpniowe skwary, kiedy słońce przydusza człowieka do ziemi, kiedy świat zastyga w bezruchu, przyczajony w letargu, wyczekujący deszczu. Burzy. Ulgi. 

Bo tak pamiętam tę powieść - czytałam ją trzy lata temu - była duszna, skwarna, mroczna. I to tę atmosferę zapamiętałam najbardziej. Owszem, jest w tej książce Berlin, ale to prowincja stanowi jej rzeczywiste kulisy. Bezludzie, upiorne, wyludnione wioski na terenach byłego enerdówka, gdzie nie chce mieszkać nikt, bo beznadzieja, bezrobocie, bezmożność. Zostali już tylko ci, którzy nie mają dokąd pójść. I ci, którzy muszą. Lub się ukrywają. Strzegą mrocznej tajemnicy. 

Z tej książki pamiętam też młodą niepokorną policjantkę, której imię brzmi identycznie jak znana marka margaryny. Sanela Beara. Kobieta wyposażona w niezawodny moralny kompas, który prowadzi ją na przełaj we właściwym kierunku, na wskroś, po wertepach, wybojach i przez przeszkody. Wkurzająca. Momentami dziecinnie naiwna. Taka, której poczynania skrycie komentujemy wołaniem "nie, nie rób tego". Jest jak burza, jak taran, a czasem jak upierdliwy komar, niedający spać po nocach, ale w końcu dopinający swego. Nie zważając na szkody uboczne. I na to, że może błyskawicznie zakończyć żywot zgnieciona na miazgę jednym klapsem ręki giganta. Pamiętam, jak niewiarygodna wydawała mi się jej wojenna trauma. No bo jak to? Żadna młoda dziewczyna nie powinna zmagać się z wojenną traumą we współczesnej Europie. Nie tu. Nie u nas. A jednak. I pamiętam rozdźwięk, prawie dysonans, jaki wywoływała ta postać w opozycji do jej przełożonego i mentora, komisarza Gehringa, starego wygi, pławiącego się w komforcie doświadczenia, wieku, nieomylności. Konfrontacja tych dwojga była źródłem wielu napięć, antagonizmów, tarć. I czegoś pozytywnego, nieuchwytnego, co dopiero się kształtuje, kiełkuje, i nie wiadomo, czym się stanie, kiedy będzie duże. 

Pamiętam też dobrą intrygę, zapętloną, nieoczywistą, szarpiącą nerwy. Taką bardzo skandynawską w wymowie. Brutalną. Drastyczną. Momentami aż za bardzo. Ale wybaczamy te lekkie naciągania, wybaczamy sztuczki Elisabeth Hermann, bo ulegamy jej, dajemy się wodzić za nos i wpadamy w tę mroczną, gorącą atmosferę prażonych słońcem pól i upiornej wioski, w której wciąż mieszka zło. 

I jeśli po trzech latach od lektury w pamięci zostają takie rzeczy, to nie była to lektura zła, albo niepotrzebna. Nie dajcie się zwieść tandetnemu tytułowi. Tu kryje się się więcej. Znacznie więcej.

PS. Książkę tę właśnie wydał u nas Prószyński i Ska.

Pierwsze zdanie: "Pomocy."
Gdzie i kiedy: Berlin, Wendisch Bruch, współcześnie
W dwóch słowach: mroczno, duszno
Dla kogo: dla szukających mrocznego napięcia, psychologicznych zawijasów i dobrej intrygi
Ciepło / zimno: 81° 

wtorek, 9 lutego 2016

David Mitchell "Czasomierze" - tik-tak, tik-tak...




Wydawnictwo: MAG
Seria: Uczta Wyobraźni
Tytuł oryginału: The Bone Clocks
Tłumaczenie: Justyna Gardzińska
Liczba stron: 666
Data wydania: 22 stycznia 2016
Cena: 55 zł

Mariaż literatury wysokiej z popkulturowym trashem - karkołomne połączenie. Dla wielu wręcz mezalians, dowód złamania odwiecznego tabu, dyskwalifikujący i wykluczający z szacownego grona poważnych literatów. Co na to David Mitchell? Mitchell zapewne skwitowałby te zarzuty wzruszeniem ramion, bowiem ów brytyjski wirtuoz słowa, perfekcyjnie do bólu, bez zmrużenia oka miesza gatunki i rejestry, żonglując słowem, bohaterami i czasem, nic sobie nie robiąc z reguł, granic i zasieków, a już najmniej tych, które ustalają opiniotwórczy krytycy. Już niejednokrotnie dowiódł, że radzi sobie w każdym literackim terenie, ba, wkradł się w łaski nie tylko wymagającego czytelnika, ale i równie wymagającego, choć inaczej, Hollywoodu, nie mówiąc o wybranych krytykach - wszak nie od parady jest od jakiegoś czasu dyżurnym kandydatem do nagrody Bookera.

Można Mitchelowi zarzucać, że łamie tabu, że przyczepia kwiatki do kożucha, że od lat pisze cały czas tę samą książkę, że ulega gustom masowego czytelnika, ale nie da się zaprzeczyć, że jest jednym z najważniejszych brytyjskich współczesnych powieściopisarzy.W dodatku pisarzem, który oprócz wyjątkowego talentu kameleona, dzięki któremu bez trudu wtapia się w każde tło, posiadł umiejętność wczuwania się w puls świata. Wie, jakim rytmem bije i wyłapuje każdą arytmię. I opowiada o tym, co usłyszy.

Nie inaczej jest w "Czasomierzach", jego najnowszej książce. To również jest książka "montażowa", oparta na sprawdzonym schemacie znanym już choćby z "Widmopisu" czy "Atlasu chmur". Z kawałków kolorowego szkła autor konstruuje epizody, które, potrząśnięte i wymieszane jak w kalejdoskopie układają się w pewien wzór. Tutaj najpierw przenosimy się w rok 1984, by poznać piętnastoletnią, głupiutką i naiwną Holly Sykes, przeżywającą akurat nastoletni bunt i pierwsze miłosne rozczarowanie. Postać ta będzie nam towarzyszyć do samego końca, jest bowiem spoiwem tej powieści, swoistym emulgatorem, który połączy jej treść. Tu i ówdzie zniknie nam z oczu, pojawi się w roli mniej lub bardziej niemej statystki, by wciąż powracać i w końcu stać się kluczem do całej historii. Ważna postać, fundamentalna. Bardzo mi bliska. Także dlatego, że zaledwie rok starsza ode mnie. Ja też byłam piętnastolatką w latach osiemdziesiątych. Dwudziestolatką w dziewięćdziesiątych. I będę siedemdziesięciolatką (oby) w latach czterdziestych tego wieku, kiedy powieść ta (i świat, jaki znamy) będzie chylić się ku końcowi.

To, co zaczęło się jako opowieść coming of age, staje się łotrzykowską powieścią akademicką, następnie małżeńskim dramatem, wojennym reportażem, biografią przekwitającego literata, najczystszą fantastyką z elementami potterowskimi, by skończyć jako posępne, realistyczne postapo. I w każdym, ale to absolutnie każdym z tych gatunków (czy też epizodów) Mitchell doskonale się sprawdza jako narrator, charakteryzator i dekorator. Aż trudno uwierzyć, że nigdy nie był w szwajcarskich Alpach, zapewne nigdy też nie był w pogrążonym w wojnie Iraku, a jednak wierzymy w każde słowo wkładane w usta bohaterów i każdy umieszczony na kartach powieści rekwizyt. Kupujemy rewelacyjnie oddany idiolekt studenckiej brytyjskiej braci lat dziewięćdziesiątych, a kiedy narrator staje się Crispinem Hersheyem, nabieramy podejrzeń, że ta postać to alter ego samego pisarza, choć przecież widzimy te aluzje i mrugnięcia okiem, dostrzegamy rozrzucone w lesie okruszki, widzimy podobieństwo "Suszonych embrionów" i "Martwych dzieci" (więc jednak Martin Amis?), tropimy dalej i znajdujemy inne analogie (czy to Conrad?), witamy bohaterów innych powieści Mitchella, potykamy się o odniesienia, nawiązania, szarady. Wydaje się, że i autor, i czytelnik świetnie się przy tym bawią - autor kładąc tropy, czytelnik je odnajdując. Hasło "zabawa" jest przy tym niezmiernie ważne, bo nie sposób nie traktować z przymrużeniem oka pulpowych wtrętów, żywcem wyjętych z kultury masowej, śmieciowej. Pewien dystans jest konieczny, inaczej będą zgrzytać metafizyczne motywy i wątki ("Jesteśmy Anachoretami Kaplicy Zmierzchu Katara Ślepca Klasztoru Tomasjanów z Przełęczy Silderhorn" - Jeeezuuuuu!....), a widowiskowy showdown w Kaplicy Zmierzchu, miast dreszczu napięcia, wywoła w nas najwyżej paroksyzm śmiechu.

Ta upojna zabawa kończy się jednak w ostatnim epizodzie, zupełnie jakby Mitchell chciał powiedzieć "dobrze, dzieci, pośmialiśmy się, pogadaliśmy, ale sprawy mają się następująco. Chodzi o..."
"(...) chodzi o wszystko. O tereny, które zamieniliśmy w martwe pustkowia, o góry lodowe, które przez nas stopniały, o Golfstrom, który przez nas zmienił kierunek, o rzeki, które przez nas wyschły, o wybrzeża, które zalaliśmy, o jeziora, które zadusiliśmy ściekami, o morza, które zabiliśmy, o gatunki, które przez nas wymarły, o faunę zapylającą, której przez nas już nie ma, o zmarnowaną przez nas ropę, o lekarstwa, które przez nas straciły moc działania, o złotoustych kłamców, których wybraliśmy na wysokie urzędy - wszystko po to, byśmy nie musieli zmieniać naszego wygodnego stylu życia. Ludzie mówią o Ociemnieniu, jak nasi przodkowie mówili kiedyś o pladze dżumy - jakby zesłał je zagniewany Bóg. Ale to nasze dzieło, to my powoli sprowadzaliśmy ociemnienie z każdym przejeżdżonym bakiem ropy. Moje pokolenie obżerało się do nieprzytomności w Restauracji Ziemskich Zasobów, wiedząc - choć temu zaprzeczało - że zwiejemy od stołu i zostawimy wnukom otwarty rachunek, jak dług, którego nigdy nie będą w stanie spłacić."
Mną ten fragment do głębi wstrząsnął. Wyrwany z kontekstu brzmi niczym bełkot radykalnego ekofanatyka, zielonego oszołoma, wegetarianina i cyklisty. Umieszczony w scenerii ostatniego epizodu, wszczepiony w myśli Holly Sykes staje się manifestem i pełnym skruchy wyznaniem winy - bo już nie ostrzeżeniem. Mitchell powiedział w jedym z wywiadów, że wyzwania wobec ludzkości są teraz liczniejsze i trudniejsze niż kiedykolwiek. Im trudniejsze wyzwania, tym mroczniejsze literackie wizje. A im mroczniejsza przyszłość, tym jaśniejszy płomyk nadziei. Który gdzieś tam się jarzy. Zawsze.


Pierwsze zdanie: "Rozsuwam zasłony w moim pokoju, widzę spragnione deszczu niebo i szeroką rzekę pełną statków i łodzi, ale ja już myślę o czekoladowych oczach Vinny'ego, o strużce szamponu, która spływa po jego plecach, o jego ramionach zroszonych kroplami potu, o jego cwaniackim uśmiechu, i serce wali mi jak wściekłe."
Gdzie i kiedy: Gravesend, Cambridge, Sainte-Agnès, Brighton, Irak, Australia, Nowy Jork, Sheep' Head i parę innych miejsc, 1984-2043
W dwóch słowach: tygiel i kalejdoskop
Dla kogo: dla osób eko i nieeko, dla purystów gatunkowych i lubiących misz-masz, dla miłośników prozy gęstej, nasyconej, pełnej odniesień, smaczków i ukrytych znaczeń
Ciepło / zimno: 98° 

wtorek, 2 lutego 2016

MyBooks czyli ABC doradzania


Nie pamiętam już, w jaki sposób trafiłam na stronę księgarni MyBooks. Z reguły zaopatruję się w książki wielokanałowo i przede wszystkim kieruję się komfortem, bo cenowo w Niemczech nie da się zawalczyć: ustawa zobowiązuje wszystkich księgarzy do jednakowych cen - tych z okładki. Skoro zaś o klienta nie można walczyć ceną, to trzeba inaczej. Mała stacjonarna księgarenka postawi na osobiste doradztwo i przytulną atmosferę. Wielki międzynarodowy gigant skusi obietnicą bezpłatnej dostawy nazajutrz (w większych miastach wkrótce uruchomiona zostanie usługa "sameday" - bezpłatna dostawa do domu w dniu zamówienia). Pamiętajmy, klient obu tych księgarni zapłaci za książkę tę samą cenę.

Co ma jednak zrobić nikomu nieznana księgarnia internetowa, niewytrzymująca konkurencji z gigantem? Możliwości są trzy:
a) zgarniać z rynku przypadkowo zabłąkanych klientów a potem splajtować,
b) wydać miliony na reklamę, a potem splajtować,
c) wpaść na genialny pomysł, dzięki któremu wyróżni się spośród dziesiątków podobnych internetowych bytów, zdobyć stałych klientów, i nie splajtować.

Pomysł zaś musiał być iście diabelski, podstępny albo po prostu szalony, skoro zwabił mnie - czytelnika kupującego dużo, czytelnika wrednego, niewiernego, o swoistym, lekko wypaczonym guście i niedającego się wtłoczyć w żadne wyznaczone sklepowym algorytmem ramy. Tak jak wspomniałam na początku, nie pamiętam, po co wlazłam na stronę MyBooks. Może wiedziona ciekawością, może cynizmem. Bowiem pomysłem tej księgarni na przyciągnięcie, a co ważniejsze utrzymanie klienta jest osobiste doradztwo (he, he, ciekawe co mi doradzą, mnie, MNIE!).

Jak? Całkiem prosto. Wystarczy wypełnić krótki formularz, w którym trzeba odpowiedzieć na dziesięć pytań. Pierwsze z nich to dla kogo ma być książka. Nic prostszego. Dla mnie, oczywista. Drugie: jakim typem czytelnika jesteś. Do wyboru: Vielleser, Wochenendleser, Gelegenheitsleser (czyli dużoczytacz, weekendoczytacz, odczasudoczasuczytacz). No przecież wiadomo.


Trzecie. Gdzie najchętniej czytasz? Ogarniają mnie niejakie wątpliwości. Co to ma do rzeczy? Czy w zależności od tego, czy przeczytam książkę na kanapie czy - za przeproszeniem - na kiblu, polecą mi inną książkę? Twórcy formularza dopuszczają wybór wielokrotny, z czego korzystam. Następnie chcą wiedzieć, jaka jest moja motywacja: czy czytam dla celów rozrywkowych i odprężenia, czy żeby się czegoś nauczyć i zdobyć nowe doświadczenia. Zaczynam się denerwować. Jak to: albo-albo? I gdzie więcej odpowiedzi?... Sfrustrowana klikam to pierwsze i już zaczynam się obawiać poleconych mi tytułów. Kolejne pytanie podoba mi się już bardziej. Pytają, jak staro (młodo) się czuję. Ochoczo odmładzam się o parę latek i jadę dalej. Następne pytanie okazuje się niemal nie do pokonania. Bo mam podać, o jakie książki chciałabym wzbogacić swój księgozbiór. Ale jak to?... ALBO kryminał, ALBO fantasy, ALBO science-fiction, ALBO powieści, ALBO erotykę... no dobra, to akurat mniej. Zastanawiam się, czego mam najmniej i optymistycznie a jednocześnie skromnie klikam ogólne "powieści". Za to kolejne pytanie doprowadza mnie do rozpaczy. Dumam przez kilka minut, waham się i wściekam, że nie mogę wybrać kilku odpowiedzi. Bo wybór jest zabójczy. Jaka ma być Twoja kolejna książka? Jaka? JAKA?!!! Wciągająca. Literacka. Zdumiewająca. Przerażająca. Wymagająca. I jeszcze parę innych. Coś tam w końcu klikam, coraz bardziej przekonana, że nic z tego nie będzie. Na koniec mam podać ulubionych autorów (opcjonalnie) i ulubione książki (też opcjonalnie). Nie podaję. Niech się doradca trochę pomęczy. Ostatnie pytanie: Co preferujesz: bestsellery, klasykę, nowości czy "Geheimtipp" (czyli coś nieoczywistego, książkę dla wybranych). Kusi "Geheimtipp". Niech będzie.

Gotowe. Teraz pozostaje tylko czekać na trzy propozycje któregoś z książkowych ekspertów, wymienionych na stronie z imienia, zdjęcia oraz krótkiej wizytówki. Jeszcze tego samego dnia dostaję maila z trzema polecanymi książkami. Śliniąc się i dysząc z podniecenia otwieram, klikam. Czytam. Klikam. Cofam. Klikam. I nic, ale to absolutnie nic z zaproponowanych tytułów mnie nie pociąga. Rozczarowana postanawiam zapomnieć o całym eksperymencie i zdać się na własny instynkt.

Po dwóch dniach sympatyczna Laura podsyła mi trzy kolejne propozycje. Znowu nic. Postanawiam zignorować maila. Nie doceniam Laury. Cierpliwa jest. I uparta. Mija parę dni i Laura odzywa się ponownie. Podrzuca trzy tytuły, prosi o dodatkowe sugestie i zapewnia, że jeśli żaden z tytułów mnie nie zainteresuje, poszuka ponownie. Tym razem jedna z propozycji ewentualnie by mnie interesowała, z naciskiem na "ewntualnie". W przypływie determinacji idę za sugestią Laury i wypełniam formularz ponownie. Tym razem nie chcę się rozrywać, tylko poznawać i doświadczać, klikam w gatunek "s-f" i dla ułatwienia podaję ulubionych autorów i ukochane książki. Stephenson, Watts, Gaimana, Le Guin i jej "Lewą rękę ciemności", a także Simmons i jego cykl "Hyperion". Pełna optymizmu czekam na odzew.

Tym razem odpowiada Johanna. Podsuwa mi cztery tytuły: pierwszy tom cyklu "Wspomaganie" Davida Brina "Słoneczny nurek", dwie książki Markusa Heitza, które już mam i które kompletnie mnie nie interesują, oraz "Koniec dzieciństwa" Arthura C. Clarke'a. Nieźle. Wprawdzie to już bardziej klasyka niż nowości, jak zaznaczyłam, ale postanawiam dokończyć test i zamówić pierwszą i czwartą pozycję. I w przypływie szaleństwa wypełniam formularz po raz trzeci, tym razem "kryminalnie". Tym razem chcę się rozerwać literacko.

Jest niedziela, mimo to po południu w skrzynce ląduje mail od... Laury. Zobaczyła, że ponownie wypełniłam formularz i proponuje Nesbo "Krew na śniegu" (czytałam) i trzy trochę zaskakujące tytuły. W zwykłej księgarni bym ich nie znalazła, to pozycje niszowe, nieoczywiste, trochę wariackie. A nawet karkołomne. Bill Moody i "Der Spion, der Jazz spielte" (rok 1968 w Pradze, rzecz o szpiegach i jazzie, jak sugeruje tytuł), "Karkloof Blue" Charlotte Otter (odkrycie z RPA) i "Die lange Reise" Annelie Wendeberg (Sherlock Holmes, Moriarty i jakaś mikrobiologiczna intryga). Szaleństwo. Propozycje tak od czapy, że aż genialne. Korci mnie, żeby zaryzykować. Pójść na ten eksperyment, który nie może się udać. Zamawiam. Szlag by to. A niech tam.


Przychodzi paczka. Jedna. Ku mojemu zdumieniu jest to paczka "kryminalna", czyli zamówiona później. Fantastyczna jakoś nie doszła. Za to każda z książek pieczołowicie opakowana w zajebisty fioletowy pergamin, każda z firmową zakładką. Obfotografowałam, obwąchałam, obmacałam, pocmokałam chwilę. Na wpół zdrętwiała z rozkoszy wracam do kompa, żeby trochę popracować. W skrzynce nowy mail od... Johanny. Wyraża nadzieję, że podobały mi się jej propozycje i dorzuca garść nowych, które być może trafią w mój gust. Prześlizguję się wzrokiem po liście. Trzy tytuły: "Hyperion" Simmonsa, "Lewa ręka ciemności" Le Guin i "Żołnierze kosmosu" Heinleina...

Opada mi szczęka i wszystko inne.

PS. MyBooks jest berlińskim startupem założonym w 2014 roku przez Antonię Besse, związaną z wydawnictwem Ullstein. W jej zamyśle książka jako produkt a jednocześnie "dobro kulturowe" zajmuje szczególną pozycję na rynku i wymaga szczególnego podejścia. Jej recepta na sukces to indywidualne porady ekspertów. Wysłano już ponad milion maili z propozycjami, jednak księgarnia na nich nie zarabia - doradztwo jest bezpłatne, nie ma obowiązku kupna. Księgarnia zarabia tylko wówczas, gdy klient kupi książkę na portalu. Zamówione książki dostarczane są bezpłatnie, z reguły w ciągu 1-2 dni.

środa, 27 stycznia 2016

Robert Galbraith "Żniwa zła" - no to po zbiorach...




Wydawnictwo: Dolnośląskie
Tytuł oryginału: Career of Evil
Tłumaczenie: Anna Gralak
Seria: Cormoran Strike 3
Liczba stron: 480
Data wydania: 2015
Cena: 39,90 zł
Pora żniw. Dla ukrywającej się pod pseudonimem pisarki, która już nic nie musi, a tylko może, bo chce. Dla wydawnictw na całym świecie, które zawczasu zapewniły sobie licencję na wydanie pewniaka. Dla księgarzy, zamawiających całe palety pachnących farbą drukarską egzemplarzy. Wreszcie dla tytułowego zła, dojrzewającego przez lata i czekajacego w podekscytowaniu na pierwsze jędrne ziarna, wysypujące się z pochylonych kłosów... Obfite żniwa, udane. Tylko fikcyjni bohaterowie tej powieści coś ciężko przędą. Dla Cormorana i Robin nadeszły ciężkie czasy.

A wszystko zaczęło się od nogi. Nie, tym razem nie nogi Cormorana, która tak bardzo dała się we znaki detektywowi (i czytelnikom) w dwóch poprzednich odsłonach. Ta noga, o którą tyle szumu, dostarczona została przez kuriera. I była prawdziwa. Znaczy, trupia. Oraz zaadresowana do Robin, rezolutnej asysentki detektywa. Problem w tym, że Robin nie powinna wcale otrzymać tej makabrycznej przesyłki. Bo skąd?... Dlaczego?... Cormoran jest przekonany, że upiorny upominek był przeznaczony dla niego. A jego nadawca pragnie znacznie więcej, niż zaszokować. Zemsty...

I tu fabuła wchodzi w utarte kryminalne schematy. Możliwych sprawców jest trzech (czterech, jeśli uwzględnić tego preferowanego przez policję i niemal od razu wykluczonego przez detektywa Strike'a). Każdy z trzech podejrzanych był zdolny do zbrodni (bo skoro trupia noga, to i trup). Każdy z nich ma powody do nienawiści i pragnienia odwetu. I wszyscy są nieuchwytni. Ene due rabe... Ten, ten albo ten. Ten prosty wybór wystarcza, by zbudować i utrzymać napięcie do samego końca. Choć tak właściwie ta książka powinna być nudna jak flaki z olejem. Po raz kolejny bowiem niemal kompletna działalność dochodzeniowa detektywa, wspomaganego przez coraz bardziej aktywną asystenktę, sprowadza się do sterczenia pod jakimiś spelunami, mozolnego przemierzania niemiłosiernie długich ulic przerywanego sporadycznymi wyjazdami na prowincję, by i tam sterczeć, a także pochłaniać niewiarygodne ilości śmieciowego jedzenia. Nadmienić należy, że i w dwóch poprzednich tomach Cormoran z upodobaniem nadwyrężał swą nogę, kuśtykając, przemierzając i stercząc. Tam jednak Galbraith... no dobra, Rowling - i tak już wszyscy wiedzą - kreślił prześmiewcze, krytyczne portrety określonego środowiska. Tutaj tego brakuje, Rowling zaś wkracza na grząski teren seryjnych morderców. Grząski, bo wielu autorów wykłada się na tym temacie, popadając w schematy lub zwyczajnie konfabulując z braku znajomości materii.

A jednak, na przekór wszystkim tym objawom, ta powieść funkcjonuje. Być może za sprawą wyjątkowego zmysłu obserwacji autorki, która nawet szkicując obleśną okolicę, zatrzymuje na sekundę wzrok na jakimś drobiazgu, który wydobywa z całej sceny barwy i dodaje pieprzu. Być może winien jest niezaprzeczalny talent do kreowania postaci - charakterystycznych, niekiedy przerysowanych, ale nigdy nudnych. Być może siłą nośną tego tomu jest swoisty trójgłos, jakim przemawia autorka i z perspektywy naprzemiennie łotra, Robin i Cormorana relacjonuje wydarzenia, okraszone osobistym komentarzem danej postaci. Ale może po prostu jest tak, że Rowling z powodzeniem stosuje swój sprawdzony przepis na serię: tak uzależnić czytelnika od bohaterów, by chciał partycypować w ich życiu. Zasiać w nim ziarno, które kiełkując, będzie łaknęło więcej i więcej, by chciał za wszelką cenę dowiedzieć się, co z tego wyrośnie - piękny kwiat, potężne drzewo czy zwykły kartofel. Bo czy nie jest tak, że śledząc śledzących detektywów, tak naprawdę im kibicujemy? Że nurzając się w ich przeszłości, pragniemy dowiedzieć się więcej o nich samych? Że oddamy wszystko za odpowiedź na jedno tylko pytanie: co dalej z Cormoranem i Robin? Autorka opanowała ten prosty przepis do perfekcji i zręcznie wodzi szamoczącego się w niewiedzy i niepewności czytelnika za nos. Prześlizguje się przy tym po paru ważkich i modnych tematach, które na mur beton poruszą grono czytających: tu trochę przemocy wobec kobiet, tam pedofilia, tu trochę makabreski w postaci rzadkiej aberracji o karkołomnej nazwie akrotomofilia. Wszystko to podane z wielką warsztatową sprawnością, troszeczkę tylko ocierając się o językowy kicz ("był szkarłatną jamą porażającej paniki", "przypominał mu o poplamionych materacach i gęstniejących w nozdrzach miazmatach ojczyma", "nad jej oczami wisiały brwi gęste i krzaczaste jak gąsienice niedźwiedziówek").

Efekt? Zaskakujący. To się czyta. Czyta się z pełną świadomością słabych punktów tej prozy, jej ułomności i trików, którymi posiłkuje się autorka, ale z zapartym tchem (no dobrze, przyznam, że momentami podczas najbardziej hardkorowego sterczenia pod spelunami przysypiałam). Fenomelnalne, jak to mimo wszystko działa. I dlaczego u jednych autorów to działa, a u innych nie. Widać nie każdy jest dobrym siewcą, i nie każdy dobrym żniwiarzem.


Pierwsze zdanie: "Nie udało mu się zetrzeć całej jej krwi."
Gdzie i kiedy: Londyn i parę innych angielskich miast, współcześnie
W dwóch słowach: noga i fastfood
Dla kogo: dla uwielbiających seriale (filmowe i książkowe) i rasowe kryminały
Ciepło / zimno: 81° 

sobota, 23 stycznia 2016

Lars Saabye Christensen "Odpływ" - czyli o jednym takim, który współczuł Księżycowi



Wydawnictwo literackie
Oryginalny tytuł: Sluk
Tłumaczenie: Iwona Zimnicka
Data wydania: styczeń 2015
Liczba stron: 464
Cena: 44,90 zł
Norweska literatura to nie tylko Ibsen i Hamsun albo Nesbø i Fossum. Jednym ze szlagierów eksportowych tego nordyckiego kraju jest od niedawna Lars Saabye Christensen. Pytanie, czy "towarowi" temu bliżej do Hamsuna czy któregoś z lżejszych kalibrów i czy w ogóle jest się czym chwalić.
Okładka wydania niemieckiego
i modny piętrowy tytuł
(Lato, kiedy moja
matka chciała polecieć na Księżyc
)

Christensen rozpoczyna swoją opowieść w pamiętnym roku 1969, roku lądowania pierwszego człowieka na Księżycu i nie jest to data przypadkowa. Dorastający chłopak nazywany przez matkę Chrisem, przez innych Blackiem lub Chaplinem, przez siebie samego zaś Funderem, jak co roku spędza lato w zatoce Oslofjorden. Tym razem jednak wakacje okażą się inne od poprzednich - Funder bowiem przestaje być dzieckiem. I podczas gdy cały świat spogląda w niebo, ku Księżycowi, Funder zakochuje się po raz pierwszy w życiu. Próbuje też napisać wiersz o Księżycu - ma już nawet tytuł - wszak po to przywiózł ze sobą Remingtona. Wiersz powstaje z wielkim bólem, a właściwie wcale nie powstaje. Autsajder Funder, rozdwojony między samotnością z wyboru a pragnieniem przynależności do grupy, wpatruje się godzinami w białą kartkę, rozmyślając o sobie i świecie. Jest inny. Chce być inny, a zarazem nie chce. Nie chce osobliwej przyjaźni z dziwakiem Iverem Maltem, a jednocześnie nie potrafi się przed nią obronić. Wie, że jest pisarzem, ale nie jest w stanie napisać nawet jednej linijki. Współczuje Księżycowi, który od momentu, gdy wyląduje na nim człowiek, nigdy nie będzie już taki jak przedtem. I staje się dorosły. To wyjątkowe lato kończy się zdradą i odarciem z iluzji, ale zasiane ziarno kiełkuje.

Radykalne fabularne cięcie, które następuje w tym miejscu, może budzić konsternację, jest jednak częścią misternie przemyślanej konstrukcji. Christensen przenosi czytelnika w czasie czterdzieści lat później, do umierającej powoli amerykańskiej mieściny Karmack. Zapadła dziura, w której nie zatrzymują się już pociągi, miejsce bez perspektyw, zamieszkiwane przez ludzi bez przyszłości. Między innymi przez Franka Fratelliego, "Pośrednika", zatrudnionego po to, by przekazywać ludziom wiadomość o śmierci kogoś bliskiego. Z serii tragikomicznych epizodów z życia małego miasteczka wyłania się obraz cywilizacyjnego upadku, a kładzione tu i ówdzie tropy pozwalają domyślać się, jak ta historia ma się do pierwszej części powieści.

A to nie koniec wolt. Trzecia, ostatnia, przywraca na scenę bohaterów aktu pierwszego, ale w świetle późniejszych wydarzeń zajmują oni w tej przedziwnej konstelacji zupełnie odmienne pozycje. Christensen łączy równym szwem to, co porozcinał, dopina to, co się rozlazło, wywróciwszy uprzednio materię na drugą stronę. Dowodzi w tym wielkiego kompozycyjnego kunsztu. Sposób, w jaki przetasowuje elementy układanki, graniczy z zuchwałością. I to nie tylko na płaszczyźnie konstrukcyjnej. Nie sposób nie zachwycić się warstwą językową: śmiałą, żywą, ale niepozbawioną osobliwego, poetyckiego piękna. Christensen ma dar opowiadania i wykorzystuje go brawurowo. Wie, kiedy uderzyć w humor (znakomity wątek ciotek!), kiedy wzruszyć, kiedy sobie melancholijnie pofilozofować, a kiedy przyprawić całość odrobiną szaleństwa.

Powieść o dziwnym tytule "Odpływ" kryje w sobie niespodziankę, ale jest także frapującą opowieścią o poszukiwaniu tożsamości. Jest też próbą nakreślenia granic między prawdą a własnym wyobrażeniem o sobie, uchwycenia tego, jak przeżycia i osobowość pisarza wpływają na kreację fikcyjnego świata i odwrotnie.

Cudze chwalicie?... W tym wypadku słusznie.


Pierwsze zdanie: "Ojciec często powtarzał: >>Musisz umieć zbudować dom, zanim będziesz mógł go zaprojektować<<".
Gdzie i kiedy: Mała osada w Oslofjorden, Karmack w USA, okolice Baltimore, rok 1969 i współcześnie
W dwóch słowach: fikcja a rzeczywistość
Dla kogo: dla miłośników literackich odkryć, powieści z szaradą i nieszablonowego języka
Ciepło / zimno: 91°

środa, 20 stycznia 2016

Nagrody za najlepszy kryminał roku przyznane! (Deutscher Krimipreis 2016)

Znamy laureatów nagrody Deutscher Krimipreis na najlepszą powieść kryminalną! Jest to najstarsza niemiecka nagroda literacka w tym gatunku, przyznawana od roku 1985 przez jury złożone z krytyków, literaturoznawców i księgarzy. W każdej z dwóch kategorii (kryminały rodzime i zagraniczne) premiowane są powieści "oryginalne pod wzlędem treści, wyróżniające się literacko i dające gatunkowi nowe impulsy". Nagroda Deutscher Krimipreis nie jest dotowana, nie jest również przyznawana publicznie, mimo to należy do najbardziej prestiżowych wyróżnień literackich w Niemczech.

Oto zwycięzcy:

   

1. Friedrich Ani Der namenlose Tag

Friedrich Ani jest jedną z najjaśniejszych gwiazd na kryminalnym nieboskłonie. Znany, ale w Polsce, niedoceniany. Zgarnął Deutscher Krimipreis także w roku 2014 oraz 2003, kilkakrotnie zajmował drugie miejsce. Ekscentryczny monachijczyk, autor niezliczonych powieści i scenariuszy filmowych.
Nagrodzona książka to pierwszy tom nowego cyklu o emerytowanym komisarzu Jakobie Francku. Kontaktuje się z nim Winther, ojciec dziewczyny, która dwadzieścia lat temu popełniła samobójstwo. Franck pamięta tamtą sprawę, zapadła mu w pamięć, bowiem to on przekazał matce wiadomość o śmierci córki. Winther nie wierzy jednak w samobójstwo. Dlaczego Winther przychodzi z tym po tylu latach? Co tak naprawdę wydarzyło się dwadzieścia lat temu? Rozpoczyna się dziwne śledztwo-nieśledztwo, szukanie prawdy i winy. Nietypowo opowiedziana historia, nieśpieszna, poetycka i nostalgiczna. Tak spuentowała tę powieść Krimifantamania: Pozostaje po tej lekturze szary spleen. I przeświadczenie, że przeczytaliśmy może niezbyt widowiskowy i mało odkrywczy kryminał, za to głęboko poetycką, pozostawiającą zadzior w duszy opowieść o samotności i milczeniu.
Więcej o "Bezimiennym dniu" pisałam tutaj.

2. Merle Kröger Havarie
Co za wspaniała powieść! Zwalająca z nóg, bezkompromisowa, niezwykle aktualna. Pisałam o niej tutaj. Na Morzu Śródziemnym krzyżują się drogi luksusowego wycieczkowca, kontenerowca i pontonu wypełnionego uchodźcami z Algerii. Spotkanie na morzu będzie stanowiło zwrot w życiu bohaterów, dla jednych z nich będzie końcem, dla innych początkiem. Książkę tę czyta się jak reportaż, jak dokument, mimo to jest powieścią - wielowątkową, mądrą i odważną. Na jej podstawie powstaje właśnie film.


3. Zoë Beck Schwarzblende

Londyn. Filmowiec Niall Stuart staje się przypadkowym świadkiem śmiertelnego pobicia pewnego żołnierza po cywilu przez dwóch młodych mężczyzn. Niall nagrywa scenę komórką. Jeden ze sprawców podchodzi do niego z zakrwawionym nożem i oświadcza, że popełnił tę zbrodnię w imieniu Allaha. Jego kompan wymachuje flagą państwa islamskiego. Kiedy jakiś czas później Niall otrzymuje zlecenie przygotowania reportażu o tej sprawie, nie wie jeszcze, że został wybrany do tego zadania z okrutną premedytacją. 
Znów bardzo aktualny temat. Krytycy wychwalają tę powieść za jej radykalność i bezkompromisowość, ale bez moralnego wygrażania palcem. Mowa jest o wirtuozerii kompozycji, morderczym tempie, świetnym stylu. 
Przygotujcie się zatem na recenzję w niedługim czasie. 


I najlepsze "międzynarodowe" kryminały roku:


    


1. Richard Price Die unantastbaren (The Whites)

Najnowsza powieść Richarda Price, autora znanego bardziej ze znakomitych scenariuszy (nominowane do Oskara Kolor pieniędzy, Ślepy zaułek) niż z powieści, choć te ostatnie były swego czasu wydawane i w Polsce.
Bohaterem "Nietykalnych", jak zatytułował tę powieść niemiecki wydawca, jest Billy Graves, niespokojny nowojorski gliniarz. Jak każdy z jego czterech kolegów, on również ma swojego "nietykalnego": brutalnego mordercę, którego nigdy nie udało się schwytać. Kiedy pewnego dnia jeden z "nietykalnych" zostaje odnaleziony martwy, Billy zaczyna podejrzewać swoich najbardziej zaufanych współpracowników.
Powieść o niesamowitej dynamice, tempie, szalonym rytmie, synchronicznym z rytmem nocnej metropolii - portret miasta i policyjna soap opera w jednym.
Miałam tę powieść w planach, teraz przyśpieszę trochę lekturę. Recenzja wkrótce.


2. Fred Vargas Das barmherzige Fallbeil (Temps Glaciaires)

W Polsce ukazało się kilka powieści tej francuskiej autorki, ale jakoś nie zagościła na stałe w sercach czytelników. Inaczej w Niemczech - tu jej powieści przyjmowane są z niesłabnącym entuzjazmem. Najnowsza powieść Vargas, wydana pod niemieckim tytułem Das barherzige Fallbeil (Miłosierna gilotyna), stała się wielkim komercyjnym sukcesem, ale i krytycy ją wychwalają i przekonują, że to "przyszłość kryminału", gatunku cierpiącego na brak świeżości i nowych pomysłów.
W Paryżu w krótkim czasie znalezione zostają zwłoki nauczycielki matematyki i bogatego magnata. Trop prowadzi do Islandii i tajnej organizacji, której korzenie sięgają rewolucji francuskiej...
Powieść okrzyknięto "arcydziełem nieprzewidywalności".
Będę testować.

3. Sara Gran Dope (Dope)

Jedyna książka, po którą polscy czytelnicy mogą sięgnąć od razu: powieść ta została wydana w roku 2006, dopiero teraz jednak ukazała się na rynku niemieckim. W Polsce opublikowało ją wydawnictwo Książnica (Heroina).
Nowy Jork, rok 1950. Josephine (»Joe«) nie miała łatwego życia. Właściwie już dawno powinna zdechnąć gdzieś w jakimś opuszczonym zaułku, z kulką w piersi lub heroiną buzującą w żyłach. Udało jej się jednak wykaraskać z bagna. I kiedy sądzi, że jej się udało zostawić za sobą dawne życie, otrzymuje nieoczekiwaną propozycję: pewna zamożna para oferuje jej 1000 dolarów za pomoc w odnalezieniu córki, która zniknęła w podziemnym światku Nowego Jorku. Proste z pozoru zadanie okazuje się wielkim wyzwaniem...
Niby naiwna i sztampowa intryga, ale w tej książce jest drugie dno - Sara Gran jest mistrzynią sarkazmu. Powieść zatem więcej ma w sobie ze złośliwej, słodko-gorzkiej parodii brutalnych nowojorskich kryminałów.
Ze wszystkich wyróżnionych powieści na tę mam najmniejszą ochotę. Ale może ktoś z Was już ją czytał?

I co Wy na to? Sięgnelibyście po którąś z wyróżnionych powieści? Zachęciło Was coś? Zaintrygowało? A może wybór niemieckiego jury jest od czapy i nie tylko nie odzwierciedla gustów czytelnika, ale preferuje pewien typ literatury, którego nie da się czytać?

 

sobota, 16 stycznia 2016

Lista bestsellerów tygodnika Spiegel - notowanie 3/2016


Nowy Rok ma już dwa tygodnie, pora zatem zajrzeć na najbardziej prestiżową listę najlepiej sprzedających się książek w Niemczech, publikowaną przez tygodnik Spiegel. Dziś notowanie 3/2016. Co w ubiegłym tygodniu najchętniej czytali nasi sąsiedzi zza zachodniej granicy?

1. Jojo Moyes Ein ganz neues Leben (oryg. After You, pol.-) 
Autorka, która na dobre zagościła w sercach niemieckich czytelniczek i na listach bestsellerów całego świata, wypuściła kontynuację "Zanim się pojawiłeś", która natychmiast stała się hitem. I choć krytycy mówią, że to landrynkowy kicz w kolorze majtkowego różu, to miłośniczki wzdychów wiedzą swoje i zachwycają się dalej. Okładka też w kwiatuszki, ale jakże inna od pseudoprowansalskiego stylu "romantic" królującego w polskich wydaniach, prawda?


2. Dörte Hansen Altes Land (pol. -) 
Debiut literacki bliżej nieznanej nikomu lingwistki okazał się czarnym koniem dla wydawnictwa Knaus i zaskoczył zapewne nie tylko samego wydawcę. Książka ta sprzedała się bowiem najlepiej ze wszystkich wydanych w roku 2015 tytułów "fiction" i na razie nie zanosi się na to, by zniknęła z list bestsellerów. O czym traktuje? Po wojnie pięcioletnia Vera ucieka z matką z Prus Wschodnich i osiedla się w niewielkiej wsi na północy Niemiec. Stary, zimny, skrzypiący wiejski dom staje się świadkiem ich prób powrotu do normalności - dwie pokiereszowane dusze w poszukiwaniu domu, wiejskie życie odarte z cukrowej sielankowej warstwy, właściwa doza ironii i goryczy. Krytycy i wydawcy spoglądający zazdrośnie na ten literacki hit zastanawiają się nad jego fenomenem. Jedni mówią o modnym literackim trendzie określanym mianem "nature writing", inni tłumaczą ten sukces tęsknotą za sielanką wiejskiego życia. A może pani Hansen po prostu dobrze pisze? Krimifantamania książkę już ma i wkrótce odpowie na te pytania.


3. Camilla Läckberg Schneelöwin (oryg. Lejontämjarenpol. Pogromca lwów, wyd. Czarna Owca 2015) 
Ledwie się ukazała, już na topie. (Swoją drogą, tempo publikacji niektórych tytułów w Polsce jest zastanawiające - książka ta ukazała się pół roku wcześniej niż w Niemczech!). Kamilka z kursu kreatywnego pisania dobrze odrobiła swoje lekcje i choć składniki do przepisu na bestseller nie wszystkim są znane, ona zdała się posiąść tę tajemną wiedzę, bowiem co napisze, to hicior. Czy ktoś może mnie oświecić, dlaczego polski wydawca sprzedaje pogromcę lwów, a niemiecki lwa, a właściwie lwicę, i to śnieżną? Mam nadzieję, że nie kryje się w tym głębszy sens...


4. Joachim Meyerhoff Ach, diese Lücke, diese entsetzliche Lücke (pol. -) 
Widzę tę okładkę, widzę tytuł ("Ach, ta luka, ta straszliwa luka") i już kocham tę książkę. Jak niewiele trzeba, żeby wzbudzić zainteresowanie czytelnika!... Wydaje się jednak, że w tym wypadku ani okładka, ani tytuł nie są miodową pułapką na niewinne pszczółki. Książka ta (a właściwie cykl, bo to już trzeci tom autobiograficznej powieści Meyerhoffa) jest niemiecką odpowiedzią na Knausgarda, i to taką, że Norweg może się chować, podobno. Jeśli wiodący krytyk literacki w Niemczech okrzykuje autora wirtuozem słowa, to chyba coś jest na rzeczy. Recenzja wkrótce. 


5. Martin Walser Ein sterbender Mann (pol. -) 
Jeden z wiodących niemieckich literatów przypomina się nową powieścią o jakże znamiennym tytule "Umierający mężczyzna" - autor, znany również w Polsce, choć wydano u nas zaledwie niewielką część jego dorobku, ma 89 lat. Przez jednych wychwalany, przez innych miażdżony - obojętne, jak odbiera się jego twórczość, nie sposób jej ignorować. Krimifantamania do dziś wspomina jedną z jego wcześniejszych książek "Ein fliehendes Pferd" z wielką atencją. Czas pokaże, czy najnowsza książka Walsera to tylko efemeryda, czy też i ona wryje się w umysły czytelników i historię niemieckiej literatury.

6. Sebastian Fitzek Das Joshua-Profil (pol. -) 
Król niemieckiego thrillera, kura, tfu, kogut znoszący złote... nie, nie pasuje. Więc niech będzie król. Może Midas. Albo cesarz. Władca niepodzielny. Częstotliwość, z jaką Fitzek wypuszcza kolejne bestsellery, zaczęła ostatnio niepokojąco wzrastać i jest odwrotnie proporcjonalna do jakości jego prozy. Autor sypie pomysłami jak piaskiem z dziurawego worka - co jeden to bardziej nieprawdopodobny. Od głupich i głupszych zwrotów akcji człowiek dostaje oczopląsu i pulpetacji serca, a nawet wątroby, a tymczasem grosiwo nabija kabzę... Po ostatnich dokonaniach Fitzka odczuwam niemrawą chęć na sięgnięcie po "Profil Joshuy", ale niech mi tam, pocierpię dla idei. A może tym razem obędzie się bez cierpienia?...

7. Kerstin Gier Silber. Das dritte Buch der Träume (pol. -) 
Trylogia "Silber" to niezaprzeczalnie jeden z większych komercyjnych sukcesów tej autorki. I choć zwykle bardzo sceptycznie odnoszę się do literatury tak zwanej "młodzieżowej" zwłaszcza tej fantastycznej, to tym razem twierdzę, że mało jest osób odpornych na czar tej historii. Gier pisze z pazurem, humorem, ironią, fajnie imaginuje i wplata fantastyczne elementy we współczesną, obyczajową opowieść. Niniejszy tytuł to trzeci, ostatni tom trylogii. Pozostaje teraz tylko czekać na ekranizację i... polskie wydanie ;-)



8. David Safier Mieses Karma 2 (pol. -) 
Autor "Mrówki w wielkim mieście" (lub "Marnej karmy", jak chciało wydawnictwo Amber, które wznowiło tę książkę na polskim rynku) powraca. Po kontynuacji nie należy spodziewać się niczego odkrywczego: ma być śmiesznie, odrobinę filozoficznie i rozrywkowo. Jak widać, recepta na sukces sprawdza się nawet w wersji odgrzewanej. 




9. Donna Leon Endlich mein (oryg. Falling in Lovepol. -) 
Dwudzieste czwarte śledztwo komisarza Brunnettiego. Dwudzieste czwarte!... To się nazywa popularność. Donna Leon trafia na listę Spiegla z regularnością szwajcarskiego zegarka, więc co tu się będę rozpisywać. Fani łykają, niefani kręcą głową. 






10. Cecelia Ahern Der Glasmurmelsammler (oryg. The Marble Collector, pol. -) 
Kolejna autorka taśmowych czytadeł, która zdaje się i w Polsce cieszy się niejaką popularnością. Przesuwają mi przed oczami jej książki, przychodzą i odchodzą, lekkostrawne i słodkie jak desery z fabryki. A ponieważ cukru nie jem, pozostawię opinię o tej powieści amatorkom. 





Wnioski? Kondycja niemieckiej literatury jest chyba niezła, przynajmniej sprzedażowo, bo na 10 tytułów 6 to książki niemieckojęzyczne. Trudno jednak się oprzeć wrażeniu, że początek roku obfituje w strawę dość lekką, jakby ludzie nie otrząsnęli się jeszcze po sylwestrowej nocy... choć to akurat grząski temat. Na coś ambitniejszego trzeba będzie pewnie poczekać do wiosny, kiedy wydawnictwa sypną nowościami, by zdążyć na lipskie targi książki. 
Z ciekawostek okołoksiążkowych warto nadmienić, że nowe wydanie "Mein Kampf" z historyczno-krytycznym komentarzem tuż po premierze w zeszłym tygodniu uplasowało się na dwudziestym miejscu wśród książek non-fiction. Nie należy się chyba obawiać, że ta wysoka sprzedaż to wyraz ciągle żywych nacjonalistycznych resentymentów. To raczej wynik zainteresowania naukowym komentarzem do wydania i medialnego tumultu wokół tej publikacji, która stała się możliwa ze względu na wygaśnięcie praw, będących dotychczas w posiadaniu Bawarii. 

I na koniec mały "Schmankerl", czyli czym się zachwycali Niemcy dwadzieścia lat temu: na pierwszym miejscu "Spadkobierczyni Medicusa" Noah Gordona, na drugim romansidło Rosamunde Pilcher "Powrót do domu", na trzecim "Zaklinacz koni" Evansa, czwarte - "Świat Zofii" Gaardera, i na piątym "Syn cyrku" Johna Irvinga. Straszne.