Ads 468x60px

sobota, 20 sierpnia 2016

Tony Parsons "Mit Zorn sie zu strafen" (Gniewem ich karać) - i pokarało...



Wydawnictwo: Bastei Lübbe
Seria Detective Max Wolfe 2
Tytuł oryginału: The Slaughter Man
Tłumaczenie na niemiecki: Dietmar Schmidt
Data wydania: grudzień 2015
Liczba stron: 317
Cena: 14,99 euro
Przyznam, tak, mam słabość do procedurali. Dobrze napisana klasyczna powieść kryminalna, osadzona w realiach współczesnego wielkiego miasta, wierność detalom, wgląd w pracę policji, bez upiększeń, nagość faktów, do tego wiarygodnie skonstruowana postać śledczego i zbrodnia, najlepiej niespektakularna, ale obnażająca mroczne zakątki ludzkich umysłów - i już. Nie trzeba wiele. Łatwo mnie złapać na lep takich perspektyw. Gorzej, gdy przynęta nęci mnie do towaru nie pierwszej świeżości.

A przy tym trzeba trzeźwo skonstatować, że dobrych procedurali jest coraz mniej. To, co jeszcze kilkanaście lat temu stanowiło trzon gatunku, teraz staje się rzadkością, rozmydlone mdłymi "thrillerami psychologicznymi", w których autorzy skupiają się nie na śledztwie, lecz na skomplikowanych, a jakże, przerażających i możliwe jak najbardziej dramatycznych przeżyciach bohatera - a właściwie najchętniej bohaterki, wszak czytelnicy tego gatunku to w większości kobiety, i to tak po czterdziestce. Ze świecą dziś szukać takich jak Harry Bosch, John Rebus, czy inny Harry, kontrowersyjny Harry Hole. Obrodziło zaś rozmaitymi "dziewczynami", zaginionymi w pociągu i odnalezionymi w ogniu. Czy trzeba się zatem dziwić, że jak ta spragniona dżdżu kania wychwytuję wszystko, co choć trochę przypominałoby wielkie, niezapomniane kryminalne serie?

I wydawałoby się, że seria z detektywem Maxem Wolfem spełni wszelkie pokładane w nią oczekiwania. Wyrazisty śledczy, na tyle "normalny", by pokochać go bez przeszkód, i dość pokręcony, by nie wywoływać mdłości. W dodatku ma słodką córeczkę Scout, którą wychowuje samotnie, ponieważ jej matka złą kobietą była i odeszła do innego, by z innym zachodzić w ciążę. Co ja mówię, ma w dodatku przesłodkiego pieska, o którego troszczy się z chwytającym za serce oddaniem. Nie od dziś wszak wiadomo, że dobrze rwie się laski na dzieci i szczenięta. Ale dość złośliwości, pan detektyw ma potencjał i sprawne pióro mogłoby wykreować go na obiekt wzdychów i pożądań większości czytelniczek kryminałów. 

Jest też i Londyn. Dla wielu miasto magiczne, miejsce ukochane przez artystów, gwiazdy, rozmaitych awangardowych pokręceńców, tygiel kultur, kolebka i tak dalej. Idealny setting dla kryminałów. Kolejne źródło, z którego można czerpać bez końca.

A więc detektyw i miejsce akcji - dwa wielkie plusy, które powinny zadziałać na korzyść powieści. Weźmy pod lupę samą zbrodnię. A ta jest z gatunku tych drastycznych. W sylwestrową noc zgładzona zostaje cała rodzina: ojciec, matka (dodatkowo brutalnie zgwałcona), dwoje nastoletnich dzieci. I dopiero po kilku godzinach od odkrycia jatki okazuje się, że nigdzie nie ma ciała trzeciego, dziecka, czteroletniego Bradleya. Śledztwo zmierza więc nie tylko w kierunku schwytania brutalnego zabójcy, ale i odnalezienia dziecka. Prędko wychodzą na jaw niepojęte szczegóły masakry - rodzinę wymordowano przy pomocy urządzenia do uboju bydła. Tak, Tony Parsons lubi zbrodnie krwawe, krzykliwe, szokujące. Nie inaczej było w pierwszym tomie tej serii, wydanym przez Albatrosa pod adekwatnym tytułem "Krwawa wyliczanka". Mamy więc nietypowe narzędzie zbrodni. Pierwsze, co się nasuwa, to sprawdzenie, czy kiedyś ktoś i zamordował w taki sposób. I bingo. Zamordował. A nawet odsiedział karę i niedawno wyszedł na wolność. Policja skupia się na osobie "rzeźnika"... I tu zaczynają się schody. Londyńska policja przypomina zgraję nieporadnych amatorów, a jej poczynania, żenująco idiotyczne i irytująco dyletanckie, pociągają za sobą jedną katastrofę za drugą. Autor uznał widać, że zbuduje napięcie pakując swych śledczych w coraz to gorsze tarapaty, zaś dzielnego detektywa Wolfe'a poddając coraz to bardziej nieprawdopodobnym próbom, z których, oczywista, wychodzi z niewielkim tylko szwankiem, jako ten Chrystus z martwych powstały, by karać złoczyńców tytułowym gniewem. I pięściami oraz pazurami, bo broni palnej jakoś w brytyjskiej policji nie mają. Litościwie pominę milczeniem scenę, w której czwórka nieuzbrojonych śledczych pakuje się do gniazda wyjątkowo agresywnych pedofili (sic!), nie mogąc oczywiście zaczekać na przybycie jednostki specjalnej. Podobnych jest tu więcej, a każda kolejna wywołuje coraz większe zdumienie i konsternację (really?!...). 

Jeśli dodamy do tego niewymowny patos, z jakim samotnie wychowujący tatuś przekonuje czytelników o swej nieskończonej miłości do córeczki (i pieska), to spokojnie możemy przyznać sobie medal za wytrwałość. Złoty! Bo doczytaliśmy do końca. I nawet nie rechotaliśmy podczas sceny wychodzenia z grobu (dosłownie. Ale przecież nie będziemy spoilerować).



Pierwsze zdanie: "Chłopca obudził krzyk ojca.*"
Gdzie i kiedy: Londyn, współcześnie
W dwóch słowach: napięcia i przegięcia
Dla kogo: dla miłośników Londynu, dobrego tempa i mało prawdopodobnych procedurali
Ciepło / zimno: 31°

* tłumaczenie moje na podstawie tekstu niemieckiego

7 komentarzy:

  1. A znasz inspektora Jacka Frosta z powieści R.D. Wingfielda ? To dopiero 'procedurale' z humorem i intrygą, a na posterunku policji w Denton zawsze huk roboty. U mnie notka o jednej z tych książek.
    "Krwawą wyliczankę" przeczytałem z zaciekawieniem. Niezła intryga, dobry wątek dotyczący Czarnego Muzeum SY, polubiłem też głównego bohatera, jego córkę i psa. Szkoda, że kolejna powieść jest tak słaba. Chociaż Parsons pisał do tej pory powieści obyczajowe, może dlatego nie przygotował się solidnie do uwiarygodnienia pracy policji..
    tommy z samotni

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W pierwszym tomie nie zgrzytało mi tak, jak w drugim. Może to kwestia tego, że inicjacyjne tomy serii traktujemy z wielkim kredytem zaufania, przymykamy bardziej oko? A może dlatego, że książki słuchałam, a dobry lektor zawsze wyciągnie z powieści więcej? A może po prostu była lepsza, nie wiem.
      A Froście dużo słyszałam, nie czytałam (jeszcze), nadrobię! :-)

      Usuń
  2. p.s. A jesienią u nas nakładem Ambera "Zerschunden" Michaela Tsokosa oraz "Abgeschnitten" Tsokosa & Fitzka.
    Warto ująć te książki w czytelniczych planach ?
    tommy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obie czytałam, Tsokosa bardzo cenię, jest znakomitym fachowcem w swej dziedzinie (jest patologiem sądowym) i potrafi tę swoją wiedzę sprzedać. "Abgeschnitten" opisałam tutaj: https://krimifantamania.blogspot.de/2012/11/fitzek-tsokos-abgeschnitten-odciecie.html
      Podobało mi się, choć oczywiście w tej powieści czuje się rękę Fitzka, czyli dzieje się dużo, dzieje się na granicy prawdopodobieństwa, a zwroty akcji są takie, że człowiek się czuje jak po paru głębszych. Mimo wszystko książka znakomicie zdaje egzamin.
      "Zerschunden" odebrałam znacznie gorzej, choć warsztatowo nic tej powieści nie można zarzucić. Ale czegoś jej brakowało, serca, pasji, tego "czegoś". Ania z "Przeczytałam książkę" oceniła za to tę książkę bardzo dobrze, pisała chyba o tym na blogu, poszukaj. Może więc to tylko moje kręcenie nosem?...

      Usuń
  3. Dziękuję za odpowiedź. Wiesz, że Twoje opinie bardzo cenię :)
    tommy

    OdpowiedzUsuń
  4. A może stworzyłabyś listę procedurali, po które warto sięgnąć? Co Ty na to?

    OdpowiedzUsuń