Ads 468x60px

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fischer Verlag. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fischer Verlag. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 lipca 2012

Stephan Ludwig "Zorn - Tod und Regen" - o gniewie, deszczu i śmierci






Wydawnictwo: Fischer Taschenbuch Verlag
Data wydania 25.05.2012)
Język: niemiecki
Ilość stron: 368
Cena: 8,99 euro

"Trwało trzy godziny, zanim straciła rozum, a kolejne dwie, zanim wreszcie pozwolił jej umrzeć" - wystarczy na zachętę? Nie? To może okładka - deszczowa kolorystyka, wyraziste liternictwo, z wypaloną dziurą pośrodku? Też nie? W takim razie tytuł: "Gniew - śmierć i deszcz"... O nie, nie, nie. To zmyłka. W tytule nie ma gniewu, jest tylko śmierć i deszcz. A Zorn? Zorn (niem. gniew) to nazwisko nowego śledczego na kryminalnej scenie...
Właśnie skończyłam tę książkę i tak sobie dumam o tym Zornie. Rozmyślam, jak go ugryźć. Podejmuję wysiłki, by polubić. Ba, by zaakceptować przynajmniej. No bo jak wywołać w sobie choć odrobinę przychylnych uczuć dla osobnika skrajnie smętnego, cynicznego i leniwego? Jak lubić kogoś, kto nie lubi ludzi, nie lubi swej pracy, a nade wszystko nie lubi samego siebie? Abnegatów w literaturze kryminalnej mieliśmy już dużo. Nawet i Zorna porównywano już do tych "wielkich" - Rebusa na przykład. Mnie samej, z tym swoim chorobliwym tumiwisizmem wyjątkowo skojarzyl się z Moerckiem Adlera-Olsena. Tyle że Moerck w decydującym momencie potrafił wykrzesać z siebie iskrę zapału, ruszyć cztery litery i uratować niewinne dziecię, schwytać zbrodzienia, a ten... Zorn? No dobra, w kulminacyjnym momencie Zorn istotnie rusza cztery litery, podejmuje właściwą decyzję, by przyskrzynić bandytę, ratuje z wielkich opresji niewinne dziecię, ale jakoś polubić go nie zdołałam.

Co innego jego partner, a właściwie podwładny Schröder, niepozorny, niewyględny, ale zabójczo inteligentny, zaangażowany i wykonujący za Zorna całą brudną robotę, a w dodatku posiadający szereg umiejętności, o które nikt, nawet zblazowany szef, go nie podejrzewa. I to jest prawdziwy bohater tej powieści! Nie od dawna wiadomo, że dobrze wykreowany bohater, w szczególności w przypadku literatury kryminalnej, to połowa sukcesu. Tutaj, mimo sympatii i antypatii znakomicie wykreowanych bohaterów jest dwóch, a ich interakcje, dialogi, zgryźliwości i złośliwostki, przepychanki słowne i ukryty czarny humor to już nie połowa sukcesu, ale cały.

Ale ja tu gadu gadu, a dziad gruszki rwie... Do rzeczy. A rzecz jest brutalna. Zdanie z okładki, które rzuciłam na wstępie na przynętę, to nic. Bo nie mówi ani trochę, co morderca uczynił tej biednej kobiecie w szczególe. Jest tego trochę i jest to materiał dla osób o naprawdę mocnych nerwach. Tym bardziej, że na tej jednej ofierze nie poprzestanie. Żeby było ciekawiej, w tym niedużym,nieciekawym i dość przeciętnym miasteczku od lat nie było żadnego morderstwa, a śledczy Zorn, siłą rzeczy, zadowalał się przewalaniem papierzysk. I nagle popełniona zostaje zbrodnia, z pozostawionych śladów wynika, że bestialska. Jest tylko jeden szkopuł - nie ma ciała... Skąd zatem wiadomo o zbrodni? Z gigantycznej kałuży krwi, znalezionej w piwnicy pewnego opuszczonego domu. Prędka analiza wykazuje, że jest to niezbicie krew ludzka, a nieco dokładniejsza, że ofiarą, która ewidentnie musiała się wykrwawić, była kobieta po pięćdziesiątce, z nadwagą, a co ciekawe, napompowana środkami przeciwbólowymi. Który morderca odurza ofiarę, by nie czuła bólu, by potem przez wiele godzin znęcać się nad nią w najgorszy z możliwych sposobów?...

Zagadek jest więcej. Już wkrótce spokojne miasteczko wzbogaca się o kolejną ofiarę. Zorn, chcąc nie chcąc, bierze się za sprawę, komenderując Schröderem, napotykając przy tym na pierwszą przeszkodę - wyszystko wskazuje na to, że śledztwo jest sabotowane przez antagonistę Zorna, prokuratora Sauera. Wszystko komplikuje się jeszcze bardziej, kiedy po paru dniach Sauer zawisa rankiem na kościelnej wieży, by roztrzaskać się na miazgę na warzywnym targu.

Intryga jest niezła, może nie powalająca, ale zarysowana w sposób wyjątkowo trzymający w napięciu. Parę razy autorowi udało się mnie zaskoczyć, co nie jest rzeczą łatwą. Mało tego, wszystkie wątki rozwiązuje w sposób zadowalający, wyprowadza na prostą zagmatwane ścieżki, a nawet serwuje odrobinę Hollywoodu w kulminacyjnej scenie, w której żywioł łączy swą destrukcyjną moc z mrocznym umysłem zbrodniarza. Nie udało mu się wprawdzie uniknąć paru iście irytujących i szablonowych rozwiązań, łącznie z tym, którego nie cierpię - kiedy to zbrodniarz, trzymając stróża prawa na przysłowiowej muszce, w długich tyradach eksplikuje jak, po co i dlaczego zrobił to, co zrobił, a czego nie zrobił, i też dlaczego, dając dzielnemu policjantowi czas i sposobność na odwrócenie kota ogonem i z łowczego stać się zwierzyną. Wybaczam to jednak wielkodusznie, ponieważ cała reszta wyjątkowo mnie przekonała, ubawiła, dostarczyła paru godzin niekłamanej frajdy i pierwszorzędnego napięcia. 


Powieść żyje jednak nie intrygą, a znakomicie zarysowanymi postaciami, łącznie z osobą psychopatycznego mordercy, dobrymi dialogami i szczyptą czarnego humoru, tym rodzajem dystansu do świata, który lubię najbardziej. To nie jest nabzdyczona próba piętnowania grzechów tego świata, dramatyczne pławienie się w lamentach, jaki ten świat jest zły, tylko rozrywka. Dobra rozrywka.

Na jesień zapowiada się drugi tom o parze osobliwych komisarzy i skłamię mówiąc, że mnie to nie cieszy.
Moja ocena: mocna czwórka z plusiskiem! (4+/5)


Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego serdecznie dziękuję pani Lenie Schweins z wydawnictwa Fischer Verlag.