Wydawnictwo: Piper
Premiera wydania drugiego (poprawionego): 01.06.2011
Cykl: Das Geheimnis von Askir
Język: niemiecki
Ilość stron: 400
Cena: 9,99 euro
Jestem zrzędą. Wiecznie niezadowoloną, wszędzie szukającą dziury w całym, złośliwą zrzędą. Czasem czytam jakąś książkę i aż mnie świerzbi, żeby przyczepić się do tego czy śmego. Widzę te wszystkie niedoróbki, niedociągnięcia, kłują mnie w oczy niezgrabności stylistyczne i wpadki fabularne, wychodzą uszami tuzinkowe zagrania i chwyty autorów. Nawet niekiedy chciałabym się życzliwie pochylić nad jakimś dziełem, w które autor wyraźnie włożył całe serce i niestety, zamiast łaskawie przymykać oko, odczuwam wyłącznie irytację i aż mnie nerw bierze, że muszę (chcę?) przedzierać się przez różne pisarskie krzewinki.
Bywa jednak i tak, że autorowi od pierwszej sceny udaje się rzucić na mnie urok. To kwestia niuansów, nieuchwytnej magicznej mgiełki, którą niektórzy potrafią zarzucić na czytelnika niczym niewidzialne sidła, czarodziejskiej iskry, która przechodzi i sprawia, że potknięcia przestają być ważne, że nie zwraca się już uwagi na niedoskonałości, że człowiek wsysa się w książkę niczym wygłodniały moskit i nie przestaje, aż błogi z opicia dociera do ostatniej strony. Nie wiem, czy to kwestia chemii, magii, ulotnych smaków, składajacych się na literackie danie, czy wyjątkowego daru narracyjnego autora, a może chwilowej zbieżności czytelniczej potrzeby i książkowej strawy, wiem jednak, że owo błogie uczucie pojawia się dość rzadko, zbyt rzadko, by zadowolić uzależnionego książkożercę. Co tu dużo gadać, "Das erste Horn" jest ewidentnie taką książką, a Richard Schwartz, który tą powieścią zadebiutował (aż się nie chce wierzyć), w dwa dni urósł do roli mego prywatnego odkrycia roku.
Książka jest już na rynku od jakiegoś czasu, dość szybko podbiła serca miłośników literatury fantastycznej i urosła w cykl, liczący sześć tomów, który sprzedał się w Niemczech w ilości 250 tysięcy egzemplarzy. W międzyczasie Schwartz napisał już inny cykl, a na dniach spodziewamy się kolejnej jego powieści. Na czym polega fenomen stworzonego przez niego świata?
Trudno zgadnąć. Może to kwestia pierwszej sceny, w której zaglądamy do gospody, położonej na odległej przełęczy, dzielącej cywilizowane krainy od kraju barbarzyńców, gdzie diabeł mówi dobranoc. Zapada zmrok, za grubymi murami oberży szaleje wichura, zapowiadając śnieżną noc, w izbie panuje ciepło i gwar. Nasz bohater, człowiek zmęczony życiem i z nostalgią i znużeniem spoglądający w przeszłość, niechętnie czekając jutra, siedzi nad garncem wina i przygląda się podróżnym, którzy jak on, zdążyli przed zamiecią, na drodze do swych mniej lub bardziej oczywistych celów. Są wśród nich członkowie kupieckiej karawany, są najemni żołnierze, górnicy, powracający na zimę w ojczyste strony, pewien baron w towarzystwie dwóch córek - zwykli podróżni, szukający schronienia w niepogodę. A jednak ani nasz zmęczony bohater, ani goście oberży, ani nawet gospoda nie są tym, czym się wydają na pierwszy rzut oka. Nagle drzwi otwierają się z hukiem i w towarzystwie gwałtownego podmuchu wiatru do izby wpada ostatni spóźniony gość. Sera Maestra der Girancourt, pół elfka, pół kobieta, nosząca Kamienne Serce - magiczny miecz. Gospoda jest przepełniona, a spóźniona podróżniczka zmęczona znojami drogi. Przysiada się do naszego bohatera, który niechętnie, niemal wrogo, akceptuje jej towarzystwo. Śnieżna burza nasila się, przybierając rozmiary niemal katastroficyne, a podróżni zostają uwięzieni w zajeździe na parę dni. Zaczyna się spektakl, przypominający najlepsze odsłony kryminalnych opowieści z gatunku locked room. Jakie tajemnice noszą z sobą podróżni? Kim są i czego szukają na tym odludziu? Locked room crime? Ależ tak. Bowiem już pierwszej nocy wydarza się zbrodnia. W stajni znalezione zostają zmasakrowane zwłoki jednego z giermków. Ślady wskazują na wilkołaka. Czyżby bestia była jednym z nich? Nieoficjalne śledztwo zaczynają nasz sterany wojak i Maestra, napotykając na zagadki i stając w obliczu wydarzeń, które prowadzą znacznie głębiej, niż tylko w głąb lochów, na których zbudowano gospodę.
Schwartz znakomicie skonstruował swoją opowieść. Niby nic, niby zwykła karczma na odludziu, zamknięta od świata i trzymająca pod kluczem lodu i śmiertelnego mrozu garstkę ludzi (i nie tylko), a jednak z tej zatęchłej izby wychodzą nitki fabularne, prowadzące do bezbłędnie wykreowanego świata, odsłanianego powoli, peu à peu, z zamiłowaniem do detalu, w sposób przemyślany i niezmiernie wyrazisty. Wspomniałam już o moim zdziwieniu, że tego rodzaju dojrzała, dopracowana proza wyszła spod pióra debiutanta - z reguły pierwsze tomy początkujących autorów jadą pierwszyzną, są niedorobione, naiwne. A tu nic. Bohaterowie jak żywi, trójwymiarowi, barwni, urozmaiceni, akcja poprowadzona z wyczuciem, wciągajacą od początku, świat Askiru bogaty, koherentny, nierozłażący się w szwach, intrygujący, dopracowany. . Nawet jest udany humor i seks - na czym zazwyczaj wykładają się debiutanci. Scena, w której mroczna elfka schodzi na śniadanie po upojnej nocy spędzonej z Rigurdem, prowadząc kochanka na smyczy, należy do najlepszych w całej książce...
![]() |
Okładka pierwszego wydania |
Jest też świetny, dramatyczny finał, ze sporą dozą akcji i umiarkowaną dozą walki (wiecie, że nie przepadam), domykający wszystkie aktualne wątki, a jednocześnie obiecujący kolejne barwne tomy. Mam nadzieję, że rysujący się już w pierwszym tomie epicki rozmach nie okaże się mydlaną bańką, a autor sprosta wysokim oczekiwaniom, bo te, po tym zaskakująco udanym wstępie, są wysokie. Askir - dawno zapomniane, potężne królestwo, majaczące na pograniczu legendy. Istniało naprawdę? A jeśli tak, dlaczego upadło? I czy na pewno nic po nim nie pozostało? Te pytania pozostają po pierwszym tomie bez odpowiedzi. A teraz bijcie się, wydawcy...
Nieczęsto się to zdarza, ale daję piątkę. Za absolutne oczarowanie mnie tajemnicą Askiru, za mroczną elfkę, znakomicie skonstruowaną magię, za klimat, atmosferę i świetną rozrywkę (5/5).
Za udostępnienie książk dziękuję wydawnictwu Piper. (Vielen Dank, Frau Dürholt! Sie haben nicht zu viel versprochen!)