Ads 468x60px

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piper Verlag. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piper Verlag. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 października 2012

Richard Schwartz "Das Geheimnis von Askir. Das Erste Horn" czyli magia Niemca



Wydawnictwo: Piper
Premiera wydania drugiego (poprawionego): 01.06.2011
Cykl: Das Geheimnis von Askir
Język: niemiecki
Ilość stron: 400
Cena: 9,99 euro



Jestem zrzędą. Wiecznie niezadowoloną, wszędzie szukającą dziury w całym, złośliwą zrzędą. Czasem czytam jakąś książkę i aż mnie świerzbi, żeby przyczepić się do tego czy śmego. Widzę te wszystkie niedoróbki, niedociągnięcia, kłują mnie w oczy niezgrabności stylistyczne i wpadki fabularne, wychodzą uszami tuzinkowe zagrania i chwyty autorów. Nawet niekiedy chciałabym się życzliwie pochylić nad jakimś dziełem, w które autor wyraźnie włożył całe serce i niestety, zamiast łaskawie przymykać oko, odczuwam wyłącznie irytację i aż mnie nerw bierze, że muszę (chcę?) przedzierać się przez różne pisarskie krzewinki. 

Bywa jednak i tak, że autorowi od pierwszej sceny udaje się rzucić na mnie urok. To kwestia niuansów, nieuchwytnej magicznej mgiełki, którą niektórzy potrafią zarzucić na czytelnika niczym niewidzialne sidła, czarodziejskiej iskry, która przechodzi i sprawia, że potknięcia przestają być ważne, że nie zwraca się już uwagi na niedoskonałości, że człowiek wsysa się w książkę niczym wygłodniały moskit i nie przestaje, aż błogi z opicia dociera do ostatniej strony. Nie wiem, czy to kwestia chemii, magii, ulotnych smaków, składajacych się na literackie danie, czy wyjątkowego daru narracyjnego autora, a może chwilowej zbieżności czytelniczej potrzeby i książkowej strawy, wiem jednak, że owo błogie uczucie pojawia się dość rzadko, zbyt rzadko, by zadowolić uzależnionego książkożercę. Co tu dużo gadać, "Das erste Horn" jest ewidentnie taką książką, a Richard Schwartz, który tą powieścią zadebiutował (aż się nie chce wierzyć), w dwa dni urósł do roli mego prywatnego odkrycia roku.

Książka jest już na rynku od jakiegoś czasu, dość szybko podbiła serca miłośników literatury fantastycznej i urosła w cykl, liczący sześć tomów, który sprzedał się w Niemczech w ilości 250 tysięcy egzemplarzy. W międzyczasie Schwartz napisał już inny cykl, a na dniach spodziewamy się kolejnej jego powieści. Na czym polega fenomen stworzonego przez niego świata?

Trudno zgadnąć. Może to kwestia pierwszej sceny, w której zaglądamy do gospody, położonej na odległej przełęczy, dzielącej cywilizowane krainy od kraju barbarzyńców, gdzie diabeł mówi dobranoc. Zapada zmrok, za grubymi murami oberży szaleje wichura, zapowiadając śnieżną noc, w izbie panuje ciepło i gwar. Nasz bohater, człowiek zmęczony życiem i z nostalgią i znużeniem spoglądający w przeszłość, niechętnie czekając jutra, siedzi nad garncem wina i przygląda się podróżnym, którzy jak on, zdążyli przed zamiecią, na drodze do swych mniej lub bardziej oczywistych celów. Są wśród nich członkowie kupieckiej karawany, są najemni żołnierze, górnicy, powracający na zimę w ojczyste strony, pewien baron w towarzystwie dwóch córek - zwykli podróżni, szukający schronienia w niepogodę. A jednak ani nasz zmęczony bohater, ani goście oberży, ani nawet gospoda nie są tym, czym się wydają na pierwszy rzut oka. Nagle drzwi otwierają się z hukiem i w towarzystwie gwałtownego podmuchu wiatru do izby wpada ostatni spóźniony gość. Sera Maestra der Girancourt, pół elfka, pół kobieta, nosząca Kamienne Serce - magiczny miecz. Gospoda jest przepełniona, a spóźniona podróżniczka zmęczona znojami drogi. Przysiada się do naszego bohatera, który niechętnie, niemal wrogo, akceptuje jej towarzystwo. Śnieżna burza nasila się, przybierając rozmiary niemal katastroficyne, a podróżni zostają uwięzieni w zajeździe na parę dni. Zaczyna się spektakl, przypominający najlepsze odsłony kryminalnych opowieści z gatunku locked room. Jakie tajemnice noszą z sobą podróżni? Kim są i czego szukają na tym odludziu? Locked room crime? Ależ tak. Bowiem już pierwszej nocy wydarza się zbrodnia. W stajni znalezione zostają zmasakrowane zwłoki jednego z giermków. Ślady wskazują na wilkołaka. Czyżby bestia była jednym z nich? Nieoficjalne śledztwo zaczynają nasz sterany wojak i Maestra, napotykając na zagadki i stając w obliczu wydarzeń, które prowadzą znacznie głębiej, niż tylko w głąb lochów, na których zbudowano gospodę. 

Schwartz znakomicie skonstruował swoją opowieść. Niby nic, niby zwykła karczma na odludziu, zamknięta od świata i trzymająca pod kluczem lodu i śmiertelnego mrozu garstkę ludzi (i nie tylko), a jednak z tej zatęchłej izby wychodzą nitki fabularne, prowadzące do bezbłędnie wykreowanego świata, odsłanianego powoli, peu à peu, z zamiłowaniem do detalu, w sposób przemyślany i niezmiernie wyrazisty. Wspomniałam już o moim zdziwieniu, że tego rodzaju dojrzała, dopracowana proza wyszła spod pióra debiutanta - z reguły pierwsze tomy początkujących autorów jadą pierwszyzną, są niedorobione, naiwne. A tu nic. Bohaterowie jak żywi, trójwymiarowi, barwni, urozmaiceni, akcja poprowadzona z wyczuciem, wciągajacą od początku, świat Askiru bogaty, koherentny, nierozłażący się w szwach, intrygujący, dopracowany. . Nawet jest udany humor i seks - na czym zazwyczaj wykładają się debiutanci. Scena, w której mroczna elfka schodzi na śniadanie po upojnej nocy spędzonej z Rigurdem, prowadząc kochanka na smyczy, należy do najlepszych w całej książce...  
Okładka pierwszego wydania

Jest też świetny, dramatyczny finał, ze sporą dozą akcji i umiarkowaną dozą walki (wiecie, że nie przepadam), domykający wszystkie aktualne wątki, a jednocześnie obiecujący kolejne barwne tomy. Mam nadzieję, że rysujący się już w pierwszym tomie epicki rozmach nie okaże się mydlaną bańką, a autor sprosta wysokim oczekiwaniom, bo te, po tym zaskakująco udanym wstępie, są wysokie. Askir - dawno zapomniane, potężne królestwo, majaczące na pograniczu legendy. Istniało naprawdę? A jeśli tak, dlaczego upadło? I czy na pewno nic po nim nie pozostało? Te pytania pozostają po pierwszym tomie bez odpowiedzi. A teraz bijcie się, wydawcy...

Nieczęsto się to zdarza, ale daję piątkę. Za absolutne oczarowanie mnie tajemnicą Askiru, za mroczną elfkę, znakomicie skonstruowaną magię, za klimat, atmosferę i świetną rozrywkę (5/5).

Za udostępnienie książk dziękuję wydawnictwu Piper. (Vielen Dank, Frau Dürholt! Sie haben nicht zu viel versprochen!)

środa, 22 sierpnia 2012

Michael Peinkofer "Splitterwelten" - roztrzaskane fantastyczne światy


Wydawnictwo: Piper Verlag
Data wydania: 12.03.12
Język: niemiecki
Ilustracje:  Iris Compiet
Ilość stron: 576
Cena: € 16,99



Przyznajcie się, kto z Was czytał już jakąś powieść z gatunku fantasy, która wyszła spod pióra niemieckiego autora? Widzę trzy zgłoszenia, dziękuję. A kto może powiedzieć, że czytał dobrą fantasy, która wyszła spod pióra niemieckiego autora?... Ok, wszystko jasne. Nie wnikając w przyczyny, stwierdzam, że niemieckie fantasy na polskim rynku reprezentowane jest w sposób mniej niż skromny, choć nasi sąsiedzi wydali już paru synów godnych objęcia dziedzictwa braci Grimm, E.T.A. Hofmanna czy nawet Michaela Endego, którzy jakieś tam baśniowe podwaliny fantastyki stworzyli.

I oto trafiła w moje ręce książka, którą po prostu muszę Wam zaprezentować. Michael Peinkofer nie jest na fantastycznej scenie nazwiskiem nowym. Namieszał już w magicznym kociołku, trafiając nawet na listę bestsellerów Spiegla, co w przypadku niszowej literatury fantasy jest osiągnięciem nie lada. Parę tygodni temu ukazała się jego najnowsza powieść, odcinająca się od poprzednich cykli i zrywająca z tradycją tolkienowską. "Splitterwelten" to początek nowego cyklu i to dość obiecujący. 

Peinkofer stworzył nowy świat, wpisujący się w konwencję high fantasy, ale czerpie pełnymi garściami ze znanych już wątków, czy to literackich, czy to filmowych. Już sama wizja poodrywanych od siebie światów, unoszących się w gdzieś w przestrzeni na podobieństwo samotnych wysp, przypomina niektóre sceny z "Avatara" albo obrazy Salvadora Dali. Jakkolwiek surrealistyczna i oniryczna to wizja, niesie ze sobą pewne konsekwencje komunikacyjne: jakoś się między nimi przemieszczać trzeba. I tu na scenę wkracza gildia, zrzeszająca żeńskie istoty, które opanowały magiczny dar lewitacji. To one zmonopolizowały transport między światami, tworząc wokół swych umiejętności religijną otoczkę, hołdując niby to szczytnym ideałom, w rzeczywistości zaś dbając o to, by nikt nie odebrał im swoistej hegemonii. 

I właśnie członkinie tej gildii, a w zasadzie dwie młode elewki magicznego stowarzyszenia poznajemy na początku: Kaliope i Prisca, obie znajdujące się zaledwie na początku swej ścieżki, ale, jak się okaże, zmierzające we wręcz przeciwnych kierunkach, mimo upojnej nocy, którą dziewczęta spędzają ze sobą na początku tej opowieści. Świat Peinkofera zaludniają jednak nie tylko ludzie - zwykli mieszkańcy poodrywanych od siebie światów i świątobliwe siostrzyczki gildii. Zaludniają go również inne rasy - animali (oprócz panteroida   autor zaserwował nam między innym wilczy ród Skollów, a oprócz tego węże, szczury, kameleona, a nawet goryle i niedźwiedzie) oraz chimer, czyli krzyżówek animali i ludzi. Wprawdzie miałam swoje wątpliwości co do różnych aspektów istnienia i współistnienia wszystkich tych stworów ze sobą, ale niech tam, fantastyka rządzi się swoimi prawami.

Już na wstępie robi się kryminalnie. Na jednym z odległych światów dochodzi do zabójstwa jednej z członkiń gildi. Stowarzyszenie zmuszone jest wysłać tam doświadczoną lewitantkę, która w towarzystwie uczennicy (Kaliope) udaje się w dzikie ostępy do Jordrak, by wyjaśnić tajemnicę zabójstwa. Do śledztwa w zasadzie nie dochodzi, bowiem już wkrótce po przybyciu ktoś dokonuje brutalnej zbrodni na mistrzyni Cedarze. Kaliope, niedoświadczone i naiwne dziewczę, święcie wierzące w ideały gildii, zostaje na obcym, mroźnym świecie, sama pośród barbarzyńskiego (w jej mniemaniu) ludu, podejrzanie przypominającego naszych wikingów (zreszą i o Rangarök jest tu krótko mowa). 

Są jeszcze i dwa kolejne fabularne strumienie, przeplatające się z historią Kaliope: jeden to wyprawa osobliwej zbieraniny garstki awanturników: byłego niewolnika Kierona, złodzieja Croya (będącego animalem panterą), animala kameleona Jago i ludzkiej wojowniczki Shen w poszukiwanie magicznego artefaktu, a drugi to wątek inkwizytorski, opisujący drogę Prisci i jej Mistrzyni Harony. Wszystkie trzy biegną równolegle, opisując mniej lub bardziej ekwilibrystyczne przygody, by zbiec się nieoczekiwanie w jednym, dość dramatycznym punkcie. 

Nie sposób odmówić tej opowieści rozmachu. Nie sposób odmówić jej wyraźnych walorów rozrywkowych i elementów przygodowych, rodem z filmów o Indianie Jonesie. Jeśli ktoś szuka jednak subtelnej, wyrafinowanej magii, świata dopracowanego w każdym szczególe i finezyjnych psychologicznych gierek pomiędzy poszczególnymi bohaterowi, to nie znajdzie w tej książce odpowiedniego dla siebie materiału. Są w warstwie fabularnej momenty wątpliwe, naiwnostki w kroju psychologicznym bohaterów czy nawet jedna spora wpadka, kiedy to Croy, pozbawiony w jednej ze scen noża, w następnej w cudowny sposób już nim dysponuje. Nie wszystko, co wyobraził sobie autor, jest wytłumaczone do końca, choć tuszę, że nadrobi to w dalszych tomach sagi. Zakończenie w każdym razie jest więcej niż otwarte i nasuwa więcej pytań, niż wyjaśnia. 

Przyczepię się jednak do napuszonego języka, kompletnie pozbawionego marginesu humoru i krotochwili. Autor założył widać, że skoro to high fantasy, to musi być śmiertelnie poważnie, patetycznie i górnolotnie. I trochę mi te jego pompatyczne dialogi przeszkadzały. 

Czyta się to wszystko jednak błyskawicznie i można śmiało powiedzieć, że to niezła wakacyjna, ale dość trywialna lektura, choć pewne jej warstwy, przypominające choćby historię Kościoła i jej niechlubne inkwizytorskie tradycje napawają niepokojem i burzą nieco sielankę. Przymykając oko na niedociągnięcia, można się w tym świecie zanurzyć ze sporym ukontentowaniem, bo wyobraźnię to pan Peinkofer naprawdę ma. Wspomnę też cudowne ilustracje autorstwa holenderskiej artystki Iris Compiet, które świetnie oddają klimat, postacie i detale tego świata. Chciałabym takich więcej!

Nie jest to może pozycja, która przewróci porządek fantastycznego światka i rzuci Was na kolana, ale niewątpliwie adekwatny przykład niezłej rozrywkowej fantasy dla niezbyt wymagającego czytelnika. 

Daję troszkę naciąganą czwórkę, obdarzając autora bonusem zaufania. W kolejnym tomie jednak już nie przymykam oka! (4-/5)

Fantastyczne ilustracje holenderskiej artystki Iris Compiet. Tutaj: jeden z powietrznych statków, unoszonych magią lewitacji


I jeszcze jedna: przedstawiająca jednego z głównym bohaterów, Croya. Jest animalem panterą 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Piper Verlag. Dziękuję!