Ads 468x60px

sobota, 2 czerwca 2012

Andrzej Sapkowski "Maladie i inne opowiadania" - kwintesencja sapkowatości z rodzynkami


Wydawnictwo: Supernowa
Data wydania: maj 2012
Ilość stron: 356
Cena: 36,99 zł

Sapkowskiego reklamować nie trzeba. Jest marką, i to wartościową marką, żadne tam biedronki i inne gady. Nikogo, kto przeczytał choć jedno jego dzieło, nie trzeba przekonywać o jakości i finezji jego prozy, tak jak nikogo nie trzeba przekonywać o jakości bentleya czy mocy ferrari. Daruję więc sobie peany na cześć autora i skupię się wyłącznie na tym konkretnym wydaniu.

"Maladie" jest antologią, i to antologią opowiadań, które nowe nie są. Próżny więc błysk w oku żądnego nowości wielbiciela twórczości "Sapka". Znawcy jego twórczości zapewne wszystkie lub większość czytali. Zawiera dziesięć opowiadań, które ukazały się w różnym czasie, od najwcześniejszej "Drogi, z której się nie wraca", wydanej w 1988 roku, po najpóźniejsze "Maladie" z 2006. Niby żadna tam rewelacja, ot, odgrzewane kawałki, wydane, by zapełnić pustkę po minionych epickich formach i osłodzić oczekiwanie na kontynuację cyklu wiedźmińskiego. Ale w słodkim cieście są rodzyneczki, dla których warto sięgnąć po tę antologię - każde opowiadanie poprzedza wstęp autora, który wprowadza czytelnika w okoliczności powstania opowiadania i zdradza ten i ów fakt, stanowiący dodatkowy smaczek. Dla fanów - absolutne must have. Dla niefanów - interesująca ciekawostka, prezentująca szerszy konktekst pracy literata.

Jak to w antologii, jedne kawałki są lepsze, inne gorsze, choć w tym wypadku "gorsze" oznacza zapewne "i tak milion razy lepsze niż opowieści innych autorów". Spektrum gatunkowe sięga od klasycznego fantasy, przez horror, twardą s-f, po retellingową (Boże, co za słowo...) inną wersję arturiańskiej legendy. Co się komu spodoba, a co nie - rzecz gustu. Są dwa cudowne opowiadania dla kociarzy - jedno z pełną grozy otoczką, drugie - mój absolutny faworyt, "Złote popołudnie", to hymn złożony najsłynniejszemu kotu w literaturze. Mowa oczywiście o kocie z wyjątkowym uśmiechem, a właściwie o uśmiechu bez kota i nowoczesnej wersji Alicji w Krainie Czarów. Dla mnie to rewelacja, myślę, że niejeden czytelnik z przyjemnością będzie tropił ślady innych literackich klasyków w tym opowiadaniu, uśmiechał się przy dyspucie zwariowanego kapelusznika i Marcowego Zająca, delektował dygresjami i ukrytymi smaczkami. Perfekcja.

Podobało mi się też bardzo "Zdarzenie w Mischief Creek" nawiązujące do słynnej egzekucji czarownic w Salem, zachwycające świetnie dopracowanymi historycznymi kulisami i kreacją samych wiedźm - dzieło dość feministyczne w wymowie.

Miłośnikom Wiedźmina spodoba się na pewno "Droga, z której się nie wraca", opowiadająca o okolicznościach, hm, spłodzenia płowowłosego bohatera. Inne wiedźmińskie opowiadanie, "Coś się kończy, coś się zaczyna", jest sporo słabsze, pozostawiające uczucie niedosytu, bo poza litanią postaci, które stawiły się na weselu Yennefer i Wiedźmina mało tu atrakcji.

Antologię kończy tytułowe "Maladie", ulubione opowiadanie autora, i fakt, rozwala rozmachem i mrozi jakimś takim egzystencjalnym smutkiem. Doskonale opowiedziany majstersztyk. Dwadzieścia lat temu pewnie nauczyłabym się go na pamięć, dziś, mimo że doceniam jego wielkość, gustuję w innych klimatach.

Nie jestem fanką krótkiej formy, opowiadania często mnie irytują, są zbyt kalejdoskopowe, nie zostawiają czasu na polubienie bohaterów czy zżycie się z opisywanym światem. Ale ta antologia mnie nasyciła, dała poczucie, że trzymam w ręku kwintesencję sapkowatości. Nie pozbędę się jej na ebayu jak większości czytanych przeze mnie pozycji. Będzie sobie stała obok Le Guin, Łukjanienki, Robin Hobb, Abercrombiego. I jak mnie najdzie, sięgnę sobie, by poczytać o "gąszczu tumtumów i tulżyc", gdzie "wesoło kląskały peliczaple", a "zbłąkinie rykoświstały". Może nawet wyobrażę sobie, co robiły "jaszmije smukwijne" w gargazonie. I będzie smaszno i smutcholijnie.

Moja ocena: 4+/5.

czwartek, 31 maja 2012

Jens Lossau "Dunkle Nordsee" - weź moją twarz

Wydawnictwo: Blitz
Data wydania: 2012
Język: niemiecki
Ilość stron: 255
Cena: 12,95 euro

Są takie książki, które lekką, ascetyczną kreską malują obrazy, wcinające się w duszę. Książki, które są tak gęste od atmosfery szaleństwa, że chce się machać rękoma, by rozgonić przytłaczający tuman. Książki, które mrożą słowem. Których się nie da czytać w beztroskie popołudnie na piknikowym kocyku.

Przeczytałam właśnie książkę Jensa Lossaua "Dunkle Nordsee", mistrza oszczędnej kreski i psychodelicznego nastroju. Być może najbardziej szalonego i posępnego z niemieckich "kryminalistów". I bardzo skandynawskiego. Taki nastrój buchał z powieści Theorina "Zmierzch". Ale w tym "Ciemnym Morzu Północnym" jest znacznie więcej.

Rzecz dzieje się w miasteczku Norden we Fryzji, urlopowej dziurze, skąd odchodzą promy na wyspy Nordeney i Juist, wożąc turystyczną stonkę do upragnionych kurortów. Norden budzi się z zimowego letargu wiosną, szykując się do sezonu, i zamiera wczesną jesienią, wraz z wyjazdem ostatniego urlopowicza. Pozostaje morze, posępne, mroczne, wrogie, jakże inne od tego z kiczowatych pocztówek. I mieszkańcy. Nie na darmo mówią, że fryzyjscy tubylcy są... trochę odmienni.

Inaczej niż w "Zamieci" Theorina odwiedzamy Norden upalnym latem. Żar leje się z nieba, duchota wbija w grunt, drażnią wściekłe, zajadłe muchy, a gwałtowne burze nie przynoszą ukojenia. Miejscowi policjanci, Paul Czapsky i Patrick Tomek (jakie to słodkie...), zwykli prowincjonalni "bohaterowie zza biurka", żadni tam błyskotliwi śledczy wymachujący luzacko bronią i z palcem w uchu rozwiązujący najbardziej skomplikowane sprawy, zostają wezwani do włamania w powiatowym szpitalu. Ktoś zwinął zakonserwowane w alkoholu preparaty, przechowywane dla celów szkoleniowych, dokładniej rzecz biorąc... twarze. Rutyna, choć dość makabryczna. Ale już wkróce miasteczkiem wstrząsają dużo gorsze wydarzenia. Na plaży znalezione zostają zmasakrowane zwłoki kobiety pozbawione głowy ("coś wyszło z wody i ją zjadło", gadaja ludzie), a tuż potem kolejne - mężczyzny i chłopca. Obu odcięto głowy i genitalia - członek mężczyzny tkwił w okaleczonej szyi. Paul i Patrick, kompletnie przygnieceni wymiarami zbrodnią, wszczynają pierwsze nieporadne kroki w śledztwie, jak zbawienia wyczekując posiłków - specjalistów z jakieś "prawdziwej" komisji kryminalnej.

Jednocześnie Paul znajduje w starych szpargałach swój pamiętnik sprzed dwudziestu lat. Zapomniał, że go kiedyś pisał, zapomniał, o czym pisał, zapomniał o swych dziecięcych latach, które spędził w innym miejscu - na jednej z fryzyjskich wysp. I zapomniał o traumie, która wstrząsnęła wówczas jego życiem. Czytając, przywołuje duchy przeszłości i wkracza w koszmar, który prowadzi go na skraj szaleństwa. Jakby tego było mało, morderca uderza jeszcze raz. Porywa synka Paula, Berta, stawiając absurdalne żądania - w przesyłce, doręczonej Paulowi znajduje się napletek dziecięcego penisa. Sprawca grozi, że obetnie dziecku więcej części ciała, jeśli Paul nie da mu w zamian... własnej twarzy.

Brutalne? Szalone, psychodeliczne, absurdalne? Owszem. Ale Lossau kreśli to wszystko po mistrzowsku, tak, że czytelnika ani na moment nie ogarniają wątpliwości. Autor prowadzi w mroczne rejony ludzkiego obłędu, balansuje na granicy rzeczywistości i psychodelicznych majaków, wydobywając precyzyjnym jak skalpel słowem obrazy szalone i realne jednocześnie. Narracja jest dwutorowa - z jednej strony śledzimy współczesne wydarzenia w Norden, z drugiej cofamy się w przeszłość, która - odkurzana z nieporadnych stron pamiętnika - zaczyna doganiać Paula.

Cała ta historia byłaby wtórna i banalna, gdyby nie mistrzowskie portrety bohaterów. Już dla samej postaci Tima Boila, zaprzyjaźnionego z Paulem psychologa, uwięzionego w swym monstrualnym cielsku i ścianach własnego domu, warto przeczytać tę książkę. Ale i kreacje innych osobowości są świetne - plastyczne, zaskakujące, oryginalne. Do tego surrealistyczne scenki i dialogi rodem z najlepszych slapstickowych tragikomedii. Weźmy choćby tę sytuację: Paul wraca po pracy do domu, wita się z żoną.
(...)
- To był koszmarny dzień, skarbie. Przez Berta. Wszedł na Kafkę.
Paul zamknął oczy.
- Cholera! Ma jakieś obrażenia?
- Nie żyje, Paul. Musieliśmy go zeskrobywać ze stopy Berta i pochowaliśmy na tyłach ogrodu. Bert wdepnął w niego na bosaka! Okropność.
Paul przygryzł wargę.
- Obrzydliwość. Cierpiał?
- Kafka? Nie, poniósł śmierć na miejscu. Myślę, że zmarł z uśmiechem na ustach.
- Kto to, do diabła, jest Kafka? - wtrącił Patrick. - Tylko mi nie mów, że to jeden z nich - dodał, wskazując na koszulkę Violi.
- Kafka jest, a raczej był, samcem ptasznika - wyjaśniła. - Avicularia versicolor. Zbiegł dziś rano z terrarium, razem z Brechtem i Thomasem Mannem.
(...)

Przyznacie, że wizja spacerujących po domu włochatych pająków, ochrzczonych nazwiskami wybitnych niemieckojęzycznych literatów, coś w sobie ma... Matka Berta jest notabene naukowcem, specjalizującym się w arachnologii.

Takich smaczków jest w tej opowieści wiele, a wszystkie splatają się we wstrząsającą, ale bardzo spójną i psychologicznie wiarygodną wizję. Niejednokrotnie podczas lektury zastanawiałam się, czy autor naprawdę zboczy w nadprzyrodzone rewiry, czy też historia w ostatniej chwili zdąży skręcić w obszary dające się wytłumaczyć rozsądkowo, unikając spektakularnego crashu. Skręciła. Zakończenie jest spektakularne i zaskakujące, ale nie mistyczne ani nadprzyrodzone.

Daję tej książce maksymalną notę, nie dziwiąc się już ocenom na Amazonie. Autor, choć nieco niszowy, zasługuje na to, by go czytać. Co na pewno zrobię, bowiem sterta (no, może stertka)kryminałów autorstwa Jensa Lossaua powiększyła się, ciesząc oko i czytelniczą duszę.

Moja ocena: 5/5.

Baza recenzji syndykatu Zbrodni w Bibliotece


Źródło: geo.de

środa, 30 maja 2012

Depesza z Monachium - Inge Löhnig zaprasza na spacer po cmentarzu

Żródło: Süddeutsche Zeitung
I znowu zapraszam Was na skok w bok. Zajrzyjcie do Zbrodni w Bibliotece, gdzie ukazał się właśnie mój tekst o autorce Inge Löhnig, wraz jej ekskluzywnym przesłaniem do polskich czytelników. Dowiecie się z niego, co ma urokliwy Cmentarz Południowy w Monachium do jej książki "Zapłatą będzie śmierć", która właśnie ukazała się w Polsce.

niedziela, 27 maja 2012

Andrzej Ziemiański "Za progiem grobu" - zabij mnie i wskrześ...

Wydawca: Fabryka Słów
Data premiery: 18.04.2012
Ilość stron: 364
Cena: 39,90 zł


Fusion to jedno z tych nowomodnych słów, określających jeden z nowomodnych trendów, polegających na łączeniu elementów odległych, przenikaniu się przeciwieństw i zlewaniu odrębnych całości w jedną nową jakość. Mamy fusion w sztuce kulinarnej, w modzie, malarstwie, mamy i w literaturze. To dość praktyczny wynalazek, bowiem w beletrystyce, a zwłaszcza w gatunkach kryminalnym i fantastycznym zaczynają wyczerpywać się pomysły. Przecież tak naprawdę wszystko już było. Ile można odgrzewać znane i utarte wątki, postacie, światy? I który z pisarzy tak naprawdę cieszy się z łatki drugiego Larssona, trzeciego Sapkowskiego albo ósmego Kinga? Bierzemy więc pomidora i melona, ciachamy w kosteczkę, mieszamy, zakrapiamy oliwą z oliwek (nie oszczędzamy na jakości), posypujemy porwaną na strzępki bazylią i wychodzi nam coś nowego, ożywczego, innego. W kuchni może to się i sprawdza, ale połączenie gatunków niekoniecznie prowadzi do nowej jakości w literaturze.

"Za progiem grobu" jest dziełem z pogranicza konwencji. Bazą tej powieści jest klasyczny kryminał z prywatnym detektywem Andrzejewskim (choć śledczy ów woli określenie freelancer albo wolny strzelec), który został doprawiony elementami mistycznymi, z lekka fantastycznymi. Z lekka, bowiem nie spotkamy tu elfów, goblinów ani tym bardziej wampirów, nie ma szczękającego magicznego oręża ani teleportacji. Mistyczna okrasa jest wyważona oszczędnie, dokładnie w takiej ilości, z jaką spotykamy się czasem w prawdziwym życiu. W końcu niemal każdy został choć raz skonfrontowany z tematyką życia pozagrobowego w kontekście śmierci klinicznej, świetlistych tunelów, wreszcie powrotu z zaświatów. Przyznam, że lubię takie igranie z gatunkami i pomieszane smaki. Ale żonglowanie konwencjami wymaga od pisarza dobrego warsztatu, bowiem grań, po której każe balansować czytelnikowi, jest wąska, łatwo się z niej stoczyć w śmieszność albo przekroczyć granice wiarygodności (tak, tak, fantastyka też musi być wiarygodna!). Ziemiańskiego większość czytelników skojarzy zapewne z cyklem fantasy o Achai, ale od tego gatunku autor odbiegł w tym dziele najdalej, jak się da. Czy z dobrym skutkiem?

Akcja rozpoczyna się w chwili, gdy nasz wolny strzelec otrzymuje nowe zadanie. No, właściwie jest jeszcze jedna scena przedtem, ale oszczędźmy sobie szczegółów, co takiego Andrzejewski robił w solarium, zanim otrzymał telefon od zleceniodawcy... Chodzi o znikających lumpów i znikające z kont zamożnych przedsiębiorców pieniądze - przedsiębiorcy owi wszyscy z różnym skutkiem poddali się operacjom w pewnym podwrocławskim szpitalu. Dziwne? Owszem. Sprawa jest nietypowa i trochę unurzana w tajemnicy, podobnie jak i zleceniodawca, niejaki Richter, oficjalnie urzędnik skarbówki, nieoficjalnie... stop. Ciekawi niech sięgną do książki.

Andrzejewski tym razem ma prowadzić śledztwo nie sam. Otrzymuje wsparcie kobiety, będącej personifikacją mokrych snów męskiej połowy ludzkości. Lara Croft i uległa niewolnica w jednym. Niesamowite, ociekające seksem ciało, obłóczone w minispódniczki nie dłuższe niż przepaska biodrowa, sprawność fizyczna lwicy (czego ona nie potrafi: krav maga, wschodnie sztuki walki i cholera wie co jeszcze), poddańcze posłuszeństwo mężowi, dobrowolne poddawanie się karom cielesnym za najmniejsze przewinienie (np. zbliżenie się do jakiegoś mężczyzny na odległość mniejszą od długości ramienia albo zapomnienie o obowiązku tweetowania co dziesięć minut, gdzie się jest i co się robi)... to tylko część absurdalnych cech tej pani. W dodatku, jakby tego było mało, nasza Lara Croft nie ma pusto w głowie, jest doskonałą lekarką, poza tym służyła w Afganistanie, ma doświadczenie bojowe i kocha adrenalinę. Nie wiem, czy mogłabym dodać coś jeszcze do tego obrazu. Być może jedyną jej wadą jest to, że traktuje Andrzejewskiego jak dobrego przyjaciela i nie ma zamiaru wskakiwać mu do łóżka... Myślę, że postać BB (jak pieszczotliwie nazywa ją autor) spodoba się wszystkim dojrzewającym chłopcom i w ogóle męskiej części czytelników. Ja chyba trochę się minęłam z targetem... pozostało mi kręcenie głową i od czasu od czasu nuta rozbawienia... Kto wie, może to akurat było celowym posunięciem autora.

Śledztwo, prowadzone przez amatorską dwójkę, szybko posuwa się naprzód, a sprawa prowadzi nieuchronnie w rejony, wykraczające poza powszechną rozumową akceptowalność, kierując się w zaświaty... Tak tak, nasza nieustraszona Lara Croft dobrowolnie waży się na eksperyment ze śmiercią kliniczną, by rozwiązać zagadkę kryminalną... Ma wprawdzie niewiele czasu (3 minuty), ale okazuje się, że to wystarcza. No, prawie. Demon seksu musi dać się zabić jeszcze raz, by dowiedzieć się wszystkiego. Jakkolwiek absurdalnie to brzmi, autorowi udało się wyważenie elementów mistycznych z realnymi. Kupujemy tę historyjkę, choć pewne elementy trudno traktować inaczej niż z przymrużeniem oka.

Nie wszystko, co serwuje autor, przekonuje. Ale chyba nie o stuprocentową wiarygodność tutaj chodzi. To dzieło czysto rozrywkowe i jako takie spełnia swoją funkcję. Nie ma tu dłużyzn, akcja toczy się dość prędko, niewiele tu mamy opisów, a cała narracja opiera się w głównej mierze na dialogach (których niekiedy było aż za dużo). Zakończenie kryminalnych wyjadaczy raczej nie zaskoczy, ale jest ok. Brakuje jednak tego czegoś, co sprawia, że wertuje się kartki, by dowiedzieć się, co dalej. Gdzieś w tych dialogach zapodział się drapieżny pazur.

I dlatego ta powieść nie jest wybitna, a zaledwie poprawna. Ot, przeczytać, zabawić się, zapomnieć (męska część publiczności może będzie jeszcze fantazjować o BB...).

Moja ocena: trójeczka (3/5).

Baza recenzji syndykatu Zbrodni w Bibliotece

wtorek, 22 maja 2012

Przetłumaczyć nieprzetłumaczalne (2): krypciak + Zickenalarm

Wasz odzew na propozycję wspólnej burzy mózgów nad nieprzetłumaczalnymi słówkami przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Byliście niesamowicie kreatywni i pierwsze hasło wzbogaciło się o szereg zabawnych, intrygujących, irytujących i złośliwych odpowiedników - i o to chodziło.

W pierwszym odcunku poprosiłam Was o wynalezienie tłumaczenia dła słówka Gruftie.

Oto wyniki:

der Grufti (niem.):

 alien
ciemniak
córa mroku (dla płci żeńskiej)
grobownik dwunożny cywilizowany
krypciak, krypciarz
książę ciemności
mroczek, mroczniak
mroczna dziewica (dla płci żeńskiej)
pan mroku
pseudowamp
syn mroku
trumniarz
ultragot
wampirzec

O zastosowaniu najlepszego słówka w danym kontekście zadecyduje tłumacz, mnie się podoba bardzo krypciak, syn mroku, mroczek (bardzo złośliwe:-), a i grobownik ma w sobie coś.

Następne hasło to:

Zickenalarm

Dla nieznających niemieckiego: Zicke to koza, kózka (także w znaczeniu krnąbrnej dziewczynki). Czyli co, kozi alarm?...

Niezupełnie. Słownik Dudena podaje, że Zickenalarm to sprzeczka między drażliwymi kobietami (dziewczynkami).


A ja dodam, że Zickenalarm to także stan przed sprzeczką. Znacie to? Kłótnia wisi w powietrzu, antagonistki (koniecznie płci żeńskiej) warczą na siebie, gotowe powyrywać sobie kłaki z czerepów, przyczajone do ataku, zaczepne, jadowite. Aż iskrzy. Po prostu Zickenalarm... 

Język niemiecki dysponuje także odpowiednimi słowami pokrewnymi, np. czasownikiem herumzicken, przymiotnikiem zickig, a nawet nowym rzeczownikiem pochodnym: Antizickenspray... Szukamy jednak odpowiednika dla Zickenalarm! Propozycje zgłaszajcie w komentarzach.

Ten spray ma podobno koić nerwy i łagodzić nadciągające burze... Foto: www.sowaswillichauch.de


poniedziałek, 21 maja 2012

Anna Fryczkowska "Starsza pani wnika" czyli zemsta moherowych beretów


Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: 08.05.2012
Liczba stron: 440
Cena: 35,00 zł


Bardzo czekałam na tę książkę. Po świetnej "Kobiecie bez twarzy", która przekonała mnie o potencjale, drzemiącym w polskich współczesnych autorach, parających się literaturą kryminalną miałam nadzieję na kolejny kąsek z polskiego kryminalnego bufetu. Apetyt na nowy kryminał Fryczkowskiej zaostrzył intrygujący i chwytliwy tytuł. Ciekawa byłam, czy autorce uda się utrzymać poziom, czy też może nawet podniesie poprzeczkę i stworzy opus magnum, na które wszyscy tak bardzo czekamy. No właśnie, udało jej się?

"Starsza pani wnika" kontynuuje wypracowany już w "Kobiecie" styl i konwencję. Już poprzedniej powieści Fryczkowskiej zarzucano, że nie jest kryminałem. Tym razem wydawca już z góry ostrzegł, że "to więcej niż kryminał", ucinając wszelkie polemiki na ten temat. I faktycznie, jest w tej książce "więcej".

I tym razem mamy porządnego trupa, także i w tej książce brak porządnego policjanta - ba, nie spotykamy w ogóle żadnego śledczego z prawdziwego zdarzenia. Jest za to fajtłapowaty, pomieszkujący u babci Jaro, były nauczyciel wuefu z brzuszkiem, nieposkromionym apetytem i brakiem pomysłu na życie, który spontanicznie podejmuje działalność detektywistyczną (jak ja nie cierpię takich dyletanckich śledczych, którym wydaje się, że potrafią rozwiązywać zagadki kryminalistyczne nie gorzej od Wallandera, i, co gorsza, nawet to robią - w powieściach oczywiście). Tu jest nawet gorzej, bo z rozmamłanym Jarciem w detektywistycznych zapędach konkuruje jego babcia, staruszka rezolutna, cwana i niezwyciężona. Zagadek zaś jest więcej - do trupa nauczyciela angielskiego, znalezionego we własnym mieszkaniu z przeciętą tętnicą szyjną i wyraźnymi śladami tortur, dołącza starsza kobieta, która z dnia na dzień znika bez śladu. Obydwie sprawy - samozwańczego zamordowanego casanovy i zaginionej Agnieszki Zaufał przejmuje Jarcio, a za jego plecami również i wścibska babcia.

Nie można powiedzieć, by akcja się wlokła, wręcz przeciwnie, dzieje się dużo, sprawy się gmatwają, a autorka umiejętnie odsłania przed czytelnikiem kolejne okoliczności. Warsztatowo i językowo powieść jest absolutnie bez zarzutu. Więcej - językowo sprawiła mi bardzo dużo przyjemności, bowiem styl jest żywy, autentyczny, pełen trafnych, dobitnych wyrażeń, słów niezwykłych acz soczystych (jak choćby lampa, która nie świeciła, a bździła...). Przyznam, że zwłaszcza na pierwszych kilkudziesięciu stronach sposób narracji bardzo przypominał mi najlepsze wytwory Chmielewskiej, był wyjątkowo lesiowaty, w najlepszym tego słowa znaczeniu. W miarę czytania ironia i humorystyczne wtręty zaczynają się jednak zatracać, a na karty powieści wkracza powaga, a wręcz groza życia, a uśmiech, który co chwila zakwita na ustach czytelnika, odpływa, by ustąpić nucie refleksji, a miejscami nawet dołującej posępności.

Przejdźmy do intrygi, bo do niej mam najwięcej zarzutów. Kto pamięta wczesne książki Chmielewskiej, ten potwierdzi, że fabuły tych najlepszych nie zawsze grzeszyły wysokim stopniem prawdopodobieństwa. Ale przecież nie o to w nich chodziło. Miało być śmiesznie, wciągająco i tak absurdalnie, by czytelnik tylko kręcił głową. I właśnie ten stopień absurdu spotykamy w "Starszej pani". No bo jak, jeśli nie absurdem nazwać wątek bandy podstarzałych kociar, obezwładniających mordercę kotów, rozważających tortury, następnie taszczących go skrępowanego po schodach, by wreszcie przygwoździć do ściany śmietnika i tam zostawić na pastwę losu? Co z tą genialną babcią i sierotą Jarciem, którzy bez trudu wywlekają na światło dzienne wszystkie informacje niezbędne do rozwiązania zagadki? Jeśli zostalibyśmy przy slapstickowej konwencji, moglibyśmy się przy tym dobrze obśmiać. Jeśli potraktować jednak rozwój tej opowieści bardziej serio, pewne wątki stają się przerysowane, niewiarygodne, na wyrost. Być może jednak przejaskrawienie pewnych sytuacji było celowe, by ukazać coś jeszcze poza śmieszną historyjką o wyjątkowo skutecznej starszej pani o detektywistycznych zapędach.

Jest bowiem w tej książce coś jeszcze, co wyjątkowo dobitnie dotarło do mnie przez mgiełkę komediowości. Otóż dostrzegłam w tej powieści nie tyle drugie dno, co pewien zabarwiony goryczą wgląd w świat nie do końca mi znany. Świat ludzi starszych, często opuszczonych przez bliskich, zapomnianych i niewidzialnych dla reszty. Hermetyczny, czasem absurdalny, i w większości przejmująco smutny. Fryczkowska pokazała tu aspekty starości, których nie widzimy i nie chcemy widzieć - dla wielu może śmieszne lub nudne, dla mnie - przerażające. Scena w "pensjonacie" na dalekiej prowincji, w której w niedzielne przedpołudnie zasuszone staruszki wyczekująco przyklejają nosy do szyb - tego się nie zapomina...

Podobały mi się też opisane realia - i nie mówię tu tylko o znajomych miejscach w Warszawie, ale o nowych zjawiskach społecznych, o zderzeniu nowoczesnego świata z jego fejsbukami, przedłużonymi espresso, jutjubami z odchodzącym światem starszego pokolenia. Chłonęłam tę prawdziwą atmosferę teraźniejszej Polski - nigdy mi tego za wiele...

No i owacji na stojąco nie ma, ale są rzęsiste brawa za sprawnie napisaną powieść (nie)kryminalną, za niekłamaną przyjemność czytania, za chwilę refleksji i prarę bolesnych prawd o dzisiejszym świecie, wreszcie za wskrzeszenie lesiowatości i, co tu dużo mówić za dobrą rozrywkę.

Daję mocą czwórę z plusem, naprawdę ogromnym (4+/5). 

Baza recenzji syndykatu Zbrodni w Bibliotece


niedziela, 20 maja 2012

Markus Heitz "Oneiros" - niewidzialni dla śmierci


Wydawnictwo: Droemer Knaur
Język: niemiecki
Data wydania: maj 2012
Ilość stron: 624
Cena: 14,99 euro

No i dziwnie się czuję. Przeczytałam bowiem najnowszą powieść niemieckiego króla fantastyki, Markusa Heitza, którego każdy twór automatycznie, z klucza ląduje na listach bestsellerów, który ma rzadki dar przemieniania w złoto wszystkiego, czego tknie swym piórem. Również i "Oneiros", ledwie się ukazał, wwindował się na szczyty sprzedażowych rankigów, a wszędzie, gdzie człowiek rzuci okiem, wyłażą jak grzyby po deszczu zachwalające recenzje. Nie wiem, czy wszyscy czytali tę książkę. Ci, którzy przeczytali - podobało im się, czy też może uznali, że króla nie wypada krytykować? W tym pierwszym wypadku powątpiewam w czytelniczy gust recenzentów, ale w końcu de gustibus...

Heitz dotrzymał obietnicy danej czytelnikom, że po szeregu pozycji z gatunku high fantasy, mrocznych wampirzych, a nawet jednej s-f napisze coś zupełnie innego. "Oneiros" trudno jest zaszufladkować. Niby mamy tu powieść z mocnymi elementami fantastycznymi, z drugiej strony trudno się oprzeć wrażeniu, że 90 procent tkanki tego tworu to szybki sensacyjny thriller, ale znajdziemy w nim też skupiska komórek romansowych, a nawet, o zgrozo, erotycznych (ale o tym później).

Przyznam, że sam początek, pierwsze sześćdziesiąt stron, jest rewelacyjny. Na lotnisku w Paryżu ląduje Airbus A380. Ląduje to za dużo powiedziane - maszyna po posadzeniu całym impetem wpada na terminal i staje w płomieniach. Udaje się przeżyć jednej osobie. Okazuje się jednak, że wszyscy pasażerowie i załoga byli martwi, zanim samolot uderzył w budynek. Wszyscy, oprócz tego jednego, który przeżył. Zamach terrorystyczny?... Autor przedstawia swych bohaterów: przedsiębiorcę pogrzebowego i wziętego specjalistę od tanatologii, Konstantina Korffa, który później okaże się jeszcze byłym agentem tajemniczej parawywiadowczej organizacji i jednym z nosicieli tytułowej klątwy, Kristin von Windau, byłą żonę rosyjskiego mafiosa i multimulionera, cierpiącą na insomnię właścicielkę tajnego Instytutu Życie, w którym przeprowadza się kontrowersyjne eksperymenty na ludziach, luzackiego easy ridera Thielke, jednonogiego i jednookiego samotnego wilka, polującego na dotkniętych klątwą swym staroświeckim ale jakże skutecznym rewolwerem, i wreszcie zaszczutego Szweda, cierpiącego na narkolepsję i również noszącego w sobie klątwę - co czyni go śmiertelnym orężem, zagrożeniem dla ludzkości i celem dla różnych frakcji o sprzecznych interesach - jedni zamierzają wykorzystać jego śmiertelne właściwości, inni zlikwidować zegarową bombę. Kładąc te tropy, Heitz sprawnie buduje napięcie i wbudza ciekawość, to trzeba mu zaliczyć na plus.

Ale o co chodzi z tą klątwą? Otóż niektórzy ludzie posiadają osobliwą właściwość - są niewidzialni dla śmierci, tym samym nieśmiertelni. Jednocześnie są nosicielami osobliwej klątwy - kiedy zapadają w sen, śmierć, rozwścieczona tym, że ich nie widzi, kosi na oślep, gasząc wszelkie życie wokół śpiącego. Obłożeni klątwą skazani są na wieczną nocną separację od normalnych ludzi, gdyż sen w ich bliskości oznacza ich niechybną śmierć. Skazani są na nieustanny doping kofeinowy, amfetaminowy lub co tam medycyna wymyśliła, by nie zapaść sen. Domostwo Korffa to statek zacumowany na jeziorze - woda osłabia działanie klątwy. W podróży, zmuszony do sypiania w hotelach, zaszywa się w szafach lub łazienkach, lub rezygnuje ze snu, by nie narażać innych. Ciekawie robi się, kiedy nosiciel klątwy jest jednocześnie narkoleptykiem - czyli zapada w sen w niekontrolowany sposób, w ciągu dnia, w najmniej oczekiwanych momentach, najczęściej pod wpływem stresu (nasz zaszczuty Szwed). Konsekwencje są tragiczne i niewyobrażalne - by wspomnieć tylko pękający w szwach stadion w Barcelonie podczas finałowego meczu ligi hiszpańskiej, a wśród kibiców Szwed-narkoleptyk - osiemdziesiąt tysięcy ofiar.

Świetny pomysł, bardzo ciekawy zalążek akcji, nietuzinkowi, intrygujący bohaterowie - książka ma wszystko, co powinien mieć dobry bestseller. Ale gdzieś coś się kiepści i zgrzyta. Pierwszy zgrzyt to niezdefiniowane granice między fikcją a rzeczywistością. Zgrzytała mi personifikacja śmierci - nazywanej w powieści Żniwiarzem - wobec wszystkich tych medycznych i technicznych elementów realnego świata. Zgrzytało mi to, że Konstatin niemal bezrefleksyjnie zaczyna szukać źródeł swej wyjątkowości nie świecie racjonalnym, ale w bajkach i ludowych przekazach o śmierci, tak jakby osobowość Żniwiarza stanowiła coś oczywistego, w co wierzy każdy średnio wykształcony i w miarę inteligentny człowiek. Nie zgrzytałoby mi to, gdyby autor wyposażył swą opowieść w więcej fantastycznych elementów, podążył w stronę, w którą poszła na przykład Valente z jej Kościejem Bezsmiertnym. Powieść Heitza jest jednak w założeniu dość realistyczna, zmierzająca bardziej w kierunku naukowego thrillera. W konsekwencji zbiegnięcie się tych dwóch światów, ich połączenie w jedną całość, jest dość nieporadne i grubymi nićmi szyte.

Drugi zarzut to taki, że autor napakował do tej książki zbyt wiele i po prostu przedobrzył. Te wszystkie zwroty akcji, te gonitwy, pościgi, strzelaniny, naukowe eksperymenty, wątki miłosno-erotyczne... too much. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Heitz dość często ociera się o grafomanię, narażając dzieło nie tylko na otarcia naskórka, ale czasem dość poważne obrażenia wewnętrzne. Te jego opisy dramatycznych zwrotów akcji, to wychodzenie obronną ręką z najbardziej nieproawdopodobnych opresji, te wykrzykniki (kto tak dziś pisze?...), wreszcie ta scena erotyczna ze spływającymi po udach sokami... to się zapewne może podobać, ale raczej czytelnikom o niedużych wymaganiach i raczej prostym guście.

Mam wrażenie, że autor kipi pomysłami, ale nie radzi sobie warsztatowo, albo celowo pisze dla szerokich mas, uderzając w struny czystej komercji - on wie, co się dobrze sprzeda i płodzi masowo produkt, który z założenia ma posiadać określone cechy, świadomie ignorując czytelników bardziej wyrobionych, oczekujących więcej niż sztampowej sieczki. Żal mi straconego potencjału "Oneiros" - to mogła być świetna powieść. Czasami król jest nagi.

Daję tej książce trójeczkę (3/5).