Ads 468x60px

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

ABC tłumacza czyli jak nie przekładać tekstów literackich



W obcowaniu z literaturą tylko nieliczni mogą zaznać łaski nieprzefiltrowanego dotyku słowa, bowiem, statystycznie biorąc, zaledwie garstka czytelników opanowała język obcy na tyle dobrze, by bez przeszkód, na poziomie native'a, korzystać z dobrodziejstwa rozumienia tekstów w oryginale. Nawet ci, którzy władają językiem tak dobrze, że mogliby czytać w oryginale, często tego nie robią - z lenistwa, wygodnictwa, braku dostępności tekstu. Siłą rzeczy korzystamy z pośrednictwa tłumaczy, w dobrej wierze zakładając, że otrzymamy książkę odpowiadającą zamysłowi autora, a przynajmniej bardzo temu zamysłowi bliską. Każdy, kto choć raz zadał sobie trud porównania jakiegokolwiek przekładu, wie, jak iluzoryczne to założenie.

Tłumacz z natury rzeczy pełni rolę filtra. W idealnym przypadku to, co doń wchodzi, powinno odpowiadać temu, co zeń wychodzi - tyle, że w języku docelowym. Począwszy od sensu, zamiaru autora, poprzez rejstr, konotacje, po ekwiwalenty semantyczne, tłumaczenie powinno odpowiadać oryginałowi. Jak łatwo się jednak domyślić, przypadki idealne występują nader rzadko. W rzeczywistości każdy tłumacz mimowolnie odciska na tekście swój własny, indywidualny stempel. Już w momencie czytania i rozumienia oryginalnego tekstu w większym lub mniejszym stopniu bezwiednie zmienia przekaz, który nie do każdego dociera w identyczy sposób. Zmienia go jednak przede wszystkim w momencie odtwarzania go w języku docelowym, preferując takie lub inne słownictwo, muskając tekst cieniem idiolektu, koloryzując i kształtując tak, że niekiedy dość znacznie zaczyna odbiegać od oryginału. Dobrze, gdy tłumacz jest tłumaczem potocznie nazywanym "dobrym": ten i zrozumie, co trzeba, i napisze, jak trzeba, uwzględniając całą otoczkę, nie bojąc się odchodzenia od dosłowności i rzucając w odpowiednich miejscach kotwicę, która powstrzyma go przed oddryfowaniem. Są tłumacze genialni, obdarzeni wielkim darem odnajdywania właściwych słów, są rzemieślnicy, solidnie i rzetelnie wykonujący swoją pracę, są też jednak i partacze, którzy nigdy nie powinni brać się za tekst. Ci, choćby chcieli dobrze, i tak sknocą, bo brakuje im fachowego przygotowania, wiedzy, talentu, a także - owszem, zdarza się i to - zwykłej znajomości języka oryginału.

Jako tłumaczka i czytelniczka znam obie strony medalu. Bywa, że czytając czyjś przekład, zajrzę do oryginału, by podpatrzeć warsztat, zobaczyć, jak koledzy po fachu poradzili sobie z pułapkami tekstu. Bywa, że skłaniam wtedy głowę z szacunkiem, bywa, że kręcę nią z dezaprobatą, bywa jednak i tak, że gubię szczękę ze zdumienia, bo tekst, który polski czytelnik otrzymał jako "tłumaczenie", nijak się ma do oryginału.

Nie liczę na to, że ten wpis (i pochodne jego, bo w zamierzeniu ma on być tworem cyklicznym) zrewolucjonizuje rzeczywistość a tłumacze nagle zaczną pracować tak, jak powinni. Jest, jak jest: stawki za tłumaczenia są marne, wielu tłumaczy "trzaska" po kilka książek na kwartał, żeby wyjść na swoje, co odbija się na jakości (inna rzecz, czy trzeba godzić się na fuszerkę w imię niskich zarobków). Nie zamierzam nikogo stawiać pod pręgierzem, moim zamiarem jest uwrażliwić na pewne zjawiska parających się przekładem i czytelników, pokazać kulisy pracy tłumacza, podsunąć tę czy inną radę. Witajcie w nowym cyklu: ABC tłumacza, czyli jak nie przekładać tekstów literackich.

Dziś odcinek pierwszy o wstępnym etapie tłumaczenia, czyli po prosu o rozumieniu tekstu. Sprawa jest jasna: kto nie rozumie oryginału, choćby skisł nie przetłumaczy dobrze tekstu. A jednak wciąż nie mogę wyjść ze zdumienia, że ta prosta prawda do niektórych jakby nie docierała. Translatoryczne babole wynikające z niezrozumienia są zabawne i przerażające. Niektórym tłumaczom nie chce się zajrzeć do słownika, bo wydaje im się, że znają znaczenie słowa. Inni ewidentnie tego znaczenia nie znają, ale olewają ten fakt i postanawiają "pojechać ściemą" (wyrażenie zaczerpnięte z tłumackiego forum), wychodząc z założenia, że i tak nikt nie zauważy. Zdarzało mi się zaobserwować, że cwany tłumacz-nieuk bezczelnie opuszczał całą frazę, albo po prostu konfabulował.

                 
Nadelstreifen (w prążki)
Fischgrätmuster (w jodełkę)
Przykłady? Proszę bardzo. W pewnym niemieckim tekście, który czytałam w zeszłym roku, jeden z bohaterów jest stworem magicznym, obdarzonym umiejętnością latania. Jest taka scena, w której stwór ów musi prędko znaleźć się w innej części miasta. W oryginale zrywa się do lotu i frunie "zackig" nad dachami domów. Tłumacz znał tylko jedno znaczenie tego pojęcia, wywodzące się od zygzaka. W jego tłumaczeniu stwór poleciał zatem zygzakiem. "Zackig" znaczy jednak coś jeszcze: błyskawicznie, jak błyskawica, energicznie, dziarsko. I to o to chodziło w oryginale. Stwór jak błyskawica poleciał na drugi koniec miasta.

Inny przykład: niemieckie słówko "Nadelstreifenanzug". Czyli garnitur w... co tak właściwie? Tłumacz, najwyraźniej nieznający tego wyrażenia, zobaczył na początku "Nadel" (czyli igiełki) i wykonfabulował sobie, że to garnitur w jodełkę (co po niemiecku, żeby było ciekawiej, nazywa się Fischgrätmuster, czyli wzór w rybie ości). A wystarczyło wrzucić to do wyszukiwarki, by zorientować się, że garnitur w jodełkę to nie to samo, co garnitur w prążki. Nie jest to wielce specjalistyczne słownictwo, a jednak wystarczyło, by się wyłożyć. Ktoś może powiedzieć: jodełka, prążki - jeden pies, czy to naprawdę takie istotne, w jaki wzorek był ten garnitur? Może dla wymowy całej powieści rzeczywiście to nieistotne, ale jeśli autor widział swojego bohatera w prążkach, to ja też chciałabym widzieć go w prążkach, a nie w jodełkach, świerczkach czy rybich ościach. I jeśli w ogródku kwitną niecierpki, to chcę mieć te niecierpki, a nie margerytki. A jeśli na kolację są przegrzebki, to chcę przegrzebki, a nie kaszankę.

Temu samemu tłumaczowi muzyka sączyła się z głośników, choć w oryginale łomotała (dröhnte), a tam, gdzie w dole, na ulicy kipiało życie (brodelte), to samo życie toczyło się spokojnie. Słowo "sich austauschen" (porozumiewać się) pomyliło mu się z "täuschen" (zwodzić), w wyniku czego ludzie nie komunikowali się na facebooku, tylko się zwodzili (co wprawdzie w niektórych wypadkach może być tożsame, ale nie było intencją autora). Bywa i zabawnie, kiedy tłumacz na przykład nie ma pojęcia, że słowo "Becken" to nie tylko miednica w anatomicznym tego słowa znaczeniu, ale i basen pływacki, toteż kiedy niemiecka bohaterka dopłynęła do brzegu basenu, polska chwyciła się za biodro. Znalazłam też kiedyś bohatera, który zamiast pociągać nosem, zadzierał nosa do góry (Nase hochziehen).

Na zakończenie przykład dla niemieckojęzycznych. Naprawdę nie wiem, co mam o nim sądzić. Czy to przykład kompletnego niezrozumienia zdania, czy też tłumacz kierował się poczuciem swoistej cenzury, bojąc się nazwać rzecz po (wulgarnym co prawda) imieniu:
Jakob war längst "gestochen" worden, wie die Entjungferung von Männern in der Szene genannt wird. (Oryginał).
Jakob już dawno temu został "nabity na bolec", jak nazywano w środowisku rozdziewiczenie mężczyzn. (Moje dosłowne tłumaczenie dla unaocznienia przykładu).
Jakob od dawna zdawał sobie sprawę ze swych preferencji i ochoczo zaspokajał własne pragnienia. (Wersja innego tłumacza).
Nikt nie wymaga, by tłumacz znał każde słowo, występujące w tekście. Praca ze słownikiem należy do podstaw tego zawodu i nie ma wstydu, gdy czegoś się nie wie. Nie wstyd pytać, wstyd zostawić babola. W dzisiejszych czasach, kiedy słowniki dostępne są za jednym kliknięciem, nie widzę usprawiedliwienia dla niesprawdzania pojęć, co do których ma się wątpliwości. Bywa, że polskiego znaczenia trzeba poszukać dłużej - czy to przekopując się przez literaturę fachową, czy to pytając na forach. Sama nie mam oporów przed wypytywaniem native'a, czy nawet autora, jeśli coś jest dla mnie niejasne. Ale pytam, drążę, sprawdzam. To już nawet nie jest ABC tłumacza, to nagie "A".

46 komentarzy:

  1. Ale doceń:D ile to trzeba myśleć, żeby wymyślić, że to garnitur w jodełkę:D ja bym nie wpadła na to:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doceniam :-) I domyślam, się, jak powstało to skojarzenie: Nadeln - igły - drzewo iglaste - jodełka... Logiczne:-)

      Usuń
  2. Z przyjemnością Twój tekst przeczytałam. Literatury co prawda nie mam przyjemności tłumaczyć, ale czytam w (niestety tylko) dwóch językach i często łapie się za głowę :) Często, mam wrażenie, tłumaczeniowe babole wynikają z niezrozumienia całości tekstu i kontekstu kulturowego. A najbardziej śmieszą mnie tłumaczenia filmów, gdzie często obraz przeczy słowu (czy też na odwrót). Dla przykładu - oglądałam kiedyś z dzieckiem bajkę, w której dzieci wyzywały kolegę "you are a chicken" czyli "jesteś tchórzem", a zostało to przetłumaczone jako" jesteś kurczakiem" przy czym kurczak w tej bajce nie wystapił nawet w formie obiadu :) Z niecierpliwością czekam na dalsze posty z tego cyklu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, że sporo błędów wynika z niezrozumienia kontekstu kulturowego, ale także i realiów kraju. Często mi się zdarza spotykać z takimi. "Jesteś kurczakiem" jest boskie! :-)

      Usuń
  3. Agnieszko to będzie mój ulubiony cykl, bo nadal nie porzuciłam tłumaczeniowych ciągot. Zdanie o Jakobie wg mnie totalnie źle przetłumaczone. Nie znam kontekstu ale oryginał wcale nie sugeruje, że Jakob ma homoseksualne preferencje, jedynie tylko to, że uprawiał już z mężczyzną seks. Tłumacz IMO zbyt dużo winterpretował w te słowa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z kontekstu można się domyśleć, że Jakob jest co najmniej biseksualny, o ile nie homo. Ale w tłumaczeniu tego zdania niemal wszystko jest zmyślone. Autor napisał przecież wyraźnie, że Jakob dawno miał swój "pierwszy raz" za sobą, natomiast nic nie ma tu o ochoczym zaspokajaniu własnych pragnień. Ale takich kwiatków w tym tłumaczeniu jest więcej... Włos się jeży miejscami...
      Na pewno nie zabraknie mi materiału na więcej wpisów z tego cyklu:-)

      Usuń
    2. A o jaką książkę chodzi?

      Usuń
    3. Zajrzyj do skrzynki, wysłałam Ci coś mailem:-)

      Usuń
  4. Z niecierpliwością czekam na więcej :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo ciekawe. Prosze o wiecej. Dodam tylko, ze jest to problem nie tylko polski. Zawsze, gdy wspominana jest kwestia "lost in translation", przypomina mi sie taka "footballowa" anegdota: jakies 15 czy 16 lat temu owczesny trener Realu Madryt, Walijczyk John Toshack, stracil prace, gdyz przetlumaczyl doslownie angielski zwrot idiomatyczny "when pigs fly" (nigdy) na hiszpanski. Poniewaz w Hiszpanii malo kto mowi po angielsku (o znajomosci idiomow w ogole juz nie wspominajac), wszyscy poczuli sie bardzo urazeni, gdyz uznali, ze Toshack porownal ich do swin latajacych nad stadionem madryckiego klubu. I tak Toshack wylecial, bynajmniej nie jak swinia...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ups... no właśnie, trochę wyczucia i wyobraźni też trzeba mieć, jako tłumacz...

      Usuń
  6. Wracasz w pełnej krasie :) Podobnie jak Anna, stwierdzam, że będzie to mój ulubiony cykl :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapraszam zatem, wkrótce pojawi się więcej:-)

      Usuń
  7. Hi hi, wiem, co to za stwór i w jakiej książce latał.;) A skoro juz przy stworach jesteśmy, będzie odcinek poświęcony tłumaczeniu nazw stworów i nazw własnych w fantastyce?

    Ech, zamordowałaś moją wizję tłumaczenia. Znaczy, wiedziałam, ze różnie z tym bywa, ale byłam przekonana, ze nieuctwo i tłumoctwo wynikające z nieznajomości języka to domena raczej tłumaczeń amatorskich (do dziś pamiętam pewne amatroskie napisy do "Epoki lodowcowej", w których autor tychże nieznane słowa po prostu spolszczał. I tak mleczyk został "dandelinem", a Diego pytał Mańka i Sida nie o to czy są parą, ale o to, czy są "kuamplami":)) albo pozyskanych przez wydawcę nie do końca fair. Naiwna ja...

    Czekam na więcej:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze nie wiem, w którym kierunku będzie zmierzał ten cykl, ale jeśli znajdę dość materiału, to chętnie napiszę i o tłumaczeniu nazw własnych w fantastyce. Swoją drogą, nie pogniewam się za parę przykładów (najlepiej mailem), które mogłabym wykorzystać:-)
      Sorki, że rozwiałam Twoje iluzje, ale nie, to nie jest tak, że błędy sadzą tylko początkujący tłumacze. Czasem mam nawet wrażenie, że wraz z doświadczeniem i "sławą" rośnie buta tłumacza, który przestaje szukać, sprawdzać i się upewniać, bo przecież on "wszystko wie". Ale masz rację, amatorskie napisy są nieprzebraną skarbnicą kwiatków tłumackich:-)

      Usuń
    2. Mogę sypnąć paroma przykładami, ale racze dobrej roboty. Porażek musiałabym poszukać.

      Usuń
    3. Tym lepiej. Skoro to ma być poradnik dla tłumaczy, niech się uczą na dobrych przykładach:-)

      Usuń
  8. Fajny i przydatny poradnik. Dzięki!

    OdpowiedzUsuń
  9. Genialne!
    Jako domorosła pisarka i tłumaczka też rwę sobie czasem włosy z głowy, cotoudiabłajest. Zdarzyło mi się ostatnio czytać tłumaczenie Obermeiera (tylko dlatego, że miałam tę książkę w domu jeszcze z czasów, gdy do książek niemieckich nie docierałam tak lekko). Tekstu niemieckiego nie widziałam na oczy, ale na podstawie samego tłumaczenia zdałam sobie sprawę, że tłumaczka pomyliła Anwesenheit z Abwesenheit... co oczywiście doprowadzało do sytuacji takich jak "z powodu obecności męża Messalina nie wahała się odwiedzać kochanka". Co więcej, tekst był naszpikowany nazwami łacińskimi, jak to każda książka Obermeiera. I tak:
    "Uczta zaczęła się od ptisanarium, zupy z gerste i kapusty."
    Gerste, gerstis zapewne. Słówko łacińskie dla tłumacza z niemieckiego niezrozumiałe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zupa z gerste to może być krupnik (Gerste = jęczmień). A propos Anwesenheit i Abwesenheit przypomniało mi się, jak mój mąż nie mógł wyjść ze zdumienia (na początku naszej znajomości i przy okazji jednego z pierwszych jego pobytów w Polsce), skąd my wiemy, kiedy jest mowa o Eingang i Ausgang, bo w jego uszach wejście i wyjście brzmiały całkowicie identycznie...

      Usuń
    2. Z tym wejściem i wyjściem mój Krzyżak dokładnie tak samo!
      Czy to krupnik czy nie, nie zmienia faktu, że "zupa z gerste" nie ma racji bytu...

      Usuń
  10. Świetny pomysł na cykl :) Tematy tłumaczy i tłumaczeń bardzo mnie interesują, pewnie jak wszystkich, którzy czytują literaturę obcą. Mam swoje ulubione książki, ich tłumaczenia i ulubionych tłumaczy, myślę tu o klasyce, i czasami zastanawiam się co sprawia, że tłumaczenie jest dobre, "przyjmuje się", przechodzi na stałe do języka polskiego. Tego typu rzeczy.

    Wydaje mi się, że aby "pojechać ściemą", to trzeba mieć niezły tupet, być leniem, nieukiem albo cwanym-gapą :) W przedwojennej Polsce nie do pomyślenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyznam się, że widząc nowe książki, zawsze sprawdzam, kto jest tłumaczem i zdarza się, że rezygnuję z kupna wersji polskiej, bo obawiam się kompletnie zepsutej przyjemności czytania... Bywa jednak, że dopiero "w czytaniu" okazuje się, że przekład jest niestrawny... W ekstremalnych przypadkach porzucam lekturę :-( Ale to są przypadki, kiedy tłumaczenie jest drewniane i stylistycznie kiepskie. W przypadku takich "utajonych" błędów, niewidocznych dla czytelnika, który nie porównuje tekstu zdanie po zdaniu, dostajemy produkt "wybrakowany", nawet nie zdając sobie z tego sprawy...

      Usuń
    2. Może jeszcze mały cykl o top-tłumaczach ze świecznika?

      Usuń
    3. Na pewno zamieszczę przykłady udanych przekładów, choć na szczegółową analizę wszystkich tłumaczeń konkretnej osoby chyba nie będę miała czasu...

      Usuń
  11. Długo byłam takim raczej bezrefleksyjnym odbiorcą tłumaczeń - dopiero antologia angielskich zabawnych wierszyków w tłumaczeniu Barańczaka "Fioletowa krowa" tak NAPRAWDĘ dała mi do myślenia...
    A potem Ty dołożyłaś do tych rozmyślań kolejne cegiełki i... przepadło - teraz już zawsze będę się zastanawiała, czy na pewno czytam to, co autor napisał ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam Ci w takim razie książkę Barańczaka "Ocalone w tłumaczeniu" - tam to dopiero są znakomite przykłady tłumaczeń, porównania różnych wersji - choć w większości poezji, co jest jednak dość szczególną działką.
      Ale fajnie, że dostrzegasz problem i jesteś już wyczulona na to i owo. Większości to zupełnie nie interesuje...

      Usuń
  12. Jak zwykle super wpis! Zawsze z przyjemnością wracam na Pani bloga. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  13. W ogóle nie wiem o co ci chodzi: wiadomo, że w basenie porusza się miednicą (inaczej się tonie), jodełki są dużo bardziej stylowe od prążków (chyba, że chodzi o dzikiego kota ;) a po łomocie zawsze przyda się sączek.
    A Jacoba potraktowałaś po prostu okropnie! Nieczule i nieochoczo!

    Ochoczo oczekująca na dalsze części z pola walki, IK

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, to są argumenty nie do zbicia... Czy myślałaś o tym, żeby zostać adwokatem? :-) Masz potencjał.
      A Jacoba to autor nieczule potraktował, nie ja... taki mu los zgotował, że hej...

      Usuń
  14. Czy fragment o Jakubie pochodzi może z książki Etzolda "Final cut" ("Cięcie") w tłumaczeniu Urbana Miłosza z Lubonia?

    OdpowiedzUsuń
  15. To było pytanie retoryczne :-)

    życzliwy Dociekliwy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skoro tak, to pozostawiam je bez odpowiedzi :-)

      Usuń
  16. niemieckiego nie znam ni w ząb, ale mogłabym trochę przykładów nie bieżąco podawać z angielskiego. Też słowotwórstwo kwitnie. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Domyślam się, że dobrze się przy tym bawisz :-) Zwłaszcza że i wybór pewnie większy, bo przekładów dużo więcej, na każdym poziomie...

      Usuń
  17. Die freundliche Vergewaltigung in Wort und Schrift findet alltäglich in der Übersetzerpraxis zwischen Sprache A und Sprache B statt. Ein Liebesakt wider willen, die elegant sein wollende Übertragung aus der einen in die andere Sprache. Der Wunsch einander zu verstehen, führt zu sprachlichen Übertragungskrankheiten, die bei derartigen Transaktionen eben passieren. Musste das Worte so gewählt werden, um verstanden zu werden? Oder hat der Übersetzer die Quellsprache nicht verstanden? Zahlreiche Tücken und Untiefen warten auf den Übersetzer und Dolmetscher. Letzterem mag man es aufgrund seines Zeitdrucks verzeihen. Der Übersetzer hat aber mehr Zeit, sich zum Beispiel zu fragen: Kann man Arno Schmidt ins Französische übersetzen?
    Winfried-Paul Sdun

    „Die Übersetzung ist ein anderes Buch. Das hat mit dem Original gar nichts mehr zu tun. Das ist ein Buch dessen, der es übersetzt hat.“
    Thomas Bernhard

    OdpowiedzUsuń
  18. Logiczne jest, że praca tłumacza wymaga słownika, no przecież! Nawet w rodzimym języku nie znamy wszystkich słów, ale powiem Ci, że moja wykładowczyni miała sytuację, gdzie pojawiała się ze słownikiem u notariusza (a jest rewelacyjna w swoim zawodzie) i z ciekawości przeglądała go, bo dopiero co do kupiła, na co notariusz z wielką pogardą na nią spojrzał i pytał, czy nie czuje się na siłach, by tłumaczyć... cios poniżej pasa dla kogoś po filologii, studiach we Francji i z perfekcyjną znajomością języka oraz praktyką tłumacza 10-cioletnią... jak nie więcej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bosh... mogła go zapytać, po co mu w takim razie w kancelarii te wszystkie kodeksy i dlaczego po tylu latach praktyki jeszcze nie zna ich na pamięć :D

      Pomysł na cykl rewelacyjny, będę czytać z wypiekami na twarzy ;)

      Usuń
  19. bardzo fajny pomysł i bardzo wiele ciekawych porad - oby tak dalej

    OdpowiedzUsuń
  20. Świetny artykuł, wiele przydatnych porad

    OdpowiedzUsuń
  21. Genialny artykuł. Idealne porady dla każdego tłumacza :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Wiele trafnych porad, bo sami wiemy, że często te tłumaczenia nie są zbyt wdzięczne :)

    OdpowiedzUsuń