Ads 468x60px

środa, 23 kwietnia 2014

Wit Szostak "Sto dni bez słońca" - czyli maskonury po finnegańsku


Wydawnictwo: Powergraph
Data premiery: kwiecień 2014
Seria: Kontrapunkty
Liczba stron: 464
Cena: 39,00 zł

Wszystko przez Czułego Barbarzyńcę. Nie planowałam tej książki, nie czekałam, nie śledziłam tęsknym okiem w zapowiedziach, choć nazwisko autora nie jest mi całkiem obce, jak zapewne wielu czytelnikom, zapędzających się w fantastyczne rewiry. Ale kiedy przycupnęłam w tej dziwnej kawiarni nad rewelacyjną wiosenną herbatą z rozmarynem i jeszcze bardziej rewelacyjnym plackiem z porzeczkami, "Sto dni bez słońca" zamrugało do mnie z półki, znajdującej się o wyciągnięcie ręki. Nie wiem jak wy, ale ja na mrugania i podobne zachęty książek nie jestem obojętna. Powieść, zacnie wydana, reklamująca się jako "szalenie zabawna, strasznie smutna i niebezpiecznie inteligentna" przykleiła się do mnie i nijak nie chciała odkleić, i mimo iż miała cenę nieładną, znacznie przewyższającą rozmaite internetowe okazje, z księgarni wyszłam już obarczona jej ciężarem. Zgubne są wizyty u Czułego Barbarzyńcy*... Jakby tego było mało, książka wepchnęła się bez kolejki, niczym jakaś ostentacyjnie ciężarna, i nie popuściła, dopóki nie przewróciłam ostatniej strony. I tak oto, targana sprzecznymi emocjami, melduję, że "Sto dni bez słońca" jest jak dotąd największą literacką niespodzianką tego roku. Choć nic tego nie zapowiadało. 

Lesław Srebroń, we własnym mniemaniu "skromny badacz" i piewca twórczości genialnego polskiego pisarza fantastycznego Filipa Włócznika, nadzieja poskiej humanistyki, a wręcz polski Joyce, mesjasz, mający ocalić od ostatecznej zagłady cywilizację zachodu, udaje się na położony gdzieś na Atlantyku archipelag Finneganów, gdzie w ramach uniwersyteckiej wymiany ma poprowadzić cykl wykładów na tamtejszym St. Brendan College. Relację z jego pobytu na zapomnianej przez Boga i ludzi wysepce (próżno szukać jej nawet w Wikipedii) poznajemy z jego własnych ust, a ściślej z "dzienniczka pokładowego", gdzie krakowski doktor polonistyki zapisuje swe wrażenia z pobytu, które z czasem nabierają - znowu w jego własnym mniemaniu - wymiaru wielowarstwowej powieści mieszczańskiej, a nawet dzieła, mogącego konkurować z "Ulissesem". Srebroń, początkowo onieśmielony i wyobcowany w akademickim mikroświatku, poczyna sobie coraz śmielej, powołując w końcu do życia projekt ocalenia humanistycznej spuścizny Europy. Lektura jego relacji wywołuje początkowo niedowierzanie i niezrozumienie (hę?... co to w ogóle za koleś?), następnie uśmiech rozbawienia, przeradzający się w jawną uciechę, a na końcu bezbrzeżny smutek i głęboką refleksję nad kwestią postrzegania siebie. 

Zdzieranie poszczególnych warstw tej powieści sprawia niewypowiedzianą radochę. Niektórzy odczytają ją jako parodię powieści uniwersyteckiej, prześmiewczą karykaturę zadęcia i pseudonaukowości środowiska akademickiego. I rzeczywiście, niekiedy można odnieść wrażenie, że jesteśmy świadkiem ciągu gagów, a Srebroń (Mamoń?), posiadający niewątpliwe zadatki na postać kultową, to megaloman, fajtłapa i zadufany w sobie idiota. Dość wspomnieć tweedową marynarkę zakupioną w sklepie pana Howlina, fajczarski zestaw zamówiony w internecie czy gorączkowe tworzenie listy probemów, trawiących współczesną cywilizację. Ale przychodzi taki moment, kiedy postać Srebronia przestaje śmieszyć i budzić zażenowanie. Bezmiar iluzji, w jakim się pogrąża, ogrom usypanego z piasku zamku, niepodważalność przekonania o własnej wyjątkowości przerażają i napawają głębokim smutkiem. Szostak wspomniał gdzieś, że zastanawiał się nad tym, co by było, gdyby zajrzeć do głowy błędnego rycerza, nieustającego w walce o ideały, gdyby spróbować pojąć myślenie takiego Don Kichota. Pełne patosu i egzaltacji wyznania Srebronia - postaci  śmiesznej i tragicznej zarazem - są takim myślowym eksperymentem, próbą podejrzenia, jak widzi świat człowiek odbierany jako dziwak. Kim jest zatem Srebroń? Niekompatybilnym romantykiem, piewcą pogrzebanych ideałów, naiwniakiem czy zadufanym w sobie pseudointeligentem, zakochanym w sobie kretynem, niepotrafiącym interpretować zachowań innych i wszędzie dopatrującym się nieistniejących intencji? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna.

Jakiekolwiek byśmy snuli przypuszczenia, "Sto lat bez słońca" okaże się lekturą tyleż krotochwilną, co refleksyjną. Niechże każdy odkryje w niej to, co mu najbliższe. Ja z chęcią podsunęłabym tę książkę paru poznanym "srebroniom" polskiej "wysokiej" kultury, wątpiąc jednak, czy rozpoznaliby w tym krzywym zwierciadle własną, pełną pychy gębę.


Pierwsze zdanie: "Finnegany wyrastają samotnie na Atlantyku niczym niechciane, porzucone dzieci Hebrydów." 
Gdzie i kiedy: Finnegan Wielki, współcześnie
W dwóch słowach: fantastyczna niefantastyczna
Dla kogo: dla lubiących satyrę, niejednoznaczność i Don Kichota
Ciepło / zimno: 96°

* Wydało się. Tak, byłam na święta w Polsce. Przywiozłam pół bagażnika książek, spory bagaż refleksji i gigantyczny katar. 

13 komentarzy:

  1. Pierwszy raz widzę tę książkę. Zapowiada się nie lada ciekawie,lubię takie lektury:) Oj, ja też znam kilku takich "srebroni":D
    Zazdroszczę wszystkiego oprócz kataru:D

    OdpowiedzUsuń
  2. Do tej pory znam tego autora jedynie z powieści "Oberki do końca świata", która niewiele miała wspólnego z fantastyką. Chyba jednak okiełznam w sobie niechęć do tego gatunku i wreszcie wejdę w bliższą znajomość z twórczością Szostaka. ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Właśnie dziś skończyłam lekturę. Nie wiem jakim cudem przebrnęłam przez te strony, ale albo nie zrozumiałam przekazu, albo ona jest tak słaba.... Zawiodłam się maksymalnie :(

    OdpowiedzUsuń
  4. Satyra na środowisko akademickie? Koniecznie, koniecznie!
    Zwłaszcza, że trzeba w końcu sprawdzić, o co tyle krzyku z tym całym Szostakiem :P

    OdpowiedzUsuń
  5. Książkę już planuję. Też nie jestem nieczuła na "mruganie" z półki:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Kolejna swietna recenzja u swietnego recenzenta. Czyli ksiazka dobra jest...

    OdpowiedzUsuń
  7. Zaciekawiłaś mnie tą książką :)
    Zdradzisz, jakie książki przywiozłaś z Polski ?
    pozdrawiam
    tommy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdradzę, będzie wpis "mamutowy"... tylko muszę zdjęcia porobić:-)

      Usuń
    2. takie mamuty to bardzo lubię :)
      tommy

      Usuń
  8. Fantastyczna. Polecam każdemu akademikowi :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Takie mrugające są najlepsze! Patrząc na okładkę, wcale Ci się nie dziwię, a gdy dodam do tego placek z porzeczkami (rety!), mam ochotę popędzić do najbliższej księgarni i znaleźć Szostaka. Tylko czy do mnie też mrugnie?
    A pierwsze zdanie i te Finnegany - wyśmienite!

    OdpowiedzUsuń
  10. Dłuższe przebywanie w towarzystwie Lesława było dla mnie nieco męczące, musiałam od niego odpoczywać.;) Ale pomysł na powieść przedni.
    A herbaty i ciasta w Czułym są boskie.;)

    OdpowiedzUsuń