Ads 468x60px

wtorek, 18 grudnia 2012

Hjorth & Rosenfeldt "Uczeń" czyli o wskrzeszeniu Hanibala Lectera


Wydawnictwo: Czarna Owca
Seria: Czarna Seria
Tytuł oryginału: Larjungen
Przekład: Alicja Rosenau
Data wydania: maj 2012
Ilość stron: 580
Cena: 39,90 zł
No spotkaliśmy się znowu, ja i ten rzekomo superinteligentny profiler o poharatanej duszy, który spał chyba z każdą kobietą w Szwecji... Nasze poprzednie zetknięcie pozostawiło po sobie leciuteńkie rozczarowanie, choć sama intryga kryminalna oraz niezwykle sprawna narracja tomu "Ciemne sekrety" sprawiły, że uznałam lekturę za dość satysfakcjonującą. "Uczeń" jest bezpośrednią kontynuacją owego tomu. 

I tym razem nikt nie lubi Sebastiana Bergmana, w tym względzie nic się nie zmieniło. Fachura od seryjnych morderców nadal robi wszystko, by do reszty zniszczyć swoje życie i pozostałości socjalnych więzi, choć i tych jest żałośnie mało. W tej powieści jednak przyjdzie mu się zmierzyć z wzorcowym supermózgiem i arcypsychopatą, skazanym i osadzonym w więzieniu mordercą i gwałcicielem kobiet, który znalazł się za kratkami również dzięki błyskotliwej pracy Bergmana, więc niejako superwrogiem. Edward Hinde pozbawiał swe ofiary życia jednym cięciem przez krtań, a krępowane pończochami ofiary były ubierane w staromodne nocne koszule i gwałcone od tyłu. I dokładnie te morderstwa wstrząsają Sztokholmem - ktoś dokładnie kopiuje modus operandi odsiadującego wyrok psychopaty...

Muszę przyznać, że lekko mnie ta książka irytowała. I nawet nie chodzi mi tutaj o kontrowersyjną z założenia postać Bergmana, która irytować powinna, choć tym razem wysiłki autorów, by postać tę uczynić jak najbardziej niesympatyczną, spełzły na niczym, a może to jednak celowy zabieg, by tą żałosną postacią w końcu wzbudzić w czytelniku współczucie i osobliwe miłosierdzie, z rodzaju tego, jakie odczuwa się na widok bitego szczeniaka?... A irytowały mnie dwie rzeczy: kopiowanie i indolencja. To pierwsze jest oczywiste - Bergman ma tak wiele cech serialowego doktora House'a, że twórcy jadowitego i genialnego diagnosty powinni się zastanowić nad wytoczeniem Szwedom procesu o plagiat. Odnoszę wrażenie, że nawet to współczucie jest jakieś takie skopiowane, zważywszy ostatnie odcinki... stop. Odbiegam od tematu i w dodatku spojleruję... Kalka druga: Hanibal Lecter przebija przez kartki tej powieści dość intensywnym i wyraźnym blaskiem. W sumie, nie widzę nic złego w wykorzystywaniu najlepszych motywów kryminalnego gatunku, ale jeśli wyciąga się jeden z najbardziej rozpoznawalnych wątków wszechczasów i wokół niego osnuwa niemal całą intrygę (słynne quid pro quo), to już zaczyna mnie coś uwierać. Zwłaszcza, że Vanja, niestety, nijak się miała do agentki Clarice Starling. 

A skoro już jesteśmy przy więziennych scenach z psychopatą Hindem, to możemy gładkim suwem przejść do irytującego motywu numer dwa, czyli indolencji. Otóż cała ta zagadka kryminalna, rozpisana na wiele stron, byłaby do rozwiązania w dziesięć minut, gdyby ach ci jakże znakomici policjanci uruchomili swoje mózgownice. Już w pierwszej rozmowie z kierownikiem więzienia (notabene mistrzem indolencji i bezdennej głupoty, przy którym blednie wszystko inne) pada informacja, że Hinde dysponuje w celi laptopem (już sam tej fakt mnie ukłuł, bo realia więzienne, nawet w bardzo liberalnej i przestrzegającej praw człowieka Szwecji chyba są jednak nieco inne, zwłaszcza w przypadku więzienia o zaostrzonym rygorze, w jakim przebywał nasz superinteligentny i do gruntu zły Lecter-bis). I co? I nic. Policjanci jak barany (nie ubliżając sympatycznym zwierzakom) przyjmują to do wiadomości i nikomu nie przyjdzie do głowy, by ten laptop sprawdzić?... No, ale wtedy nie mielibyśmy wspaniałej, trzymającej w napięciu przez kolejne czterysta stron powieści, prawda? 

Pomyślicie teraz, że pewnie zechcę wybić Wam tę książkę z głowy. Otóż nie. Wbrew tym ewidentnym "uwieraczom" książka serwuje spory ładunek napięcia, da się czytać (jeśli gotowi jesteśmy przymknąć oczy na pewne rzeczy) i trzyma za gardło niemal do samego końca, nawet jeśli mniej lub bardziej wiadomo, w jakim kierunku to wszystko zmierza. I nawet ten skopiowany pojedynek supermózgów okaże się wcale nie taki najgorszy. Jeśli w dodatku ktoś lubi powieści kryminalne, w których punkt ciężkości przesuwa się w stronę prywatnych perypetii bohaterów, pewnie i "Ucznia" przeczyta z wypiekami na twarzy. Zwłaszcza, że tu już w drugim tomie działa prawo serii (by nie powiedzieć opery mydlanej) i podświadomie zaczynamy kibicować tej czy innej postaci, zżymając się i obgryzając paznokcie, jeśli nie postępuje zgodnie z naszymi pobożnymi życzeniami.

Fajerwerków wprawdzie nie ma, ale... dobra średnia, a nawet więcej niż średnia. Acha, i podobało mi się tłumaczenie. Oceniam na tróję z plusem i z pewnymi zastrzeżeniami, polecam (3+/5). 


17 komentarzy:

  1. Po lekturze dzieła, masz podobne do moich odczucia. Uderzające podobieństwo scen do "Milczenia owiec", o Housie nie pomyślałam:).
    Ale jak zwykle pójdę pod prąd, ja lubię Bergmana, typ socjopaty, skłonny do autodestrukcji i działający jak napalm, zostawiając po sobie spaloną ziemię, czyż nie tacy bohaterowie są najbardziej ciekawi?:). A powieść podobała mi się, no jakże by nie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lubię Twoje chodzenie pod prąd, a i sama mam słabość do pokręconych typów. Może niekoniecznie Bergman, ale zdecydowanie po tym tomie nabrałam do niego trochę bardziej ludzkich uczuć. Tylko nadal nie rozumiem, dlaczego i on, i matka Vanji tak bardzo muszą chronić dorosłą, bądź co bądź, kobietę, przed prawdą...

      Usuń
  2. Ja akurat nie dam się przekonać do książki z tak irytującymi i właściwie niewybaczalnymi grzechami. Jeszcze kalki jakoś zniosę, ale traktowanie czytelnika jak debila - nie, dzięki. Jeżeli rozwiązanie podane jest na tacy, a bohaterowie i tak skutecznie je ignorują, zaczynam się niepotrzebnie denerwować i wtedy przychodzą mi do głowy brzydkie pomysły [palenie książki, rzucenie nią o ścianę itd.]. Poza tym, nie należę jakoś do wielkich miłośników tych wszystkich skandynawskich kryminałów. Trochę mamy ich już za dużo...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, uwierało mnie to, choć miejscami, gdy akcja pędziła na łeb na szyję, skutecznie o tym zapominałam.
      A odnośnie skandynawskich kryminałów, to ja zaczynam tęsknić za dobrymi Anglosasami... Nie wydaje się ich ostatnio zbyt dużo, niestety.

      Usuń
  3. Jednak wolę coś przyjemniejszego.)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie czytałam ani tej, ani poprzedniej książki tych autorów.I pomimo "uwieraczy" chętnie je przeczytam:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Matko jedyna, a świat się zachwyca duetem Hjorth/Rosenfeldt. Że tacy genialni, że książki obie świetne i w ogóle Pulizera im od razu, albo Nobla co najmniej. "Ciemne sekrety" podobały mi się, może bez szału, ale 8/10 dałam. Do "Ucznia" się przymierzam, bo mówiono mi że dobry, ale widać niekoniecznie, a ja lubię Housea:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A tam, Nobla zaraz... Nobel to dla Nesbo najwyżej:-))). Przeczytaj "Ucznia", jest nieźle, abstrahując od "uwieraczy".

      Usuń
  6. "Ciemne sekrety" podobały mi się bardziej, zagadka w "Uczniu" była dość prosta, chociaż książka faktycznie trzymała w napięciu. Sam fakt posiadania komputera przez Hindego mnie zdziwił, ale jeszcze bardziej zaskoczyło mnie to, że nikomu nie przyszło do głowy żeby mu go zabrać. Za anglosasami też ostatnio tęsknię i przeczytałabym chętnie też jakiegoś Francuza, lub Hiszpana, a ich też za wiele się w Polsce nie wydaje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, z Francuzami jest prawdziwa bryndza, a Hiszpanie to już szkoda gadać...

      Usuń
  7. Będę miała tę książkę na uwadze. Chętnie przekonam się czy i mnie będą denerwować rzeczy, na które zwróciłaś uwagę. Ale motyw z laptopem w więzieniu to słabizna.

    OdpowiedzUsuń
  8. Coś mi się wydaje że pomimo iż książkę generalnie polecasz, to po Twojej recenzji każdy dwa razy się zastanowi, zanim po nią sięgnie. Bo jednak raz wspomniane uwieracze gdzieś tam w nas tkwią i nie pozwalają o sobie zapomnieć :-)

    OdpowiedzUsuń
  9. Mnie się książka podobała ale może dlatego, że nie znam doktora H. (tak, tak są tacy, którzy go nie oglądają)i nie widziałam Hanibala, więc nie miałam wrażenia kopiowania i powtórzeń :)
    opty2

    OdpowiedzUsuń
  10. Czytać, nie czytałam i raczej się nie skuszę. Kserokopiom mówię zdecydowane "nie"...

    OdpowiedzUsuń
  11. Z tej serii chciałabym przeczytać wszystko, dlatego kiedyś i do tej dotrę. Ale mam nadzieję, że jednak postawią na jakość i oryginalność...

    OdpowiedzUsuń
  12. Okazuje się, że w naprawdę dobrym kryminale najbardziej liczy się nie sam morderca trup czy detektyw, tylko umiejętność zdradzania wskazówek prowadzących do rozwiązania poprzez całą powieść w taki sposób, żeby dało się samemu pod koniec znaleźć "złego", ale żeby tego "złego" nie wytypować poprawnie po 50 stronach lektury. A to już wyższa szkoła gotowania na gazie ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Chyba jednak tym razem nie sięgnę po ten kryminał. Chociaż przyznam, że zapowiadał się ciekawie.

    Pozdrawiam przedświątecznie!

    OdpowiedzUsuń