Ads 468x60px

niedziela, 16 grudnia 2012

Andreas Föhr "Schwarze Piste" (Czarny szlak) - dobre, lepsze, Föhr




Wydawnictwo: Knaur
Data premiery: 02.11.2012
Ilość stron: 432
Cena: 14,99 euro
Czasami, zwłaszcza po lekturze kolejnej miałkiej, nieciekawej i mało odkrywczej książki, nachodzi mnie ponure przeświadczenie, że gatunek określany kryminałem umarł. Że wszystko, co było do powiedzenia w tych ramach, zostało przewałkowane na milion sposobów przez mistrzów, rzemieślników i zwykłych partaczy, a każda następna próba to tylko stąpanie po śladach tych, którzy przetarli szlaki. A im więcej czytam, tym rzadziej pojawia się przyjemny dreszczyk emocji, efekt "ach!" każe długo na siebie czekać, a już prawdziwe zachłyśnięcie przeżyłam... nie wiem kiedy. A jednak niekiedy, z najmniej oczekiwanego kierunku, wieje świeża bryza i przegania zatęchły fetorek skostniałych kryminalnych schematów. Wystawiam wtedy twarz do ożywczego powiewu i zaczynam wierzyć, że w owym truchle, zwanym kryminałem, tli się jeszcze życie. 

I w "Czarnym szlaku" Andreasa Föhra to życie pełga sobie całkiem żwawym płomykiem. Föhr nie jest debiutantem - omawiana powieść stanowi czwartą część cyklu z komisarzem Wallnerem i drugą przeczytaną przeze mnie ("Wielki tydzień" wzięłam na tapetę tutaj). Ożywczość tej lektury nie polega na tym, że mamy tu do czynienia ze szczególnym rodzajem zbrodni, z jej wyjątkowym okrucieństwem, nie chodzi o innowacyjność koncepcji, ekstremalne charaktery (no... tu możnaby ewentualnie podyskutować) czy nadwyczajność intrygi. Walory tej powieści leżą raczej w umiarkowanym i harmonijnym zgraniu zagadki osnutej wokół frapującej, ale nie sprawiającej wrażenia wyssanej z palca zbrodni, ciekawego settingu, znakomitych postaci (tu można już mówić o wysokokaratowym formacie kreacji), dobrym wybalansowaniu wątku kryminalnego i prywatnego życia śledczych i perfekcyjnie poprowadzonej linii narracyjnej. 

Niewątpliwie solą tego cyklu jest sierżant Kreuthner, będący kimś w rodzaju antypolicjanta, facet o wyjątkowym talencie do pakowania się w kłopoty i osobliwym stosunku do zawodowego etosu. I tę swoją wyjątkowość potwierdza już w pierwszej scenie. Mianowicie Kreuthner wypełnia ostatnią wolę swego zmarłego niedawno wuja, który przed śmiercią zażyczył sobie, by prochy jego rozsypano na górze Wallberg, królującej nad urokliwym bawarskim jeziorem Tegernsee - rzecz w Bundesrepublice dość nielegalna. Plan jest prosty: pojeździć na nartach, o zmierzchu, gdy opustoszeją szlaki, wjechać ostatni raz na szczyt, wykonać misję "wujek Simon", zjechać w dolinę - załatwione. Niestety, nie wszystko idzie po myśli niekonwencjonalnego policjanta. W chwili, gdy otwiera urnę z prochami, które wielką chmurą pyłu zostają porwane przez wiatr, na stoku pojawia się narciarka, biorąc większość wujka Simona na siebie i swój narciarski kombinezon. W ramach rekompensaty za nieoczekiwaną kąpiel w pyle (którego pochodzenia policjant przezornie nie zdradza) Kreuthner zabiera narciarkę na zjazd czarnym szlakiem, który rzekomo zna jak własną kieszeń. Przedsięwzięcie kończy się katastrofą: dziewczyna gubi w śniegu szkła kontaktowe, szlak jest nieoświetlony, a w dodatku na polance, na której para pechowców zatrzymuje się dla wytchnienia, na ławce siedzi bałwan... a właściwie zamarznięty trup kobiety z podciętymi żyłami. Samobójstwo? Czy jednak morderstwo? 

Kreuthner nie byłby sobą, gdyby nie próbował wyciągnąć korzyści materialnych ze swego osobliwego czuja do zwłok. Po kilku dniach organizuje wycieczkę narciarską gospodyń domowych z miejscowego Koła Strzeleckiego na miejsce zbrodni, pobierając oczywiście od każdej z uczestniczek stosowną opłatę. Przedsięwzięcie kończy się katastrofą: na polance znowu siedzi bałwan... 

To tylko maleńki przedsmak tego, co czeka czytelnika w tej powieści. I bez obaw: slapsticków nie ma tu wiele, a śledztwo ma charakter poważny i profesjonalny. Okazuje się, że zbrodnia ma pewien związek ze niechlubnym epizodem z życia Kreuthnera (a jakże) sprzed paru lat. Trzeba przyznać, że sposób, w jaki autor zapętlił to wszystko, budzi podziw finezją i wyczuciem autentyczności. Dawno już maszerowanie tropem wytyczonym przez pisarza nie sprawiało mi takiej satysfakcji, i choć nie każdy z kryminalnych motywów jest nie do odgadnięcia, to w ogólnym zarysie mamy tu do czynienia z mistrzowsko poprowadzoną narracją. 

Cyklowi chyba krzywdząco przylepiono etykietkę "kryminał regionalny", spychającą niemieckie powieści do getta, z którego rzadko są wydobywane na międzynarodowe rynki. Tymczasem akurat ta seria jest tak udana, że z powodzeniem mogłaby poszukać drogi pod obce strzechy, a nawet jeśli Kreuthner zasuwa bawarskim dialektem, to mocny koloryt lokalny nie stanowi tu przeszkody nie do przebycia, a jest raczej cudownym smaczkiem, jakiego szukają w kryminałach koneserzy. Zresztą całość nie dzieje się wyłącznie w okolicach Tegernsee (skądinąd uwielbiam jeździć tam na dzienne wypady), ale i w pobliskim Monachium, co powinno skutecznie zachęcić do lektury tych, którzy czują się znudzeni prowincją. 

Nieoczekiwanie Föhr wkradł się tylnymi drzwiami do pierwszej ligi niemieckiego kryminału, co widać również na listach bestsellerów - to się czyta! Moja ocena: znowu piątka (5/5). 


Tu popełniono zbrodnię: Wallberg nad Tegernsee (zdj. prywatne)
 Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Booktrotter Kasi z Kącika z Książką. 

6 komentarzy:

  1. Dla mnie niestety kryminał nigdy się nie narodził, bo nie przepadam :-)
    Mam w planach zmianę tego stanu rzeczy, poprzez sięgnięcie po Christe, jednak nie mam niestety na to czasu :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic na siłę, w końcu każdy ma jakieś swoje skrzywienie...

      Usuń
  2. Po tak zachęcającej recenzji z chęcią sięgnę po tę książkę, jeżeli będzie wydana po polsku!

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak sobie teraz pomyślałam o powieściach kryminalnych. Bo skoro niemieckie wtłoczono w jakąś szufladę i przezwano" regionalną literaturą", to aż się boję myśleć, co można powiedzieć o naszej, polskiej?:).
    W razie czego, przypomnij, jak się w naszych księgarniach pojawi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przypomnę, przypomnę, choć wielkich nadziei raczej nie mam...

      Usuń
  4. Ależ mi narobiłas smaku na tego Föhra :)
    Antypolicjant he he, skąd niby taki się wziął w Bawarii? Czy przypadkiem wzór (z Sevres) nie przywędrował z Północy?
    opty2

    ps. trzymam kciuki za Nellę po polsku :)

    OdpowiedzUsuń