Ads 468x60px

niedziela, 6 listopada 2016

Anne Tyler "Dziewczyna jak ocet. Poskromienie złośnicy" - a ja lubię ocet



Wydawnictwo Dolnośląskie
Tytuł oryginału: Vineagar Girl. The Taming of the Shrew rotold
Tłumaczenie: Łukasz Małecki
Data premiery: 15.06.2016
Liczba stron: 240
Cena: 37 zł
O projekcie szekspirowskim zapewne słyszała już większość regularnie czytających. Można się spierać o sens pisania na nowo opowieści wielkiego dramatopisarza, choć nie można zaprzeczyć, że mają one charakter uniwersalny, a i obecność wśród uczestników projektu zacnych nazwisk stanowi niejaką zachętę, nie mówiąc o ciekawości, jak z zadanym tematem poradzą sobie współcześni pisarze.
Anne Tyler wzięła na tapetę „Poskromienie złośnicy”, komedię, która w dzisiejszych czasach, gdy aranżowane małżeństwa w zachodnich społeczeństwach należą do przeszłości, wydaje się nieco anachroniczna. Autorka poradziła sobie z przekuciem tego wątku na potrzeby projektu całkiem zgrabnie – aranżowane małżeństwa może w zachodnich cywilizacjach już nie występują, ale fikcyjne małżeństwa zawierane dla pozyskania statusu pobytu w bogatych krajach Europy lub w USA już tak.
Doktor Battista, lekko zwariowany i odrealniony naukowiec samotnie wychowujący córki (wychowujący, dobre sobie, wszak starsza, Katherine, ma już trzydziestkę, mimo to nadal mieszka z ojcem i młodszą siostrą), popada w trudną sytuację. Otóż jego wyjątkowo utalentowany asystent, cudzoziemiec Piotr Szczerbakow, bez którego dalsze prowadzenie projektu badawczego będzie niemożliwe, znajduje się o krok od deportacji – ot, kończy mu się wiza. By zapobiec zawodowej katastrofie, Battista wpada na szalony (choć w jego oczach jedynie słuszny) pomysł, by wyswatać własną córkę z zagranicznym asystentem i tym samym upiec na jednym ogniu dwie pieczenie: małżeństwo rozwiązałoby problem dalszego istnienia projektu i trudnej córki, która jakoś nie kwapi się do tego, by usystematyzować swoje życie osobiste. Pomysł to iście szatański, i z góry zapowiadający wystąpienie całego szeregu trudności, nieporozumień, konfliktów i pomyłek – czyli znakomicie wróżący tej powieści.
Sama postać Katherine udała się znakomicie, choć ja sama nie określiłabym jej mianem „dziewczyny jak ocet”, na to jej relacje z otoczeniem były mimo wszystko zbyt układne. Katherine, pracująca w przedszkolu, jednak najlepiej czująca się w samotności, odnajdująca spokój i ukojenie w kontakcie z przyrodą, z upodobaniem kopiąca w grządkach i zagonach, jest nieodrodną córką swego ojca, i jak on, jest trochę nie z tego świata. Nieprzystosowana, powiedzielibyśmy dzisiaj. Nie do końca żyjąca zgodnie z oczekiwaniami społeczeństwa, dziwna, niekontaktowa. I z miejsca budząca sympatię. Podobnie zresztą jak jej oponent, równie cudaczny asystent Szczerbakow, który na skutek niedoskonałej znajomości języka i tubylczych kulturowych kodów nieustannie popełnia słowne i sytuacyjne gafy.
Jest w tym wszystkim wielki potencjał na świetną komedię i rzeczywiście, są tu sceny, które wywołują uśmiech na ustach czytelnika. Znakomite jest zderzenie dwóch odmiennych kultur, świetne są językowe wpadki i drobne nieporozumienia, jakie doskonale zna z autopsji każdy, kto jako tako opanował język, jednak nie do końca zna językową rzeczywistość i próbuje radzić sobie w obcym kraju. I to chyba największy plus tej książki.
Mniej udany jest finał, opowiedziany po łebkach, w naprędce, jakby autorce zabrakło pary na coś więcej, a cała historia na siłę musiała znaleźć jakieś zakończenie. Wydaje się, że można było zrobić z tego więcej. Opis na okładce sugeruje również, że esencją tej opowieści jest pytanie, czy współczesna, niezależna kobieta jest w stanie poświęcić się dla mężczyzny. Ja tutaj nie znalazłam ani niezależnej kobiety, ani poświęcenia dla mężczyzny. Jest to raczej historia nieprzystosowania, odmienności i poszukiwania własnej drogi w społeczeństwie, które oczekuje od nas podążania utartymi szlakami i określonych, z góry ustalonych zachowań. I miłości takiej właśnie dwójki odmieńców – miłości nieoczekiwanej i nieoczywistej, ale jednak miłości.
Krotochwilna, sympatyczna opowieść, zostawiająca jednak po sobie pewne uczucie niedosytu.

Pierwsze zdanie: "Kate Battista pracowała w ogrodzie, kiedy w kuchni zabrzęczał telefon."
Gdzie i kiedy: Baltimore, współcześnie
W dwóch słowach: kwaśno-słodka
Dla kogo: dla fanów Szekspira, osób śledzących aktualne literackie wydarzenia, miłośników komedii sytuacyjnych
Ciepło / zimno: 76°


4 komentarzy:

  1. Właściwie nie mam pojęcia, dlaczego jeszcze nie zapoznałam się z żadną z powieści z tego projektu. Chociaż zachwytu nie było, to 76° jest już całkiem blisko wrzenia;) Chętnie się skuszę:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Właśnie jestem po lekturze tej powieści i moja ocena jest taka, że jest to książka co najwyżej przeciętna. Główna bohaterka nijak nie pasuje do określenia 'złośnica" - jest natomiast typową introwertyczką i smutne było dla mnie czytanie o tym, jak jej zachowanie jest interpretowane właśnie jako "złośliwe". Już prędzej niedostosowanie - jak piszesz, aczkolwiek jest to też bardzo dla introwertyków krzywdzące: żyjemy przecież w czasach, gdzie nie każda kobieta musi wyjść za mąż, a tych kobiet, które tego nie uczyniły w stosownym czasie, nie piętnuje się już jako "starych panien". Niewykorzystany jest też w tej książce potencjał opisania różnic kulturowych i nieporozumień z tego wynikających. Słaba.

    OdpowiedzUsuń
  3. Czytałam o tym projekcie, ale to pierwsza książka, o której czytam i do przeczytania, której zachęciłaś mnie bardzo.
    A ponieważ mam już jedną książkę Anne Tyler za sobą " Niebieska żegluga", która mnie zauroczyła chętnie sięgnę po jej inne pozycje jeżeli tylko są u nas wydane.
    Informacje na okładkach czasem mają się nijak do treści książek. Nieraz się można o tym przekonać.

    OdpowiedzUsuń
  4. A mnie się finał naprawdę spodobał. Ale wiesz, ja w ogóle do tego projektu bardzo entuzjastycznie podchodzę... :)

    OdpowiedzUsuń