Ads 468x60px

piątek, 1 stycznia 2016

Arytmetyka (ze szczyptą wodolejstwa) na koniec roku

No dobrze, miałam nie podsumowywać, nie rankingować, nie przechwalać się osiągnięciami ani nie stawiać pod pręgierzem przegranych, ale swędzą mnie palce, więc... zapraszam to krótkich remniscencji z minionego roku.

Przeczytałam mniej książek, niż bym chciała - jakoś nieustannie mam wrażenie, że mnie coś omija. Trawi mnie ciągły głód książek wybitnych, cennych, wartościowych, pozwalających wspiąć się na wyższy poziom człowieczeństwa (wiem, to górnolotne słowa, ale dziś Nowy Rok, więc mi wolno). A kiedy przyglądam się zestawieniu książek przeczytanych, uderza mnie mnogość tytułów miernych, miałkich, nieistotnych, przeciętnych. Więc staram się czytać mniej, za to więcej książek ważnych. A przynajmniej takie są założenia. I postanowienia na przyszłość.

Ale do konkretów. Z 77 przeczytanych (do końca, bo porzuconych było więcej) książek tylko 23 były po polsku. Reszta - po niemiecku. Wniosek na przyszłość: czytać więcej po polsku, więcej po angielsku. I wrócić do lektur rosyjskich. Wśród autorów znalazło się 23 Niemców, 8 Polaków, 16 Amerykanów, 9 Brytyjczyków, 3 Szwedów, 1 Szkot, 1 Nigeryjka, 1 Finka, 2 Norwegów, 2 Duńczyków, 1 Australijczyk, 1 Japonka oraz 1 Francuz.

Czy były objawienia? Nie. Ale kilka oczarowań. Pierwszym z nich, być może największym, okazała się pochodząca z Gruzji, ale pisząca po niemiecku Nino Haratischwili i jej monumentalna powieść, gatunkowo zupełnie odmienna od preferowanych przeze mnie książek. Das achte Leben (für Brilka) (w tłumaczeniu dowolnym Ósme życie (dla Brilki) jest powieścią mamucią (prawie 1300 stron) i podobnym ciężarze gatunkowym. Niezwykła panorama dziejów Gruzji i Rosji, porywająca saga i traktat o tożsamości. Zapamiętajcie to nazwisko. Wiem, że wydawnictwo Otwarte pracuje nad publikacją tej powieści, ze względu na objętość przekład zapewne zajmie jeszcze trochę czasu, ale może zdążą w tym roku?... I kiedy się już ukaże, nie bójcie się tej cegły. Lektura wynagrodzi Wam wszystkie znoje związane z trzymaniem pokaźnego woluminu w ręku (poza tym są jeszcze czytniki).

Zachwycił mnie Tom Hillenbrand i jego kulinarno-kryminalna seria z luksemburskim kucharzem i domorosłym śledczym Xavierem Kiefferem w roli głównej - takiej lekkości pióra, humoru i rozrywki w wydaniu niemieckimdawno już nie doświadczyłam.

Świetna okazała się powieść fińskiej autorki Emmi Itäranty Der Geschmack von Wasser (Smak wody) - wizja przyszłości, w której najcenniejszym dobrem jest woda. Podobny temat, jak u Bacigalupiego, ale kompletnie odmienne ujęcie - bardziej poetyckie, kameralne, delikatne. Jedna z lepszych powieści roku.

Z kolei jedną z najdziwniejszych i zagadkowych książek minionego roku i zarazem bardzo wizjonerskim obrazem przyszłości była powieść młodej Amerykanki Moniki Byrne Die Brücke (oryg. The Girl in the Road). Świeża, frapująca, ale... dziwna. Długo nad nią siedziałam, parę razy przerywałam lekturę, wracałam, bo jednak książka wywierała jakiś magentyczny ciąg. Nazwisko autorki trzeba zapamiętać, bo to na pewno nie ostatnie słowo tej pisarki. Notabene, oceniłam tę powieść znacznie wyżej niż okrzyczaną Zabójczą sprawiedliwość Ann Leckie, która okazała się dziełem przegadanym, upakowanym do granic możliwości i mało przekonującym.

Z klimatów polskich podobały mi się Dygot Jakuba Małeckiego, Tajemnica domu Helclów duetu Dehnel & Tarczyński i - uwaga - Mgła Kai Malanowskiej. Ta ostatnia spróbowała swych sił w kryminale i choć nie jest to powieść idealna, to jednak dojrzała warsztatowo, spójna, o sensownej intrydze i wiarygodnych portretach bohaterów.

Wymagającą, ale satysfakcjonującą lekturą okazały się Serca, dłonie, głosy Iana McDonalda. Kosztowała mnie dużo czasu i wysiłku, ale się opłaciło.

Do rozczarowań minionego roku muszę niestety zaliczyć najnowszą Elisabeth George i jej "Bedenke was du tust"(oryg. A Banquet of Consequences), czyli dziewiętnasty (!) tom przygód inspectora Lynleya i sierżant Barbary Havers. George chyba już jednak wyczerpała pomysły na kontynuowanie tej serii, a sposób, w jaki przedstawia tak wspaniałą niegdyś postać jak Barbara, mogę już tylko określić mianem głupiego i niesmacznego.
Beznadziejnie płytką lekturą okazał się także najnowszy kryminał duetu Hjorth & Rosenfeld , który po świetnej Niemowie jest do bólu wtórny i zwyczajnie nieciekawy, a już to, co autorzy wyprawiają z głównymi bohaterami, to już jakaś farsa. Tanja przypomina zachowaniem pięcioletnią dziewczynkę z przedszkola, a Sebastian... szkoda słów.

Poziom trzymali natomiast Amerykanie: Michael Connelly (Piąty świadek i Black Box), Greg Iles (Natchez Burning) i T. C. Boyle (The Harder They Come).

Aha, i jeszcze chciałam zwrócić Waszą uwagę na jeden debiut, który w tym roku ukaże się również i w Polsce. Tony Parsons, nowy Brytyjczyk na kryminalnej scenie, napisał całkiem zgrabną powieść "Murder Bag" (niem. "Dein finsteres Herz"), którą wyda wkrótce Albatros pod jakimś bezsensownym tytułem "Krwawa wyliczanka". Nie zrażajcie się tym, powieść jest niezła - nie rewelacyjna, ale niezła. A że to początek serii, jest szansa, że będzie komu kibicować w przyszłości.

Próby utrzymania jakiejś równowagi między fantastyką, kryminałami i obyczajówkami, czytaniem po polsku, niemiecku i w innych językach wypadały w ubiegłym roku różnie. Więcej wyważenia! - pragnęłoby się zawołać. Wołam więc, nie tylko do siebie zresztą, i bardzo się cieszę na nowe niezbadane książkowe światy. Niech nas wzbogacą.

czwartek, 31 grudnia 2015

Jakub Małecki "Dygot" - o magii dobrej puenty




Wydawnictwo: Sine Qua Non
Data wydania: 7 października 2015
Liczba stron: 320
Cena: 36,90 zł

Jakżeż pięknie mi się ułożyła końcówka tego roku!... Oto wygasa stary rok, dogorywa mocny, rozdygotany i poruszający, tak jak powieść, która wprowadziła mnie w nowy, jeszcze dziewiczy rok. Pewnie gdybym chciała zaplanować taki finisz, nigdy by się nie udał, a tak, trochę niechcący, z zaskoczenia, Jakub Małecki sprawił, że... ten ostatni dzień roku zapłonął i ogrzał czytelniczego ducha. 

Gdyby dać wiarę okładkowym zachętom (nie należy tego robić, nigdy!), to należałoby się spodziewać banalnej sagopodobnej historii z szarym peerelem w tle. "Dygot" zaś nie jest ani sagopodobny, ani banalny. Najwyżej ten szary peerel w tle jeszcze by uszedł od biedy, choć nie o dziejowe zawirowania tutaj chodzi. 

Śledzimy tutaj losy dwóch rodzin, które za zrządzeniem przypadku i do wtóru chichotu przeznaczenia splatają się ze sobą i łączą nie tylko rodziny, ale przede wszystkim dwójkę głównych bohaterów: Emilię i Wiktora. Oboje dorastający z fizycznym handicapem, oboje zmagający się z piętnem inności, wrażliwsi od innych, i choć powierzchownie brzydsi, to jednak piękniejsi. On - albinos, odmieniec, dziwoląg i wcielony szatan, ona - ze skórą przypominającą stopiony ser, usianą bliznami po poparzeniach. Skazani na odtrącenie, odnaleźli się w swej wyjątkowości. Nie na długo. Ich miłość zostaje ucięta gwałtownie i nieodwracalnie, w otoczce tajemnicy, która na długie lata położy się cieniem na dalsze losy rodziny. 

Brzmi zwyczajnie i pospolicie, a nie jest. Bowiem Małecki nie tylko fantastycznie snuje tę opowieść, Małecki ma błogosławiony dar puentowania. Sceny, z których układa te ludzkie egzystencje, niektóre kluczowe, inne nieważne, jeszcze inne o ukrytym znaczeniu, są tak niezwykłe, pełne takich absurdów, że musiało napisać je życie. Małecki roztacza je bez wodolejstwa, w konkretnych, mocnych zdaniach, ale ze szczyptą magii, tu i ówdzie otoczone poetycką mgiełką, ukrytą czasem w jednym, bezbłędnym sformułowaniu. I trach, jednym zdaniem, jednym szczegółem niekiedy kończy scenę, a ty, czytelniku, zostajesz z otwartą ze zdumienia gębą, mętlikiem w głowie i zachwytem w sercu. 

Niewiele jest powieści, które tak trafnie ujmują tematykę obcości, odmienności. Znakomita jest kreacja Wiktora - kruchego jak szczeniak, dręczonego osobliwymi wizjami, a jednocześnie tak bardzo ciekawego świata, poszukującego, otwartego. W zetknięciu z prymitywną tłuszczą, karmiącą się zabobonami i zagrzewaną nienawistnymi tyradami wiejskiego klechy jest skazany na porażkę. I radzi sobie, biały, rozdygotany motyl w ciemności. 

Jest tej w tej powieści jakiś wielki, egzystecjalny smutek. Przypatrujemy się tym przegranym życiom, dogasającym powoli i w samotności, w cierpieniu, towarzyszymy im od narodzin po ostateczny kres, wraz z nimi szukamy dopełnienia i jakiegoś sensu w tych bytach, bezradni wobec wielkiej niewiadomej, która przesądza o ich losach. Czy sami wybierają? A może poddają się woli prządki, splatającej nitki ich życia w zgrzebną tkaninę? A może jest w tym inna siła sprawcza, mściwie obracająca kołem przeznaczenia? Odpowiedź jest rozmyta...

Ależ to dobra powieść!... 

Czytajcie. A korzystając z okazji, życzę Wam wszystkim w Nowym Roku wielu dygotów (tych dobrych, konstruktywnych) i zachwytów, i w ogóle czytelniczego spełnienia. Niech się darzy!



Pierwsze zdanie: "Poznał ją na tym samym polu, na którym dwadzieścia sześć lat później umarł pod pożartym księżycem."
Gdzie i kiedy: Koło, Piołunowo, Poznań, 1938-2004
W dwóch słowach: rozmyte i rozdygotane
Dla kogo: dla amatorów dobrej współczesnej prozy polskiej 
Ciepło / zimno: 91°

niedziela, 13 grudnia 2015

Paolo Bacigalupi "Wodny nóż" - nie ma, nie ma wody...




Wydawnictwo: MAG
Seria: Uczta Wyobraźni
Tytuł oryginału: The Water Knife
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Liczba stron: 400
Data wydania: 16 października 2015
Cena: 39,00 zł


Globalne katastrofy, zapowiedzi zagłady i końca świata nie są wymysłem współczesności. Człowiek od zarania dziejów lubił czarnowidztwo i snuł pesymistyczne wizje o kataklizmach, o czym świadczą rozmaite wczesne przekazy literackie, z biblijną Apokalipsą włącznie. A przy tym globalna zagłada nie musi wcale być dziełem bogów, śmiertelnego wirusa, kosmicznych sił lub astronomicznego przypadku w rodzaju uderzenia komety, jej sprawcą może być przecież człowiek. I jest to zagłada mało spektakularna, bo dziejąca się w tempie niemal niedostrzegalnym dla człowieka wiodącego normalne życie, a dla wielu wręcz hipotetyczna, by nie powiedzieć, tworzona przez tajemnicze zielone lobby, dążące do nieczytelnych i absurdalnych celów. Są jednak tacy, którzy powiedzą, że ta zagłada już się zaczęła i trwa, choć jeszcze w sposób ukryty. Niektórzy dostrzegają już jej oznaki. Niektórzy idą nawet o krok dalej i pokazują, co się stanie za sto trzydzieści lat. Na przykład Paolo Bacigalupi. 

Jego wizja świata (choć jest to niestety świat okrojony w typowy dla wielu amerykańskich autorów do Stanów Zjednoczonych) w niedalekiej przyszłości ma wszelkie znamiona apokalipsy. Trwająca od długiego czasu susza spowodowała tragiczne w konsekwencjach braki wody i idące za tym odwrócenie wartości - woda stała się najcenniejszym zasobem, za który ludzie gotowi są zapłacić każdą cenę. Nawet cenę życia. Taki rozwój stworzył nowy porządek ekonomiczny, społeczny i polityczny, co autor kreśli w sposób spójny, logiczny i wiarygodny. Władzę i pieniądze ma ten, kto dysponuje tak zwanymi prawami wodnymi i to o nie toczą się najzajadlejsze i najbardziej bezkompromisowe walki. Jednym z narzędzi tych walk są doskonale wyszkoleni i bezwględni wojownicy, szpiedzy i terroryści: tak zwane wodne noże. Jednym z nich jest Angel, nasz bohater. A może antybohater?...

Inną z bohaterek jest Maria, młoda kobieta, która radzi sobie w życiu raz lepiej, raz gorzej (choć właściwie raczej gorzej) kupując taniej i sprzedając drożej wodę - na niewielką skalę, narażając się na szykany lokalnych gangsterów i wyczerpując siły na codziennej, pozbawionej jakichkolwiek perspektyw na przyszłość walce o przetrwanie.

I jest jeszcze Lucy, dziennikarka, blogerka i samotna, niezłomna wojowniczka o prawdę, śledząca lokalne wydarzenia i z zaciętością hieny (to słowo warto zapamiętać w kontekście całej opowieści) publikującą artykuły tak dobre, że ocierające się o nagrodę Pulitzera. 

Losy tej trójki, początkowo niczym ze sobą niezwiązane, splatają się w nieubłagany, fatalistyczny sposób, co w zasadzie nie jest żadną niespodzianką. Niespodzianką jest zaś to, że autor nie oszczędza w zasadzie żadnego ze swych bohaterów, czego można się spodziewać, kiedy już stanie się jasne, że "Wodny nóż" jest mniej podszytym filozoficznymi rozważaniami eposem o upadku wartości i zmierzchu cywilizacji, a bardziej thrillerem, skupionym na spektakularnych zwrotach akcji, brutalnych scenach i technicznej stronie katastroficznej wizji świata. Bo w typowo amerykańskim thrillerze, którym trąci ta opowieść, bohater powinien być jeden, nieśmiertelny, nieomylny i - mimo wszystko - dobry. Tutaj autor ma w zanadrzu kilka zaskakujących rozwiązań, co jednak nie nadaje tej książce głębi. Przyznam, że trochę więcej tej głębi, trochę więcej kontrowersji, więcej rozważań o kondycji świata i jego mieszkańców po tej książce - i tym autorze - się spodziewałam. Maleńkie rozczarowanie nie powinno przysłaniać jednak faktu, że nadal mamy tu do czynienia z warsztatowo doskonałym, świetnie skonstruowanym thrillerem. I tylko żal, że bohaterowie mimo wszystko wypadli tu dość blado i szablonowo.

Książkę zaś dedykuję nie tylko uczestnikom zakończonego właśnie szczytu klimatycznego w Paryżu, ale i wiecznie wątpiącym w zagładę - tę ekologiczną. Polacy w nią nie wierzą. Mają ważniejsze zmartwienia. 

Pierwsze zdanie: "W pocie kryły się opowieści."
Gdzie i kiedy: Niedaleka przyszłość, południe Stanów Zjednoczonych
W dwóch słowach: cena wody
Dla kogo: dla miłośników katastrof, dobrych thrillerów i uczestników szczytu klimatycznego w Paryżu
Ciepło / zimno: 72°

sobota, 7 listopada 2015

Migawki hamburskie



Mongolskie przysłowie mówi, że lepiej być głupim wędrowcem, niż mędrcem siedzącym w domu. Któż nie chciałby uchodzić za lepszego od mędrca, zatem zapakowaliśmy walizki i korzystając z paru dni jesiennych ferii wyruszyliśmy na północ. Do Hamburga. Miasta najsłynniejszego pirata Europy Klausa Störtebekera. Ale i Brahmsa i Mendelsohna. A nawet Angeli Merkel. Miasta hanzy, mediów, wydawnictw-gigantów i musicali.

Hamburg przywitał nas mgłą. Nie jakąś tam zwykłą mgłą, ale tumanem nieprzeniknionym, pomroką upiorną, zawiesistą zupą, oparem duszącym, zamieniającym najbanalniejszą uliczkę w magiczny zaułek, w którym może cię spotkać absolutnie wszystko. Dziwnie było stąpać po bruku dzielnicy spichlerzy, mijać wyłaniające się z rozmytego półmroku ściany przyportowych kamienic i wierzyć na słowo, że tam, w odległości może stu metrów, znajduje się Elbphilharmonie, ikona nowoczesnej architektury i niegospodarności, beczka bez dna, w której utopiono miliony euro. Mógłby się tam znajdować nawet i koń trojański - w tym mleku wyglądałby zapewne tak samo.


Dopiero następnego ranka uwierzyłam w istnienie tej niesamowitej budowli - kiedy wynurzyła się z zaczarowanej aury, bliższa wycieczkowemu krążownikowi niż gmachowi.


A potem słońce wykroiło tę osobliwą bryłę z majaków, wyostrzyło i rozświetliło blaskiem - e voila! Jest. Imponująca, majestatyczna, ambiwaletna. Jeszcze niegotowa, a już owiana sławą i niezaprzeczalnie jedna z wizytówek miasta.

Hamburg w ogóle jest pełen dziwnych budowli - weźmy choćby legendarny Chile-Haus, znajdujący się na liście światowego dziedzictwa UNESCO, perła archiktektury ekspresjonistycznej.


Jakoś... też przypomina statek, prawda?


Ale wróćmy do dzielnicy spichlerzy - tak charakterystycznej dla tego miasta. Mogłabym łazić tam godzinami, wdychać lekko zatęchły smrodek starych magazynów, w których nadal mieszczą się dziwaczne składy perskich dywanów, przypraw, herbaty i kawy - ale i mnóstwo nowoczesnych firm.
Ciągi spichlerzy niemal niezauważalnie przechodzą w nowopowstałą, hipsterską i nietanią dzielnicę - Hafencity. Tu mogą wyszaleć się architekci, tu kupują awangardowe apartamenty młodzi, piękni i bogaci.


I już sam port. Marynistyczna nostalgia, majestat kontenerowców, powiew wielkiego świata, dalekomorski flair. Inaczej, niż w swojskiej Bawarii...





Trudno się oderwać, powrócić w bardziej miejskie rewiry, do świata o stałym podłożu pod stopami. Hamburg to wszak nie tylko port, spichlerze i St. Pauli. Hamburg to... shopping! 


Arkady nad rzeką Alster - sporo antykwariatów, galerii sztuki, nobliwych herbaciarni, a obok sklepy Hugo Bossa, Tiffany, te klimaty. Mijamy. zerkając przelotnie okiem.


Ale tu już wstąpiliśmy na dłużej: Levante-Haus, jeden z najbardziej czarujących budynków w centrum Hamburga, miejsce z duszą. Kupujemy herbatę, przyprawy, duperele dla przyjaciół.

I jeszcze miejsce, bez którego nie byłoby tego miasta: Jungfernstieg nad rzeką Alster. Tu spotykają się zakochani. Tu wrzeszczą jazgotliwe mewy. Tutaj tętni serce Hamburga.




Znużeni, niemi od nadmiaru bodźców, odurzeni i syci wrażeniami, wracamy do hotelu. To miasto wchłonęło nas, pożarło, zaszczepiło w nas bakcyla. Będziemy tu wracać.

czwartek, 22 października 2015

Friedrich Ani "Der namenlose Tag" (Bezimienny dzień) - opowieść o milczeniu



Wydawnictwo: Suhrkamp
Data wydania: 08.08.15
Liczba stron: 301
Cena: 19,95 euro
Są takie kryminały, które szydzą sobie z konwencji i rozmaitych przymusów rynku. Ich autorzy nie trzymają się ustalonych (przez kogo właściwie?) reguł gatunku i piszą tak jak piszą, bo tak chcą, bo tak czują. Literacka wrażliwość Friedricha Aniego, monachijskiego twórcy kryminałów, który już dawno przestał cokolwiek musieć, wynosi go poza sztywne ramy tego, co serwuje większość powieści o zbrodni. I pewnie dlatego nie podoba się czytelnikom oczekującym szablonowych bohaterów, szablonowej intrygi i szablonowych rozwiązań.

Najnowsza powieść Aniego "Bezimienny dzień" to nowy bohater, być może nowa seria, ale stara, dobrze znana melancholia. Jakob Franck to emerytowany komisarz monachijskiej policji, nieżonaty, niedzieciaty, za to żyjący z całym zastępem duchów zmarłych, odżywiający się suchymi wspomnieniami, które zbyt długo już przeżuwał*. Pewnego dnia zostaje wyrzucony z rutyny niecodziennym telefonem. Dzwoni do niego Ludwig Winther, ojciec siedemnastolatki, która dwadzieścia lat odebrała sobie życie. Tak przynajmniej ustaliła wówczas policja - choć istniały pewne niepotwierdzone ostatecznie wątpliwości, nie stwierdzono udziału osób trzecich. Esther powiesiła się na drzewie w parku. Winther jest jednak przekonany, że jego córka została zamordowana i prosi Francka o zajęcie się zadawnioną sprawą. Były policjant zaś jest jak neurotyczny terier o niespożytej energii - podejmuje wyzwanie i z uporem, z szokującą zawziętością wgryza się w nie, zaciska szczęki i nie puszcza, dopóki nie się dowie, co naprawdę wydarzyło się dwadzieścia lat temu.

Nie należy się tu jednak spodziewać rutyniarskiego procedurala typu "cold case" - Franck jest przecież emerytem, nie ma zbyt wielkich możliwości, środków, ani pola manewru. Jest tylko starym, szarym mężczyzną, który wyszukał sobie śmierć, by zbliżyć się do ludzi, a niekiedy nawet objąć któregoś z nich.* Jedyne, co może zrobić, to porozmawiać z kilkoma osobami. I właśnie to robi. A właściwie słucha. Milczy. Czasami naciska. Nie popuszcza. I z relacji tych powoli zaczyna wyłaniać się obraz rodziny otoczonej murem milczenia. To milczenie jest kluczem całej tragedii, w której nie sposób szukać winnego, bo każdy jeden dźwiga jakąś jej cząstkę. Milczenie dziedziczy po rodzicach także Esther, zamknięta w dźwiękoszczelnym systemie rodzinnej niekomunikacji.

Siła tej prozy nie tkwi w sprytnie zarysowanej kryminalnej intrydze, jej siłą są słowa - język tak silny, że od jego uderzeń kręci się w głowie, i tak liryczny, że miejscami odnosi się wrażenie, że zabłądziliśmy na stronice tomiku z wierszami. Jej siłą są również bohaterowie - wyraźni jak w świetle teatralnego spotu, momentami przesterowani, niespełnieni, przepełnieni tęsknotą za czymś lepszym.

Pozostaje po tej lekturze szary spleen. I przeświadczenie, że przeczytaliśmy może niezbyt widowiskowy i mało odkrywczy kryminał, za to głęboko poetycką, pozostawiającą zadzior w duszy opowieść o samotności i milczeniu.

* Friedrich Ani, "Der namenlose Tag", tłum. Agnieszka Hofmann


Pierwsze zdanie: "Jakaś kobieta nieustannie wołała moje imię, ale nie chodziło jej o mnie."
Gdzie i kiedy: Monachium, współcześnie 
W dwóch słowach: komisarz i duchy
Dla kogo: dla lubiących kryminał niekonwencjonalny, liryczny, literacki
Ciepło / zimno: 88°

wtorek, 13 października 2015

Jo Walton "Podwójne życie Pat" - czyli zmień kanał, kochanie




Wydawnictwo: Świat Książki
Tytuł oryginału: My Real Children
Tłumaczenie: Maciejka Mazan
Data wydania: 23.09.2015
Liczba stron: 376
Cena: 34,90 zł

Jest jakiś bezbrzeżny smutek w obrazie starej kobiety, dogorywającej w domu opieki, spędzającej całe dnie na rozsupływaniu nici pamięci i rozjaśnianiu ciemniejącej mgły, wkradającej się we zwoje jej mózgu. Pat Cowan cierpi na Alzheimera. Pamięta coraz mniej. Mylą jej się dni, bliscy, wydarzenia. Czy chaos w jej myślach to tylko wynik postępującej choroby? A zamęt sieje coś innego - roszczepienie czasoprzestrzeni, kaprys losu, psikus bogów, pomyłka prządki Kloto?

Życie Pat biegło normalnym torem aż do pewnego pamiętnego dnia w 1949 roku, dnia roszczepienia, dnia, w którym oświadczył jej się Mark. A potem... potem następuje decyzja. Pat przyjmuje oświadczyny. Pat odrzuca oświadczyny. Konsekwencje tego trywialnego ale niełatwego wyboru są już niebagatelne...

Jo Walton zabiera czytelnika w dwie życiowe podróże - a towarzyszką tych podróży jest Pat - ta, która poślubiła Marka i Pat, która tego nie zrobiła. Pat - niewolnica niekończących się ciąż i Pat - autorka bestsellerowych przewodników po Włoszech. Pat, która... nie, nie będziemy spojlerować. Dość powiedzieć, że losy obu kobiet, których życie podglądamy, potoczyły się całkowicie odmiennie, a o wszystkim zadecydowała ta jedna, brzemienna w skutki chwila wyboru.

Wybory... decyzje... rozdroża. Nie ma chyba nikogo, kto kiedyś nie stanął na podobnym rozdrożu, w konfrontacji z bardzo prostym wyborem - pójść w lewo czy w prawo. Niby nic prostszego, szanse są pół na pół, hop czy siup, wóz czy przewóz. Dokonujemy jakiegoś wyboru. I nigdy później nie dowiemy się, co by było, gdybyśmy w tamtym jednym momencie zdecydowali inaczej. Jo Walton, która z wielkim upodobaniem, wiedzą i finezją wplata w swoje opowieści drugie dno, idzie nawet dalej - stawia pod dyskusję pytanie, czy nasz los jest rzeczywiście tylko nicią w rękach boskiej Prządki, zabawką demiurga? A może to nasze wybory mają moc stwórczą, są aktem kreacji nowych światów alternatywnych?... Jeden z jej bohaterów rzuca w którymś momencie pewną myśl o przeskakiwaniu między możliwymi kolejami życia jak między telewizyjnymi kanałami. Właśnie tego zabiegu dokonuje Walton - przeskakuje pomiędzy dwiema alternatywnymi ścieżkami życia. I nie tylko - to również dwa alternatywne światy, w których pewne kluczowe wydarzenia o globalnym znaczeniu różnią się, niekiedy diametralnie, niekiedy tylko o włos. Co więcej, żaden z przedstawionych światów nie jest światem naszym. Śledzenie tych niuansów, wydobywanie tych szczegółów przypomina niekiedy zabawę z gatunku "znajdź dziesięć szczegółów, którymi różnią się te rysunki" - i jest to zabawa przednia, bo oba te światy są spójne, koherentne, konsekwentne. A jednak inne od naszego.

Walton nie jest pisarką wielkich efektów, bombastycznych doznań i spektakularnych scen. Jej opowieści są ciche, szemrzące jak niespieszny nurt strumienia. Tak było w polaryzującej powieści "Wśród innych", która jednych czarowała, innych nudziła, tak jest i tutaj. Ta powieść nie spodoba się każdemu. Niektórzy będą zapewne czekać do ostatniej stronicy na wielkie bum, na efekciarski moment oświecenia, wytłumaczenia tej swoistej życiowej aberracji. Ale moment ten nie nastąpi - Walton zostawia czytelnika z pytaniami bez odpowiedzi. Choć być może te odpowiedzi jednak tu są - ukryte w splotach narracyjnej tkaniny, między nitkami, na skrzyżowaniu dróg... A wy? Czy pamiętacie, w którym momencie wasze życie się rozszczepiło i pobiegło jedną z możliwych dróg?... Ja potrafię bardzo precyzyjnie określić tę chwilę. Wiem, kiedy nastąpiła, wiem też, jaką podjęłam decyzję. I czasem, kiedy nachodzi mnie szczególny nastrój, zabawiam się snuciem mego innego, alternatywnego życia. Choć nie jestem pewna, czy słowo "zabawiać się" jest tutaj odpowiednie...

"Podwójne życie Pat" jest fantastyczną książką, a przecież fantastyki jest w niej niewiele - jest zawoalowana, podskórna, ukryta. Jest książką czarującą, choć nikt w niej nie uprawia czarów. I jest również książką historyczną, choć nie sposób dowiedzieć się z niej o losach naszego świata. Ale o ludzkich wyborach już tak.


Pierwsze zdanie: ""Dziś zdezorientowana", pisali w karcie pacjenta."
Gdzie i kiedy: Wielka Brytania, Włochy, po II wojnie światowej do dziś
W dwóch słowach: kobieta i pamięć
Dla kogo: dla filozofów, dla miłośników historii alternatywnej, tych, którzy lubią sobie pogdybać 
Ciepło / zimno: 86°

niedziela, 4 października 2015

Maxim Leo "Waidmannstod" (Śmierć myśliwego) - i powiał wiatr nOSTalgii...



Wydawnictwo: KiWi
Data wydania: wrzesień 2014
Liczba stron: 288
Cena: 14,99 euro

Wczoraj Niemcy świętowali dwudziestopięciolecie zjednoczenia swego kraju. Niby nic wielkiego, ot, rocznica jakich wiele, paru polityków wygłosiło okolicznościowe mowy, w paru większych miastach odbyły się festyny, pojawiła się garstka felietonów, podsumowujących ćwierćwiecze jednych, scalonych Niemiec. Była mowa o zainwestowanych na wschodzie miliardach i o wciąż obecnej przepaści między zachodnią (tą lepszą) i wschodnią (tą gorszą) częścią kraju. O większym bezrobociu, o mniejszych zarobkach i upodobaniu do opalania się na golasa ex-enerdowców. Temat-rzeka. O różnicach i podobieństwach, o przepaści w głowach i gospodarce dywagowali dużo mądrzejsi niż ja - i Maxim Leo, autor jednego z wielu - ale może innego niż wszystkie - kryminału.

Rzecz bowiem dzieje się na zapadłej wschodniej prowincji, w Brandenburgii, krainie graniczącej z dziką Polską i otulającej jedną z najbardziej hipsterskich metropolii Europy - Berlin. Komisarz Voss powraca w swe rodzinne strony. Tu nadal żyje wymagająca opieki matka, tu był wakat w lokalnej policji kryminalnej. I choć zwykle morderstwa nie zdarzają się tutaj zbyt często, nowy komisarz może od razu sprawdzić się w swej roli, ponieważ w lesie podczas polowania znalezione zostają zwłoki myśliwego - i nie był to nieszczęśliwy wypadek. Okazuje się, że zmarły miał wielu wrogów. Jako właściciel lasu zamierzał wydzierżawić swą własność firmie budującej farmy wiatrowe - i w konsekwencji zrujnować niejedną ludzką egzystencję. A zatem zemsta?... Ślady na miejscu zbrodni są niejednoznaczne, tropy wiodą w kilku kierunkach i urywają się znienacka - dosłownie i w przenośni. A potem pojawia się kolejny trup...

Maxim Leo nie jest literackim nowicjuszem, ma na swoim koncie kilka tytułów, ale w gatunku kryminalnym stawia pierwsze kroki. I są to kroki spokojne, wyważone, nieśpieszne - ktoś złośliwy mógłby nawet powiedzieć: flegmatyczne i ospałe. Nie oznacza to jednak, że w zapadłej dziurze, która przypadkiem jest jego ojczystym gniazdem i miejscem zbrodni, nic się nie dzieje. Dzieje się całkiem sporo - ale nie tak, jak na stronicach amerykańskich akcyjniaków czy skandynawskich bestsellerach o mrocznych patologicznych zbrodniach. Leo opowiada swoją historię w swoim własnym tempie, adekwatnym do atmosfery brandenburskiej wsi i mentalności tamtejszych ludzi. I jest w tym pewien urok. Kiedy autor zaprasza czytelnika do lasu - do jego lasu, lasu jego dzieciństwa, który ani trochę nie stracił swej magii - to nie sposób oprzeć się temu urokowi. Cisza, niebędąca ciszą, gra światła i cieni łamiących się w koronach drzew, majestat i piękno - tak, to cudowny świat, to także MÓJ świat, świat mojego dzieciństwa, który odnalazłam niespodziewanie na wschodnioniemieckim zadupiu. I już choćby dla tych magicznych momentów warto było przeczytać tę książkę.

"Śmierć myśliwego" jest kryminałem w stylu "slow" - bez ociekających krwią drastyczności, bez patologii, bez tych wszystkich krzykliwości, atakujących ze stron innych współczesnych kryminałów, walczących o uwagę czytelnika. Ma w sobie szczyptę staroświeckiej galanterii, ale i coś z anachronicznej nieporadności, safandułowatości, przybierającej irytujące wręcz rozmiary w osobie prowadzącego śledztwo komisarza. Voss, niestety, nie jest supermenem. Jest melancholikiem bez wiary w siebie, sceptykiem bez asertywności i romantykiem, nieumiejącym się odciąć. Ale ma w sobie wiarę w ludzi, w cudowny sposób potrafi czerpać siłę z natury i nie płynie z prądem. Przyszłość pokaże, czy autor zrobi z niego komisarza Ciepłe Kluchy, czy też pozwoli mu nabrać cech, dzięki którym zyska nieco szacunku w oczach czytelnika - i samego siebie. Ja zaś, zaintrygowana ciekawie rozwijającym się wątkiem Vossa i polskiej pielęgniarki Mai, opiekującej się matką komisarza, zakupiłam drugi tom tej nietypowej serii, która jak żadna inna pozwala zrozumieć sposób myślenia tych - w mniemaniu wielu - gorszych, wschodnich Niemców. Bez zbędnej nOSTalgicznej ckliwości czy rozliczeniowego dogmatyzmu.



Pierwsze zdanie: "Blade światło jesiennego słońca przebija się przez korony potężnych buków, kiedy w lesie rozbrzmiewają myśliwskie rogi." 
Gdzie i kiedy: pewna wioska w Brandenburgii, współcześnie
W dwóch słowach: wiatr przeszłości
Dla kogo: dla myśliwych, kochających magię lasu i n-OST-algików
Ciepło / zimno: 61°