Ads 468x60px

niedziela, 4 października 2015

Maxim Leo "Waidmannstod" (Śmierć myśliwego) - i powiał wiatr nOSTalgii...



Wydawnictwo: KiWi
Data wydania: wrzesień 2014
Liczba stron: 288
Cena: 14,99 euro

Wczoraj Niemcy świętowali dwudziestopięciolecie zjednoczenia swego kraju. Niby nic wielkiego, ot, rocznica jakich wiele, paru polityków wygłosiło okolicznościowe mowy, w paru większych miastach odbyły się festyny, pojawiła się garstka felietonów, podsumowujących ćwierćwiecze jednych, scalonych Niemiec. Była mowa o zainwestowanych na wschodzie miliardach i o wciąż obecnej przepaści między zachodnią (tą lepszą) i wschodnią (tą gorszą) częścią kraju. O większym bezrobociu, o mniejszych zarobkach i upodobaniu do opalania się na golasa ex-enerdowców. Temat-rzeka. O różnicach i podobieństwach, o przepaści w głowach i gospodarce dywagowali dużo mądrzejsi niż ja - i Maxim Leo, autor jednego z wielu - ale może innego niż wszystkie - kryminału.

Rzecz bowiem dzieje się na zapadłej wschodniej prowincji, w Brandenburgii, krainie graniczącej z dziką Polską i otulającej jedną z najbardziej hipsterskich metropolii Europy - Berlin. Komisarz Voss powraca w swe rodzinne strony. Tu nadal żyje wymagająca opieki matka, tu był wakat w lokalnej policji kryminalnej. I choć zwykle morderstwa nie zdarzają się tutaj zbyt często, nowy komisarz może od razu sprawdzić się w swej roli, ponieważ w lesie podczas polowania znalezione zostają zwłoki myśliwego - i nie był to nieszczęśliwy wypadek. Okazuje się, że zmarły miał wielu wrogów. Jako właściciel lasu zamierzał wydzierżawić swą własność firmie budującej farmy wiatrowe - i w konsekwencji zrujnować niejedną ludzką egzystencję. A zatem zemsta?... Ślady na miejscu zbrodni są niejednoznaczne, tropy wiodą w kilku kierunkach i urywają się znienacka - dosłownie i w przenośni. A potem pojawia się kolejny trup...

Maxim Leo nie jest literackim nowicjuszem, ma na swoim koncie kilka tytułów, ale w gatunku kryminalnym stawia pierwsze kroki. I są to kroki spokojne, wyważone, nieśpieszne - ktoś złośliwy mógłby nawet powiedzieć: flegmatyczne i ospałe. Nie oznacza to jednak, że w zapadłej dziurze, która przypadkiem jest jego ojczystym gniazdem i miejscem zbrodni, nic się nie dzieje. Dzieje się całkiem sporo - ale nie tak, jak na stronicach amerykańskich akcyjniaków czy skandynawskich bestsellerach o mrocznych patologicznych zbrodniach. Leo opowiada swoją historię w swoim własnym tempie, adekwatnym do atmosfery brandenburskiej wsi i mentalności tamtejszych ludzi. I jest w tym pewien urok. Kiedy autor zaprasza czytelnika do lasu - do jego lasu, lasu jego dzieciństwa, który ani trochę nie stracił swej magii - to nie sposób oprzeć się temu urokowi. Cisza, niebędąca ciszą, gra światła i cieni łamiących się w koronach drzew, majestat i piękno - tak, to cudowny świat, to także MÓJ świat, świat mojego dzieciństwa, który odnalazłam niespodziewanie na wschodnioniemieckim zadupiu. I już choćby dla tych magicznych momentów warto było przeczytać tę książkę.

"Śmierć myśliwego" jest kryminałem w stylu "slow" - bez ociekających krwią drastyczności, bez patologii, bez tych wszystkich krzykliwości, atakujących ze stron innych współczesnych kryminałów, walczących o uwagę czytelnika. Ma w sobie szczyptę staroświeckiej galanterii, ale i coś z anachronicznej nieporadności, safandułowatości, przybierającej irytujące wręcz rozmiary w osobie prowadzącego śledztwo komisarza. Voss, niestety, nie jest supermenem. Jest melancholikiem bez wiary w siebie, sceptykiem bez asertywności i romantykiem, nieumiejącym się odciąć. Ale ma w sobie wiarę w ludzi, w cudowny sposób potrafi czerpać siłę z natury i nie płynie z prądem. Przyszłość pokaże, czy autor zrobi z niego komisarza Ciepłe Kluchy, czy też pozwoli mu nabrać cech, dzięki którym zyska nieco szacunku w oczach czytelnika - i samego siebie. Ja zaś, zaintrygowana ciekawie rozwijającym się wątkiem Vossa i polskiej pielęgniarki Mai, opiekującej się matką komisarza, zakupiłam drugi tom tej nietypowej serii, która jak żadna inna pozwala zrozumieć sposób myślenia tych - w mniemaniu wielu - gorszych, wschodnich Niemców. Bez zbędnej nOSTalgicznej ckliwości czy rozliczeniowego dogmatyzmu.



Pierwsze zdanie: "Blade światło jesiennego słońca przebija się przez korony potężnych buków, kiedy w lesie rozbrzmiewają myśliwskie rogi." 
Gdzie i kiedy: pewna wioska w Brandenburgii, współcześnie
W dwóch słowach: wiatr przeszłości
Dla kogo: dla myśliwych, kochających magię lasu i n-OST-algików
Ciepło / zimno: 61°

4 komentarzy:

  1. Chetnie bym ta powiesc przeczytala.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi, że kogoś zachęciłam, choć pewnie nie należy liczyć na polski przekład w najbliższym czasie. Chyba że się mylę - niespodzianki się zdarzają :-)

      Usuń
  2. Również chętnie przeczytam, jeśli wydadzą u nas. Lubię takie kryminały.
    tommyknocker

    OdpowiedzUsuń