Ads 468x60px

sobota, 4 sierpnia 2012

Przetłumaczyć nieprzetłumaczalne (4) - porozmawiajmy o dobrych ludziach

Dziś kolejna odsłona cyklu "Przetłumaczyć nieprzetłumaczalne" i kolejne wyzwanie. Najpierw jednak podsumujmy ostatnie hasło. Było nim niemieckie śliczne słówko "Spätabnabler". Zainteresowanych wyjaśnieniem odsyłam tutaj, a poniżej umieszczam Wasze propozycje, pośród krórych znowu znalazłam parę naprawdę błyskotliwych.

Spätabnabler (niem.)

maminsynek (mamincórka)
pępowiniak
hubal (od pasożytniczego grzyba)
nieodstawiony na czas
basement hobbit (to już angielska wersja z przymrużeniem oka)
gniazdownik

Jak Wam się podobają zaproponowane słowa? Ja wymiękam... Nieodstawiony podoba mi się chyba najbardziej:-)

Kolejne słówko jest nieco inne, wydaje się na pierwszy rzut oka proste i banalne, ale ostatnio musiałam je przetłumaczyć na polski i okazało się, że wcale nie jest łatwo. Spróbujcie sami wymyśleć dobry ekwiwalent, ja zaś postaram się jak najlepiej wytłumaczyć, o co chodzi, bo jednym zdaniem też się nie da. 

Na stole sekcyjnym mamy to:

Gutmensch

Dla kompletnie nieznających niemieckiego krótko: gut - wiadomo, dobry, Mensch - człowiek. Ale "Gutmensch" to nie jest polski "dobry człowiek". W tym słowie kryje się znacznie więcej podtekstu, jadu, ironicznej diagnozy. 

"Gutmensch" to określenie pejoratywne i ironiczne, stosowane w stosunku do osoby, której można przypisać zachowanie szczególnie moralizatorskie lub naiwnie dobroduszne. "Gutmensch" ma dobre chęci, ma szczytne cele i pragnie zmienić świat. Jego poczynania są jednak postrzegane jako wątpliwe, błędne lub jednostronne i naiwne. "Gutmensch" wykazuje tendencyjnie przesadną "polityczną poprawność", ale jego dobrym chęciom towarzyszy często ignorancja. "Gutmensch" swoje wie i ma niezachwiany światopogląd i zawsze bierze stronę słabszego. 

Od razu mówię, że nie zadowolę się "świętoszkiem" czy "bigotem". "Gutmensch" ma jeszcze inny,współcześniejszy wymiar. I jak? Macie już coś na końcu języka?... Czekam na Wasze propozycje.



czwartek, 2 sierpnia 2012

Krzysztof Kotowski "Kapłan" - habit, zemsta i krokodyl...

Wydawca: Cat Book
Data premiery: 08.02.2008
Ilość stron: 496
Cena: 32 zł


Są mody na pewne książki, zapoczątkowane jednym udanym bestsellerem, kopiowanym potem mniej lub bardziej udolnie przez zastępy pisarzy albo tych, którzy chcieliby nimi zostać. Stephenie Meyer zapoczątkowała histerię na wampiry, jakiś czas temu nastąpił wysyp mistycznych thrillerów osnutych wokół tajnych wszechpotężnych bractw, a założę się, że przez kolejne miesiące (oby nie lata) będziemy nękani ociekającymi seksem podróbkami "Pięćdziesięciu twarzy Greya". Trudno powiedzieć, na ile "Kapłan" jest produktem książkowego trendu, który miał swe apogeum już parę lat temu, a na ile oryginalną opowieścią, która powstałaby niezależnie od koniunktury. 


Krzysztofa Kotowskiego poznałam jakiś czas temu dzięki "Krwi na placu lalek" i choć miałam pewne problemy z zaszufladkowaniem tej książki, przekonała mnie. Podobne trudności z zaklasyfikowaniem miałam i z "Kapłanem", choć to całkiem odmienna pozycja, aczkolwiek również mocno polaryzująca. Są tacy, którzy dadzą się za "Kapłana" poćwiartować, innym w ogóle nie podszedł. Jak było ze mną?


Przyznacie, że wizja uganiających się po Warszawie kolesi w habitach, dekapitujących ludzi, faceta, twierdzącego, że posiadł pamięć i umiejętności tysięcy pokoleń niemal od zarania dziejów i tajemnego bractwa, pociągającego za sznurki na globalnej arenie ma w sobie coś nieświeżego, zużytego, by nie powiedzieć, śmiesznego. Ktoś mógłby powiedzieć: to już byyyyyło! I miałby rację. No bo ile można w kółko o tym samym?... A jednak "Kapłan" wzbudził entuzjazm wielu czytelników. Ba, zebrał pochwały na poważanych łamach, z ust recenzentów z prawdziwego zdarzenia, a nie tam jakichś blogerów (przepraszam wszystkich, którzy poczuli się urażeni lekceważącym tonem, ale dla niektórych jesteśmy "tylko" blogerami), więc o co chodzi z tym zamieszaniem? 


"Kapłan" zaczyna się rewelacyjnie. Krótka migawka z prehistorycznej Krety, druga z Europy wikingów, a potem Warszawa, szpital psychiatryczny i wspomniany facet, który pamięta. Pamięta Boga, czasy pradawne, miliony istnień, zna setki języków, posiadł umiejętności pokoleń rycerzy, asasynów, wojowników. Nietypowy przypadek. Schizofrenia paranoidalna? Ciężka psychoza? Urojenia, zwidy? Okazuje się, że nie - doktor Sambierska naocznie przekonuje się, że każde słowo osobliwego pacjenta jest prawdą - w chwili, gdy w nieprawdopodobny sposób gołymi (prawie) rękoma rozprawia się nie tylko z szpitalnymi strażnikami, ale i trójką znakomicie wyszkolonych zamachowców w habitach. Zwykły klecha nie dałby sobie rady z zawodowcami tej proweniencji. Tytułowy kapłan umyka ze szpitala, zabierając ze sobą lekarkę (a właściwie nie sprzeciwiając się zbytnio, by dobrowolnie mu towarzyszyła). Przyznam, że początek zachwycił mnie głębią, rozmachem, zaintrygował zagadką tajemniczego kapłana, wprawił w zdumienie i nerwową gorączkę, co dalej. Niestety, struna, którą autorowi udało się napiąć na pierwszych stu stronach, straciła sprężystość, a miejscami splątała się, tworząc gruzły, które psuły lekturę. Pierwsza część powieści urywa się niespodziewanie, przedwcześnie kończąc albo zawieszając większość wątków i pozostawiając uczucie niedosytu.


Trochę lepiej jest w drugiej części,napięcie wraca chwilowo, ale znow momentami zamiera. Nierówne tempo nie jest jedynym mankamentem tej książki. Mam wrażenie, że jej problemem jest niezdecydowanie. Jej koncepcja waha się pomiędzy dziełem zamaszystym, epickim, poważnym, zbudowanym na solidnych historycznych podstawach, a komiksowym, przerysowanym thrillerem celującym w grupę odbiorców Zbigniewa Nienackiego, choć to było kiedyś, teraz pewnie raczej kokietującym fanów Batmana i Indiany Jonesa. Rozdźwięk między tym "na poważnie", a tym "dla rozrywki" jest wyraźnie wyczuwalny, jakby autor nie mógł się zdecydować, dla kogo tak naprawdę pisze - dla czytelnika wyrobionego, oczekującego pozycji z ugruntowanym tłem i głębią psychologiczną, czy dla nastolatka, z wypiekami śledzącego poczynania bohatera o nadprzyrodzonych umiejętnościach. Wyszło coś pomiędzy, choć tylko ten drugi wyjdzie z lektury usatysfakcjonowany.


Co nie znaczy, że spotkanie z tą książką było czasem zupełnie zmarnowanym. Jest sporo punktów, którymi naprawdę można się zachwycić - są tu wątki stawiające na głowie nasze pojmowanie fundamentów świata, które, pogłębione, mogłyby wzbogacić tę książkę, są nietuzinkowi bohaterowie (weźmy choćby Cipuchę i Bzdeta - parę punków - bajka!, albo zagorzała antyklerykalistka Ola), są liczne finezyjne dialogi i scenki zaprawione nutą czarnego humoru, sama intryga, choć niewyjaśniona do końca (no bo kim tak naprawdę jest ten kapłan i skąt to jego ciężkie brzemię?), jest niegłupia i zastanawiająca. Jednocześnie są tu dłużyzny, posiekana, chaotyczna fabuła, liczne komiksowe spłycenia, jest trochę wymachiwania mieczykami, niektóre wątki zostały poprowadzone naiwnie. Pewnego smaczku dodaje wątek z nieco inną wersją zamachów z 11 września, stanowiący wodę na młyn dla zwolenników spiskowej teorii dziejów, wszędzie wietrzących tajemnicę, niedopowiedzenia, ukryte prawdy. Są również fragmenty erudycyjne, dowodzące sporej wiedzy autora, miejscami wręcz błyskotliwe. Szkoda, że nie udało się ich rozciągnąć na całość.


Nie jestem tą powieścią zachwycona ("Krew z placu lalek" przekonała mnie bardziej), choć zapewne dwadzieścia lat temu zachłysnęłabym się nią. Dziś mam więcej dystansu to tego typu lektur i postanawiam zakwalifikować "Kapłana" do dzieł typowo rozrywkowych, gdzie zapewne jest jego miejsce; udanych, ale z licznymi niedociągnięciami.


Moja ocena: trójka z plusem (3+/5).


Baza recenzji syndykatu Zbrodni w Bibliotece



niedziela, 29 lipca 2012

Na co czekam...

Jest parę takich książek, na które czekam od dłuższego już czasu. Niektóre już się ukazały, na niektóre trzeba jeszcze poczekać. Zaprezentuję Wam parę najsmaczniejszych kąsków, które przyprawiają mnie o palpitację serca do tego stopnia, że czuję się jak nastolatka. 
Już są:

Jest wreszcie najnowszy Stephenson, wydany przez MAGa, pokaźna, gruba cegła, licząca ponad tysiąc stron. Zamówiłam, czekam, oczekiwania są ogromne!


Po bardzo udanym "Złotym wilku" chętnie sięgnę po kolejny kryminał Bartłomieja Rychtera,  rozgrywający się w Warszawie latem 1944 roku. 

Zupełnie nie wiem, czego się po tym spodziewać - jest to kryminał, z akcją osadzoną na wybrzeżu, podobno bardzo skandynawski. No, zobaczymy. Jest w koszyku...


Jeszcze nie ma, ale już niedługo:


Bardzo jestem ciekawa tej książki. Zgodnie z opisem wydawcy (Rebis) to: "doskonała powieść urban fantasy, z elementami thrillera sf i magii, ballada na cześć fantastycznego Johannesburga. Jej fabuła, rozgrywająca się wśród wieżowców, dawnych kopalń złota, gwiazd muzycznego showbiznesu i egzotycznych zwierząt, przywodzi na myśl najlepsze przykłady powieści noir i budzi respekt wobec potężnych czynów afrykańskich sangomów."
Została nagrodzona Artur C. Clarke Award. Zamówiłam, czekam.



Zapowiadana na wrzesień najnowsza powieść Anny Kańtoch ukaże się w serii Kontapunkty Powergraphu. Nic zupełnie nie wiadomo o tej książce, jednak ma intrygującą okładkę, tytuł, a recenzje Kańtoch w Esensji należą do moich ulubionych. 


Niespodzianka! W grudniu tego roku ukaże się w Niemczech piąta część kultowego cyklu Łukianienki "Nocny patrol". W oryginale powieść nazywa się "Nowyj dozor". Bardzo na nią czekam!

 

Już pod koniec września do niemieckich księgarni trafi Rowling dla dorosłych, czyli najnowsza powieść twórczyni Pottera. Angielski tytuł to "The Casual Vacancy". Prawa do polskiego wydania zakupiło wydawnictwo Znak, ale nic jeszcze nie wiadomo o dacie. O treści zaś wiadomo tyle (cytuję za Booklips):

"Kiedy czterdziestokilkuletni Barry Fairbrother nagle umiera, mieszkańcy Pagford są w szoku. Szybko okazuje się, że w pozornie sielankowym angielskim miasteczku, z brukowanym rynkiem i wiekowym opactwem, wybucha prawdziwa wojna. Wojna bogatych z biednymi, nastolatków z rodzicami, wojna żon z mężami i nauczycieli z uczniami. Pagford z pewnością nie jest tym, czym wydawało się na początku. A wszystko z powodu miejsca w radzie parafialnej, które zwolniło się po śmierci Barry’ego. Kto zwycięży w wyborach naznaczonych zaciekłością i obłudą? Będziemy świadkami wojny, jakiej Pagford jeszcze nie przeżyło!"
A Wy? Sięgniecie po którąś z nich?

sobota, 28 lipca 2012

Petra Hammesfahr "Die Schuldlosen" - czyli jak przerobić brazylijską telenowelę na kryminał






Wydawnictwo: Wunderlich
Język: niemiecki
Ilość stron: 448
Data premiery: 9.03.2012

Muszę przyznać, że dawno żadna książka nie była dla mnie takim wyzwaniem. Tak. Bez jaj. Może dlatego, że nie oglądam zawiłych południowoamerykańskich tasiemców. Czytelnik zaprawiony w rozplątywaniu rodzinnych zawiłości, dzień w dzień stawiający czoła skomplikowanym koneksjom i zależnościom, tresowany do zapamiętywania zapętlonych życiorysów nie szczędzonych przez los (i scenarzystów) bohaterów nie miałby zapewne najmniejszych problemów z tą książką. Ja owszem.

Gwoli uściślenia, książki nie przeczytałam, tylko wysłuchałam, co po części na pewno stanowiło dodatkową przeszkodę. Niejednokrotnie podczas audiobookowych sesji łapałam się na tym, żeby chwycić za arkusz papieru (spory, nawiasem mówiąc) i ołówek, by wyrysować sobie trójwymiarową plątaninę: kto, z kim, dlaczego, gdzie i kiedy (a tu autorka perfidnie rozwlekła historię swych protagonistów na dobre prawie trzydzieści lat). Nie bójcie się, nie zamierzam jej streszczać, bo wyszłoby mi pewnie co najmniej z dwieście stron, a pewnie i tak coś bym poplątała. Pochwalę się jednak, że nie tylko wytrwałam do końca (podczas słuchania ostatniej tercji byłam już tak zahartowana, że nawet nie musiałam się zastanawiać, o kim akurat mowa), ale i zrozumiałam kto i dlaczego zrobił to, co zrobił!

Petra Hammesfahr nie jest pisarką polskiemu czytelnikowi całkiem obcą. Wydawnictwo Bellona wydało w swoim czasie cztery jej powieści, co zważywszy na wyjątkową płodność autorki stanowi drobny ułamek jej twórczości. Żadnej z nich nie czytałam, więc ani nie polecam, ani nie odradzam. Poznałam natomiast inną jej powieść "Erinnerung an einen Mörder" ("Wspomnienie o mordercy"), która utkwiła mi w pamięci bezmiarem smutku i ciężkim, psychologicznym klimatem. Ale mi się podobała.

Odnoszę wrażenie, że autorka dość sprawnie opanowała parę pisarskich sztuczek i ma na podorędziu garstkę schematów, którymi obraca w nieskończoność, wymieniając parę kluczowych elementów, żeby nie było, że pisze o tym samym. Również i "Die Schuldlosen" (czyli "Ci bez winy") nie uniknęło paru z nich.

Cała akcja zasadza się na tym, że pewien wywodzący się z bogatej rodziny browarników mężczyzna wychodzi po odsiadce z kicia i wraca na rodzinne zadupie. Skazany został za zamordowanie "wsiowego materaca", jak pieszczotliwie miejscowi nazywali nastoletnią Janice. Nasz bohater, Alex, nie pamięta swego czynu, był bowiem w chwili zabójstwa pijany w sztok. Śledztwo było krótkie, proces więcej niż poszlakowy, wyrok dość krótki, bez apelacji, w obawie przed wlepieniem jeszcze dłuższej kary. Monstrum wraca na wiochę, siejąc grozę i budząc niechęć i nienawiść tych, co pamiętają. Nie pamięta na pewno siedmioletnia Saskia, z którą Alex dość prędko się "zaprzyjaźnia" w tajemnicy przez jej rodziną. To jest ten moment, w którym autorce udało stworzyć się silną i gęstą od emocji atmosferę grozy i napięcia. Już by się wydawało, że wiemy, co się wydarzy za chwilę, ale tu Hammesfahr sprytnie odwraca kota ogonem i powoli, odsłona po odsłonie, dowiadujemy się kolejnych szczegółów, które momentami zaciemniają obraz, momentami zaś sprawiają, że wzdychamy "acha, więc to tak!". Akcja przez długi czas toczy się dwutorowo, kiedy to nie tylko towarzyszymy Alexowi w jego zmaganiach z tubylcami, ale i poznajemy mroczną przeszłość mieszkańców tego niemieckiego Pcimia. I niemal do końca nie wiemy, czy Alex rzeczywiście jest mordercą, czy tylko skazaną za niewinność ofiarą nieudolności śledczych.

Mimo świadomości, że autorka manipuluje czytelnikiem, że stosuje znane tricki i serwuje zużyte rozwiązania, mimo brazyliskiego natężenia ciosów zadanych bohaterom przez los i tym podobnych niedorzeczności, muszę przyznać, że powieść dostarczyła mi pewnej dozy rozrywki. I to mnie, która bardzo ceni policyjną pracę, której tutaj było tyle, co kot napłakał, mnie, która nie łapie się na lep psychologicznych pułapek!

Hammesfahr ma grono wiernych czytelniczek (świadomie mówię tutaj o paniach, bo nie wyobrażam sobie, żeby tego typu twórczość potrafiła przykuć uwagę męskiej czytającej części społeczeństwa), które z entuzjazmem witają każdą kolejną jej powieść. Ja na pewno się do nich nie zaliczam, ale ten ochłapek jej twórczości, który poznałam, był sprawnie napisanym, rzemieślniczo poprawnym i solidnym kawałem... no czego, przecież nie kryminału? Skrzyżowania brazyliskiej telenoweli z psychologicznym thrillerem? Może, choć zaczynam odnosić niepokojące wrażenie, że już sama próba nazwania tego rodzaju literatury, który uprawia ta autorka, przybiera podejrzanie brazyliskie wymiary...

Cóż, w skrócie: było nawet nieźle, byle nie za często i nie za dużo naraz.

Moja ocena: trójka (3/5).

piątek, 27 lipca 2012

PM Nowak "Ani żadnej rzeczy..." - a wszystko przez różowego psa



Wydawnictwo: Czarna Owca
Seria: Czarna Seria
Data wydania: 25.07.2012
Ilość stron: 352
Cena: 29,90 zł



Nieustannie tropię polskich kryminalistów, przeczesuję rynek wydawniczy w poszukiwaniu wielkich talentów na miarę... no nie wiem kogo, chyba nie Chandlera? Larssona? Theorina? Rankina? Connelly'ego? Tej wielkiej perły jeszcze mi się znaleźć nie udało i nie ustaję w staraniach, schodząc na wielkie głębokości, nurzając się w otchłaniach wrogiego morza, myszkując pośród raf i o włos unikając paszczy rekina ludojada, by wreszcie wyłowić skarb.

A tu znienacka, jak z nieba spada nam PM Nowak. Co za PM?... Pseudonim, jak nic. Kto się za nim kryje?

"PM Nowak (ur. 1977) – językoznawca, repatriant, tłumacz. Po latach tułaczki po świecie zamieszkał na warszawskiej Ochocie, by w pełni poświęcić się pisaniu. Ani żadnej rzeczy… to jego debiut powieściowy otwierający serię kryminałów o komisarzu Zakrzeńskim i prokuratorze Wilku."

Tyle, enigmatycznie, wydawnictwo. Przetestowałam zatem ten debiut. I co, mamy tę perłę?... Aby się o tym przekonać, trzeba wpierw zanurkować. Tym razem są to wody warszawskie i współczesne, które z miejsca prowadzą do zbrodni - w podwarszawskiej Podkowie Leśnej padają strzały, trafiając w głowę czterdziestoletnią Katarzynę Cebulską.To jednak nie są mafijne porachunki. Związana kobieta zostaje znaleziona w swym własnym domu, a pierwszym podejrzanym prędko zostaje jej mąż. Niby proste, a jednak Cebulski prezentuje niepodważalne alibi - w chwili popełnienia małżeństwa znajdował się w Warszawie, a ponieważ pojazd, którym się poruszał, był dość charakterystyczny, wielu świadków potwierdziło jego słowa - między innymi pracownik myjni, z której nawet oskarżony posiada paragon z dokładną godziną opłacenia usługi.

W kręgu podejrzanych znajdzie się również były mąż denatki, impulsywny ekspolicjant z kartoteką skalaną odsiadką za pobicie ze skutkiem śmiertelnym, który w kiciu doznał cudownego nawrócenia, następnie cudak i wałkoń Mark Zuber - siostrzeniec Cebulskiego, który odnalazł się nienacka w Ameryce, pasożytniczo zagnieździł się u wujaszka i liczy na odzyskanie spadku po zmarłej matce, a także niezrównoważona psychicznie dorosła córka denatki. I to w zasadzie wszystko.

Bardzo to kameralny kryminał, którego siła (i jednocześnie słabość) polega na mozolnym kolekcjonowaniu kawałeczków układanki, skrupulatnym weryfikowaniu alibi, motywów i przeszłości podejrzanych, na obracaniu każdego najdrobniejszego nawet faktu i zeznania. Zamknięta konstelacja, w której porusza się autor, przywodzi na myśl niektóre angielskie kryminały i podobnie jak one nuży miejscami powtarzalnością kolejnych scen, w których śledczy odpytuje kolejne postacie, dywaguje o możliwych wersjach wydarzeń, snuje domysły i roztrząsa poszczególne warianty. Nie znajdziecie tu wielkich niespodzianek, zwrotów akcji, szybkich scen pościgów czy spektakularnych zbrodni jak z amerykańskich filmów. Wszystko jest wyważone, spokojne, dość angielskie.

I pewnie niewiele możnaby dodać, gdyby nie para prowadząca śledztwo: mentalni Flip i Flap, komisarz Zakrzeński i prokurator Wilk, Pat i Patachon. To nimi żyje ta powieść, to dla nich warto sięgnąć po ten kryminał, by z uśmieszkiem i wyrazem niedowierzania na twarzy śledzić ich konfrontację. Prokurator Wilk jest postacią tak nieprawdopodobną, że aż w swym cudactwie prawdziwą - niezguła, chorobliwie nieśmiały samotnik, bojący się wychylić i wiecznie spodziewający się przydzielenia sprawy innemu prokoratorowi, posiadający nawyki graniczące z nerwicą natręctw, przepraszający że żyje i snujący osobliwe porównania... A jednak to on przyczynia się do wyjaśnienia zagadki, w czym niebagatelną rolę odegra... różowy pies. Przyznam, że Wilk, początkowo wyjątkowo irytujący swoją niezbornością i pierdołowatością, z każdą przeczytaną stroną wkradał się w moje łaski i zaskarbiał sympatię, bowiem pod wierzchnią warstwą ciemięgi kryje się jednak błyskotliwy umysł. Kryje się w tej oryginalnej parze potencjał, który pozwala mieć nadzieję na więcej, na nowe intrgygi i potyczki nierównych charakterów.

A sama intryga? Niezbyt zwalająca z nóg, niespecjalnie wyrafinowana i chyba jednak przewidywalna, mimo owego intrygującego zwrotu, którym zapunktował prokurator Wilk. Ot, klasyczny, hermetyczny kryminał, wykonany solidnie i porządnie. Miłośnicy tego typu konstruktów będą niewątpliwie usatysfakcjonowani, mnie zabrakło odrobiny więcej napięcia i oryginalności. Obdarzam jednak tajemniczego autora kredytem zaufania i liczę, że ten debiut to dopiero trampolina, z której wybije się na wyżyny kryminalnego kunsztu i z solidnego rzemieślnika przerodzi w artystę.

Moja ocena: solidna trójka z okładem (3+/5).


Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję wydawnictwu Czarna Owca. 


wtorek, 24 lipca 2012

Czytamy fantastykę! - ja przecież też!...




Przyłączam się do wyśmienitej i elitarnej (trzeba się trochę podbudować...) koalicji blogów, których autorzy czytają fantastykę i chętnie o niej piszą. Na blogu Czytamy fantastykę znajdziecie wszystkie szczegóły akcji.

A o co chodzi? Generalnie o to, by promować szeroko rozumianą literaturę fantastyczną, w szczególe zaś o stworzenie bazy recenzji książek z tego gatunku. Inicjatorki kuszą również konkursami, akcjami i dyskusjami.

Zapytana zaś o ulubione książki fantastyczne popadam w popłoch, bo jest tego trochę - począwszy od sagi wiedźmińskiej, poprzez całego Tolkiena,cudowną Ursulę Le Guin, magiczną Robin Hobb, z nowszych Patricka Rothfussa czy, wracając na rodzime podwórko, Grzędowicza i Kossakowską. Ale jest też i Zajdel, Dick, jest oczywiście Diuna, Łukjanienko - trudno wymieniać tu wszystkich, a jestem pewna, że i tak bym kogoś zapomniała.

O tych książkach pisałam już na blogu:

Jim Butcher cykl "Codex Alera" t. 1 "Elementare von Calderon"

Orson Scott Card "Tropiciel"

Erin Morgenstern "Nachtzirkus" (Night Circus) - a gdzie szczypta testosteronu?...

Cornelia Funke "Reckless. Kamienne ciało" - baśnie braci Grimm reloaded

Jakub Ćwiek "Kłamca" - zadatek na kultowego bohatera

Andrzej Sapkowski "Maladie i inne opowiadania" - kwintesencja sapkowatości z rodzynkami

Andrzej Ziemiański "Za progiem grobu" - zabij mnie i wskrześ...

Markus Heitz "Oneiros" - niewidzialni dla śmierci

Ben Aaronovitch "Die Flüsse von London" - czyli co jest ze mną nie tak

Catherynne M. Valente "Nieśmiertelny" - magiczne serce Rosji

Drew Magary "Nieśmiertelność zabije was wszystkich"

Marcin Mortka "Miasteczko Nonstead" - czy Polacy potrafią pisać horrory?

Maja Lidia Kossakowska "Grillbar Galaktyka"

Mira Grant "Feed. Viruszone" - nominacja do Hugo Award

Jacek Piekara "Ja, inkwizytor. Bicz Boży"

Ursula Poznanski "Erebos"

Terry Pratchett "Niuch" - czyli spraw jedli ości!

A o których napiszę? Lista jest nieskończona, ale w najbliższym czasie zamierzam przybliżyć Wam parę nazwisk niemieckiej fantasy, które po prostu trzeba znać, będzie też Abercrombie, Sanderson, Butcher, Bacigalupi, Scott Lynch i wielu wielu innych.

Wszystkich miłośników fantastyki zapraszam do przyłączenia się do koalicji, a dopiero węszących po tych rewirach do regularnego zaglądania!

sobota, 21 lipca 2012

Terry Pratchett "Niuch" - czyli spraw jedli ości!



Wydawnictwo: Prószyński i Ska
Seria: Świat Dysku (39 tom)
Tytuł oryginału: Discworld: Snuff
Tłumaczenie: Piotr Cholewa
Ilość stron: 360
Data wydania: kwiecień 2012 Cena: 29,90 zł

W gruncie rzeczy można sobie darować recenzję tej książki. Miłośnicy tej serii sięgną po "Niucha" i tak, a tych, którzy jej nie znają, trudno do niej zachęcać, bowiem zaczynanie lektury "Świata Dysku" od tomu numer 39 to tak, jakby rozpoczynać jedzenie bochenka chleba od wydłubywania miąższu. Choć są podobno osoby, które przygodę z Pratchettem zaczęły właśnie od najnowszego tomu. 

Możnaby też długo dywagować na temat szczególnego charakteru tej prozy. O osobliwościach stylu Pratchetta pewnie powstała już niejedna praca doktorska, nietuzinkowe postacie mają zagorzałych fanów, na hermetycznych portalach pławiących się w smaczkach i niuansach, a złożoność świata dysku może przyprawić o ból głowy zwykłego śmiertelnika. Nie zamierzam się chwalić znajomością tomu tego czy siego, nie będę odbierać chleba analitykom pisarstwa Pratchetta, nie zamierzam też śpiewać hymnów pochwalnych, rzucę tylko garść refleksji, jakie mnie naszły po lekturze "Niucha". 

To bardzo kryminalny tom, zaliczający się do cyklu o straży miejskiej, ale jednocześnie odmienny od pozostałych, bowiem Sam Vimes, komendant straży miejskiej, przymuszony przez małżonkę, wyjeżdża na wakacje na wieś, by zanurzyć się w świecie całkowicie mu obcym. Jak na porządnego glinę przystało, od razu wietrzy zbrodnię, a właściwie ogarnia go niejasne przeczucie, że sielankowość wiejskiego życia coś zaburza. I faktycznie, pojawia się pierwszy nieboszczyk - w pobliskich jaskiniach Vimes natrafia na zamordowaną goblinią dziewczynę. Choć akcja rozwija się dość leniwie, trop prowadzi do zbrodni straszliwej, przekraczającej wszelkie wyobrażenia. 

Trudno nie zauważyć tu bolesnych i pełnych goryczy analogii do naszego, kulistego świata. Pratchett, nienachalnie, jak to on, piętnuje rasizm i ksenofobię, ustami ciemiężonego i wykorzystywanego ludu goblinów - dla wielu zgrai brudasów zamieszkujących podziemne nory i co tu dużo mówić, szkodników - wołając "spraw jedli ości!" To osobliwe żądanie sprawiedliwości to głos w obronie inności i odmienności, przemycone pod krotochwilną warstewką normalnej u Pratchetta serii gagów i zabawnych scenek. I tu dochodzę do pierwszej konkluzji - to już nie jest jedna ze śmiesznych opowiastek, do których się przyzwyczailiśmy, tylko pełna zadumy i refleksji satyra na podłości naszego świata. Melancholijna bardzo - mniej tu już akcji (choć jest, i owszem), mniej "dziania się", a więcej rozmyślań, także w wykonaniu samego Vimesa.

Przyznam też, że tym razem nie pochłonęłam tej książki w dwa wieczory. Zmęczyła mnie ona, z czasem nawet zabawne gry słowne i smaczki przestały mnie bawić, i z trudem przyklejałam soczewki do kolejnych linijek tekstu, by nie błądziły gdzieś po poboczach. Nie wiem, czy to już zmęczenie materiału, czy przestały mi smakować barokowe dywagacje Pratchetta, czy on sam już przestał się wspinać na szczyty geniuszu, faktem jest, że czytanie "Niucha" nie wprawiło mnie w błogostan. 

Może już wystarczy tej maniery? Może już się wyczerpał jej geniusz? Może pora coś zmienić, ruszyć inną drogą? Wydaje się, że i sam Pratchett odczuł potrzebę napisania czegoś innego, bowiem miesiąc temu ukazała się nowa i kompletnie inna książka jego autorstwa, stworzona wspólnie z innym wielkim umysłem science fiction, Stephenem Baxterem. Nie wiem, kiedy "The Long Earth" ukaże się po polsku, wiem jednak, że wyglądam tej pozycji po stokroć bardziej, niż kolejnego, nużącego tomu ze świata dysku. 

Choć doceniam geniusz Pratchetta, a tym bardziej tłumacza,Piotra Cholewy (z czystej zawodowej ciekawości zastanawiam się, czy doczekam edytorskiego wydania "Świata dysku", w którym pan Cholewa zdradzi tajniki warsztatu, trudności, z jakimi się boryka tej niewyobrażalnej pracy ipokaże kulisy powstawania polskiego przekładu), to "Niuchowi" nie daję więcej niż słabą czwórkę. Właściwie to nawet trochę na wyrost. 

Moja ocena: 4-/5