Ads 468x60px

czwartek, 28 lutego 2013

Neal Stephenson "Diamentowy wiek" - diament czy szkiełko made in China?



Wydawca: Wydawnictwo Isa
Tytuł oryginału: The Diamond Age
Przekład: Jędrzej Polak
Data premiery: 2008-04-29
Liczba stron: 495
Cena: 31,90 zł

Stephensona (nazywanego Quentinem Tarantino cyberpunku) nikomu przedstawiać nie trzeba, każdy, kto choć trochę liznął fantastyki, musiał zasłyszeć jego nazwisko.

Więc nie przedstawiam, tylko od razu przechodzę do rzeczy. „Diamentowy wiek” długo kazał mi na siebie czekać, choć od bardzo dawna zajmował poczesne miejsce na półce z osobistym kanonem fantastyki. Jakoś tak się zawsze składało, że inne lektury były bardziej magnetyczne, ważniejsze, pilniejsze. Gdyby nie bat w postaci wyzwania Fenrira, powieść zapewne stałaby tam dalej, pokrywając się warstewką kurzu, ja zaś byłabym uboższa o jedno doświadczenie oraz bogatsza o jedną iluzję. Owszem - iluzję, bowiem nie wiedzieć czemu po mojej głowie kołatała się asumpcja, iż dzieło to na zawsze zmieni moje postrzeganie świata, a ja wystawię mu pomnik, postawię na piedestale i co tydzień będę odkurzać miotełką. Plan ten nie do końca się powiódł – książkę wprawdzie przeczytałam, ale mój zachwyt nie wystarcza nie tylko na wystawienie pomniczka, ale nawet na zamieszanie cementu.

Nie ulega wątpliwości, że plan Stephensona był równie ambitny. Jego wizja sięga w przyszłość, niezbyt odległą licząc w latach, ale jednak pod wieloma względami dość odmienną od tego, co znamy. Rozwój technologiczny w oczywisty sposób zmienił życie człowieka i poszedł w stronę nanotechnologii. Najciekawsze zmiany dokonały się jednak na płaszczyźnie polityczno-społecznej: słowo „globalizacja” nabiera tutaj nowego znaczenia, w świecie, w którym zniknęły podziały na państwa czy narody, a ludzie skupiają się w terytorialnych gromadach o podobnych zapatrywaniach moralnych i zbliżonym sposobie życia, przypominających parki tematyczne. Problemy z energią czy zasobami naturalnymi odeszły do lamusa, na dziwnych zasadach funkcjonuje również gospodarka – wytwarzanie przedmiotów przy pomocy domowych kompilatorów materii stało się tak tanie i dostępne, jak w dzisiejszych czasach chłodzenie żywności w lodówkach. Masowość tanich rzeczy z kompilatora (który serwuje nawet syntetyczny ryż) jest tak miażdżąca, że szczególnej wartości nabierają przedmioty wytwarzane ręcznie, za pomocą starego rzemiosła. Szczególnej wymowy nabiera fakt osadzenia akcji w Chińskiej Rzeczpospolitej Brzegowej. Powracają zatem wartości dawne i zapomniane, także na płaszczyźnie moralnej – jedną z największych gromad stanowią Neowiktorianie, którzy po wiekach degrengolady opierają swój światopogląd na odkurzonych ideałach z dziewiętnastego wieku.

Stephenson z wielkim pietyzmem stworzył swój futurystyczny świat. „Stworzył” to właściwie za mało powiedziane, on go udekorował masą po części zachwycających detali (cyberpunkowe modelowanie ciała, szpiegujące roztocza), upychając w przemyślanych i spójnych zależnościach mnogość technologicznych gadżetów. Wyrazistość tej wizji jest przygniatająca. Odnosi się wrażenie, że zabawa w stworzyciela sprawiała mu przy tym ogromną frajdę, bo jak inaczej zinterpretować utknięte tu i tam smaczki, jak choćby skład pewnego sosu, spożywanego przez jednego z głównych bohaterów? A może tylko mała złośliwość w stosunku do tłumaczy?
Water, blackstrap, molasses, imported habanero peppers, salt, garlic, ginger, tomato puree, axle grease, real hickory smoke, snuff, butts of clove cigarettes, Guiness Stout fermentation dregs, uranium mill tailings, muffler cores, monosodium glutamate, nitrates, nitrites, nitrotes and nitrutes, nutrites, natrotes, powdered pork nose hairs, dynamite, activated charcoal, match-heads, used pipe cleaners, tar, nicotine, single-malt whiskey, smoked beef lymph nodes, autumn leaves, red fuming nitric acid, bituminous coal, fallout, printer's ink, laundry starch, drain cleaner, blue chrysotile asbestos, carrageenan, BHA, BHT, and natural flavorings.
Przyznam, że gdy to czytam, odnoszę wrażenie, że przyszłość wcale nie jest tak odległa, jak chciał Stephenson, a na rynku dostępne są już wiktuały o podobnym składzie. Jak to brzmi po polsku? Jędrzej Polak, który potrafi pokonać niejeden lingwistyczny garb, proponuje coś takiego:
Woda, czarna melasa, importowana papryka habanero, sól, czosnek, imbir, puree pomidorowe, smar do osi, prawdziwy dym z orzeszków hikorowych, tabaka, niedopałki papierosów goździkowych, męty pofermentacyjne piwa Guiness Stout, poślady uranu, mielone rdzenie tłumików samochodowych, glutaminian monosodowy, azotany, azotyny, azotanki i azotki, odżywki, pożywki, używki i niedożywki, puder z włosów ze świńskich nosów, dynamit, aktywowany węgiel drzewny, główki zapałek, używane wyciory do fajek, smoła, nikotyna, niestarannie rektyfikowana jęczmienna whiskey, wędzone wołowe węzły chłonne, jesienne liście, czerwony dymiący kwas azotowy, węgiel bitumiczny, odpady radioaktywne, farba drukarska, krochmal, kret do rur, błękitno-chryzolitowy azbest, irlandzkie glony, BHA, BHT i naturalne dodatki smakowe. 
W sumie nieźle, tylko niech kto mi powie, czy już pił kiedyś „niestarannie rektyfikowaną jęczmienną whiskey”? Ja nie, za to dobrego single-malta już tak.

Tam, gdzie autor zachwyca wizjonerstwem, rozczarowuje, jeśli chodzi o fabułę. Ta jest prosta: mała dziewczynka ze społecznych dołów na skutek zbiegu okoliczności dostaje w swoje ręce książkę (a właściwie nadzwyczaj kompleksowe, nowatorskie, interaktywne urządzenie edukacyjne). Dzięki niemu zdobywa wiedzę i pewność siebie, przeżywając w bajkowym świecie przygody i rozwiązując szereg zagadek – coś w rodzaju zaawansowanego inteligentnego rolpleja. Znaczenie i waga tej gry są jednak większe, niż komukolwiek mogłoby się wydawać. Jest w tym wszystkim wątek kryminalny i szpiegowski, rozwijający się w stronę wielkiego spisku, od którego mogą zależeć losy świata.

Idea „książki w książce” brzmi ciekawie, jej wplecenie w większe epickie ramy jest na pierwszy rzut oka frapujące, a jednak fabularna warstwa powieści mocno kuleje. Wątki prowadzone są chaotycznie, niespójnie, rozłażą się lub urywają, a początkowe zachłyśnięcie światem ustępuje miejsca znużeniu. Momentami odnosiłam wrażenie, jakby kazano mi podziwiać egzotyczne bóstwa, których znaczenia nie rozumiem i które niewiele mnie obchodzą. Akcja siada wielokrotnie i ciągnie się jak wyżuta ze smaku guma. Ciekawy pomysł ze stylizacją na „wiktorianizm” w warstwie językowej, przez co miejscami mocno trąciło Dickensem, nie przysłużył się jednak napięciu. Efekt jest nużący, męczący, przegadany, a czytelnikowi nawet już nie chce się śledzić losów bohaterów.

Stephenson wielkim pisarzem jest?... Jest niewątpliwie wizjonerem, jest mistrzem słowa, detalu, człowiekiem o nieprawdopodobnej wyobraźni i wiedzy, ale „Diamentowy wiek” nie jest dziełem, któremu wystawia się pomniki. Jako wizja sprawdza się i porusza, to pewne, jednak czytelnik, ogłuszony i oślepiony jej rozmachem, zostaje na lodzie, niezaspokojony i lekko zdezorientowany. 



Pierwsze zdanie: "Dzwony świętego Marka uderzały zmiennym tonem, gdy Pączek podjechał na łyżworolkach pod salon fikacji, aby zmodernizować czaskolet."
Gdzie i kiedy: Ziemia, pod koniec dwudziestego pierwszego wieku
W dwóch słowach: rozbuchana i wizjonerska
Dla kogo: dla rozkochanych w cyberpunkowych detalach i zatwardziałych fanów Stephensona
Ciepło / zimno: 58°

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania "Eksplorując nieznane".

wtorek, 26 lutego 2013

Stephanie Fey "Die Verstummten" (Ci, którzy zamilkli) - tak pisać!




Wydawca: Heyne Verlag
Data premiery: 11.02.2013
Liczba stron: 432
Cena: 8,99 euro
Szukasz. Czasem pragniesz pójść nieznaną ścieżką. Zgnieść ograniczające cię struktury. Odetchnąć świeżym powietrzem. Spojrzeć w niebo, poszukać nieskończoności. Czasem łakniesz wstrząsu. Chcesz przeżyć coś z intensywnością przyćmiewającą wszystko inne. Chcesz się porzygać z obrzydzenia i zaszlochać z rozpaczy. Jesteś żądny wiedzy. Chcesz wiedzieć dokładnie, i to nie półprawdy i mądrości z Wikipedii.

Odkrywać, czuć, przeżywać, wiedzieć.

Tego szukamy w światach zamkniętych okładką książek. Czasem znajdujemy, częściej nie. Im więcej czytamy, tym trudniej zachłysnąć się lekturą. Nie pamiętam już, kiedy wcześniej poczułam ten dreszcz podniecenia, zwiastujący najwyższą czytelniczą rozkosz. Dawno temu. Niekiedy myślałam już, że nie jestem już zdolna do takich emocji, że właściwość ta blaknie wraz z wiekiem albo ilością przeczytanych książek. Ale nie, jeszcze potrafię przeżywać lekturę jak noworodek czerpiący pierwszy oddech, jak nastolatka wstrząsana nieznanymi afektami.

Przesadzam?... No, może troszkę. Faktem jest, że dawno żadna książka nie wprawiła mnie w taką euforię, jak "Die Verstummten", a ja jestem bestia marudna i wybredna, niełatwo mnie zaspokoić. Jakimś cudem powieść ta wstrzeliła się w to, co lubię w kryminale najbardziej, trąciła te struny co trzeba, to takie proste. I takie trudne jednocześnie.

Stephenie Fey napisała już jeden tom o lekarce medycyny sądowej Carinie Kyreleis: "Die Gesichtslosen", pisałam o niej tutaj. Już wtedy było nieźle, ale ja, widząc zapowiedź jej nowej książki myślałam: eee, nie uda się. Dwa strzały w dziesiątkę pod rząd - kto tak dziś potrafi pisać?... Okazało się, że "Ci, co umilkli" nie tylko są godną kontynuacją poprzednika, ale w paru punktach go przewyższają.

Weźmy choćby sam prolog - to zagadka, skreślona w paru zdaniach zapowiedź śmierci, cierpienia, unicestwienia, szaleństwa. Osobliwe zbitki słowne, somnambuliczne wrażenia, tajemnica, której nie sposób zgłębić. I słowa Alberta Camusa: "Człowiek jest jedynym stworzeniem, które potrafi się wzbraniać przed byciem tym, czym jest."

Potem scena egzekucji. Podstępnej, zdradzieckiej, profesjonalnej. I mającej miejsce dwadzieścia lat temu.

A potem już Carina Kyreleis i jej ojciec, sława monachijskiej policji kryminalnej, mijają się o włos ze śmiercią - dosłownie. Parę centymetrów, a ich samochód zderzyłby się z jadącym pod prąd mini, prowadzonym przez młodocianego kierowcę. Wypadek, szok, ratowanie życia. Przed czym lub przed kim uciekał młody, niemający nawet prawa jazdy monachijczyk? W jego domu policja znajduje zwłoki obojga rodziców - leżą w małżeńskim łożu, przebrani w ślubne stroje sprzed lat. Czy to syn jest mordercą? Chłopak walczy o życie w szpitalu. Czy kobieta w agonii narysowała coś na dywanie własną krwią?

I kim jest Flora, która znika bez śladu ostatniego dnia szkoły, a nikt nie zauważa jej zniknięcia? Flora widzi kolory zapachów i wyczuwa powonieniem kolory - rzadki dar synestezji, sprawiający, że jej rysunki są tak samo niezrozumiałe dla postronnych jak hieroglify.

Jest jeszcze wątek kobiety z zakładu pogrzebowego, która nie jest tą, za którą się podaje. I niewyjaśniona do końca sprawa postrzelenia jej ojca przez byłego członka RAF-u. I czaszka, która nie wiadomo skąd pojawia się w zakładzie medycyny sądowej, ochrzczona pieszczotliwie przez Carinę Oskarem, którą lekarka obdarza twarzą, (gdyż jej specjalizacją jest rekonstrukcja twarzy). I jest także trzymiesięczne niemowlę, u którego lekarka sądowa stwierdza objawy zespołu dziecka potrząsanego. I tajemnicza, anonimowa matka Cariny, której tożsamości ojciec nie chce lub nie może jej zdradzić.

Nie uwierzycie, ale wszystko się tu ze sobą łączy, i to nie na zasadzie topornego przylepca, którym grafomański dyletant skleja ze sobą parę przypadkowych kawałków tekstowej układanki. Nie, mozaika, która Fey każe układać czytelnikowi, jest misterna i finezyjna, ale kiedy wkładamy w pustą lukę ostatnią szczerbę, powstaje obraz spójny i logiczny, niepozbawiony piękna i głębi. Autorka postępuje przy tym wrednie i podstępnie, podsuwając fałszywe tropy i znęcając się nad czytelnikiem, zawieszając akcję i złośliwie chichocząc, kiedy ten jęczy, trawiony pokusą, by przerzucić parę stron. O, jak umiejętnie to robi, jakby od lat bawiła się w wyrafinowaną dominę, smagającą pejczem żądnych emocji i cierpienia czytelników!

Ale to nie wszystko. Fey posiadła cenny dar mistrzowskiego operowania ironią. Wyczucie, z jakim przeplata sceny dość wstrząsające z głęboko humorystycznymi, podszytymi zjadliwym sarkazmem, jej cudowne dialogi to rzecz w gatunku kryminalnym rzadka, a którą ja tropię z wielkim upodobaniem. Jeśli do tego dodacie wnikliwy research antropologiczny i medyczny, otrzymacie dekokt doskonały. I jak to zwykle bywa po degustacji dekoktów rasowych i szampańskich, potem już wszystko było niedoskonałe, miałkie, mdłe i niestrawne. Potrzebowałam trzech zaczętych i porzuconych książek, by otrząsnąć się z euforii po "Tych, co umilkli" i pogodzić się z niewesołym faktem, że nieprędko znajdę książkę, dorównującej tej.


Pierwsze zdanie: "Była nikim, już przestała istnieć."
Gdzie i kiedy: Monachium, współcześnie
W dwóch słowach: poetycka i dynamiczna
Dla kogo: dla szukających mocnych klimatów i odmiennych perspektyw
Ciepło / zimno: 95°

niedziela, 24 lutego 2013

Wojciech Chmielarz "Podpalacz" - iskrzy czy tylko śmierdzi i dymi?...


Wydawnictwo: Czarne
Seria: Ze strachem
Data wydania: 6 listopada 2012
Liczba stron: 360
Cena 34,90

Że polski kryminał otrząsnął się z marazmu i bylejakości, zaczęło do mnie docierać jakiś czas temu, kiedy z rosnącą satysfakcją zaczęłam przedzierać się przez półki z rodzimymi przedstawicielami gatunku. Że do uznanych sław i mniej lub bardziej sprawnych warsztatowo książątek i królewien kryminału zaczynąją coraz częściej dołączać nazwiska nowe, nieznane, pałające chęcią choćby oblizania widelczyka po zbrodniczym torcie, wystarczy przekonać się idąc do księgarni. Że te próby wybicia się z jednolitej brei kończą się rozmaicie, nie zawsze tak, jak wymarzył sobie podejmujący wyzwanie autor, czytelnik niejednokrotnie przekonał się na własnej, ufnej skórze. Czy wobec tego dziwi fakt, że choć nieustannie szukam dobrych kryminałów z etykietką "made in Poland", to jednak nieufnym okiem spoglądam pretendendów do tronu? 

Jak mówią Niemcy, zaufanie jest dobre, kontrola lepsza, więc - trochę w ciemno - postanowiłam sprawdzić nowe nazwisko na polskiej scenie kryminalnej. Fajerwerków, wbrew tytułowi, się nie spodziewałam. I faktycznie, pierwsze strony raczej utwierdziły mnie w przekonaniu, że choć się nie ma do czego przyczepić, raczej nie iskrzy - wszystko tu jest poprawne: zarysowanie intrygi, osadzenie w realiach, konstrukcja postaci. Niby w porządku, ale jakoś tak mało porywająco. Dopiero zbliżając się do połowy uświadomiłam sobie, że nie wiadomo kiedy zrobiło się gorąco. A nawet bardzo gorąco. 

Zaczyna się banalnie i bez niespodzianek: pożar w warszawskiej willi, jedna ofiara śmiertelna, jedna osoba ranna. Fakt, że pożar nie zaprószył się sam, tylko został wywołany wrzuconym przez komin koktajlem Mołotowa, raczej nikogo nie zaskakuje - tytuł w dostatecznym stopniu przygotowuje na to, co nas tu czeka. Zostaje wszczęte śledztwo, prowadzone przez komisarza Jakuba Mortkę i resztę grupy dochodzeniowej. Standard. Nic wskazuje na to, że będziemy mieli do czynienia z czymś więcej niż jednowymiarowym i przeciętnym dochodzeniem, z szablonowym, mało asertywnym gliną liżącym rany po niedawnym rozwodzie, z wypoconą i przewidywalną intrygą. I Mortka, i śledztwo, i intryga każą chwilę poczekać, zanim zaprezentują, jaki w sobie kryją potencjał. 

Nie zdradzę zbyt wiele, jeśli powiem, że pożarów tych będzie więcej, podobnie i ofiar, a nie każda z nich padnie ofiarą piromana. Intryga rozwija się w kierunku, którego niekoniecznie możnaby się spodziewać po ogranym początku. Nawet Mortka pokazuje pazury i niebezpiecznie zbliża się do wizerunku gliniarza fanatycznego, krystalicznie czystego, takiego z misją. Piszę niebezpiecznie, bo takich policyjnych rycerzy bez skazy trudno kupić, a typ "najlepszego psa w mieście" został wyeskploatowany przez literaturę i film w jednakowym stopniu. Na szczęście okaże się, że autor zachował jasność umysłu oraz swoiste wyczucie i pokierował swym komisarzem w rejony, niekoniecznie opiewane w podręcznikach dla wzorowych policjantów.

I dobrze, że nic tu nie jest czarno-białe, tylko szarawe, grafitowe, a nawet popielate. Chmielarz niby mimochodem, bez irytującej łopatologii wymusza parę refleksji odnośnie polskich policyjnych realiów. Podczas gdy niemiecki komisarz po robocie wraca do mało luksusowego wprawdzie, ale nieźle urządzonego apartamentu i raczy się butelką chardonnay, którym obficie podlewa przegrzebki, parmezan i czekoladę noir, polski Mortka dzieli zasyfiałą norę ze studentami, zamracza się mocnym wojakiem (to takie piwo) i napycha żołądek śmieciowym żarciem, bo na nic innego, po rozwodzie i spłacie alimentów, go nie stać. W ten sposób podążanie usianą kamieniami ścieżką sprawiedliwości staje się zajęciem dla freaków lub nieudaczników, zaś polski komisarz zostaje zepchnięty na społeczne doły, przymuszony do wegetacji lub nocnego dorabiania kucharzeniem w restauracji (na co skazał Nemhausera Hagen). 

Parę wycieczek w stronę żenujących warunków pracy policji w Polsce, subtelne otarcie się o zaznaczony problem przemocy domowej i osadzenie akcji w mroźnej atmosferze zimowej Warszawy nie oznacza jednak, że "Podpalacz" podszywa się pod posępne i chłodne skandynawskie smuty. Nie podszywa się pod nic, natomiast podąża sprawdzonym głównym nurtem kryminału, wydobywając klasyczne elementy gatunku: pracę policji, bez żadnego zbaczania w stronę psychologicznych thrillerów czy innych udziwnień. Nie zapomina też o rzeczy w kryminale najważniejszej: napięciu, które choć nie pojawia się od razu, to jednak w końcu chwyta i już nie puszcza. Zakończenie jest satysfakcjonujące, dalekie od utartych schematów, choć po drodze autor potyka się o scenę, która niemal zniweczyła jego plany stworzenia prawdopodobnej intrygi (klasyka: policjant na własną rękę, nikomu nic nie mówiąc, lezie w sidła zbrodniarza). Mimo wszystko udaje mu się z tego wybrnąć w sposób, który podsadził go o szebel wyżej w kryminalnym rankingu. 

A skoro już o rankingach mowa, to oświadczam z całą odpowiedzialnością, że lektura "Podpalacza" sprawiła mi więcej frajdy i satysfakcji, niż niejedno okrzyczane dzieło z etykietką "bestseller". Może to nie są fajerwerki, ale żywy, jasny płomień. Ja stawiam na Mortkę.



Pierwsze zdanie: "W nocy temperatura w Warszawie spadła do minus dwudziestu stopni."
Gdzie i kiedy: Warszawa, współcześnie
W dwóch słowach: mainstreamowa i realistyczna
Dla kogo: dla ceniących klasyczne, nieprzekombinowane kryminały police procedural
Ciepło / zimno: 77°


Książkę przeczytałam w ramach wyzwań: Czytamy Kryminały i Miejskiego.

wtorek, 19 lutego 2013

Garść opinii...


Tak sobie pomyślałam, że te wydawane u nas książki przelatują jak meteory, efemerydy niestałe... Ledwie miesiąc, dwa, nacieszą się światłem dziennym, pooddychają powietrzem księgarnianym lub zagnieżdżą się na chwilę w zaciszu domowym jakiegoś mola, a potem umierają, zapominane.

Wybaczcie mi tę małą próbę reinkarnacji, ale nie mogłam się oprzeć i zebrałam garść opinii, niczym pomniczków wystawionych tej książce. Dlaczego akurat tej? Wtajemniczeni wiedzą... Będą się pewnie rozstrzygać losy wydania kolejnych tomów Inge Löhnig w Polsce, więc jeśli komuś poza mną zależy na dalszych losach Dühnforta, polećcie znajomym, zainteresujcie, podsuńcie.

Anna Klejzerowicz pisze o niej tak:  "To inteligentny kryminał dla wymagających."

Bartek Janiczek: "Na autentyczność wpływa również świat, w którym dzieje się akcja. Niemcy XXI wieku, Monachium i okolice. Znów brak przerysowań, prób chwalenia się wybujałą fantazją i talentem do monstrualnych opisów bądź wplatania „niesamowitości” w tekst. Wielki, wielki plus za zbudowanie realistycznego świata, który urzeka swoją prostotą."

Marta Guzowska z kolei zwierza się: "Tak się zdenerwowałam na końcu powieści Inge Löhnig „W białej ciszy”, że musiałam wstać i zrobić sobie herbaty." A na koniec apeluje do wydawcy: "A do wydawnictwa Initium mam prośbę: uspokójcie nas i wy i przetłumaczcie kolejne Löhnig na polski. Są tego naprawdę warte." I jeszcze pisze: "Rzecz, która od razu zwraca uwagę, to sposób, w jaki autorka operuje językiem. Oszczędnie, prosto i niezwykle ekspresyjnie. Naprawdę miałam wrażenie, że poruszam się w białej śnieżnej ciszy, a jeden nieostrożny ruch może wywołać lawinę."

Wystarczy?... Za oknem jeszcze biało, i bardzo, bardzo cicho...

poniedziałek, 18 lutego 2013

Nele Neuhaus "Śnieżka musi umrzeć" - zapraszam na film

Kadr z filmu "Śnieżka musi umrzeć"

Nele Neuhaus to fenomen. Historię jej sukcesu czyta się jak bajkę - wszak to w bajkach szczęście przychodzi do tych, którzy go nie szukają i nie pożądają. Do niej szczęście zapukało, kiedy wydawało jej się, że już osiągnęła, co chciała.

Nele Neuhaus
Nele Neuhaus to wojowniczka. Napisała książkę, o czym marzyła od dziecka, a ponieważ nie było nią zainteresowane żadne wydawnictwo, postanowiła wydać ją sama. Przez trzy lata była autorką, graficzką, księgową, redaktorką, szefową od marketingu i sprzedaży w jednym. I kiedy powiedziała sobie: "Spełniło się marzenie mego życia, to mi wystarczy", do współpracy zaprosiło ją wydawnictwo Ullstein. I to był dopiero początek oszałamiającego sukcesu.

Nele Neuhaus to dobra dusza. Za pierwsze honorarium założyła fundację wspierającą czytelnictwo wśród dzieci.

Nele Neuhaus nie zadziera nosa. Pisze o ważkich sprawach: o molestowaniu dzieci, o holocauście, o przekrętach w gospodarce, korpupcji, o stalkingu. A jednak jej kryminały czyta się lekko, nawet jeśli zostawiają po sobie gorycz. Sama mówi, że chce docierać do ludzi, ale nie zamierza wypełniać wielkiej misji, interesuje ją człowiek. Każdy człowiek ma swoją ciemną stronę. I to ona ją fascynuje.

Sławę przyniosła jej seria z parą śledczych Oliverem von Bodensteinem i Pią Kirchhoff. Sfilmowana właśnie powieść "Śnieżka musi umrzeć" ukaże się w tym roku w Polsce w wydawnictwie Media Rodzina, kiedy dokładnie - nie wiadomo. To świetny kryminał, zapętlony, ze znakomicie skonstruowaną intrygą, trzymający w napięciu. Dodam, że sprzedała się w łącznym nakładzie 800 000 egzemplarzy...

Filmowy komisarz von Bodenstein (w tej roli Tim Bergmann)
 i jego partnerka Pia Kirchhoff (grana przez Felicitas Woll)
Jej najnowsza powieść z duetem policyjnym von Bodenstein i Kirchhoff, "Zły wilk" z miejsca znokautowała wszystkich innych autorów, w tym Charlotte Link i Kena Folleta, i od wielu tygodni utrzymuje się na liście Spiegla. W grudniu ukazała się też za oceanem i została bardzo ciepło przyjęta.

Okładka amerykańskiego wydania
Przez ostatnie tygodnie wciągałam ją "nausznie". Czy to dobra książka?... O tym wkrótce w recenzji.

Tymczasem tych z Was, którzy nie mają ochoty czekać na polskie wydanie "Śnieżki", zapraszam na seans za tydzień, 25.02.2013, o godzinie 20:15 niemiecki kanał ZDF wyświetli filmową adaptację kryminału. DVD i blue ray będą w sprzedaży od 26.02.2013.

Czy Śnieżka naprawdę musi umrzeć?...

niedziela, 17 lutego 2013

Marta Kisiel "Dożywocie" - to w końcu śmieszne czy nieśmieszne?...



Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data premiery: 11/2010
Seria wydawnicza: Asy polskiej fantastyki
Liczba stron: 416
Cena: 33,50 zł

Czy kiedykolwiek próbowaliście zdefiniować komizm? Dlaczego coś jest śmieszne? Albo dlaczego coś, co śmieszy jednego, innego nuży lub napawa niesmakiem? Gdzie przebiega granica między komizmem a jego brakiem? Pytania, na które niełatwo znaleźć odpowiedź, zresztą zapewne płynna granica tego, co zabawne, dla każdego przebiega nieco inaczej, markując obszary rechotu, uśmiechu błąkającego się na ustach i serdecznego śmiechu i oddzielając je od niezrozumienia, zdegustowania czy znudzenia.

W konsekwencji tego, wypuszczając pozycję z etykietką "humorystyczne", trudno oczekiwać, że wszyscy odbiorcy będą chichotać unisono. I tak się właśnie stało z powieścią Marty Kisiel "Dożywocie" - jednych śmieszy, innych zupełnie nie.

Nie ulega wątpliwości, że "Dożywocie" w założeniu jest opowiastką lekką i krotochwilną. Główny bohater, pisarz Konrad Romańczuk, dostaje w spadku dom. Początkową eforię i wizję upajania się rolą pana na włościach mąci fakt, że dom nie jest nawet w przybliżeniu tak reprezentacyjny, jak wyobrażał sobie świeżo upieczony właściciel, poza tym leży w miejscu, gdzie nawet psy odwłokami szczekają, czyli bardzo odległym i odludnym, a w dodatku został przejęty wraz z dobrodziejstwem inwentarza. A inwentarz jest barwny i dość... niezwykły: Licho, czyli aniołek w koszulce z komiksową postacią i różowych bamboszkach, cierpiący na alergię na pierze, Krakers, czyli potwór z mackami, z oddaniem pełniący funkcję nadwornego kucharza, panicz Szczęsny, czyli upiór samobójcy z ubiegłego stulecia, oraz stado utopców, namiętnie okupujących wannę lub przydomową sadzawkę.

Konstelacja ta, sama w sobie frapująca, mogłaby posłużyć za kanwę do naprawdę pasjonującej historii. Tak się jednak nie dzieje. Fabuła nie wychodzi poza migawkowe, oderwane od siebie epizody, których nie spina żadna nadrzędna, trzymająca w napięciu klamra - no bo trudno zaliczyć borykanie się Konrada ze zgrają nieziemskich cudaków do motywów epickich czy wbijających w fotel. I jest to chyba największy zarzut, jaki mogę postawić tej książce - owszem, jest krotochwilnie, miejscami akcja faktycznie nieco przyspiesza, a nawet podejmuje wysiłki lekkiego zapętlenia, ale struna napięcia przez większość czasu zwisa smętnie, nawet nie próbując się napinać.

Czym zatem zachwyca ta powieść licznych ukontentowanych czytelników? Przede wszystkim sytuacyjnym i charakterologicznym humorem. Są tu obrazki tak absurdalne, że nie sposób się przynajmniej nie ucieszyć. Jest sporo humoru słownego, są rozkoszne dialogi, drobne śmiesznostki, które mile łechtają duszę czytelnika. Ale nie każdego i nie wciąż. Momentami faktycznie odnosiło się wrażenie, że jest tu tego za dużo, a to, co w zamierzeniu miało śmieszyć, trochę razi sztucznością.

Pochwalić muszę autorkę za perfekcyjne posługiwanie się warsztatem - język jest tu bez zarzutu, żywy, obrazowy, momentami autentycznie przekomiczny, cięty, ironiczny, przypominający najlepsze dokonania Chmielewskiej rodem z absurdalnego "Lesia". Niejedna pointa, niejedno wyrażenie, zaokrąglone gdzie trzeba, naostrzone w odpowiednim miejscu, podobało mi się do tego spopnia, że aż zieleniałam z zazdrości i kraśniałam z zachwytu (o ile to fizycznie możliwe...). Jeśliby tylko autorka potrafiła zachować właściwe proporcje, pokusić się o nieco umiaru, nie starając się na siłę okraszać każdego akapitu jakąś krotochwilą, a w dodatku wykoncypowała sobie nieco ciekawszy suspens, otrzymalibyśmy książkę doskonałą. A tak, wyszła pozycja lekkuchna, ale dość banalna, miejscami nużąca, nietrzymająca w napięciu, ciurkająca sobie niespiesznie od gagu do gagu.

Do zastępu zagorzałych wielbicieli Licha alleluja raczej się nie zapisuję, ale owszem, było fajnie. Miejscami.


Pierwsze zdanie: "Wszystko było nie tak."
Gdzie i kiedy: zadupie czyli Lichotka, Polska, współcześnie
W dwóch słowach: pocieszna, banalna
Dla kogo: dla ceniących absurdalny słowny humor i niespieszne, leniwie ciurkające fabularne nurty
Ciepło / zimno: 61°

czwartek, 14 lutego 2013

Przetłumaczyć nieprzetłumaczalne (7) - o cyckach Marty


Zanim wyłuszczę, w czym rzecz z tymi cyckami, podsumuję ostatni odcinek, ten z "człowiekiem z tłem". W zasadzie niewiele jest co sumować, bowiem czy to ze względu na trudność hasła, czy też Wasze znikome zainteresowanie lingwistycznym łamaniem głowy, zgłoszeń było niewiele. Tuszę, iż przyczyna nikłego odzewu tkwi w tym pierwszym i pełna optymizmu i wiary w Waszą wenę zaprononuję Wam dziś nową zagadkę, nieco bardziej frywolną i z przymrużeniem oka. Ale najpierw o znienawidzonych emigrantach.

Szukaliśmy eufemistycznego określenia dla cudzoziemca, elementu napływowego, tudzież emigranta właśnie. Dokładne wyjaśnienie problematyki znajdziecie tutaj


Mensch mit Migrationshintergrund (niem.)

facet z imigracyjnym zapleczem
człowiek z zagranicy
obieżyświat
nietutejszy
zagranicznik
Niemiec inaczej
emigrant

Sami widzicie, że tym razem posucha, a zaproponowane: obieżyświat, nietutejszy czy zagranicznik wręcz mijają się z konotacją, choć proponującej dziękuję za dobre chęci:-)
Dorzucam jeszcze swoje, choć daleko mi do pełnego zadowolenia:

osoba obcego pochodzenia
obywatel z obcymi korzeniami



Dobra, a teraz do cycków. Czytam dziś sobie świetny, notabene, kryminał, i natykam się na coś takiego:

- Selmo, sprawdź, co się stało z cyckami Marty Cederlund - rzucił Forsberg.
  Oczy Selmy zrobiły się wielkie jak spodki. Forsberg nie mógł powstrzymać uśmiechu.
- Marta miała przecież trzy mopsy. Chcę wiedzieć, gdzie teraz są.


Hę?... Zaraz wszystko będzie jasne. Opisany dialog to klasyczny pat translatorski, wynikający z dwuznaczności słowa "Möpse" w języku niemieckim: Möpse to oczywiście mopsiki, ale potocznie również cycki. I tak się zastanawiam, jak biedny tłumacz ma wybrnąć sensownie i zabawnie z tej sytuacji... Ech, jak ja kocham ten zawód!...

Möpse (niem.) - mopsy - cycki

Oczywiste jest, że dziś nie chodzi o tłumaczenie pojęcia, tylko o propozycje takiej adaptacji dialogu, by uniknąć przypisu. Ludzie z fantazją, potrzebuję Was!