Ads 468x60px

piątek, 4 października 2013

Marie Hermanson "Himmelstal" (Rajska dolina) - niebo czy piekło?...


Wydawnictwo: Insel Verlag
Tytuł oryginału: HimmelsdalenData premiery: 12.03.2012
Liczba stron: 427
Cena: 14,99 euro

"Rajska dolina" mnie oczarowała. Wgryzałam się w tę opowieść, dziwiąc się coraz bardziej, jak to się stało, iż umknęła mi pisarka tak kunsztownie władająca sztuką wprowadzania w błąd i subtelnego, nienachalnego budowania atmosfery grozy. Hermanson?... Nowa gwiazdka na skandynawskim nieboskłonie? Raczej nie, Hermanson nie jest debiutanką, nawet w Polsce wydano już jedną jej powieść. Czyli niezauważony talent - takie też bywają. Już zaczęłam murować w myślach cokolik, na którym zamierzałam ustawić moją nową ulubioną Szwedkę, już topiłam w tygielku metale na brązowy pomniczek, kiedy niepostrzeżenie, nie wiadomo kiedy, ruck-zuck, jak mawiają Niemcy, dotarłam do finału. A wtedy...

Nie, chwila, moment. Pozostańmy przez chwilę przy zachwytach. Historia rozpoczyna się tak jak lubię: zwyczajnie, ale frapująco. Daniel dostaje list od brata. Z Maxem nie łączy go zbyt wiele, oczyście poza wspólnym DNA, grupą krwi i rodzicami, jak na jednojajowe bliźnięta przystało. Ba, Daniel nigdy przedtem nie dostał od brata żadnego listu. List nie został wysłany w piekle, jak wydało mu się przez ulotny moment, kiedy zobaczył stempel (Helvetia a nie Helvete, co znaczy piekło po szwedzku). Nie, Max przebywa w Szwajcarii, w luksusowej klinice leczącej syndromy wyczerpania zawodowego i inne cywilizacyjne plagi. W urokliwej atmosferze Alp, w spokojnym odosobnieniu pacjenci o odpowiednio grubym portfelu mogą tu kurować poharataną psyche i dochodzić do siebie po rozmaitych przejściach. Max proponujhe bratu, by ten odwiedził go w klinice, łącząc rodzinną wizytę z kilkudniowym odpoczynkiem. Na jego koszt. Daniel przyjmuje propozycję - dorabiający na etacie nauczyciela tłumacz nie zarabia kokosów, wie, że wkrótce straci pracę, więc skuszony wizją paru dni w miłym otoczeniu udaje się do Rajskiej Doliny. 
Okładka wydania polskiego, Amber 2013

Na miejscu jest zaskoczony dobrym stanem psychicznym Maxa - ten od dawna cierpiał na zaburzenia maniakalno-depresyjne, jednak pobyt w klinice wyraźnie dobrze na niego działał. Już następnego dnia po przyjeździe brat wyjawia mu jednak prawdziwy powód zaproszenia: zwraca się do niego z prośbą o pomoc. Pobyt w klinice kosztuje, on zaś, by móc go opłacić, musi dotrzeć jakoś do pieniędzy, które... zarobił niezupełnie legalnie. W dodatku ma długi u mafii, która grozi, że zemści się w okrutny sposób na jego narzeczonej, jeśli ich nie ureguluje. Sęk w tym, że Max nie może wyjechać z kliniki, nie zapłaciwszy uprzednio za leczenie i pobyt. Ma jednak gotowy plan: chce, by brat na kilka dni wskoczył w jego rolę - wszak są bliźniakami, a jeśli Daniel zgoli brodę, zaś Max doklei sobie sztuczną, nikt nie dostrzeże sztuczki. Po kilku dniach Max wróci do Szwajcarii z pieniędzmi i będzie po kłopocie. Daniel się waha. Kiedy następnego dnia się budzi, Maxa już nie ma. Znika, zabierając jego portfel, rzeczy, paszport. Danielowi nie pozostaje nic innego, jak podjąć grę. Ale Max nie zjawia się po paru dniach, jak obiecywał. A klinika okazuje się czymś zupełnie innym, niż mu się wydawało...

Niby taki prosty trick, ale jakie otwiera możliwości! Hermanson wykorzystuje to w pełni. Jakże cudownie wprowadza drobne elementy budujące napięcie, jak umiejętnie gra z emocjami, zdradzając peu à peu detale, zaznaczając ścieżki, którymi zamierza poprowadzić czytelnika, nie zdradzając zbyt wiele, nie spiesząc się z uniesieniem zasłony tajemnicy. Alpejska dolina, emanująca początkowo błogim ciepłem, stopniowo przestaje być bezpieczną macicą, a staje się pętlą, zaciskającą się w śmiertelnym skurczu. Jasne, sporo podobnych motywów gdzieś już w literaturze się pojawiło. Hermanson umiejętnie czerpie z obfitych pokładów gatunku, przypomina gęstą atmosferę "Lotu nad kukułczym gniazdem", bawi się wątkami "Wyspy skazańców" - niektórym mogą nasunąć się nawet skojarzenia z "Bielszym odcieniem śmierci" - i robi to ze znawstwem. Pierwsza faza pobytu Daniela w Rajskiej Dolinie, kiedy ani on, ani czytelnik nie zna jeszcze prawdziwej natury tej instytucji, to wyrafinowany, subtelny thrill jakich mało, a Hermanson wyciska maksimum z wykreowanej sytuacji. 

A jednak pary nie wystarcza na finalną eksplozję i worek flaczeje, wydając z siebie ledwie żałosny piard. W przedfinalnym amoku autorka sięgnęła chyba do złej szuflady, a z niej zamiast szlachetnych ozdób wysypało się tanie, plastikowe badziewie, tandeta i bazar. Jakieś wszczepione chipy, jakieść katakumby, jakiś doktor Mengele - czego tu nie ma! Niektóre z wrzuconych tu hojną ręką wolt sprawdziłyby się w scenariuszu trzeciorzędnego thrillera, ale nie tu, w tej wypieszczonej, stonowanej, kameralnej scenerii, nie w tej wwizji, której siła polegała na niedopowiedzeniu, umiarze, na tym, co niewidzialne, podprogowe, nieoczywiste. To nie ta bajka, pani Hermanson, nie ta bajka. 

Kolejna powieść z niewykorzystanym potencjałem, znakomity początek, dobra intryga i zero pomysłu na finał. Hermanson, siadaj, trója. No dobra, dodaję parę punktów za zdecydowanie dobre osiemdziesiąt procent książki. 


Pierwsze zdanie: "Kiedy przyszedł list, Daniel pomyślał, że został wysłany z piekła."
Gdzie i kiedy: niedostępna dolina w szwajcarskich Alpach, współcześnie
W dwóch słowach: klaustrofobia i psychopaci
Dla kogo: dla miłośników subtelnie budowanego napięcia i tych, którzy nie przejmują się sztampowymi woltami
Ciepło / zimno: 64°

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Book-Trotter u Kasi z Kącika z Książką. 

14 komentarzy:

  1. "Dolina" już czeka na półce. Hermanson debiutantką u nas nie jest, przed laty słowo/obraz/terytoria/ wydało "Plażę muszli", która gdzieś się u mnie poniewiera w szafie :)
    /tommy/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawa jestem, co Ty powiesz na zakończenie tej powieści. Hermanson na razie odsuwam na dalszy plan, choć niewyluczone, że po "Plażę muszli" jeszcze sięgnę.

      Usuń
  2. To musiałaś przeżyć straszne rozczarowanie. Tyle świetnych zapowiedzi dobrej książki a na końcu dysonans. No trudno, w takim razie nie kupię tej książki, przeczytam z biblioteki. Dzięki za recenzję.
    opty2

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Książka ukradła mi tylko jeden dzień, który spędziłam na dochodzeniu do siebie po naprawdę ciężkiej grypie żołądkowej, więc rozczarowanie nie było zbyt bolesne. Jako zdobycz biblioteczna może być, kupowanie odradzam;-)

      Usuń
  3. Szkoda rozczarowania, bo piękny byłby ten cokolik, który już zaczęłaś budować ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie mam dylematu, bo nie planowałam lektury dzieła.
    Tak sobie nie raz myślałam i myślę (no proszę:), że często zdarza się dość dobra powieść i kiepskie zakończenie. I wówczas rozczarowanie jest podwójnie... albo nawet potrójne:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mi to przyszło do głowy. W życiu nie napisałam żadnej książki, wybrzydzam nad różnymi, ale najwyraźniej dobre zakończenie to clou procesu twórczego i nie każdy autor potrafi wybrnąć z tego, co naplątał.

      Usuń
  5. Ojojoj... A juz sie napalilam! Nie lubie kiepskich finalow :(
    Moze jeszcze cos innego przetlumacza na polski, co nie jest tylko straconym potencjalem? Mam nadzieje.

    OdpowiedzUsuń
  6. Uuu... a zapowiadało się tak super...
    A na marginesie zapytam drogą koleżankę, że wliczamy rajską dolinę do book-trottera? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No pewnie!... Jestem ostatnio tak roztrzepana, że nie zauważam oczywistych oczywistości;-)

      Usuń
  7. Mam coś takiego, że strasznie się wkurzam jeśli coś, co jest dobre, nagle staje się słabe. Wkurzam się, że straciłam np. 1,5 godziny życia, oglądając super film, którego zakończenie sprawia, że mam ochotę rzucać przedmiotami. Tak jakby scenarzysta przegrał zakład i musiał zakończyć film najgorszym i najsłabszym wariantem. Podobnie jest z książkami. Czuję zawód i wnerwienie. A to niestety częste, że autor wymyśli ekstra intrygę, ekstra świat i ekstra bohaterów, i mu się po drodze wyczerpie to ekstra na tyle że kończy bez sensu. A pisarza, podobnie jak mężczyznę, winno się oceniać nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wkurzać się może nie wkurzam, ale niekiedy mam bolesne poczucie straconego czasu, to fakt. Bo ucieka, nie czeka, a gdzieś tam czeka na odkrycie (może) naprawdę znakomita książka... Czasem jednak jest tak, że książka, choć mam świadomość, że jest słaba albo niedopracowana, ma jedną malutką rzecz, która wydała mi się godna uwagi. I wtedy ten czas nie jest do końca stracony.
      Dobre zakończenia są naprawdę rzadkie. Zbyt rzadkie. Ach, niekiedy myślę, że właśnie zakończenie świadczy o maestrii lub jej braku... Słuszna uwaga, ta końcowa;-)

      Usuń