Ads 468x60px

wtorek, 14 sierpnia 2012

Violetta Sajkiewicz i Robert Ostaszewski "Sierpniowe kumaki" czyli policjant na wakacjach



Wydawnictwo: WAB
Mroczna Seria
data wydania: 13.06.2012
liczba stron: 320
cena: 37,90 zł

Jak zlepić z kilku dostepnych każdemu autorowi i wymienialnych substratów dobry kryminał? Wymiksować zusamen do kupy, okrasić odrobiną humoru, własciwą dozą brutalności albo erotyki, wykreować nietuzinkowego śledczego i już? Wbrew pozorom odpowiedź na to pytanie wcale nie jest prosta. Wielu próbowało, wielu poległo, nieliczni zaś, w przypływie geniuszu, tknięci bożą iskrą stworzyli kryminalne dzieła,rozkładające wielbicieli przeróżnych mrocznych serii z kalibrem i bez na łopatki i wywołujące przyjemny dreszczyk emocji i grozy. Gdzie leży granica między nieudolną próbą a zalążkiem trzymającego w napięciu utworu kultowego? Jest chyba dość płynna, a o etykietce "wybitne" lub "gniot" decydują niekiedy niuanse. I właśnie tego niuansu cierpliwie szukam pośród polskich kryminalistów, tego nieuchwytnego "czegoś", ulotnego ducha, wymykającego się definicjom błysku, który sprawia, że kryminał odkładamy z ręki dopiero po przewróceniu ostatniej strony, a za komentarz wymyka nam się nabożne "ŁAŁ".

Na kryminalnej scenie wraz z początkiem wakacji pojawił się nowy, obiecujący kryminalny duet. Robert Ostaszewski popełnił już jeden kryminał do spółki z Martą Mizuro, niestety, nie mogę o nim nic powiedzieć, bo jeszcze nie przetestowałam. Podjęłam za to próbę degustacji "Sierpniowych kumaków". Zapowiedzi były niezłe. Rzecz się dzieje na Helu, u schyłku wakacji. Śląski śledczy, Adam Tyszka, typ flejowaty i - rzecz u każdego szanującego się śledczego – z nieustabilizowanym życiem prywatnym, wyjeżdża na wakacje nad morze. Co robi samotny facet bez sprecyzowanych planów urlopowych, bez baby, za to z upodobaniem do mocnych trunków, na wakacjach? Zgadza się. Leży i sączy piwo. No, ewentualnie, próbując stwarzać pozory aktywnego wypoczynku i hołdując dawno zapomnianym zainteresowaniom militariami, snuje się po półwyspie helskim, oglądając wojenne umocnienia i bunkry. I, co nieuniknione, popada w niezłe tarapaty: najpierw śledzi agresywną ekolożkę, potem spędza noc zamknięty przez tajemniczego zbója w bunkrze, by wreszcie skończyć „na dołku” lokalnego komisariatu, podejrzany o popełnienie morderstwa. Z odsieczą przybywa prawie najlepszy śledczy w Polsce (prawie, bo najlepszym jest oczywiście Nemhauser – tu ukłon w stronę Wiktora Hagena), Edmund Polański, który, zamiast kupować synkowi-pierwszoklasiście tytę, zbiera manatki i pomyka na Hel, ratować kolegę i robiąc sobie krechę u apodyktycznej małżonki. Gwiazdorski komisarz nie tylko musi wybawić z opresji kumpla, ale i rozwiązać zagadkę dwóch (a właściwie trzech) trupów, zaginięcia dwóch dziewczyn i paru lokalnych przekrętów rybno-ekologicznych.

Co oczywiście mu się udaje. Sama intryga, choć zarysowana dość zgrabnie i rozwijana wielotorowo, a nawet wyjaśniona w wiarygodny sposób, nie wbiła mnie w fotel - jakoś mnie nie przekonało umotywowanie tych zbrodni. Również osoba gwiazdorskiego śledczego pozostawia niedosyt i stawia pod znakiem zapytania jego niedoścignione policyjne zdolności. Autorzy lojalnie jednak uprzedzają, że chodzi o „policjanta na wakacjach”, a sam kryminał w założeniu nie miał być powieścią procedur kryminalnych. Tyszka też specjalnie sympatii nie budzi, w ogóle mało jest tu postaci, z którymi można by się utożsamić i im trochę pokibicować. Jedynym bohaterem, w którym zakochałam się z miejsca bez pamięci, był plażowy dziadek, bajdurzący marynarskie opowieści sprzed lat i wyśpiewujący po niemiecku o Lili Marleen – cudo! W dodatku przypadła mu w tej powieści niebagatelna rola…

Chciałam początkowo dać tej książce trzy gwiazdki, jednak po skomplikowanej arytmetyce wyszło mi, że to za mało. Za mało, bo bardzo ukontentowały mnie polskie, lokalne smaczki, uchwycone w sposób precyzyjny i lekko złośliwy. Ci, którzy lubią kabaretowe scenki pod tytułem „Polak na wakacjach”, znajdą tu polski grajdoł. A zatem plus za realia. Trzeba dać wielkiego plusa za wybór tematyki ekologicznej, traktowanej w naszych kryminałach po macoszemu, a tu jest ona pokazana w sposób autentyczny, ale pozbawiony mesjanistycznego zadęcia. Kolejny wielki plus dodaję za język kaszubski, którego też ze świecą szukać w literaturze. No i najogromniejsze plusisko za wyluzowaną, letnią, przygodową atmosferę, przywodzącą na myśl perypetie pana Tomasza z powieści Nienackiego albo inne beztroskie i wakacyjne pozycje z czasów peerelu. Tu udało się przemycić tę jedyną w swoim rodzaju mieszaninę zagadki i beztroski, co czyni z tej powieści udany kryminał na lato. Bez ambicji zbawiania świata, ale po co to komu w wakacje?

Arytmetyka mówi zatem, że jednak czwórka (4/5). 


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania trójka pik, jako powieść polskiego pisarza, które przedtem nie znałam.

Baza recenzji syndykatu Zbrodnia w Bibliotece

sobota, 11 sierpnia 2012

Dzień z życia tłumaczki

Kolejny intensywny dzień w Warszawie. Chłonę, zapamiętuję, zachwycam się, przeżywam, pomstuję, ładuję akumulatory, cierpię, irytuję się, żyję.

Do południa powstało kolejnych dziesięć stron przekładu o Dühnforcie. Walczyłam z mobilnym internetem, który nie chce pomykac jak wicher i wypluwać mi wszystkiego, o co poproszę, tylko spaceruje nadobnie po anińskich Poprzecznych. zatrzymując się tam, gdzie chce.

Potem Złote Tarasy. Świątynia konsumpcji i komercji. Próba odnalezienia się w kolorowym, globalnym i sieciowym śmietniku. Szukam indywidualności, jedynejwswoimrodzajności, a napotykam tylko marki, takie same na całym świecie. Gdzie jestem?

"Prometeusz" nie zmiótł mnie tak, jak się spodziewałam. Trochę rozczarował, trochę zniesmaczył, trochę zasmucił. Jedynie kilka sekwencji sprawiło, że odżyłam. Nie, nie końcowych.

Na zakończenie dnia "Mam gulasz" Gesslerowej. Przynajmniej tu nic globalnego, nic taśmowego, nic sztucznego. Posiłek - zwykły, prosty, smaczny i zasługujący na to miano.


Niedługo będę mogła napisać typologię warszawskich taksówkarzy. Są tacy, którzy przechwalają się, ile punktów już zdobyli i ile im "zapomniano". Są tacy, którzy znają się na wszystkim i na każdy temat mają coś do powiedzenia, nawet jeśli w gruncie rzeczy nie mają do powiedzenia nic, i to na żaden temat. Są tez tacy, którzy sa mistrzmi świata w budowaniu zdań złożonych ze słowa qoorva i pochodnych, po raz kolejny udowadniając cud fleksyjnego języka. I są tacy, którzy milczą. Tych lubię najbardziej. Niektórzy jeszcze nigdy nie byli w Aninie.

Wiedzieliście, że mieszkało tu wielu poetów? Między innymi Julian Tuwim, w willi, zajmowanej później przez rodzinę Jaroszewiczów. A to zaledwie parę domów stąd. Cień tamtej zbrodni przybladł już, ale wciąż czai się wśród drzew. 

Internet wypluł mi dzisiaj coś takiego: 

Anińskie noce 

Korale twoje przestań nizać,
wiatrowi bardziej jestem rad,
bo jak muzyka Albeniza
przewraca nas na łóżko wiatr.

Księżyc diamentem szyby tnie,
na zachód pędza ptaki,
pająk nad łóżkiem zwiesza się -
szkoda, że nie baldachim.

Upiorny nonsens polskich dni
kończy się nam o zmroku.
Teraz jak wielki saksofon brzmi
noc taka srebrna naokół.

I wielkim, bezkresnym wachlarzen
wachluje nas chłopiec nieduży,
szmaragdy w uszach ma,
on jest Murzyn,
a my nazywamy go Nocą.

Konstanty Ildefons Gałczyński
1937

Żegnam się na dzisiaj i zanurzam w anińską noc.


piątek, 10 sierpnia 2012

Susan Hill "Kobieta w czerni" - mrocznie, gotycko, nastrojowo...



Wydawnictwo Amber
Tytuł oryginału: The Woman in Black
Przekład: Jan Jackowicz
Ilość stron: 224
Data wydania: 14.02.2012
Cena: 29,80 zł

Są książki przereklamowane, po których obiecujemy sobie cudów na kiju, a lektrura przynosi czczą pustkę. Powieść Susan Hill "Kobieta w czerni", która falą godną tsunami przetoczyła się przez niemal wszystkie blogi, miała wszelkie zadatki na miano obietnicy i rozczarowania roku. Bardzo znana za granicą, wyczekiwana w Polsce, a w dodatku świeżo sfilmowana i to w gwiazdorskiej obsadzie - to nie mogło skończyć się dobrze.... Toteż nie obiecywałam sobie zbyt wiele. 

I to być może było właściwym nastawieniem do rozpoczęcia przygody z tą książką. Wzięłam ją sobie do samolotu, bo gabaryty książeczki były przyjazne dla podręcznego bagażu, objętość możliwa do pokonania podczas dwóch godzin lotu, a i tematyka nieabsorbująca. I, być może znowu Was zaskoczę - bingo! To było to.

Fabułę zapewne większość z Was zna, czy to z własnej lektury, czy z filmu (ja go nie widziałam), więc ograniczę się tylko do lakonicznej wzmianki, że chodzi o młodego notariusza, który zostaje wysłany gdzieś na angielskie pustkowia, by uregulować sprawy spadkowe niedawno zmarłej  kobiety. Zamieszkiwany przez nią samotnie Dom na Węgorzowych Moczarach jest trudno dostępny, leży pośród bagien i nad samym morzem, gdzie dojechać można tylko wąską dróżką  wijącą się przez zdradliwe moczary, zalewaną w czasie przypływów. A zatem, kto się tam zapuści i przegapi porę przypływu, musi zaczekać, aż bezlitosne morze uwolni go z pułapki. W zasadzie od początku wiadomo, w którym kierunku będzie zmierzać ta historia młody prawnik podczas pogrzebu widzi  wymizerowaną kobietę w czerni, mieszkańcy niechętnie mówią o tajemniczym domu i jej zmarłej mieszkance, gdzies w tym wszystkim kryje się jakaś straszliwa tajemnica... W dodatku notariusz, w zamiarze prędkiego uporania się z papierami, pragnie spędzić na odludzi parę dni. 

Klasyczna konwencja powieści grozy: wiadomo, że będzie strasznie, wiadomo, co się za chwilę stanie, a mimo to lęk podpełza nam do gardła, wywołuje zimny dreszcz grozy i każe mimowolnie zamykać oczy, by nie czytać dalej... Przewidywalne? Ograne? Wyświechtane? "Kobieta w czerni" na pewno nie oferuje niczego nowatorskiego. Nie wkracza na nigdy nie dotnięte piórem pisarza obszary, nie eksploruje niezbadanych zakątków  psyche i nie straszy niczym nowym. Jest cudownie klasyczna w zamierzeniu i nie epatuje nowinkami. I tak jest dobrze. Staroświeckość, niespieszność narracji to solidny fundament tej opowieści, wpasowujący się harmonijnie w całość. 

Sama historia nie jest zbyt zawiła i da się streścić w paru zdaniach. Tak, może pozostawić niedosyt. I owszem, jest mistycznie i irracjonalnie. Osób szukających na wszystko jakiegoś rozumowego wytłumaczenia do lektury nie zachęcam, bo jest tu o duchach i jest o zjawiskach niewytłumaczalnych, a autorka bynajmniej nie ma aspiracji wyjaśniania tu czegokolwiek. Wszak najbardziej boimy się Nieznanego. Nie dla zawiłej intrygi czy zaskakującego rozwiązania zagadki czyta się opowieści o duchach. Bo tak naprawdę najważniejsza jest tu atmosfera, budowany misternie i powolutku klimat grozy, malowane pędzlem impresjonisty angielskie mgliste i mroczne pejzaże. Miłośnicy takich posępnych, gotyckich klimatów powinni rozpłynąć się w zachwycie, a najlepiej nauczyć się na pamięć fragmentów opisujących opuszczone domostwo na krańcu świata, zapomniane przez Boga, ale nie przez demony i ludzi. 

Może się obnażę, zdemaskuję fragment siebie, który wolałabym trzymać w ukryciu, ale powiem Wam, że "Kobieta w czerni" uwiodła mnie i zaczarowała atmosferą. Pozwólcie i Wy, by wsączyła się w Was, dajcie się ponieść wyobraźni, nie spieszcie się, niech te obrazy ukształtują się w Was do końca, osiądą w duszy i zapiszą w siatkówce oka. Nie pędźcie dalej, zatrzymajcie się i poczujcie... grozę tych miejsc. Nawet jeśli przeszkodzi Wam stewardessa, przynosząc sok pomidorowy....

Dla mnie to był uratowany lot. Jeden z bardziej mistycznych i gotyckich lotów życia. I takich również Wam życzę...

Daję mocną czwórkę (4/5).

Acha, książkę przeczytałam w ramach wyzwania Sardegny trójka pik, jako powieść z wątkiem XIX-wiecznej Anglii. 


wtorek, 7 sierpnia 2012

Lecę...



Lecę... już jutro będę w Warszawie, odwiedzę stare kąty, odetchnę anińskim powietrzem, odkryję na nowo znajome miejsca. Panta rhei...

Zobaczymy, czy mobilny internet i czas pozwolą na umieszczenie parę postów. Jeśli nie, za tydzień pozawracam Wam głowę po staremu.

niedziela, 5 sierpnia 2012

Hjalmar Söderberg "Zabłąkania" - fin de siècle impresjonistycznym piórem


Wydawnictwo KOJRO
Tytuł oryginału: Förvillelser
Przekład z języka szwedzkiego Paweł Pollak
Data wydania 18.08.2010
Liczba stron: 156
Cena: 28,50


Były co najmniej dwa powody, dla których sięgnęłam po tę niepozorną książkę, którą łatwo przeoczyć, bowiem nie krzyczy "weź mnie"z półek księgarni i nie przechwala się w reklamach "jestem super". Pierwszy to taki, że przetłumaczył ją Paweł Pollak, ceniony przeze mnie tłumacz i pisarz, którego niezły kryminał "Gdzie mól i rdza" przeczytałam jakiś czas temu, piszący znakomitego bloga (niestety ostatnio zarządził wakacyjną przerwę, a mnie bez jego cotygodniowych postów jakoś smętnie). Drugi to taki, że wreszcie postanowiłam wziąć udział w wyznaniu Sardegny "trójka pik", a że jednym z zaordynowanym tematów miała być literatura skandynawska, więc uznałam, że lepszej okazji nie będzie. W dodatku dziś nadarzyło się wolne, letnie popołudnie nad wodą, a książeczka, choć się mieni powieścią, miała kompaktowe gabaryty i objętość, urągającą dzisiejszym standardom, ale jakże przyjemną, by schrupać naraz...

A zatem od razu do rzeczy. Sztokholm. Gdzieś pod koniec dziewiętnastego stulecia. Tomas Weber, bonwiwant, by nie powiedzieć truteń, dwudziestolatek, profesorski synek z dobrej i zamożnej rodziny, który ledwie wszedł w dorosłe życie, od razu, zaliczywszy egzamin na medycynę, spoczął na laurach, by oddawać się przyjemnościom życia - smakować je pełną piersią, odkrywać miłość i namiętność. Zakochany w Märcie, początkowo zadowala się żarliwymi spojrzeniami i ukradkowymi pocałunkami, jednocześnie wszczynając namiętną miłostkę z Ellen, prostą dziewczyną, ekspedientką. Używający życia na koszt ojca student podoba się kobietom, więc początkowe zadurzenie w Märcie przeradza się w namiętny związek. Obie trzepoczą wokół niego niczym ćmy wokół nocnej latarni, nieświadome, w co się pakują. Tomas bowiem, oprócz miłosnych schadzek, niewiele im może zaoferować, bez środków do życia, z rosnącymi długami, uwikłany w namiętności, sam przypomina ćmę, bezwolnie i nieuchronnie zmierzającą do przypalenia sobie skrzydeł. Dnie spędza na bezczynnym snuciu się po mieście, oddawaniu się marzeniom, pożyczaniu pieniędzy tu i tam, by wreszcie wpaść w sidła lichwiarza.

To jest szkielet powieści, nieskomplikowany, można powiedzieć, banalny, ot, miłosna historia tragicznego trójkąta. Wokół tej miłosnej opowiastki Söderberg, dla którego "Zabłąkania" były literackim debiutem, namalował obraz szwedzkiego społeczeństwa, trochę prowincjonalnego, drobnomieszczańskiego, ale obraz żywy, psychologicznie dopracowany, wnikliwy. Każda scena zdaje się przemawiać i każda ma znaczenie. Nawet kolacja u konsula, może początkowo wydająca się niepotrzebna i nużąca, będzie miała swoje znaczenie w finale, wyjaśni bowiem relacje pomiędzy kluczowymi postaciami. Skreślone precyzyjną, ostrą kreską postacie nie są papierowe, lecz autentyczne, żywe, wyraziste. To w detalach widoczne jest mistrzostwo autora.

Ale to nie bohaterowie ujęli mnie w tym niewielkim dziełku najbardziej, ale malarskie tworzenie atmosfery, impresjonistyczne rzucanie kolorów, świateł i cieni na stronice powieści. Kiedy rozpoczyna się ta historia, pod koniec kwietnia, zapach budzącego się życia aż bije z każdej linijki, lipiec przygniata nas skwarem i odurza zielonością natury, listopad sprowadza na samo dno melancholii i upadku, spowijając szarością i zdejmując chłodem. Kiedy towarzyszymy Tomasowi w jego bezcelowych wędrówkach po Sztokholmie, śledzimy jego błądzenie po życiowych manowcach, oddychamy beznadzieją, stajemy się takimi jak on, zabłąkanymi, widmowymi i bezwolnymi postaciami. To bardzo intensywne doznania, świadczące o kunszcie autora - nie każdemu w tak skondensowanej formie udaje się nasączyć czytelnika atmosferą powieści - w tym wypadku dekadencką i z lekka mroczną atmosferą końca wieku.

To co, nie zestarzała się? Można dziś czytać taką literaturę? Podobna historia mogła rozegrać się tu i teraz, mimo rozluźnienia obyczajów (to, co szokowało wtedy, dziś wszyscy przyjmują wzruszeniem ramion). Niebieskich ptaków pokroju Tomasa nigdy nie będzie brakować. Autor jednak nie grozi moralizatorsko palcem, nie dokonuje osądów. On opowiada tylko pewną historię. I opowiada ją dobrze.

"Zabłąkania" to dramat, ale mimo oszczędnego języka dramat niezwykle plastyczny, dziś powiedzielibyśmy filmowy. Nie jest to epickie dzieło, zwalające z nóg rozmachem, ale kameralna historia, urzekająca językiem i malarskością. Bardzo dobrze mi się dziś wpisało w to leniwe niedzielne popołudnie - słońce przypiekało dziś z nieba i z kart powieści, a burza, która parę minut temu przewaliła się nad nami, znakomicie zgrała się z zakończeniem.

Daję czwórkę, taką mocną, soczystą (4/5).

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania "Trójka pik".

sobota, 4 sierpnia 2012

Przetłumaczyć nieprzetłumaczalne (4) - porozmawiajmy o dobrych ludziach

Dziś kolejna odsłona cyklu "Przetłumaczyć nieprzetłumaczalne" i kolejne wyzwanie. Najpierw jednak podsumujmy ostatnie hasło. Było nim niemieckie śliczne słówko "Spätabnabler". Zainteresowanych wyjaśnieniem odsyłam tutaj, a poniżej umieszczam Wasze propozycje, pośród krórych znowu znalazłam parę naprawdę błyskotliwych.

Spätabnabler (niem.)

maminsynek (mamincórka)
pępowiniak
hubal (od pasożytniczego grzyba)
nieodstawiony na czas
basement hobbit (to już angielska wersja z przymrużeniem oka)
gniazdownik

Jak Wam się podobają zaproponowane słowa? Ja wymiękam... Nieodstawiony podoba mi się chyba najbardziej:-)

Kolejne słówko jest nieco inne, wydaje się na pierwszy rzut oka proste i banalne, ale ostatnio musiałam je przetłumaczyć na polski i okazało się, że wcale nie jest łatwo. Spróbujcie sami wymyśleć dobry ekwiwalent, ja zaś postaram się jak najlepiej wytłumaczyć, o co chodzi, bo jednym zdaniem też się nie da. 

Na stole sekcyjnym mamy to:

Gutmensch

Dla kompletnie nieznających niemieckiego krótko: gut - wiadomo, dobry, Mensch - człowiek. Ale "Gutmensch" to nie jest polski "dobry człowiek". W tym słowie kryje się znacznie więcej podtekstu, jadu, ironicznej diagnozy. 

"Gutmensch" to określenie pejoratywne i ironiczne, stosowane w stosunku do osoby, której można przypisać zachowanie szczególnie moralizatorskie lub naiwnie dobroduszne. "Gutmensch" ma dobre chęci, ma szczytne cele i pragnie zmienić świat. Jego poczynania są jednak postrzegane jako wątpliwe, błędne lub jednostronne i naiwne. "Gutmensch" wykazuje tendencyjnie przesadną "polityczną poprawność", ale jego dobrym chęciom towarzyszy często ignorancja. "Gutmensch" swoje wie i ma niezachwiany światopogląd i zawsze bierze stronę słabszego. 

Od razu mówię, że nie zadowolę się "świętoszkiem" czy "bigotem". "Gutmensch" ma jeszcze inny,współcześniejszy wymiar. I jak? Macie już coś na końcu języka?... Czekam na Wasze propozycje.



czwartek, 2 sierpnia 2012

Krzysztof Kotowski "Kapłan" - habit, zemsta i krokodyl...

Wydawca: Cat Book
Data premiery: 08.02.2008
Ilość stron: 496
Cena: 32 zł


Są mody na pewne książki, zapoczątkowane jednym udanym bestsellerem, kopiowanym potem mniej lub bardziej udolnie przez zastępy pisarzy albo tych, którzy chcieliby nimi zostać. Stephenie Meyer zapoczątkowała histerię na wampiry, jakiś czas temu nastąpił wysyp mistycznych thrillerów osnutych wokół tajnych wszechpotężnych bractw, a założę się, że przez kolejne miesiące (oby nie lata) będziemy nękani ociekającymi seksem podróbkami "Pięćdziesięciu twarzy Greya". Trudno powiedzieć, na ile "Kapłan" jest produktem książkowego trendu, który miał swe apogeum już parę lat temu, a na ile oryginalną opowieścią, która powstałaby niezależnie od koniunktury. 


Krzysztofa Kotowskiego poznałam jakiś czas temu dzięki "Krwi na placu lalek" i choć miałam pewne problemy z zaszufladkowaniem tej książki, przekonała mnie. Podobne trudności z zaklasyfikowaniem miałam i z "Kapłanem", choć to całkiem odmienna pozycja, aczkolwiek również mocno polaryzująca. Są tacy, którzy dadzą się za "Kapłana" poćwiartować, innym w ogóle nie podszedł. Jak było ze mną?


Przyznacie, że wizja uganiających się po Warszawie kolesi w habitach, dekapitujących ludzi, faceta, twierdzącego, że posiadł pamięć i umiejętności tysięcy pokoleń niemal od zarania dziejów i tajemnego bractwa, pociągającego za sznurki na globalnej arenie ma w sobie coś nieświeżego, zużytego, by nie powiedzieć, śmiesznego. Ktoś mógłby powiedzieć: to już byyyyyło! I miałby rację. No bo ile można w kółko o tym samym?... A jednak "Kapłan" wzbudził entuzjazm wielu czytelników. Ba, zebrał pochwały na poważanych łamach, z ust recenzentów z prawdziwego zdarzenia, a nie tam jakichś blogerów (przepraszam wszystkich, którzy poczuli się urażeni lekceważącym tonem, ale dla niektórych jesteśmy "tylko" blogerami), więc o co chodzi z tym zamieszaniem? 


"Kapłan" zaczyna się rewelacyjnie. Krótka migawka z prehistorycznej Krety, druga z Europy wikingów, a potem Warszawa, szpital psychiatryczny i wspomniany facet, który pamięta. Pamięta Boga, czasy pradawne, miliony istnień, zna setki języków, posiadł umiejętności pokoleń rycerzy, asasynów, wojowników. Nietypowy przypadek. Schizofrenia paranoidalna? Ciężka psychoza? Urojenia, zwidy? Okazuje się, że nie - doktor Sambierska naocznie przekonuje się, że każde słowo osobliwego pacjenta jest prawdą - w chwili, gdy w nieprawdopodobny sposób gołymi (prawie) rękoma rozprawia się nie tylko z szpitalnymi strażnikami, ale i trójką znakomicie wyszkolonych zamachowców w habitach. Zwykły klecha nie dałby sobie rady z zawodowcami tej proweniencji. Tytułowy kapłan umyka ze szpitala, zabierając ze sobą lekarkę (a właściwie nie sprzeciwiając się zbytnio, by dobrowolnie mu towarzyszyła). Przyznam, że początek zachwycił mnie głębią, rozmachem, zaintrygował zagadką tajemniczego kapłana, wprawił w zdumienie i nerwową gorączkę, co dalej. Niestety, struna, którą autorowi udało się napiąć na pierwszych stu stronach, straciła sprężystość, a miejscami splątała się, tworząc gruzły, które psuły lekturę. Pierwsza część powieści urywa się niespodziewanie, przedwcześnie kończąc albo zawieszając większość wątków i pozostawiając uczucie niedosytu.


Trochę lepiej jest w drugiej części,napięcie wraca chwilowo, ale znow momentami zamiera. Nierówne tempo nie jest jedynym mankamentem tej książki. Mam wrażenie, że jej problemem jest niezdecydowanie. Jej koncepcja waha się pomiędzy dziełem zamaszystym, epickim, poważnym, zbudowanym na solidnych historycznych podstawach, a komiksowym, przerysowanym thrillerem celującym w grupę odbiorców Zbigniewa Nienackiego, choć to było kiedyś, teraz pewnie raczej kokietującym fanów Batmana i Indiany Jonesa. Rozdźwięk między tym "na poważnie", a tym "dla rozrywki" jest wyraźnie wyczuwalny, jakby autor nie mógł się zdecydować, dla kogo tak naprawdę pisze - dla czytelnika wyrobionego, oczekującego pozycji z ugruntowanym tłem i głębią psychologiczną, czy dla nastolatka, z wypiekami śledzącego poczynania bohatera o nadprzyrodzonych umiejętnościach. Wyszło coś pomiędzy, choć tylko ten drugi wyjdzie z lektury usatysfakcjonowany.


Co nie znaczy, że spotkanie z tą książką było czasem zupełnie zmarnowanym. Jest sporo punktów, którymi naprawdę można się zachwycić - są tu wątki stawiające na głowie nasze pojmowanie fundamentów świata, które, pogłębione, mogłyby wzbogacić tę książkę, są nietuzinkowi bohaterowie (weźmy choćby Cipuchę i Bzdeta - parę punków - bajka!, albo zagorzała antyklerykalistka Ola), są liczne finezyjne dialogi i scenki zaprawione nutą czarnego humoru, sama intryga, choć niewyjaśniona do końca (no bo kim tak naprawdę jest ten kapłan i skąt to jego ciężkie brzemię?), jest niegłupia i zastanawiająca. Jednocześnie są tu dłużyzny, posiekana, chaotyczna fabuła, liczne komiksowe spłycenia, jest trochę wymachiwania mieczykami, niektóre wątki zostały poprowadzone naiwnie. Pewnego smaczku dodaje wątek z nieco inną wersją zamachów z 11 września, stanowiący wodę na młyn dla zwolenników spiskowej teorii dziejów, wszędzie wietrzących tajemnicę, niedopowiedzenia, ukryte prawdy. Są również fragmenty erudycyjne, dowodzące sporej wiedzy autora, miejscami wręcz błyskotliwe. Szkoda, że nie udało się ich rozciągnąć na całość.


Nie jestem tą powieścią zachwycona ("Krew z placu lalek" przekonała mnie bardziej), choć zapewne dwadzieścia lat temu zachłysnęłabym się nią. Dziś mam więcej dystansu to tego typu lektur i postanawiam zakwalifikować "Kapłana" do dzieł typowo rozrywkowych, gdzie zapewne jest jego miejsce; udanych, ale z licznymi niedociągnięciami.


Moja ocena: trójka z plusem (3+/5).


Baza recenzji syndykatu Zbrodni w Bibliotece