Ads 468x60px

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dachau. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dachau. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 lipca 2013

Już się kręci!...

Kość niezgody różne miewa kształty. Ta, która ostatnio rozjątrzyła mieszkańców Dachau i podzieliła ich na dwa zwalczające się obozy, jest monstrualna i widoczna zewsząd - o co skądinąd właśnie toczy się spór. W dodatku kosztowała pięć milionów euro, co jednak nie powinno kłopotać nikogo poza rolnikiem, który sobie na taką ekstrawagancję pozwolił oraz bankiem, który mu ten kaprys ochoczo sfinansował. 

Mowa o nim:


... nowiutkim, wcinającym się swą masywną sylwetką w niebo i w zapatrywania zagorzałych zwolenników oraz zacietrzewionych przeciwników rewolucji agrarnej i energetycznej, dokonującej się na naszych oczach i podwórkach, wiatraku.

Podczas gdy jedni sarkają, że wiatrak szpeci malowniczy pejzaż bawarskiej prowincji, inni argumentują, że kilkadziesiąt lat temu szpeciły linie wysokiego napięcia, które teraz nikomu jakoś nie przeszkadzają. Jedni z łezką w oku biadolą, że piękne krajobrazy dostępne będą tylko dla dobrze radzących sobie z Photoshopem, inni perorują, że lepszy wiatrak od atomu, zwłaszcza takiego przeciekającego. 


Kość niezgody już się kręci i nie pozostaje nam nic innego, jak ją zaakceptować wraz z faktem, że złociste łany zbóż niedługo pewnie odejdą do przeszłości, a nam przyjdzie zawieszać wzrok na parkach solarnych, połyskujących technologicznym fioletkiem i gigantycznych fallusach, sterczących wyzywająco w niebo. 


Wiatrak już stał się nową wizytówką Dachau, a pomysłowi organizatorzy polsko-niemieckiej akcji malarskiej wykorzystali go do swych własnych, wyższych celów. Okazało się że ściany budowli świetnie nadają się na galerię pod chmurką, gdzie miała miejsce wystawa dzieł, powstałych w czasie plenerów, w których brali udział artyści z Polski i Niemiec. Eviva l'arte!


niedziela, 14 kwietnia 2013

Zakazane w kukurydzy

Labirynt w kukurydzy. Straubing 2012

Że zabawa w podchody w labiryncie wydeptanym w polu kukurydzy to świetna zabawa i ulubiona letnia rozrywka Niemców, wiadomo nie od dziś. Co jednak, jeśli w polu kukurydzy wydeptany zostanie nie niewinny wzorek, a zakazany symbol, np. swastyka? Okazuje się, że nic. Przynajmniej dopóki zbulwersowana wrona przelatująca nad polem nie doniesie na policję faktu rozpowszechniania symboli, których zakazuje konstytucja. Albo gdy na policję nie poleci nie mniej rozjuszony zniszczeniem mienia chłop. 

W przypadku swastyki, wydeptanej w polu kukurydzy nieopodal centrum handlowego M3 w gminie Karlsfeld koło Monachium (a dokładniej między Monachium a Dachau) przestępstwo zaistniało gdzieś w roku 2012. Z zeszłego roku bowiem pochodzą zdjęcia satelitarne tej okolicy, umieszczone na Google Earth. Akt wandalizmu zauważono dopiero niedawno. Na polu i po kukurydzy, i po sprawcach nie ma już śladu. Co innego w internecie. Tutaj koślawy symbol nadal straszy i wystawia brunatne świadectwo spokojnej osadzie, składającej się głównie z domków jednorodzinnych i sympatycznych osiedli szeregowców, zamieszkiwanych przez stateczne rodziny z dziećmi. Żadne tam slumsy, getta i społeczne doły. To w końcu jest przestępstwo, czy go nie ma?... 

Policja nie łudzi się, że uda jej się odnaleźć sprawców. Zbyt wiele czasu upłynęło od przestępstwa, nie ma śladów, nie ma świadków. Wykonała więc jedyny ruch, jaki jej pozostał: zażądała od koncernu Google usunięcia niezgodnych z konstytucją zdjęć. Co na to Goole?

Google zdjęć nie usunął. I nie usunie jeszcze przez co najmniej parę miesięcy. Tłumaczy się tym, że wymiana zdjęcia może nastąpić dopiero przy okazji następnej aktualizacji materiału zdjęciowego, a ta planowana jest za kilka miesięcy. I dodał, że z powodu jednego pola nie zamierza  wymieniać całej zdjęcia satelitarnego. Zresztą te i tak kupowane są od obcego operatora satelity, bowiem Google nie posiada własnych.

Ciekawe, co jeszcze można znaleźć na satelitarnych zdjęciach...

Zdjęcie z Google Earth

Tekst opracowano na podstawie materiału Süddeutsche Zeitung


niedziela, 16 września 2012

Ale numer czyli Hitler pozdrawia w Dachau - finał


Süddeutsche Zeitung jest dla mnie nieodłącznym elementem śniadania. Siódma rano, kawa, SZ i życie może toczyć się dalej. W tym tygodniu mój ulubiony dziennik doniósł o wydarzeniu, które graniczy z groteską, choć niewykluczone, że powinno budzić zgrozę... 

Otóż, jak pewnie wiecie, istnieje w Niemczech możliwość wyboru numerów rejestracyjnych. Nie ot tak, wolna amerykanka, wszystko dozwolone, tylko przy zachowaniu odpowiednich zasad i oczywiście za zwiększoną opłatą. Nie można sobie napisać na tablicach "DUPA", o nie. Ale ulubioną liczbę czy własne inicjały już jak najbardziej. Nie wszyscy wiedzą jednak, że istnieją inicjały i liczby zakazane. Na przykład od 2007 roku zakazane jest wszystko, co może kojarzyć się z nazizmem, czyli np. SS, SA, HH (od Heil Hitler), czy AH (od inicjałów Adolfa Hitlera). Podobnie jest z liczbami. Takie niewinnie wyglądające "88" jest zakodowaną wskazówką dla sympatyków neofaszystowskiej ideologii, jako że "H" jest ósmą literą alfabetu, a HH wiadomo, od czego jest skrótem. 

Nieźle się zatem zdziwił pewien zmotoryzowany mieszkaniec Dachau, widząc przed sobą pojazd o numerach rejestracyjnych: DAH-AH 88. Zdębiał, zlał się potem, zmartwiał. Ponury żart? Bezgraniczna zuchwałość? Czyn przestępczy, który powinien być ścigany? A może jednak ignorancja?... Sprawa nie dawała mu spokoju, zadzwonił więc do opowiedniej instancji, czyli urzędu, w którym rejestruje się samochody i wydaje tablice. Urzędnik, dowiedziawszy się w czym rzecz, zdębiał, zlał się potem, zmartwiał. Taki numer, i to w dodatku w Dachau, już bardziej nieszczęśliwie się już nie da... Sprawdził właściciela, na którego zarejestrowano kilka pojazdów, w tym wszystkie  ze skrótem "AH". Na widok imienia i nazwiska delikwenta zakiełkowało w nim podejrzenie, że to może wcale nie jest wyjątkowo bezczelny neonazista, a poczciwiec, chcący uwiecznić na tablicach własne inicjały... W oficjalnym oświadczeniu urząd oznajmił, że poczyni starania, by nakłonić właściciela nieszczęsnego pojazdu do zmiany numerów. Co jednak, jeśli ten pójdzie w zaparte? Okazało się, że pojazd był zarejestrowany przed 2007, a zatem zbitka numeryczno-literowa była wtedy nak najbardziej legalna. 

No i jak myślicie, jaki jest finał tej historii?...

Finał jest następujący: urząd faktycznie skontaktował się z właścicielem pojazdu. Okazało się, że kompletnie zaskoczony pan A.H. nie ma ultraprawicowych czy wręcz brunatnych przekonań politycznych, a o ukrytym znaczeniu wybranego numeru nie miał bladego pojęcia. "AH" znalazło się na tablicach, bo to jego inicjały, a "88" spodobało mu się i znacznie ułatwiało zapamiętanie. I nie poszedł w zaparte. Z pełnym zrozumieniem zgodził się na wymianę numerów. 

Tak sobie pomyślałam, że gdybym miała życzenie uwiecznienia własnych inicjałów na tablicach, to pupsko blade. AH...