Ads 468x60px

czwartek, 28 czerwca 2012

Erin Morgenstern "Nachtzirkus" (Night Circus) - a gdzie szczypta testosteronu?...



Wydawnictwo: Ullstein Hardcover
Data wydania: 15.03.2012
Język: niemiecki
Ilość stron: 464 Tytuł oryginału: The Night Circus
Cena: 19,99 euro
Nominacja do nagrody Mythopoeic 2012


Czasami ogarnia mnie chęć na coś nowego, ożywczego. Szukam wtedy lektury odmiennej od innych, przełomowej, nowatorskiej, intrygującej. Szperam w nominacjach do różnych literackich nagród, i niejednokrotnie zdarzyło się już, że odkryłam w ten sposób surowy diament, albo choćby niewielką, ale autentyczną perełkę. I tak to się stało, że kupiłam "Nocny cyrk", książkę-debiut amerykańskiej autorki Erin Morgenstern, nominowaną do Mythopoeic, wychwalaną pod niebiosa w Ameryce i w Niemczech. Dzwadzieścia euro nie w kij dmuchał, ale przynajmniej edytorsko książka całkowicie zaspokoiła mego czytelniczego zwierza - w twardej oprawie, w oszczędnych barwach, z subtelnymi hologramami, matowościami i glancem, które niestety na zdjęciu z wydawnictwa są kompletnie niewidoczne. Musicie więc w tym względzie uwierzyć mi na słowo.

A co z wnętrzem? Treść ukryta między szlachetnymi okładkami przy pierwszym ugryzieniu okazała się smakowita, intrygująca i niezwykła, czyli taka, jakiej szukałam. Rzecz dzieje się w dogorywającym dziewiętnastym wieku, a po Europie, nie, po świecie krąży cyrk. Cirque des Rêves nie jest zwykłym cyrkiem i nie mami jarmarcznymi atrakcjami. Pojawia się bez zapowiedzi, otwiera punktualnie o północy i oferuje niewidziane dotychczas dziwy, wysublimowaną magię, zapierające dech w piersiach sztuczki i artyzm - a wszystko to najlepszej jakości. Jak łatwo się domyślić, to, co pokazuje się widzom, to nie banalne kuglarstwo, ale najprawdziwsza magia, ukryta pod monochromatycznym płaszczykiem cyrku. I cyrk ów nie powstał, by czarować i zachwycać widzów, o nie. W gruncie rzeczy jest efektem pewnego zakładu, a nawet więcej - kulminacją odwiecznego zatargu dwóch magów, areną, na której ostatecznie zmierzą się ze sobą arcymistrzowie magii. Nie staną też w szranki osobiście. Clou tego zakładu jest wykształcenie ucznia, którego trzeba wykształcić w ten sposób, by pokonał rywala. I tak, przeciwniczką numer jeden zostaje Celia Bowen, córka jednego z obu magów, osóbka o wielkim naturalnym talencie, ale żywiołowej naturze i nieposkromionych emocjach. Jedną z ulubionych metod wpojenia dziecku dyscypliny przez tatusia jest codziennie obcinanie paluszków i przyglądanie się, jak adeptka radzi sobie z samodzielnym przywróceniem ciała do zwykłego stanu. Drugi z magów preferuje odmienną drogę - ucznia wyszukuje w sierocińcu i zamyka przed światem w otoczeniu książek, a młodziak odpowiednią magiczną wiedzę zdobywa sobie sam. Zakład przypieczętowany zostaje magią - przed potyczką nie ma ucieczki, a wygrać może tylko jeden...

Kto oczekuje jednak biegających i strzelających z różdżki innych wersji Harryego i Hermiony, ten puka do niewłaściwych drzwi. Autorka snuje swą opowieść nieśpiesznie, splatając ją z wolna ze strzępków scen, skacząc po czasie i miejscach akcji, delektując się oszczędnym konstruowaniem akcji. Przyznam, że początkowo dałam się oczarować jej magii, jej spływającym z pióra subtelnościom, zwiewnościom i mglistym, zatartym, onirycznym wizjom. Opis cyrku to maestria. Po stu pięćdziesięciu stronach ogarnął mnie jednak stupor, uszami zaczęły wychodzić piętrowe opisy wnętrz, potraw, ubiorów - finezyjne, ma się rozumieć, i przesłodkie. Strumień, który toczy swe wody leniwie, może się jednak zamienić w stojące i zalatujące zgniłym zapaszkiem bajoro, jeśli zatrzyma się na dobre. I tu mam wrażenie, że autorka tak się zapamiętała w swym tkaniu magicznego gobelinu, że umknęło jej parę elementarnych zasad budowania napięcia. Czego? Napięcia?... Tego tu ze świecą szukać. Przydałoby się tej powieści odrobinę testosteronu! Lekkiego przyspieszenia narracji, trochę więcej krwistych postaci, a nie papierowych wycinanek z albumu dla rozmarzonych nastolatek.

Nie ratują tej powieści nawet fajne bliźniaki, które przeszły na świat w cyrku i dorastają w magicznym otoczeniu, dopełniając perfekcyjnego widowiska. Nawet ci, którzy powinni być solą takiej historii, czyli geniusze zła, bezwględni magowie, są prawie nieobecni. Obiecany, iskrzący konfliktem i świetnie się zapowiadajacy wątek miłosny między Celią, a jej rywalem Marco, rozmywa się we wzdychaniach i staje niemal marginalny. Kunsztowna konstrukcja, którą wymyśliła sobie autorka, niestety nie zdaje próby. Zabrakło tu pazura. Nie tworzy się dobrej literatury z westchnień, mgiełek i magicznego migotania, jakkolwiek by zachwycały.

Niestety, rozczarowanie. Moja ocena: 2/5.

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Arno Strobel "Das Wesen" ("Istota") - arcymistrzowska gra pozorów

Wydawnictwo: Fischer
Język: niemiecki
Data premiery: 11 listopada 2010
Ilość stron: 368
Cena: 8,95 euro


Znowu muszę polecić Wam książkę, której na polskim rynku (jeszcze) nie ma, ale autor i owszem, zaistniał efemerydowo wydanym przez Replikę thrillerem "Magus". (Ten jednak nie jest zbytnio reprezentatywny dla tego, co pisarz tworzy obecnie). Powieść "Das Wesen" ("Istota") pochłonęła mnie bez reszty, wciągnęła niczym trąba powietrzna i nie puściła aż do ostatniej sceny. Rzadko mi się ostatnio zdarzają takie książki, więc postanowiłam, z czystej złośliwości oczywiście, narobić Wam smaku, a może i skusić któregoś z wydawców...

Co takiego ma w sobie ta niepozorna książka, że nie da się jej odłożyć, dopóki nie pozna się odpowiedzi na zasiane przez autora pytania? Otóż ma ona napięcie, finezyjną, inteligentną grę pozorów i konstrukcję typu matrioszka, w której do końca nie wiadomo, czy to już ostateczna odsłona, czy też autor ma jeszcze w zanadrzu jednego asa.

Fabuła toczy się dwutorowo: w latach dziewięćdziesiątych, kiedy to znalezione zostają zwłoki dziewczynki i współcześnie. Wówczas śledztwo prowadził  komisarz Menkoff, wspierany przez asystenta Seiferta, sprawcę schwytano i w poszlakowym procesie skazano na długoletnie więzienie. A był nim znany psychiatra, doktor Lichner, do samego końca upierający się przy swej niewinności. Drugi strumień akcji płynie trzynaście lat później, w 2009 roku, po wyjściu Lichnera na wolność. W wątku współczesnym policja otrzymuje anonimowy telefon, informujący o porwaniu dwuletniej dziewczynki. Rozmówca podaje tylko adres i rozłącza się. Na miejscu komisarz Menkoff i Seifert nie posiadają się ze zdumienia, kiedy drzwi otwiera im... Lichner, podobnie jak oni skonsternowany powtórnym spotkaniem. Lichner o żadnym porwanym dziecku nic nie wie. Sąsiadka potwierdza jednak, że w mieszkaniu obok, w koszmarnej i zapuszczonej ruderze, gdzie jedynym pomieszczeniem, do którego da się wejść bez wstrętu, jest odnowiony pokój dziecka, widywała czasem małą dziewczynkę, a pod danym adresem faktycznie zameldowana jest dziewczynka, będąca rzekomo córką Lichnera. Psychiatra zaprzecza kategorycznie, jakoby kiedykolwiek miał dzieci. Śledztwo ujawnia jednak, że rzeczone dziecko jednak przyszło na świat dwa lata temu, jednak już wkrótce okazuje się, że wpis szpitalny został sfingowany. Sąsiadka przyznaje również, że została przekupiona, by powiedzieć policjantom o dziecku. Kto i co próbuje zataić? Kto wrabia Lichnera i dlaczego? Kto pociąga za sznurki w tej piekielnej grze pozorów?

Krok po kroku okazuje się, że Lichnera łączyło z komisarzem więcej. Przed skazaniem psychiatra miał przyjaciółkę, Nicole Klement. To ona przyczyniła się w dużej mierze do skazania, podając obciążające Lichnera zeznania i dostarczając decydującej poszlaki. Menkoff jakiś czas później sam związał się z piękną Nicole, związek ten jednak nie przetrwał próby czasu -  Nicole była niełatwą partnerką. Okazuje się jednak, że po wyjściu z więzienia doktor Lichner znowu jest z Nicole... Menkoff gubi się w domysłach i przypuszczeniach, natomiast Seifert coraz bardziej utwierdza się w przekonaniu, że Lichner być może naprawdę siedział za nic, a osobą, która mogła się do tego przyczynić, był jego zwierzchnik. Jaką rolę odgrywa w tym wszystkim Nicole? Czy Lichner faktycznie zamordował trzynaście lat temu dziecko? A może został skazany niesłusznie, a morderca nadal jest na wolności? Kto jest autorem tej wyrafinowanej psychologicznej gry?... Autor bawi się z czytelnikiem, wodzi go za nos, nie pozwala uwierzyć w żaden wariant, podważa prawdy i półprawdy, a to, co wydawało się pewnikiem, za moment staje się stertą gruzów, spod której wyłania się prawda... Czyżby?...

Sposób, w jaki autor buduje tę skomplikowaną konstrukcję, jest genialny, wysublimowany, finezyjny. Niepozorna książka okazała się jednym z lepszych psychologicznych thrillerów, jakie czytałam, i nie ma w tym ani słowa przesady. Znakomicie wykreowana została postać Menkoffa, który ściga Lichnera ze wściekłą zajadłością niczym najgorszego wroga, ślepy na logiczne argumenty i niezdolny do rozsądnych działań, zwłaszcza, gdy w kulminacyjnej części tej historii zostaje uprowadzona jego własna córeczka. Doktor Lichner zaś to typ obrzydliwie arogancki i zadufany w sobie, nieprzeciętnie inteligentny i spoglądający na wszystkich z wyższością. Cudowny, zażarty pojedynek dwóch gladiatorów śledzi i relacjonuje Seifert - to z jego ust dowiadujemy się zarówno o wydarzeniach sprzed parunastu lat, jak i o aktualnych, coraz bardziej dramatycznych i poplątanych okolicznościach sprawy. A skołowany czytelnik chłonie to wszystko, zadając sobie pytanie: to jak naprawdę było? Po lekturze uświadamia zaś sobie relatywizm prawdy, ze wstydem przyznając, że dał się zmanipulować...

Jeśli zaakceptujemy również zakończenie (no... powiedzmy, że tak faktycznie mogło być...) to okaże się, że to świetna pozycja. Strobl przekonał mnie do siebie, bez dwóch zdań, i zamierzam już wkrótce rzucić się w jego objęcia po raz drugi. I trzeci... I czwarty też, bo autor szykuje na jesień kolejny kryminał...

Moja ocena: piąteczka (pal sześć zakończenie, ważne było trzysta pięćdziesiąt stron wypełnionych dreszczem emocji!): 5/5.

Swoją drogą, ostatnio trafiają mi się znakomite książki... Dawno żadnej trójeczki nie wystawiłam, nie mówiąc o pałach...


niedziela, 24 czerwca 2012

James Lee Burke "Bogowie deszczu" - naznaczeni stygmatem zła

Wydawnictwo: Sonia Draga
Tłumaczenie: Maciej Potulny
Tytuł oryginalny: Rain Gods
Liczba stron: 448
Data wydania: czerwiec 2012

Cena: 36,90 zł

Dawno tak nie przedzierałam się przez żadną książkę jak przez tę powieść amerykańskiego uznanego i wielokrotnie nagradzanego autora Jamesa Lee Burke'a. Moje pierwsze spotkanie z nim było trudne, dość dołujące, ale w niepojęty sposób satysfakcjonujące. Gęsta to proza, niezwykle plastyczna, i chyba jednak odmienna od tego, czego przeciętny czytelnik oczekuje po etykietce "amerykańskiego thrillera".

Fabułę w zasadzie można zawrzeć w paru zdaniach - gdzieś na zapomnianej przez ludzi i Boga amerykańskiej prowincji, pod rozpalonym teksańskim niebiem, pośród wszechobecnego kurzu, ktoś morduje grupkę tajskich kobiet, prawdopodobnie prostytutek albo przyszłych prostytutek i zakopuje ciała za ruderą kościoła, starannie wyrównując teren spychaczem. W żołądkach kobiet znajdują się worki ze znaczną ilością narkotyków. Kto dokonał makabrycznej zbrodni? I dlaczego? Odpowiedź nie jest skomplikowana, a akcja dość prędko zapętla się w rozgrywkach pomiędzy paroma pozbawionymi skrupułów bandytami, pewnym wrobionym w sprawę żydowskim właścicielem nocnego klubu, byłym żołnierzem, który z wojny z Iraku przywiózł do domu traumę i potworne blizny na plecach i duszy, i szeryfem, mającym swe lata i doświadczenia, który niczym uczciwy do bólu John Wayne kroczy swoją drogą, wierny zasadom, ale też nie rozpieszczany przez los i użerający się z demonami przeszłości, alkoholu i własnym uczuciem do pewnej kobiety. Acha, i jest tam jeszcze Kaznodzieja. Człowiek, a może fantom?... Morderca czy biblijny prorok, wymierzający sprawiedliwość? Prostak czy erudyta?... To jedna z najbardziej fascynujących i tajemniczych postaci tej książki, do samego końca wymykająca się zaszufladkowaniu, ocenie, a ostatecznie i sprawiedliwości (chyba...).

W tym gąszczu osobistych rozgrywek nie chodzi o jakieś spektakularne pościgi czy strzelaniny (chociaż tych ostatnich naprawdę tu nie brakuje), ale o to, co dzieje się w duszach tych ludzi, o ile niektórzy z nich w ogóle takie posiadają. Burke umiejętnie rysuje wewnętrzną walkę ze słabościami, duchowe rozterki i ucieczki, odnajdywanie niespożytych sił tam, gdzie nie powinno ich być, i sromotną klęskę tam, gdzie spodziewać się można było zwycięstwa. To garstka gladiatorów, osobliwe nagromadzenie liżących rany wykolejeńców o poszarpanych duszach, a przyglądanie się ich porażkom i małym zwycięstwom w dziwny sposób dotyka i porusza do głębi.

No i jest tu pył. Wyziera z każdej strony tej książki (nie przesadzam), wiruje po pustkowiach, wdziera się w każdą szczelinę, otula cienką warstwą spoconą skórę, doprowadza do szaleństwa i każde błagać o deszcz, który przyniesie ulgę. To wplecenie w fabułę nieubłaganych sił natury jest wyjątkowym środkiem stylistycznym, nienowym przecież, ale w tej powieści decydującym. Ten żar i kurz, ta gra świateł na przygniatającym niebie, wreszcie i deszcz, wyczekiwany, ale nie przynoszący orzeźwienia, wszystko to sprawia, że wychodzimy z lektury tej książki jak wypluci, przygnieceni ciężkim klimatem i zdołowani atmosferą. Jeśli czegoś w tej książce nie ma, to nadziei, promyka słońca na horyzoncie, perspektywy na lepsze, nawet jeśli w ostatecznej rozgrywce nie mamy tutaj klęski, a zakończenie może napawać optymizmem.

Dlatego nie polecam tej książki tym, którzy są łasi na lekkie historyjki, połykane w jedno popołudnie. Ta pozycja to ciężki kaliber, ale kaliber, którego się nie zapomni po tygodniu. Gdzieś coś z tego zakurzonego spłachetka Ameryki pozostanie. Gdzieś utknie zadra niepokoju, każąca zadawać sobie pytanie o genezę zła i o to, czy da się je wyplenić. A poza tym, tak szczerze mówiąc, to kawał dobrze napisanej prozy.

Moja ocena: czwórka (tylko czwórka, ujemne punkty za mozół i przygnębienie) 4/5.



Baza recenzji syndyktatu Zbrodni w Bibliotece

czwartek, 21 czerwca 2012

Co czytają Niemcy cz. 6 - listy bestsellerów

Strasznie dawno nie podglądaliśmy czytelniczych nawyków Niemców. Ostatnim razem byliśmy na Amazonie na początku maja, pora na kolejne zestawienie zaodrzańskich bestsellerów.
10 najlepiej sprzedających się kryminałów wg księgarni internetowej Amazon z 21.06.2012:


1. Rainer Löffler Blutsommer (pol. -)
2. Chris Carter Der Knochenbrecher (oryg. The Nigth Stalker, pol. - )
3. Marc Elsberg Blackout - Morgen ist es zu spät (pol.-)
4. Jussi Adler-Olsen Verachtung (oryg.  Journal 64, pol. Rejestr 64 wyd. Słowo / obraz terytoria, zapowiedź)
5. Andreas Franz, Daniel Holbe Todesmelodie (pol. -)
6. Donna Leon Reiches Erbe: Commissario Brunnettis zwanzigster Fall (oryg. Drawing Conclusion pol. -)
6. Chris Carter Der Kruzifiks-Killer (oryg. The Cruzifix Killer, pol. Krucyfiks wyd. Sonia Draga
7. Jean-Luc Bannalec Bretonische Verhältnisse (pol. -)
8. Karen Rose Todesherz (oryg. You belong to me, pol. -)
9. Jussi Adler-Olsen Erlösung (oryg. Flaskepost fra P, pol. - List w butelce, wyd. Słowo / obraz terytoria, zapowiedź)
10. Tess Gerrtisen Totengrund (oryg. Killing Place UK / Ice Cold US, pol. Dolina umarłych wyd. Albatros)

(W zestawieniu pominęłam elektroniczne wersje.)

No i sporo się zmieniło. Przede wszystkim trzeba odnotować spektakularne pierwsze miejsce debiutanta Rainera Löfflera i jego thrillera "Blutsommer" ("Krwawe lato"). Najwyraźniej udało mu się wyprodukować prawdziwego hiciora - książka sprzedaje się jak świeże bułeczki, traktuje o seryjnym mordercy i brutalnych morderstwach. Podobno niesamowita, na Amazonie zbiera świetne opinie. Zaopatrzę się i zdam relację.

Z innych ciekawostek - zwróćcie uwagę na najnowszą powieść Jussi Adler-Olsena "Verachtung" (pol. Rejestr 64), czwartą część rewelacyjnego cyklu z Moerckiem, która ma się ukazać dopiero we wrześniu, ale Amazon już uwzględnia sprzedaż  (zamówienia, w tym moje, szczerze powiedziawszy...). W Polsce trzeba będzie na nią jeszcze poczekać, w zapowiedziach jest, ale nie wiadomo kiedy się ukaże.

Z absolutnych nowości wymienię jeszcze najnowszy kryminał Karen Rose, ale nie powiem Wam nic na ten temat, bo tego cyklu (to jest cykl?) jakoś nie śledzę. Warto za to wymienić Chrisa Cartera, który ma aż dwie książki na liście: Der Knochenbrecher i wydany w Polsce Krucyfiks. Podobno są świetne, zamierzam wkrótce testować.

Odrobinę spadła książka innego debiutanta, Jean-Luca Bannaleca, pół-Francuza, pół Niemca, który odniósł oszałamiający sukces swoim "urlopowym" kryminałem "Bretonische Verhältnisse", trochę podobnym w stylu do Donny Leon, tyle że osadzonym w malowniczej Bretanii.


W dziale fantastycznym dziś małe novum: umieszczam w zestawieniu wyłącznie książki science-fiction, jako że ogólna sprzedaż fantasy i sf zdominowana jest całkowicie przez Igrzyska śmierci i cykl Georga R. R. Martina, co już naprawdę stało się nudne.

Pierwsza dziesiątka najlepiej sprzedających się książek science fiction wg Amazon z 21.05.2012:
1. James Swallow Nemesis - Der Große Bruderkrieg 13: Warhammer-40,000 (oryg. Nemesis. Horus Heresis, pol. cykl Herezja Horusa, ma się ukazać w tym roku w Fabryce Słów)
2. Dan Abnett Letzte Zuflucht: Warhammer-40,000 (oryg. Salvation's Reach (Gaunt's Ghousts) pol. cykl Duchy Gaunta, wydane przez Copernikus Corporation)
3. David Weber Der Widerstand (oryg. Out of the Dark, pol. Z mroku, wyd. Rebis)
4. Daniel Suarez DAEMON Die Welt ist nur ein Spiel (oryg. Daemon, pol. Demon, wyd. Amber)
5. Douglas Adams Per Anhalter durch die Galaxis (oryg. The Hitchhiker’s Guide to the Galaxy, pol. Autostopem przez galaktykę)
6. Daniel Suarez Darknet (oryg. Darknet, pol. Darknet. wyd. Amber)
7. J. L. Bourne Tagebuch der Apokalypse (oryg. Day by Day Armageddon, pol. -)
8. Ray Bradbury Fahrenheit 451 (oryg. Fahrenheit 451, pol. 451 stopni Fahrenheita)
9. Philip K. Dick Das Orakel vom Berge (oryg. The Man in the High Castle, pol. Człowiek z wysokiego zamku)
10. Thomas Plischke Autopilot: Justifiers-Roman 7 (powieść ze świata Justifiers, pol. - )

(W zestawieniu pominęłam elektroniczne wersje.)

Mam niejakie wrażenie, że to lista dość dziwna. Zdaję sobie sprawę, że Amazon, choć jest największą księgarnią internetową w Niemczech, na pewno nie jest reprezentatywny pod względem ogólnej sprzedaży książek. Ludek, kontemplujący fantastykę, jest z drugiej strony narodem dość specyficznym, wiernym gatunkowi i wydającym znacznie więcej pieniędzy na ukochane książki niż ludek niefantastyczny. Cóż, cokolwiek o tej liście sądzić, myślę, że pokazuje pewne zjawiska na rynku książek fantastycznych. Przede wszystkim mamy tu wysokie pozycje powieści ze świata Warhammer i Justifiers, zaskakuje obecność trzech klasyków - Bradbury (wiadomo, niedawna śmierć pisarza sprawiła, że ludziska rzucili się na jego dzieła), Philip K. Dick i Douglas Adams. Książka Davida Webera ma wyjść na dniach (także i w Polsce), a że ma on swoich wiernych fanów, wysoka pozycja wydaje się zrozumiała. Trochę tylko zastanawia Daniel Suarez i jego dwie pozycje, które obie ukazały się już jakiś czas temu. Czyżby szykował coś nowego?

środa, 20 czerwca 2012

Znacie tę kapliczkę?...

Zdjęcie z prywatnych zbiorów I. Löhnig
Wszystkich, którzy są już po lekturze książki Inge Löhnig "Zapłatą będzie śmierć", zapytowywuję, czy kojarzy się Wam z czymś ta kapliczka?...

Tak, tak, to leśna kapliczka w Mariaseeon. To tu, w czasie rowerowej przejażdżki po kompleksie leśnym Sauerlacher Forst, w głowie autorki zrodziła się idea, by w tym urokliwym zakątku popełnić literacką zbrodnię...

Inge Löhnig od jakiegoś czasu zamieszcza na swojej stronie zdjęcia miejsc, opisywanych na stronicach swych powieści. Wpadnijcie, zobaczcie sami. A tych, którzy nie wiedzą, kto morduje i dlaczego, zapraszam do lektury!

wtorek, 19 czerwca 2012

Marek Krajewski "Rzeki Hadesu" - unurzanie w występku i obrzydliwości

Wydawnictwo: Znak
Data premiery: 5/2012
Liczba stron: 269
Cena : 32,90 zł
 
Wstręt. Głęboki, przenikający do szpiku kości, wywołujący gęsią skórkę, namacalny wstręt. Tym jednym słowem mogłabym podsumować odczucia, jakie wywołała we mnie kąpiel w rzekach Hadesu, płynących przez karty najnowszej powieści Krajewskiego, i to począwszy od wizualnej kontemplacji okładki, która sama w sobie stanowi zapowiedź niewyobrażalnej perwersji.
 
Nie jest to przyjemna lektura. Nic na upalne letnie popołudnie, na delektowanie się lekką bryzą w ogrodzie, buczeniem pszczół, smakiem dobrej herbaty - chyba, że potraktujemy to nasze błogie popołudnie jako swoisty kontrapunkt lub kotwicę, która uratuje nas przed porwaniem przez nurt mrocznych piekielnych wód.
 
No dobra, dosyć tego górnolotnego ględzenia. O co chodzi w tej książce? Telegraficznie: to dalsze, powojenne losy Popielskiego (nieznających tej postaci odsyłam jednak do lektrury wcześniejszych powieści Krajewskiego, która lepiej naświetli rzecz), wyrwanego z ukochanego Lwowa, przeniesionego wichrami wojny do Wrocławia, gdzie los konfrontuje go z przeszłością i każe stawić czoła perfidnemu i inteligentnemu pedofilowi. No, telegraficznie wprawdzie nie było, ale już wiadomo, o co chodzi. Stawka jest wysoka - ubecja przetrzymuje i torturuje kuzynkę Popielskiego, Leokadię, która w kazamatach wrocławskiego więzienia przechodzi piekło, ale znanego jej miejsca pobytu Edwarda nie zdradza. Jeśli ukrywającemu się pod koloratką byłemu lwowskiemu śledczemu uda się wpaść na trop zboczeńca, który porwał dziecko szefa bezpieki, uratuje Lodzię i siebie. I tak Popielski pierwsze kroki kieruje do... konfesjonału, gdzie podczas swoistej spowiedzi przenosi czytelnika do przedwojennego Lwowa, gdzie raz już miał sposobność zetknąć się ze zwyrodnialcem, a przyjaciela, Eberharda Mocka, znanego z wrocławskiego cyklu kryminałów, wprowadza w sprawę. Niezwykły ten duet razem podejmuje trop.
 
Podzielona na dwie epoki, dwa odmienne światy wręcz (lwowski przedwojenny i wrocławski powojenny) intryga jest przemyślana, spójna, choć nie zaskakująca, a wytrawny czytelnik nie będzie miał kłopotów z wytypowaniem sprawcy - tym razem nie morderstwa, a wstrętnego molestowania najbardziej bezbronnych wśród bezbronnych - niepełnosprawnych umysłowo dzieci. Nie zawiłości kryminalnej intrygi stanowią walory tej książki. To wierne, nadzwyczaj plastyczne i wnikliwe odzworowanie minionej epoki, wskrzeszenie umarłego świata, zarejestrowanie na kartach powieści zapachów, barw i smaków tamtego Lwowa - wspominanego z sentymentem i rozrzewnieniem, ale i ukazującego swe mroczne i cuchnące rewiry, wysuwającego groźny pazur i wykrzywiającego kryminalne oblicze. Krajewski jest erudytą, filologiem klasycznym i pokazuje to niemal w każdej scenie. To jego precyzyjna narracja, nie zawsze łatwowchłanialne, ale brutalnie dobitne frazy są solą tej powieści. To się czyta, kontempluje i z przerażeniem rejestruje dreszcz obrzydzenia, wstrętu, bo rysowane tu wizje godzą mocno, boleśnie i bezlitośnie. I znowu jesteśmy przy wstręcie.
 
To nie jest powieść dla mimoz, wrażliwych dusz, wzdrygających się przy bezpośrednich opisach najgorszego ludzkiego bestialstwa. Sceny więzienne, a potem relacja z wykorzystania dziecka to apogeum obrzydliwości. Wydawałoby się, że ten poziom degeneracji osiągnięto dopiero w dwudziestym pierwszym wieku, że to cywilizacja i postęp zaraziły zgnilizną ludzkie dusze. Okazuje się, że oni przed wojną i tuż po niej też mieli swoich zboczeńców, i to nie gorszych niż wszystkie hanibale lectery współczesnej literatury kryminalnej razem wzięte.
 
To nie jest powieść dla lubiących kalejdoskopowe szybkie sekwencje, tempo, akcję. To także nie jest powieść dla tych, którzy chcą być zaskakiwani przez autora co dziesięć stron kolejnym zwrotem akcji. Nie znajdziecie też wyposażonego w atrybuty supermena detektywa, który siłą ostrego jak skalpel intelektu rozstawia po kątach zbrodniarzy. Popielski jest pod tym względem zaprzeczeniem obiektu westchnień pochłaniających prędkie thrillery dam. Jest jakiś taki... wstrętny. Jego fizis odstręcza, obyczajowe nawyki i to, co się dzieje w jego alkowie, nie są ani specjalnie chwalebne, ani zbytnio apetyczne. Ba, współczesne feministki i pogromcy ksenofobii zatrzęsą się pewnie z oburzenia, wyławiając spośród rzucanych tu i ówdzie dygresji i dywagacji przedstawicieli tamtej epoki świadectwa ówczesnych światopoglądów. Jeden z niemieckich czytelników wydanej niedawno u naszych sąsiadów "Głowy Minotaura" wytknął obu bohaterom, że cały czas tylk żrą, chleją i się łajdaczą - i trudno mu zarzucić, że całkowiecie mija się z prawdą...  Ale to przecież także element tamtej rzeczywistości, niepiękny, uwierający, prawdziwy.
 
Ci, którzy Krajewskiego nie trawią, pewnie go po tej książce nie polubią. Fani, a także czytelnicy ceniący pewną literacką "wartość dodaną" wyjdą z lektury usatysfakcjonowani. I jedni, i drudzy będą musieli przyznać, że to elita polskich kryminalistów.
 
Moja ocena: przy wszystkich wspomnianych minusach jednak piąteczka (5/5).
 

Pięć papryczek od... kurczę, nie mam rymu! Kto pomoże?
Baza recezji syndykatu Zbrodni w Bibliotece
 
 

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Jeszcze można wygrać...


Wszystkich z Was, którzy nie mieli szczęścia w moim blogowym konkursie, zapraszam do Zbrodni w Bibliotece, gdzie odpowiadając na jedno niezbyt trudne pytanie (odpowiedź łatwo znaleźć na portalu), można wygrać kryminał Inge Löhnig "Zapłatą będzie śmierć". Konkurs potrwa do 24 czerwca.

piątek, 15 czerwca 2012

Cornelia Funke "Reckless. Kamienne ciało" - baśnie braci Grimm reloaded

Wydawnictwo: Egmont
Seria: Reckless
Tytuł oryginału: Reckless. Steinernes Fleisch
Tłumaczenie: Krystyna Żuchowicz
Liczba stron: 384
Data wydania: 2012

Cena detaliczna: 34,99 zł

Wychowały się na nich pokolenia maluchów. Wryły się w świadomość rzeszy dzieciaków na całym świecie, zyskały nieśmiertelność w Panteonie mitycznych postaci, straszą, bawią i pocieszają od wieków - Królewna Śnieżka, krasnoludki, zła czarownica pożerająca dzieci, Śpiąca Królewna pogrążona w zaczarowanym śnie, złota kula, wróżki, skrzaty, jednorożce... Bracia Grimm stworzyli klasyczny bajkowy świat, który stał się nieodłączną częścią europejskiej spuścizny, kulturowym fundamentem dla wielu dzieł literatury. Ten świat nadal żyje. I się rozwija. Nie wierzycie? Świat Śnieżki, rządzony przez armię strzelających z pistoletów kamiennych żołnierzy? Przemierzany koleją parową? Świat na progu industrializacji? Tak.  

To ten sam świat. Pozbawiony warstewki różowego lukru, niemieckiej "Gemütlichkeit", świat na skraju wojny, zagłady, upadku. Świat dziecięcych marzeń, który niespodziewanie dorósł. I stał się śmiertelnie niebezpieczny.

Cornelia Funke, najbardziej znana na świecie współczesna niemiecka autorka, długo kazała czekać swoim fanom na kolejną książkę - od czasów "Atramentowej Trylogii" nie rozpieszczała zbytnio czytelników. I wreszcie jest - nowa powieść, początek nowego, cyklu, nowa opowieść, nowy - a jednocześnie dobrze znany - świat, narysowany śmiałą, zamaszystą kreską, odtworzony z miłością do detalu i poprowadzony dalej - w klimaty mroczne, posępne, oniryczne.

Dwunastoletni Jakub Reckless, mieszkający wraz z matką i bratem Willem (Jakub i Will - mówi Wam to coś?...) w nowojorskiej kamienicy, przypadkiem odkrywa w pokoju ojca - zaginionego przed laty w niewyjaśnionych okolicznościach - lustro. Niepozorne, stare, zaśniedziałe lustro. A jednak niezwykłe - bowiem będące bramą do innego, równoległego świata. Ciekawski dwunastolatek znajduje sposób, by przejść na drugą stronę - i ląduje w świecie, w którym znajome, zwykłe rzeczy mogą przynieść zgubę. Lepiej nie dotykać w lesie drzew, bo ukąszenie korogryza sparaliżuje nieostrożnego. Chmary błędnych ogników wywiodą go na manowce, a przekleństwa złotych kruków wprawią w obłąkanie. I jeszcze może napotkać chatę z piernika, w której zła wiedźma tuczy pożerane później dzieci... Jakub coraz częściej wymyka się do innego świata, coraz dłużej zostaje po drugiej stronie lustra, by w końcu zadomowić się w nim. Jakub dorasta i zostaje poszukiwaczem skarbów, łowcą magicznych artefaktów, szukanych na zlecenie cesarzowej i innych znakomitych klientów. I jest w tym najlepszy.

Wszystko zmienia się z chwilą, gdy - znów przez przypadek - podąża za nim jego młodszy brat Will, sprowadzając na siebie zgubę. Will, nieświadomy niebezpieczeństw tego świata, nieobeznany z jego pułapkami, pada ofiarą klątwy Czarnej Nimfy, najpotężniejszej i najgroźniejszej z nimf, kochanki króla goylów - istot z kamienia, zamieszkujących pieczary w głębi ziemi. Jego ciało zaczyna zamieniać się w kamień - połyskujący zielenią nefryt. Wedle legendy nefrytowy goyl ma niezwykłą moc, dzięki której potrafi ochronić swego króla w każdej sytuacji. Jakub musi znaleźć antidotum na czar nimfy, zanim Will do reszty zamieni się w goyla, zapomni o bracie i ukochanej Klarze i stanie się maszynką do zabijania. Willa szukają już zastępy goylów, chcąc dopaść legendarnego nefrytowego człowieka-goyla i wydać królowi i Nimfie. Rozpoczyna się wyścig z czasem i podróż przez krainę pełną niebezpiecznej, ale i wielce użytecznej magii...

Szalona to jazda, na której nieustannie napotykają miejsca i postacie, znane im z bajek opowiadanych przez dziadka. Szwansztajn, miasteczko oświetlone gazowymi latarniami, którego mieszkańcy patrzą w przyszłość i gonią za inżynierskimi nowinkami - czy to przypadkowa nazwa?... Zamek śpiącej królewny, opleciony kolczastym pnączem... Tyle że w tym świecie śpiąca królewna nigdy nie obudziła się z zaklętego snu, bo nigdy nie przybył książę, który pocałunkiem zbudziłby ją ze śmiertelnego letargu - jej suknia jest pożółkła ze starości, skóra cienka jak pergamin, zaś zamek zamknięty w kleszczach ciernistych pędów, z których tu i ówdzie sterczy zmumifikowana ręka...

Dużo się dzieje, akcja mknie naprzód, nie zatrzymując się na niepotrzebne przystanki i nie tracąc czasu na zbędne dłużyzny. Funke maluje ten świat prędką kreską, tworzy plastyczne, filmowe obrazy (nic dziwnego, wszak w tworzeniu tego świata pomagał jej scenarzysta Lionel Wigram, maczający również palce w ekranizacji książek o Harry Potterze), ale nie przytłacza rozmachem wizji, pozostawiając czytelnikowi miejsce dla własnej wyobraźni. Można się w tej wizji zatracić, zanurzyć w jej mroku, onirycznym, posępnym pięknie. Można do tego świata zatęsknić, bo znamy go jak własną kieszeń, odkrywamy znane elementy, a jednocześnie wciąż jesteśmy zaskakiwani siłą wyobraźni autorki, mocą jej pędzla. Jej styl jest nienachalny, czasem nawet lakoniczny. Krótkie rozdziały, zwięzłe opisy, suche, telegraficzne zdania - daleko leksykalnej stronie tej powieści do orgiastycznej obfitości, do barokowego przesytu, który tak zmęczył autorkę pod koniec pisania "Atramentowej Trylogii". A zatem - zamierzony efekt.  

Sama intryga jest bardzo baśniowa, oparta na motywie drogi, misji i wyzwania. Zadanie, z jakim musi się zmierzyć Jakub, wydaje się niemożliwe, a bohater spotyka na swej drodze wszelkie możliwe przeszkody, zbiera od losu wszelkie ciosy, jakie tylko można sobie wyobrazić i wychodzi z opresji nie jako zwycięzca, a jako człowiek rozgoryczony, pokonany, wciąż na nowo odnajdujący w sobie siłę do dalszej walki, do dalszych poszukiwań. Gnany miłością do brata, który nawet nie zdaje sobie sprawy, czym przyjdzie zapłacić Jakubowi za ratunek. I tak jak cały ten świat odarty jest z cukrowej otoczki, tak i zakończenie odarte jest z klasycznego happy endu. Jakub Reckless nie może spocząć...
"Reckless" to tak zwana młodzieżówka, ale nie znajdziecie w niej wszechobecnych wampirzych wątków. Jest w niej za to nieodwzajemniona miłość, jest zemsta, chciwość, polityczne brudy - wszystko to, co ma do zaoferowania realny, "dorosły" świat. To młodzieżówka, więc nie sposób porównywać ją do złożonej, epickiej fantasy przeznaczonej dla innego grupy docelowej, jaka wychodzi spod pióra choćby Valente. Bohaterowie "Reckless" są znacznie starsi niż postacie znane z "Atramentowej trylogii" - to dwudziestolatkowie. Dorośli, jak dorósł świat baśni. Czyżby zacierała się granica między bohaterami dziecięcymi, a tymi czytelników dorosłych?... Może tak. Książka może w każdym razie zainteresować czytelników dojrzałych, którzy nie zamykają się na dziecinne marzenia, wiarę w miłość, bezinteresowność i walkę w słuszną sprawę.

Ja dałam się zachwycić i przenieść w świat moich dziecięcych marzeń, zaprawiony nutką "dorosłej" goryczy, "młodzieńczej" melancholii.  Zanurzyłam się w świecie bajek, który poszedł własną drogą i zaczął żyć własnym, mrocznym życiem. Baśnie braci Grimm - reloaded.


Moja ocena: podobało mi się. Daję czwórkę z plusem (4+/5).

Projekt "Reckless" jest obliczony na wiele tomów. Ile, tak naprawdę nie wie i sama autorka. Wiadomo, że w kolejnych częściach pojawią się wątki z baśni rosyjskich, orientalnych, być może też amerykańskie legendy indiańskie. Z pewnością pojawi się i ekranizacja. Książka zrobiła furorę w Niemczech (pierwszy nakład wyniósł 1 milion egzemplarzy, książka z miejsca znalazła się na pierwszym miejscu na szczyt list bestsellerów i przez 15 tygodni utrzymała się w pierwszej ósemce).

A tak wyglądają okładki niemieckich, oryginalnych wydań (druga część, "Lebendige Schatten", to dopiero zapowiedź):

Druga część serii Reckless ukaże się w Niemczech i w Polsce na jesieni tego roku.


czwartek, 14 czerwca 2012

Jakub Ćwiek "Kłamca" - zadatek na kultowego bohatera

Cykl: Kłamca Tom: 1
Wydawca: Fabryka Słów
Data wydania: listopad 2005
Liczba stron: 272
Cena: 25,99 zł


W mojej niedawnej rozmowie ze znajomą pisarką, Inge Löhnig, całkiem przypadkiem wypłynęła kwestia debiutów. Autorka poddała w wątpliwość słuszność praktyk niektórych wydawnictw, które na fali sukcesu popularnego pisarza przypominają jego debiutanckie, wczesne dzieła, które wprawdzie podówczas się nie przebiły, ale są wydawane celem wyciągnięcia z kieszeni spragnionego nowości fana paru dodatkowych złociszy, tudzież centów. Dzieła te, jak to często z debiutami bywa, mają niekiedy jakość wątpliwą, jako że pisarz kretynem nie jest i zazwyczaj przechodzi duchowy i warsztatowy rozwój, co widać gołym okiem jak czerowny pryszcz na nosie. Stąd, mimo że aktualne powieści twórców takich jak - pozostańmy na poletku literatury popularnej - Jussi Adler-Olsen czy niemiecka autorka bestsellerów Nele Neuhaus, są świetne, to ich wczesne produkty są żenująco niedojrzałe i pełne błędów godnych żółtodzioba. Rozczarowanie czytelnika jest z góry zaprogramowane...

"Kłamca" Jakuba Ćwieka jest debiutem. Napisany już dobrych parę lat temu zbiorek powiązanych ze sobą miniatur, połączonych osobą głównego bohatera, nordyckiego boga kłamstw, iluzji i ułudy, wówczas odbierany był inaczej niż po latach, kiedy wyszła już czwarta i ostatnia część cyklu o Lokim. Trudno też zarzucić wydawnictwu wspomniane odgrzewanie staroci, bowiem pierwsze wydanie "Kłamcy" już dawno jest niedostępne. Wznowienie było tu jak najbardziej pożądane, bo jakże konsumować najnowszy tom "Kill'em all" bez możliwości zapoznania się z kamieniem węgielnym tej opowieści?

Lokiego reklamować nie trzeba - obroni się sam: czarujący drań, wyposażony w nadprzyrodzone umiejętności specjalista od zadań specjalnych, będący na usługach - uwaga - aniołów, i to nie byle jakich, bo samych archaniołów (działających niejako w zastępstwie chwilowo nieobecnego szefa). Loki, który brawurowo i bezczelnie, kierując się wyłącznie własnym interesem, a nie altruistycznymi pobudkami, rozprawia się z szubrawcami. A są nimi w tym wypadku demony piekielne, mitologiczne bóstwa egipsckie, hebrajskie, słowiańskie, nie mówiąc o nordyckich, ale i zwykli ludzie, którzy zboczyli ze ścieżki praworządności. Loki załatwi ich wszystkich, posyłany na - by użyć współczesnego żargonu - interwencje, za które opłacany jest anielskimi piórkami, jedyną niebiańską walutą, posiadającą wymierną wartość... To bardzo popowa postać, czerpiąca garściami z głębin kultury masowej, przekuwająca popularne konwencje na swoje potrzeby. I trzeba przyznać, że udała się ta postać Ćwiekowi, a Loki ma niewątpliwie zadatki na bohatera kultowego. Sarkazm, wpleciony w świetne dialogi, ironiczna kreska, dystans do zjawisk współczesnego świata to przebłyski błyskotliwości, zajawki geniuszu, i już tylko dla nich warto przeczytać tę książkę.

Trudno jednak dopatrywać się w tej książce głębokich treści czy epickiego rozmachu. Wyrywkowe sceny z jego kariery najemnika są migawkowe, pokazane przelotnie, zdawkowo, bez zagłębiania się szersze konteksty - impresje bardziej, by nie powiedzieć wprawki do formy bardziej zaawansowanej. Nie będę ukrywać, że mnie to poszatkowanie trochę irytowało. Zabrakło mi tu jakiejś głównej nici, spinającej poszczególne przygody, trzymającej w ryzach zbieraninę pojedynczych scen. Owszem, autor wspomina wydarzenia, stanowiące osnowę tej historii, rzuca światło na tło i pokazuje kulisy boskich zmagań, ale nie tworzą one suspensu, nie wzmagają dramaturgii, nie wciągają w fabularny wir. Trudno zresztą oczekiwać tego po zbiorku opowiadań, czym pierwotnie był "Kłamca". Za mało na pełnometrażową formę, wystarczająco na wstęp do wielotomowego cyklu. Po drugiej i dalszych częściach oczekuję jednak więcej.

Podsumuję tę książkę parafrazując mojego profesora matematyki z liceum, który wymaglowawszy przy tablicy nieszczęśnika, niegodnego w jego mniemaniu pełnowartościowej oceny, rzucał triumfalnie, obwieszczając z błyskiem obłędu w oku wyrok: "zadatek na trójkę!"... Fraza ta była niegdyś kultowa w naszym liceum, przetrwała generacje całe uczniaków i wydaje się odpowiednia dla omawianej tu kultowej postaci w zarodku. No, może jednak Loki zasługuje na więcej - zadatek na czwórkę...

Moja ocena: 4/5

Cztery papryczki od ostrej krytyczki


wtorek, 12 czerwca 2012

"Zapłatą będzie śmierć" wędruje do...


Konkurs rozstrzygnięty!!!

Wszystkie trzy egzemplarze powieści "Zapłatą będzie śmierć" mają nowego właściciela. Dziękuję wszystkim, którzy się zgłosili i pracowicie umieścili banerki na swoich blogach. Zgłosiły się 64 osoby, pośród których rozlosowałam 2 egzemplarze. Szczęśliwcami są:

la_pinguin z bloga Prawdziwa kobieta powinna być

oraz

Melania z bloga Biblioteka Melanii.

Gratuluję Wam serdecznie. Koniecznie podzielcie się wrażeniami z lektury!

22 osoby postanowiły zwiększyć swoje szanse wygranej i odpowiedziały dodatkowo na proste pytanie dotyczące książki. Los uśmiechnął się do:


Ani też gratuluję i mam nadzieję, że również napisze, jak jej się podobała książka.

Wszystkim pozostałym dziękuję za udział i zapraszam do kolejnych konkursów, które się niebawem pojawią. Może następnym razem los uśmiechnie się do Was...

Dla niedowiarków jeszcze dowody zbrodni, czyli jak przebiegło losowanie:


Z listy zgłoszeń (dla chętnych do wglądu) generator wylosował:


Osoby, które poprawnie odpowiedziały na pytanie:


Nickname
Numer
Klaudia J
1
Katarzyna Iwanczak
2
Kwiatusia
3
Nika551
4
Miraga
5
Loony Lunatic
6
Aneta Wojtiuk
7
Aleksnandra
8
Jadźka
9
Elżbieta Sadłowska
10
Scarlett13
11
sylwuch
12
paula
13
anne18
14
k-alinki
15
a_4marca@o2.pl
16
cyrysia
17
dosiak
18
kaye
19
Natalia Skorupa
20
Miłośniczka Książek
21
Iwona Zaniewska
22


Generator wylosował:


poniedziałek, 11 czerwca 2012

Chevy Stevens "Still Missing. Kein Entkommen" ("Jak kamień w wodę") - nie dość tych psychopatów?...

Wydawnictwo: Fischer Taschenbuch Vlg.
Tytuł oryginału: Still Missing
Data premiery: styczeń 2011
Ilość stron: 413
Cena: 8,99 euro
Polskie wydanie: Świat Książki, czerwiec 2011
Właściwie to nie miałam najmniejszego zamiaru czytać tej książki. Ukazała się już dobry rok temu, pobyła sobie na widocznych miejscach w księgarniach, nawet miałam ją w ręku, ale krótki rzut oka na treść kazał mi czym prędzej odłożyć tom na miejsce - porwana kobieta w szponach psychopaty... Temat tak wyeksploatowany, że już chyba nikt nie może być w stanie dorzucić doń czegoś nowego, pomyślałam. I pewnie na tym by się skończyło, gdyby nie AvoLusion i jej Książki zbójeckie (dzięki za polecenie!). Książkę kupiłam, zaczęłam czytać i.... wsiąkłam. Chevy Stevens udało się coś niesamowitego - swoim debiutem zaskoczyła mnie nie tylko raz, ale i drugi, i trzeci. A wszystko na na czterystu stronach.
Ale do rzeczy. Już sam początek odbiega od utartych kryminalnych ścieżek. Autorka powierza pierwszoosobową narrację samej bohaterce, trzydziestoletniej Anne O’Sullivan, odnoszącej średniej sukcesy pośredniczce w handlu nieruchomościami. I już pierwsze strony zdradzają, jak skończy się ta historia - zabieg u większości autorów dość niefortunny. Anne zostaje bowiem porwana, zawieziona gdzieś w odludne kanadyjskie leśne ostępy i zamknięta w górskiej chacie, przypominającej twierdzę - zabite na głucho okna i drzwi, pozamykane na kłódki szuflady i szafki, mieszczące jakiejolwiek narzędzia, mogące być przydatne w ucieczce. Nie, uciec się stamtąd nie da. A jednak wiemy, że Anne się to udało - inaczej nie odbywałaby swoich psychoterapeutycznych sesji, z których dowiadujemy się o jej historii, prawda?
A Anne opowiada i opowiada. O psychopacie jak z podręcznika, który przecież ją tylko "uratował" przed złym światem i okropnymi bliźnimi, który gwałci ją niemal codziennie, który systemem kar i nagród reguluje jej codzienność (siusiu? cztery razy dziennie, o wyznaczonych porach, posiłki regularnie jak w zegarku, kawałek czekolady na kolację w nagrodę za dobre sprawowanie, zmuszenie do picia wody z toalety za nieplanowane siusianie i inne tego typu szykany), który wreszcie zapładnia ją, tak jak tego chciał i patrzy z fascynacją na jej rosnący brzuch. Wiemy coraz więcej i coraz bardziej opowieść ta wżera się nam w duszę. Gehenna Anne, opowiadana z perspektywy czasu, w oszczędny, czasem ironiczny sposób, jakby to wszystko nie spotkało ją, tylko jakąś inną Anne, pozwala tylko domyślać się, co tak naprawdę przeszła. Kobieta bezlitośnie relacjonuje, nie oszczędzając nawet siebie i jej sprzecznych uczuć wobec swego kata. Nie szczędzi gorzkich słów wobec matki, chodzącego wyrzutu sumienia, której zawsze udaje się sprawić, że Anne czuje się winna. Za wszystko. Krok po kroku odsłania kolejne kawałeczki swej historii, dokłada okruchy szczegółów i wydarzeń, naciąga strunę napięcia. I wtedy, kiedy właściwie spodziewamy się, że to dopiero wstęp do czegoś jeszcze gorszego, kiedy struna jest naciągnięta do granic możliwości, następuje przełom. Cięcie. Wyzwolenie. Koniec udręki. Wolność. Koniec? Wolność?...

Okładka wydania polskiego

I tu czytelnika spotyka spora niespodzianka. Bo to nie jest koniec. Życie po wyrwaniu się z łap psychola okaże się wcale nie lepsze. Zaczyna się walka o powrót do normalności, o ile normalnością można nazwać konfrontację jej potrzaskanej, chwiejnej psychiki z bezwględnością mediów, nieporadnością bliskich, z wpojonymi przez oprawcę zasadami, które nadal, wbrew jej woli regulują jej dzień, wreszcie z głębokimi ranami na duszy, wyniesionymi z ponadrocznej niewoli.
I odsłona trzecia, najbardziej niespodziewana. Monstrum, koszmar, przeszłość - powracają. Nie, nie będzie tu żadnych zombie ani nieprawdopodobnych zwrotów akcji rodem z trzeciorzędnego kryminału. Ale ostateczny cios nadejdzie, i to ze strony, z której Anne na pewno się nie spodziewa.
Świetna historia, choć raczej nie typowy kryminał. Spodobały mi się techniki snucia opowieści, przekonała mnie bohaterka, pochłonęła fabuła. Ale żeby nie było, że się tym razem nie czepiam, przyczepię się do jednego - zakończenie, choć zadowalające, trochę zbytnio skręciło w nielubiane przeze mnie szyny, znane z ckliwych amerykańskich filmów z gatunku "prawdziwe historie". Ale to drobiazg w sumie. Pewnie większość i tak nie zauważy...
Na zakończenie dodam, że autorka wypuściła już na rynek niemiecki drugą powieść, w której poznamy wiecznie milczącą terapeutkę Anne i jej niezwykłą historię... 
Moja ocena: solidna czwóreczka (4/5).

Cztery papryczki od ostrej krytyczki

Baza recenzji syndykatu Zbrodni w Bibliotece