Ads 468x60px

niedziela, 12 stycznia 2014

Mamut fantastyczny


Właściwie miała się dziś pojawić w tym miejscu zwalająca z nóg i błyskotliwa recenzja, pełna dogłębych przemyśleń i trafnych obserwacji. Ale za sprawą alpejskiego fenu, który nicuje mi łeb na wylot, moja zdolność formułowania myśli i w ogóle jakakolwiek działalność intelektualna pozostaje na poziomie pantofelka. Więc będzie beznadziejny i żenujący wpis, przypominający tylko, że żyję (ledwie), czytam i gromadzę łupy, jak zwykle. Najnowsze upolowane zdobycze maja charakter magiczny i fantastyczny, i zasilą długoterminową spiżarkę. Takich łupów nie wywala się po konsumpcji i oblizaniu kosteczek, tylko trzyma, celem podziwiania i wspominania.

Oto szczegóły anatomiczne mojego najświeższego mamuta (od dołu, czyli od pięt poczynając):

1) Dwa grubasy, które napełniają me prymitywne serce myśliwego szczególną radością: zmieszczone w dwóch tomach dziesięć powieści z cyklu Amber Rogera Zelaznego. To jeden z moich ukochanych cykli, a zdobycz tym wspanialsza, że niemal nikt nie wznawia takich staroci. A tu wydanie z 2005 roku, w twardej oprawie, ładne edytorsko, nie rozpadające się. Sama słodycz.


2) Drugi łup to "Golem i dżinn" Helene Wecker. Właściwie czekałam na wydanie polskie, ale kiedy przypadkiem u Moreni odkryłam, że polski wydawca podzielił ten, pokaźny co prawda, ale przez przesady, tom, stwierdziłam, że nabędę wersję niemiecką. Takim niecnym praktykom mówię zdecydowane nie i pokazuję gest Kozakiewicza! Cena niemieckiego wydania wprawdzie jest kryminalna, ale udało mi się wyszperać książkę z drugiej ręki. I wyszła taniej, niż oba polskiej tomy naraz.

3) Kadłubek mamutka to właściwie nic specjalnego, ale i tak się pochwalę: do kolekcji ostatnie dwa tomy Abercrombiego, których mi brakowało: "Zemsta najlepiej smakuje na zimno" i "Czerwona kraina".


Wydawnictwo Heyne ładnie wydaje Abercrombiego, jednolicie (niech się uczą polskie wydawnictwa, o których fatalnych nawykach edytorskich bardzo trafnie pisała ostatnio Oceansoul), i choć dostępne były e-booki, to wzięłam papierowe, bo przecież nie będę tu wirtualnych mamutów prezentować.

4) Łepek i nosek udały mi się wyjątkowo i jestem z nich szczególnie dumna: niszowe wydawnictwa, niszowa (już teraz) literatura. Nikt już nie chce wydawać kogoś takiego jak Tiptree, a tu wydawnictwo Septime poważyło się na pięciotomowe wydanie wszystkich opowiadań i nowel tej pisarki. I chwała mu za to! Jeden tom  sobie na razie sprawiłam, zawiera kultowe opowiadanie "Houston, Houston", jak mi się spodoba, łyknę więcej, choć tanie nie są.

5) A na koniec kąsek, czyli "Jesteśmy snem" Ursuli K. Le Guin, już właściwie nie do dostania. Wydawnictwo Phantasia, specjalizujące się trochę niszowej literaturze fantastycznej, rzuca czasem na rynek niesamowite książki. Niektóre tylko w limitowanych nakładach z autografem autora. To wydanie "Jesteśmy snem" może wprawdzie stawać w konkursie na najbrzydszą okładkę, ale przynajmniej jest nowe, no i co tam, to Le Guin przecież.

Czekam jeszcze na wielką pakę z Solarisu, czyli na puszytste, jedwabiste futerko mamuta, ale ponieważ jeszcze nie doszła, do mój dzisiejszy mamut jest łysy.

A teraz idę kurować migrenę. Niech ten cholerny fen już się skończy!...

33 komentarzy:

  1. Znam pierwsze dwa tomy "Amberu", i zazdroszczę, bo ja mam stare wydanie podwójne Iskier, klejone jeszcze klejem ze stanu wojennego. A i "Houston, Houston" swego czasu czytałem w "Fantastyce", kiedyś to były czasy. Najzabawniejsze było zaś to, że pani zrobiła wszystkich w balonik, bo wszyscy myśleli, że to młody dobrze zapowiadający się autor, z powodu poruszanej tematyki, nazwiska i tego juniora na końcu :) Zatem ogólnie zazdraszczam i życzę jak najszybszego "wywiania" fenu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja cykl "Amber" czytałam w pirackim wydaniu (fanclubowym to się wtedy nazywało, takim pisanym na maszynie i kserowanym). Tłumaczenie było dyletanckie, ale się czytało:-) To były czasy... masz rację. Tiptree wymanewrowała w ten sposób wielu, ja też długi czas sądziłam, że to facet...
      A fen chyba się trzyma (znów widzę dziś rano tę podejrzaną różowo-złotą poświatę na południu), ale mój łeb na razie funkcjonuje. Chyba;-)

      Usuń
  2. Piękne tomy z pierwszego zdjęcia. Aż zamiast czytać, to człowiek podziwia okładkę. Głupio mi, że właśnie odzywam się pod postem stosikowym, a pod recenzjami milczę, ale chyba poruszył mnie ten wicher. U nas też szaleje. Polecam 2 tabletki Solpadeine. Usuwa ból głowy prawie natychmiast tyle że potem człowiek jest podwójnie zamulony. Ale głowa nie boli. Żeby nie czuć się tak głupio dodam, że czytam każdy Twój post... Pozdrawiam :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajnie, że do mnie zaglądasz, a że się nie ujawniasz - nie szkodzi. Ja też nie wszędzie zostawiam swe ślady, a zaglądam w wiele miejsc:-)
      Wczoraj zamuliłam się ibuprofenem i na szczęście zadziałało, zobaczymy, jak będzie dzisiaj:-)

      Usuń
  3. A ja bardzo lubie Twoje poczucie humoru i ciesze sie, ze nic mu nie dolega.

    OdpowiedzUsuń
  4. Zachwyciło mnie boskie wydania Zelaznego i "Golema...:, gdybym tylko czytała po niemiecku... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, ten Zelazny to i mnie bardzo zachwycił. Trzeba było trochę poszperać, bo książki wydało jakieś zupełnie nieznane wydawnictwo i w księgarniach i nie uświadczysz, ale warto było:-)

      Usuń
  5. "Golem i dżinn" zapowiada się ciekawie - polskie wydanie tuż, tuż.
    /tommy/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo jestem ciekawa tej książki. Współczuję tylko polskim czytelnikom, którzy będą mieli lekturę urwaną w połowie... coś takiego powinno być karalne :-(

      Usuń
    2. Ktoś musi zarabiać na biednych czytelnikach !
      /tommy/

      Usuń
  6. Cóż, ja w stanie migreny nawet nie jestem w stanie włączyć laptopa, więc podziwiam Cię za ten wpis...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też myślałam, że nie dam rady, ale sumienie mnie tknęło, bo tu połowa stycznia za pasem, a ja żadnego wpisu jeszcze nie mam...

      Usuń
  7. Jaki ten niemiecki Amber śliczny! Nie to, co jego polski odpowiednik, który mam na półce... *aby nie myśleć o brzydocie polskiego wydania, bezmyślnie gapi się na niemiecki i ślini*

    Czy ja dobrze widzę, że "Golem i dżin" mają twarda oprawę? Mam nadzieję, że polskie wydanie ma przynajmniej integrowaną, choć grafiki na okłdkach porównywalnej urody.

    Hm, hm, czyżbyś zaopatrywała się we wznowienia "Kroków w nieznane", co i ja rozważam (choć okładki z Solarisu hejcę niemożebnie)?;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, "Golem" w twardej, waży z dwa kilo, wizualnie piękna, ale do czytania... zastąpi mi siłownię chyba.
      Z Solarisem nie zgadłaś. Skusiłam się na serię Silverberga, przyzwoita cena była, a oprócz tego jakieś tam Heinleiny (kiedyś lubiłam), Aldissy (też) i ogólnie stare, dobre s-f. A Solaris grzeszy jeszcze jednym: niektóre książki chyba same się przetłumaczyły, bo nie podają nigdzie nazwiska tłumacza (chyba że w samej książce, bo na stronie nie ma). A dla mnie to dość istotne, tym bardziej, że już raz się nacięłam na książkę, której nie dało się czytać. Chyba google translator wyprodukowałby coś strawniejszego...

      Usuń
    2. Hm, w książce u nich zazwyczaj takie info jest (nie wiem, czy we wszystkich, ale jeszcze nie spotkałam się z sytuacją, kiedy nie podali), natomiast na stronie faktycznie brak. Wkurza mnie to tak samo jak brak składu zbiorów opowiadań... Swoją drogą ich tłumaczenia często są kiepskie. I tak się zastanawiam, czy to autorzy dawniej tak drętwo pisali, czy tłumacz skiepścił.

      Usuń
    3. Napisałabym Wam, dlaczego niektóre tłumaczenia Solarisu wyglądają, jak wyglądają, ale publicznie chyba nie mogę. ;) Ogólnie ich polityka wydawnicza jest dla mnie kompletnie niezrozumiała, nie tylko zresztą dla mnie, patrząc po licznych głosach internautów, ale nie sądzę, żeby oni cokolwiek w tej sprawie zrobili, skoro do tej pory nie zareagowali.

      Usuń
    4. Wbrew pozorom odpowiedź na to pytanie nie jest chyba trudna. Kiedy nie wiadomo, o co chodzi, rzecz zwykle rozbija się o pieniądze. Domyślam się, że Solaris oszczędza na tłumaczeniach, traktując jakość przekładu jako sprawę drugorzędną. Osoba z ulicy, student, lub znajomy króliczka odbębni robotę za połowę stawki, którą wziąłby ceniący się profesjonalista. Być może wydawnictwo oszczędza też na porządnej redakcji (choć jedno związane jest z drugim. Położonego tłumaczenia nie uratuje nawet najlepszy redaktor, chyba że napisze powieść od nowa). Być może to kwestia ekspresowych cykli wydawniczych i związanych z nimi drakońskich terminów, które pozwalają tłumaczowi tylko na odwalenie i dostarczenie surówki. Nie wiem, która wersja jest najbliższa prawdy, może każda po trochu. Widziałam w Solarisie znane nazwiska, gwarantujące jakość przekładu, ale czytałam też (a właściwie próbowałam czytać) powieść, której w takiej formie lepiej było wcale nie wydawać. Masakra to mało powiedziane.

      Usuń
  8. Taki jakiś fantastyczny ten twój mamut, więc trudno mi się zachwycać szczerze (w sensie - nie będę tu wzdychać, skoro ledwo co kojarzę autorów), ale cieszę się, że się cieszysz :) Mnie się ta okładka Le Guin nawet podoba, ale jak czytałam to zdanie "To wydanie "Jesteśmy snem" może wprawdzie stawać w konkursie na najbrzydszą okładkę, ale" myślałam, że skończysz je: "Le Guin nie jest wcale piękniejsza, więc ok". :D Tak mi się jakoś samo narzuciło...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja się cieszę, że się cieszysz, że się cieszę... :-) Co do urody Le Guin to się nie wypowiadam, ale książka edytorsko jest fatalna. W dodatku wydrukowali ją arialem... nie jestem pewna, jak to się będzie czytać...

      Usuń
  9. Zacny mamut :-). Zazdroszczę :-)
    Pozdrawiam i zapraszam w wolnej chwili do mnie :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też pozdrawiam i nie omieszkam zajrzeć:-)

      Usuń
  10. Miło oko zawiesić na tych tomach, bo ja na swoje dopiero czekam. Dostałam przyjemną sumkę do wydania i wydałam ją zgodnie z przeznaczeniem.
    A Twój fen przypomniał mi świetne opowiadanie Chandlera z Santa Aną jako motywem przewodnim. Bo kiedy wieje fen, wiele może się wydarzyć:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie kojarzę tego opowiadania, ale fen faktycznie budzi w ludziach bestię... Ile tu kryminałów napisano o zbrodniach pod wpływem... :-)

      Usuń
  11. Abercrombie po niemiecku to musi być jazda! ;)

    A mamut naprawdę... fantastyczny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy jazda, to się okaże, dopiero zaczynam. Mój miałżon w każdym razie przełknął trzy tomy niemal jednym haustem (ale pytany o wrażenia przy każdym hauście mówił to samo, że się naparzają, więc nie wiem... ). Zachwyty w społeczeństwie są, w każdym razie :-)

      Usuń
    2. Jeśli lubisz od czasu do czasu liznąć trochę gore, to "Zemsta..." Ci zasmakuje :)

      ...I jeszcze ten język, w którym nawet wyznania miłosne brzmią jak rozkazy dla wojska... ;)
      Ale pewnie Ty nie masz takich odczuć...?

      Usuń
    3. E tam, czepiasz się i ulegasz stereotypom ;-) Ten język to język Goethego i Schillera, wszakże także. A gore czasem lubię. Tylko że teraz się zaczynam na serio bać, bo w połączeniu z takiem fenem... Może mąż powinien siekierę schować na wszelki wypadek...

      Usuń
    4. Iiiii, zaraz stereotypom - uszy wystarczą ;)
      - znalazłam promocyjny fragment hörbucha i się teraz breachtam (choć, szczerze mówiąc, to nie był najciekawszy fragment, a i "Scheiße" jakieś takie... miękkie;)))) ;)

      Goethe i Schiller w oryginale też brzmią pewnie jak... No dobra, już nic nie mówię :)
      I niech mąż schowa Ci tę siekierę ;)

      Usuń
    5. Miękkie Scheiße?!!... O matko.
      A wracając do wieszcza, to staram się dostrzegać piękno wszędzie, i wszelkie jego przejawy ;-)
      Zorientowałam się, że i tak nie wiem, gdzie leży siekiera (nie wchodzę do TEGO pomieszczenia, bo czuję się tam nieswojo. A poza tym jakbym wchodziła, to byłabym bez przerwy oskarżana, że coś tam arcyważnego przełożyłam i zakłóciłam artystyczny nieład, a tak... mam spokój). Fen ustał, moje myśli przestały krążyć wokół ostrych narzędzi:-)

      Usuń
    6. Cieszę się, że już Ci nie wieje :)
      (możesz się brać za Abercrombiego! ;))

      Tylko nie myśl, że skoro sobie z j. niemieckiego żartuję, to mam coś przeciwko niemu, bo odkąd czytam Twój blog, to nawet żałuję, że nie znam go na tyle dobrze, żeby czytać książki wydawane po niemiecku - tak skutecznie tutaj kusisz ;)

      Usuń
  12. Piękny zbiór. No i właśnie widziałam zapowiedzi "Golema i dżina" i przyznam, ze kuszą. Czekam na wrażenia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No rzeczywiście ciekawie to brzmi, karkołomnie dość, nawet bym powiedziała. Ale ludziska chwalą, więc trzeba spróbować:-)

      Usuń