Ads 468x60px

niedziela, 16 września 2012

Ale numer czyli Hitler pozdrawia w Dachau - finał


Süddeutsche Zeitung jest dla mnie nieodłącznym elementem śniadania. Siódma rano, kawa, SZ i życie może toczyć się dalej. W tym tygodniu mój ulubiony dziennik doniósł o wydarzeniu, które graniczy z groteską, choć niewykluczone, że powinno budzić zgrozę... 

Otóż, jak pewnie wiecie, istnieje w Niemczech możliwość wyboru numerów rejestracyjnych. Nie ot tak, wolna amerykanka, wszystko dozwolone, tylko przy zachowaniu odpowiednich zasad i oczywiście za zwiększoną opłatą. Nie można sobie napisać na tablicach "DUPA", o nie. Ale ulubioną liczbę czy własne inicjały już jak najbardziej. Nie wszyscy wiedzą jednak, że istnieją inicjały i liczby zakazane. Na przykład od 2007 roku zakazane jest wszystko, co może kojarzyć się z nazizmem, czyli np. SS, SA, HH (od Heil Hitler), czy AH (od inicjałów Adolfa Hitlera). Podobnie jest z liczbami. Takie niewinnie wyglądające "88" jest zakodowaną wskazówką dla sympatyków neofaszystowskiej ideologii, jako że "H" jest ósmą literą alfabetu, a HH wiadomo, od czego jest skrótem. 

Nieźle się zatem zdziwił pewien zmotoryzowany mieszkaniec Dachau, widząc przed sobą pojazd o numerach rejestracyjnych: DAH-AH 88. Zdębiał, zlał się potem, zmartwiał. Ponury żart? Bezgraniczna zuchwałość? Czyn przestępczy, który powinien być ścigany? A może jednak ignorancja?... Sprawa nie dawała mu spokoju, zadzwonił więc do opowiedniej instancji, czyli urzędu, w którym rejestruje się samochody i wydaje tablice. Urzędnik, dowiedziawszy się w czym rzecz, zdębiał, zlał się potem, zmartwiał. Taki numer, i to w dodatku w Dachau, już bardziej nieszczęśliwie się już nie da... Sprawdził właściciela, na którego zarejestrowano kilka pojazdów, w tym wszystkie  ze skrótem "AH". Na widok imienia i nazwiska delikwenta zakiełkowało w nim podejrzenie, że to może wcale nie jest wyjątkowo bezczelny neonazista, a poczciwiec, chcący uwiecznić na tablicach własne inicjały... W oficjalnym oświadczeniu urząd oznajmił, że poczyni starania, by nakłonić właściciela nieszczęsnego pojazdu do zmiany numerów. Co jednak, jeśli ten pójdzie w zaparte? Okazało się, że pojazd był zarejestrowany przed 2007, a zatem zbitka numeryczno-literowa była wtedy nak najbardziej legalna. 

No i jak myślicie, jaki jest finał tej historii?...

Finał jest następujący: urząd faktycznie skontaktował się z właścicielem pojazdu. Okazało się, że kompletnie zaskoczony pan A.H. nie ma ultraprawicowych czy wręcz brunatnych przekonań politycznych, a o ukrytym znaczeniu wybranego numeru nie miał bladego pojęcia. "AH" znalazło się na tablicach, bo to jego inicjały, a "88" spodobało mu się i znacznie ułatwiało zapamiętanie. I nie poszedł w zaparte. Z pełnym zrozumieniem zgodził się na wymianę numerów. 

Tak sobie pomyślałam, że gdybym miała życzenie uwiecznienia własnych inicjałów na tablicach, to pupsko blade. AH...

sobota, 15 września 2012

Eugeniusz Dębski "Tamta strona świata" czyli czego tu brak?


Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: wrzesień 2008
Liczba stron: 304
Cena: 28 zł



Podobno ma wielu fanów. Podobno uwielbiają tego ironicznego twardziela, który nie daje się zabić. Podobno to jeden najbardziej lubianych bohaterów polskiej fantastyki. Mowa o Owenie Yeatesie, prywatnym detektywie, działąjącym gdzieś tam, w przyszłości, gdzieś tam w Stanach Zjednoczonych. 

Z drugiej strony: podobno polscy autorzy fantastyki nie potrafią pisać. Podobno tworzeni przez nich bohaterowie są żenujący. Podobno nie da się porównywać ich do twórców anglosaskich, nie ta klasa. Podobno wszystko, co wychodzi spod piór polskich fantastów jest miałkie i niestrawne. 

To jak to jest? Przyznam, że nie nastawiałam się na wiekopomne dzieło, zabierając się do lektury "Tamtej strony świata" Dębskiego. Fakt, autor uznany, wypracował sobie pewną pozycję w fantastycznym polskim światku, piórem posługiwać się umie, co udowodnił już nie raz, o czym można się przekonać już po pierwszych rozdziałach. Ale czy cykl o Owenie Yeatesie wart jest więcej niż tylko pobieżnej lektury dla zabicia czasu?

Pierwsze, co się rzuca w oczy, to bohater. I ten bohater przekonuje, a nawet, być może,  jest najmocniejszym akcentem tej powieści. Nakreślony wyraziście, z dużą dozą ironii, trochę komiksowo, by nie powiedzieć w sposób przejaskrawiony. Taki trochę bondowski, czupurny, bezczelny, ale z charakterem. I kręgosłupem moralnym. Takich lubię. Ale też nie jest nikim oryginalnym. Chandlerowskich twardych facetów w prochowcu i ze spluwą, łasych na piękne kobiety, papierosy i alkohol było już w literaturze popularnej tylu, że na widok kolejnego klonu wyzierającego ze stronic tej powieści można już tylko ziewać. Żeby mnie do siebie przekonać, potrzeba trochę więcej niż zgryźliwych tekstów i piekielnie dobrej intuicji, panie Yeates. 

Więc może intryga? Przyznam, dość oryginalna, interesująca. Chodzi o nagłe zmiany osobowości, powtarzające się u wielu ludzi i skutkujące chaosem w ich życiu (to w najlepszym wypadku), albo zbrodnią (w najgorszym). Z czego wynikają? Czy to możliwe, by ludzie znikali, a w ich miejsce pojawiały się gorsze wersje ich samych, mimo że fizycznie  w ich wyglądzie wszystko pozostało po staremu? Marlowe, tfu... Yeates ma dobrego nosa i faktycznie, wydaje się, że coś jest na rzeczy. Uparcie i konsekwentnie dążąc do celu detektyw drąży, wypytuje, węszy, kombinuje, zgaduje, przypiera do muru, szantażuje, zmusza, dedukuje - czyli robi wszystko to, co powinien robić pełnokrwisty detektyw. I poczynaniom naszego bohatera nie można nic zarzucić. Prędzej już rozwiązaniu tej intrygi, która wydała mi się mniej więcej tak samo oryginalna i wyrafinowana, jakby wymyślił ją uczeń gimnazjum, albo gospodyni domowa na warsztatach kreatywnego pisania. 

W takim razie fenomen na pewno leży w elementach fantastycznych. A du... guzik. Owszem, jest trochę futurystycznie, wszak rzecz dzieje się w nieokreślonej przyszłości. Ale mimo występujących tu przyszłościowych nowinek, skupiających się głównie na udogodnieniach dnia codziennego (np. samoparkujące się samochody, automatyczne uzupełnianie zapasów w lodówce, e-portfel itepe) ze świecą szukać jakichś zmian społecznych, nie wspominając już o ekologicznych. Jest to tak naprawdę zamrożony świat lat siedemdziesiątych, wraz z jego strukturami i społeczeństwem, wzbogacony trochę różnymi technicznymi gadżetami z przyszłości. Koncepcja powieści pozwalała na więcej, więc trochę mnie ta wizja rozczarowała. 

I co, tak już całkiem nic?... No nie, aż tak źle nie było. Wspomniany bohater wynagradza w pewnym stopniu fabularne i koncepcyjne braki. W ogóle galeria postaci jest godna uwagi, a pokazane charaktery barwe, trójwymiarowe, maźnięte w fajny, trochę karykaturalny, troszkę złośliwy sposób, ale przez to bardzo autentyczne, niepapierowe. Ogromnym atutem jest język, ironiczny, pełen dystansu do rzeczywistości, udane, zgrabne dialogi. Na wielkie uznanie zasługuje też rozdział, w którym Owen udaje się do Szwecji - można to w całości cytować, zrywając boki ze śmiechu. Aż się prosiło, by takich scen było więcej. 

Niestety, jeden fajny szwedzki wątek potopu nie czyni. Hybryda klasycznego kryminału i powieści fantastycznej udała się średnio, bo kryminalnie ta pozycja jest słabiutka, a fantastycznie pozostawiająca spory niedosyt. Zakończenie pominę milczeniem. Wiekopomniego dzieła zgodnie z oczekiwaniami nie było, ale i jak na pozycję ściśle rozrywkową czegoś tu zabrakło. Są książki, które zabijają czas lepiej. 

Bardzo bym chciała dać więcej, ale naprawdę się nie da. Trójczyna (3/5).

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania trójka pik z bloga Książki Sardegny. 

środa, 12 września 2012

Lista bestsellerów tygodnika Spiegel - notowanie 37/2012


Z małym poślizgiem, spowodowanym urlopowym lenistwem, przypominam się z niemieckimi bestsellerami. Widać już nadchodzącą wielkimi krokami jesień, tradycyjną porę wysypu wydawniczych nowości, lada dzień zaczynają się targi książki we Frankfurcie, toteż i na liście widać pewne ożywienie. Niemieccy czytelnicy wyraźnie otrząsnęli się z wakacyjnego marazmu. A oto, co czytają najchętniej:


Wydania kieszonkowe (Taschenbücher):

1. James E. L. Shades of Grey. Gefährliche Liebe (oryg. Fifty Shades of Grey 02, pol. na pewno będzie, wyd. Sonia Draga)
2. James E. L. Shades of Grey. Geheimes Verlangen (oryg. Fifty Shades of Grey 01, pol. 50 twarzy Greya, Sonia Draga)
3. Simon Beckett Verwesung (oryg. The Calling of the Grave, pol. Wołanie grobu, wyd. Amber)

4. Zsuzsa Bánk Die hellen Tage (pol. zapowiedź Wydawnictwa Czarne w serii Proza Świata, październik 2013)
5. Nicolas Barreau Das Lächeln der Frauen (pol. Sekretne składniki miłości, wyd. Bukowy las)
6. Mary Kay Andrews Die Sommerfrauen (oryg. Summer Rental, pol. -)
7. Bernard Cornwell Der sterbende König (oryg. Death of Kings, pol. -)
8. Alex Capus Léon und Louise (pol. -)
9. Nicholas Sparks Wie ein Licht in der Nacht (oryg. Save Haven, pol. Bezpieczna przystań, wyd. Albatros 2010)
10. Nele Neuhaus Unter Haien (pol.-)

Patrząc na pierwsze dwie pozycje aż się chce powiedzieć coś zgryźliwego na temat powakacyjnego rozpalenia osób czytających, choć w tym wypadku "osoby czytające" to raczej te idące za pędem mas, niż wyrobieni pochłaniacze ambitych lektur. Tak czy siak, ciekawi nie muszą już zgrzytać zębami, książka jest dostępna w Polsce, przynajmniej na razie pierwszy tom, a myślę, że i następne zostaną prędziutko wydane, by wyciągnąć z kieszeni spragnionych trochę kasy. Kto chce, niech czyta.

Z nowości warto odnotować Cornwella, historycznego guru dla mas, który, jak się okazuje, cieszy się popularnością nie tylko w Polsce. Aktualna pozycja to coś z serii o Wikingach, wydawanej i u nas, więc zapewne pojawi się wkrótce i na polskim rynku. 

Większość pozostałych powieści to tak zwane pewniaki: Simon Beckett, Nicholas Sparks sprzedadzą się zawsze, nic więc dziwnego, że obecne są na polskich rynku już od dość dawna. Cieszy zaś zainteresowanie Zsuzsą Bank, której dwie książki wydało już wydawnictwo Czarne, a ta najnowsza jest w zapowiedziach. Ja zaś cały czas czekam, aż ktoś wreszcie wyda u nas Nele Neuhaus. A może prawa już są kupione i jakieś wydawnictwo czai się jeszcze z ujawnieniem tej informacji?...


Wydania w twardej oprawie (Hardcover):


1. Jussi Adler-Olsen Verachtung (oryg. Journal 64, pol. -)
2. Jonas Jonasson Der Hunderjährige, der aus dem Fenster stieg und verschwand (pol. Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął)
3. Elizabeth George Glaube der Lüge (oryg. Believing the Lie, pol. -)
4. Martin Suter Die Zeit, die Zeit (pol. -)
5. Jean-Luc Bannalec Bretonische Verhältnisse (pol. -)
6. Michael Hjorth & Hans Rosenfeldt Der Mann, der kein Mörder war (orygDet Fördolda, pol. Ciemne sekrety wyd. Czarna owca)
7. Michael Hjorth & Hans Rosenfeld Die Frauen, die er kannte (oryg. Lärjungen, pol. Uczeń, wyd. Czarna owca)
8. Markus Heitz Die Legenden der Albae: Dunkle Pfade (pol. -)
9. Martin Suter Abschalten (pol. -)
10. Suzanne Collins Die Tribute von Panem 3. Flammender Zorn (oryg. The Hunger Games Mockingjay, pol. Igrzyska śmierci 3, Kosogłos) 

Jussi Adler Olsen wykatapultował się zgodnie z oczekiwaniami na miejsce pierwsze. Książka jest niezła, recenzowałam ją już, a dla fanów serii o Moercku i Assadzie to lektura obowiązkowa! Cieszy nowa Elizabeth George (lektura jeszcze przede mną), choć jej wysoka pozycja absolutnie nie dziwi. Jest w Niemczech jedną z tych autorek, które z klucza wędrują na wyżyny list bestsellerów, niezależnie od jakości danej pozycji. Fani Lynleya kupią i tak. 

Ciekawa jest popularność duetu Hjorth & Rosenfeld, który obecny jest również i w Polsce. Na liście Spiegla aż dwie powieści: świeżo wydany "Uczeń" pociągnął za sobą wskrzeszenie "Ciemnych sekretów". W Polsce aż tak popularni chyba nie byli...

Zwracam Waszą uwagę na szwajcarskiego pisarza Martina Sutera, który niedawno wydał "Die Zeit, die Zeit". To pisarz nagradzany i ceniony za niesamowite, socjokrytyczne powieści z wątkami kryminalnymi. Na liście znajdują się dwie z jego książek, sama czytałam jego powieść "Der Koch" (znakomita!) i mam na nie wielką ochotę. Pora go wydać, drodzy wydawcy!

Na koniec wielkie brawa dla Markusa Heitza i jego kontynuacji cyklu fantasy o elfach. Dla niszowego gatunku lista Spiegla to wielka nobilitacja i dowód niesamowitej popularności. Książkę mam w planach, zrecenzuję ją dla Was. 

wtorek, 11 września 2012

Bartłomiej Rychter "Ostatni dzień lipca" - ...a po obu stronach śmierć...



Wydawnictwo: WAB
mroczna seria
premiera: lipiec 2012
liczba stron: 352
cena: 37,90 zł


Bartłomiej Rychter wychynął z literackiej nicości niecałe pół roku temu, kiedy to me wprawne oko tropiciela kryminałów wypatrzyło na półkach niemieckich księgarni "Złotego wilka" ("Die Bestie von Sanok"). Kupiona na czuja, w Niemczech bardzo chwalona powieść okazała się strzałem w dziesiątkę. Potem, podczas letniego pobytu w Warszawie, równie przypadkiem, choć już uprzedzona, że w przypadku tego autora można spodziewać się wysokich lotów, natknęłam się na "Kurs do Genewy". I znowu rozczarowania nie było. Poprzeczka zawisła natomiast dość wysoko, a oczekiwania wobec najnowszej książki Rychtera, nie powiem, dość wytęsknionej, budziły we mnie podskórne obawy, że "Ostatni dzień lipca" może ją strącić w spekatakularny sposób.

I jeśli spodziewacie się, że potwierdzę teraz moją tezę o rozczarowaniach, strąconych poprzeczkach i pisarzach, opuszczających w popłochu piedestały, że wsadzając jadowite szpile i znęcając się nad niedociągnięciami zgromię tę powieść, to się mylicie. Tej książki ni cholery nie da się skrytykować, z której strony by się za nią nie brać. 

Doskonale zdaję sobie jednak sprawę, że niektórzy z Was wytkną jej, że nie jest kryminałem. Że to zaledwie nikły wątek kryminalny przemawia tu do czytelnika, a całość jest powieścią o wojnie, o śmierci, przedsionku piekła, o Warszawie. Pewnie, można by polemizować, można by rozpocząć nawet dysputę o definicji gatunku, o jego granicach czy ograniczeniach. I pewnie takie nawet będą się toczyć. Ja takich dział wytaczać nie zamierzam, chciałabym tylko polecić Wam dobrą książkę.

Bo nie ulega wątpliwości, że "Ostatni dzień lipca" jest po prostu dobrą książką. Akcja umiejscowiona została zgodnie z tytułem, w roku 1944. Pamiętne lato, Warszawa. Więcej właściwie nie trzeba mówić. Można sobie jedynie zadać pytanie, po co sięgać po kolejną książkę o powstaniu, jakby mało już było wspomnień, opracowań, epickich panoram i wiernych reportaży z tamtego czasu, z tamtego miejsca. Tyle, że to nie jest książka o powstaniu. 

Fabuła toczy się dwutorowo, zaglądając na obie strony barykady. Po jednej znajdziemy Antoniego Chlebowskiego, człowieka - dziś powiedzielibyśmy  - wypalonego, żyjącego przeszłością, rozmawiającego z duchami, a właściwie duchem ukochanej żony. Niegdyś adwokat, wschodząca gwiazda warszawskiej palestry, dziś oddający pisarskie usługi podziemiu nieudacznik, człowiek niewidzialny, osamotniony, przegrany. I nie pragnący już niczego. Przypadkiem staje się świadkiem śmierci dziewczyny, telegrafistki Zosi. Wypadła (a może ktoś ją wypchnął?) z okna kamienicy, gdzie nadawała swój ostatni w życiu meldunek. 

Po drugiej stronie barykady spotkamy starszego strzelca Klausa Enkela, żołnierza Wehrmachtu, w którym dawno już wygasł (a może nigdy nie płonął?) entuzjazm dla Führera i jego nacjonalistycznej ekspansji. Żołnierz. Zmęczony, tak, też wypalony, tęskniący za domem, spokojem, samotny - posiadający jednego tylko przyjaciela. Hermana Frinka, którego znajduje powieszonego w wojskowym magazynie. 

Dwie śmierci, udające samobójstwa. Dwie anonimowe śmierci, nikogo nie obchodzące w gotującym się do zrywu mieście, w którym kostucha codziennie zbiera bogate żniwo. I jedna, i druga okazuje się morderstwem, a ich ofiary nieoczekiwanie odnajdują w Chlebowskim i Enkelu, dwóch pozornie przegranych i niezdolnych już do żadnego zaangażowania ludzi, swych najlepszych adwokatów, śledczych, a wreszcie mścicieli. Dwóch śledczych, nie posiadających na podorędziu właściwie żadnych środków, by rozwiązać zagadkę ich śmierci, z piekłem powstania w tle, ze śmiercią depczącą im po piętach i osobliwym ogniem w sercu, podąża przez zgliszcza, ogień, kluczy pośród karabinowych palb i unika bomb, bez nowoczesnych laboratoriów kryminalistycznych, analizy DNA, telefonów i innych fiu bździu. Kryminał? Może i nie. Ale jest tu wielka namiętność, surowe emocje, jest zagadkowa śmierć dwójki niewinnych ludzi i jest ktoś, kto im oddaje ostatnią przysługę - przysługę wyjaśnienia i pomszczenia tych dwóch anonimowych, nieważnych wręcz w pandemonium powstania zbrodni. 

Jak się pewnie z łatwością domyślacie, te dwie historie, pozornie niepowiązane, splotą się z sobą w finale, a ich zalążkiem okaże się nie wojna i niesione przez nią zbydlęcenie, a to, co od wieków stanowiło motor człowieka: zwykłe uczucia, miłość, zawiść, strach. 

Nie sposób pominąć milczeniem bombastycznych kulisów tej opowieści. Wojna, okupacja, powstanie - są tylko tłem, nieistotną dekoracją, wnoszącą trochę dymu, ognia i dynamiki do relatywnie prostej i nieskomplikowanej intrygi? A może jednak są ukrytym trzecim bohaterem tej powieści, nie tłem, a bazą, fundamentem i jądrem? Rychter unika wyrokowania o "dobrych" i "złych", on relacjonuje. Nie robi tego beznamiętnie, ale nie jest natrętny w swych osądach, kreśli - już nawet nie monochromatycznie, a farbą, choć tą farbą jest głównie czerwień, czerń i szarość - świat, który jawi się intensywny, autentyczny, kipiący zapachem, kolorem i bólem. To żywy obraz, nie dający najmniejszego marginesu na obojętność, porywający z sobą, czy się tego chce, czy nie. 

Podoba mi się, jak pisze Rychter. Jego narracja jest wyważona, nieprzesadzona, akuratna. Na tyle zdystansowana, by nie trącić barokowością i przesadą, na tyle bezpośrednia i bliska, by trafić do serca. I wszystko jest w tej książce takie, jakie powinno być: intryga znajduje rozwiązanie na miarę realiów, nie pozostawiające ani cienia wątpliwości, postacie wielowymiarowe i prawdziwe, jest wielka namiętność, jest okrucieństwo i śmierć, ale nie bezsensowne, wrzucone do tygla fabuły, by poepatować bestialstwem i zaszokować. I jest Warszawa - dogorywająca, ale żywa. Pochłonęłam tę powieść w jeden dzień.

Jak dla mnie - rewelacja. Aż się boję, co będzie w kolejnej książce Rychtera... Moja ocena: 5/5

Baza recenzji syndykatu Zbrodni w Bibliotece

czwartek, 6 września 2012

Pięćdziesiąt twarzy... plaży



Nie, nie przeczytałam porno-bestsellera... W ogóle nie idzie mi czytanie, nie mogę się skupić na plaży, nie mogę się skupić w hotelu, trochę goni mnie praca, trochę rozprasza najstarszy smok, który oczywiście musiał się rozchorować na wakacjach i napędził mamie-smoczycy stracha, mdlejąc filmowo prosto w objęcia "dottore"... Dottore zarządził dwudniowy szlaban na plażę i kąpanie, przepisał rozmaite "compressi" (żadne tam kompresy, okazało się, że to piguły), przeszedł ze smokiem na "ty" (my name is Claudio)... a mnie czytanie jak nie szło, tak nie idzie... 

Popatrzcie więc ze mną na plażę i morze...


...które czasem jest płaskie jak sadzawka i niewinne jak błękitne oczy dziecka...


...słodkie jak dolci i jadowite jak parzące macki meduzy (nawiasem mówiąc sfotografowany ukradkiem Italiano w gaciach w kropy nie drapie się akurat po głowie, tylko telefonuje, z ramieniem przyrośniętym do ucha, bowiem Włoch, jak powszechnie wiadomo, w stanie milczącym w przyrodzie nie występuje, więc jak już los pokarze go osamotnieniem, to przynajmniej sobie przez komórę pogada)...


...czasem pokazuje pazurki i zalewa stopy puszystą mleczną pianką...


...zaskakuje spektaklem "światło i dźwięk", utwierdzając spacerowicza w przekonaniu, że to stado odrzutowców huczy mu nad głową, podczas gdy ono tylko niewinnie przetacza kamienie...


...nastraja melancholijnie i prawie trochę jakby się już żegnało, prezentując smutne, opustoszałe plaże, choć przecież nadal pieści i kołysze ciepłą falą...


...a wieczorem tajemniczo mruga okiem, obiecując magiczne dziwy i czekając, aż z mroku wychyną rozmaite stworzenia nocy... 

poniedziałek, 3 września 2012

Między nami jaskiniowcami


Impresja jaskiniowa...

Matera, Basilikata, południowe Włochy 

Dziś odwiedziliśmy miejsce absolutnie magiczne i niecodzienne. Pewnie niewiele osób wie, że we Włoszech istnieje pewne miasto, wydrążone w skale, gdzie w jaskiniach mieszka do dziś wiele tysięcy osób. Matera. Jedno z większych miast Basilikaty. Miejsce prastare, fascynujące. Pierwsi ludzie osiedlili się tu osiem tysięcy lat p. n. e., szukając w grotach skalnych schronienia przez wrogami i spiekotą. Nawiedzane przez Greków i Rzymian, zostało wpisane w 1993 roku do Światowego Dziedzictwa Kultury i Nauki. 


Miasto z daleka nie zdradza, co kryje w swym sercu. Przylepione do wzgórza pudełkowate budynki: pastelowość i piaskowość na wysokim, prażonym południowym słońcem wzniesieniu. W środku miasto przypomina krater, gigantyczny skalny tygiel, spoglądający pustymi oczodołami domostw, częściowo znajdujących się wewnątrz litej skały. Współcześni jaskiniowcy mieszkają tu od lat, jak gdyby nigdy nic, korzystając ze zdobyczy techniki. Wi-Fi? No problem. Zasięg lepszy niż u nas pod Monachium. Telewizja satelitarna, samochody - na porządku dziennym. A jednak mieszkają w jaskiniach. 


Jeszcze niedawno, w latach pięćdziesiatych, w 3300 pomieszczeniach wydrążonych w skale mieszkało 16 tysięcy materańczyków, mimo że w 1948 miasto nawiedziła epidemia malarii, a ludzie, mieszkający w katastrofalnych warunkach, wymierali jak muchy. W roku 2001 w jaskiniach mieszkało już tylko 2300 mieszkańców. Trwają starania i plany, zmierzające ku zwiększeniu tej liczby do co najmniej 7000 tysięcy.


Tak mieszkali kiedyś - bydlęta i ludzie w jednym pomieszczeniu. Zadziwiające, jaki chłód panuje we wnętrzu takiej groty, mimo trzydziestu paru stopni na zewnątrz. Mieszkańcy, zwani sissi, nauczyli się gromadzić w skalnych cysternach deszczówkę, niezbędną do przeżycia. Dziś oczywiście żaden zwierz, poza zwykłym psem-kotem-kanarkiem, się tu nie ostał. Są za to knajpki, luksusowe hotele, zwykłe domostwa - normalne życie. Po zaułkach, schodkach, ślepych uliczkach można błądzić godzinami, niczym po gigantycznych, trójwymiarowym, kamiennym labiryncie.


Spotkać tu można budynki dziwne...


...niezamieszkane...


...z ogródkiem na dachu...



...a także odpychające i klaustrofobiczne (tak, tak, tu też mieszkają ludzie!).

Magia tego miejsca nie przeszkodziła nam skręcić do przyjemnej trattorii, gdzie posililiśmy się wspaniałą, ręcznie wykonaną pastą:


A to już w drodze powrotnej. Matera z oddali - i gdzie ta niezwykłość?...


niedziela, 2 września 2012

Jussi Adler Olsen "Verachtung" (czwarty tom z Carlem Moerkiem) - czyli źle się dzieje w państwie duńskim



Wydawnictwo: dtv
Tytuł oryginału duńskiego: Journal 64
Tłumaczenie na niemiecki: Hannes Thiess
Ilość stron 544
ISBN 978-3-423-28002-0
Data premiery: wrzesień 2012
Cena: 19,90 euro


Są pisarze, których powieści kupuje się w ciemno. Ot, wychodzi nowy Iksiński albo Ygrekowicz, bach, bierzemy. Czasami takie akcje kończą się rozczarowaniem, kiedy noworanordzone, wyczekane, wytęsknione dziecko TEGO Iksińskiego okazuje się nie do końca takie śliczniutkie, jak się spodziewaliśmy, albo ma rude włosy, mimo że w rodzinie żadnego z rodziców rudzielców nie ma. 

Dla mnie Jussi Adler Olsen jest takim pisarzem. Na czwarty tom przygód trójki niekowencjonalnych śledczych z Carlem Moerckiem w roli głównej czekałam dobrych parę miesięcy. Kurier z książką nie mógł mi sprawić większej radości, przynosząc ją dokładnie w dzień naszego wyjazdu do Włoch. Nie dziwota, że była pierwszą, którą przeczytałam pod tutejszym niebiem. I nie wiem, czy południowa spiekota, połączona z niemilknącym ględzeniem Włochów nie koresponduje ze skandynawskim chłodem i listopadowymi zbrodniami, czy coś naprawdę z książką Adlera Olsena jest nie tak, bo czytało mi się jak po grudzie, a raczej, by pozostać przy plażowej terminologii, jak po piachu. 

Owszem, jak na prawdziwego Skandynawa przystało, autor nie zawiódł, i również tym razem zbudował swoją opowieść na znakomicie zarysowanej socjokrytycznej bazie. Mroczniejszych klimatów Adler Olsen już chyba nie mógł wybrać, bowiem tym razem zapuścił się w zdejmujące przerażeniem rewiry eugeniki, selektywnej reprodukcji człowieka, przymusowej sterylizacji i tym podobnych podnoszących włos na głowie tematów - a wszystko to - uwaga! - bynajmniej nie w nazistowskich Niemczech, ale w "cywilizowanej" Danii, długo po wojnie, a nawet współcześnie. Dodam, że całość oparta została na faktach, a wyspa jak z horroru, na której separowano od społeczeństwa "element niepożądany" i dokonywano sterylizacji, istniała naprawdę, razem z całym makabrycznym bagażem. Autor odrobił pracę domową i znakomicie podbudował fikcję rzetelnie zebranymi informacjami. I choćby za to tylko warto tę książkę przeczytać. 

Ale po serię z Carlem Moerckiem sięga się nie tylko dla znakomitej socjokrytycznej otoczki. Znających poprzednie tomy zachęcać zapewne nie muszę, a tych, dla których postać nieprzystosowanego policjanta jest jeszcze dziewicza, odsyłam do tomów wydanych po polsku. Czekających na kolejne zaś pocieszam: syryjski "asystent" Assad występuje również i tutaj, odsłaniając nieco więcej (ale nie wszystko) ze swej owianej tajemnicą przeszłości, bawiąc "wielbłądzią terminologią", fascynując teperamentem i budząc podziw bezkompromisowymi gliniarskimi umiejetnościami, przy których Carl Moerck wygląda jak nieopierzony i bezkrwisty wymoczek. Assad rulez! Jest również i Rose, przysługując się śledztwu i osobliwemu zespołowi niezmordowaną pracowitością i wyjątkowym "nosem". Sympatia dla znanych bohaterów wynika po części z efektu serii, bo Carl Moerck swoimi kryminalistycznymi walorami - obiektywnie rzecz biorąc - w tym tomie nie zachwyca. Jeśli coś się dzieje, to dzieje się dzięki pozostałej dwójce lub sile inercji samego ślrdztwa, a nie dzięki jego intelektowi czy zaangażowaniu. 

Rozczarowała mnie odrobinę sama intryga. Historia Nete Hermansson, choć przerażająca i załażąca za skórę, zmierza w kierunku, który wydaje się jednak nieco wyświechtany - motyw zemsty naprawdę mieliśmy już milion razy i to we wszystkich możliwych wariantach. Zawsze kiedy się pojawia, budzą się we mnie wątpliwości, czy człowiek naprawdę potrafi żyć zemstą przez wiele dziesięcioleci i podsycać ją w sobie przez tak długi czas? Czy płomień tego najgwałtowniejszego z uczuć z czasem nie wygasa, ustępując miejsca pragnieniu pokoju?... Nie wiem - pragnienie zemsty jest mi uczuciem dość obcym. Niedostatki intrygi wetuje zakończenie - zaskakujące i bardzo teatralne. Ostatnia, kulminacyjna scena tej opowieści, gromadząca wszystkie dramatis personae w jednym miejscu, choć nie do końca tak, jak się tego spodziewaliśmy, jest znakomita, przejmująca, bardzo obrazowa. I satysfakcjonująca. 

Mniej satysfakcjonująca była jednak sama lektura; jakoś nie chciało zaiskrzyć tak, jak przy poprzednich tomach, brakowało napięcia, adrenaliny, przyspieszonego tętna, poszczególne sceny ciągnęły się, czasem nużyły, tylko sporadycznie wbijając w fotel, co po poprzednich tomach było  nieco rozczarowujące.

Moja ocena będzie jednak wysoka, bo książka mimo wszystko wyróżnia się pozytywnie na tle kryminalnej masowej produkcji. Jussi Adler Olsen nie utracił zaś satusu pisarza, którego kupuję w ciemno (na razie). Chcę więcej Assada!
Moja ocena: mocna czwórka 4/5.


Baza recenzji syndykatu Zbrodni w Bibliotece