Ads 468x60px

piątek, 17 sierpnia 2012

Bartłomiej Rychter "Kurs do Genewy" - co z tą cholerną książką!?...



Wydawnictwo: WAB
Data wydania: maj 2007
Ilość stron: 456
Cena: 44,90 zł

Wiem, wiem. Pewnie spodziewaliście się raczej recenzji najnowszej książki Bartłomieja Rychtera, "Ostatni dzień lipca", bo to wyczekiwana przeze mnie nowość, a ci, którzy wpadają do mnie regularnie, wiedzą, że inna powieść tego autora, "Złoty wilk", bardzo mi się podobała. Lektura "Kursu do Genewy", książki którą pisarz zadebiutował i która była nawet nominowana do Nagrody Wielkiego Kalibru, zaskoczyła mnie samą. Zwłaszcza, że w ogóle nie liczyłam na to, że zdobędę tę książkę - wszak szukałam po internetowych księgarniach i gucio...

A zatem skąd to wszystko? Ano stąd, że czasem nasze życiowe ścieżki są kompletnie nieprzewidywalne. Parę dni temu łaziłam sobie po Warszawie, zwiedzałam stare kąty, Browarną, Oboźną, Nowy Świat. Na rogu Nowego Światu i rozkopanej do bebechów Świętokrzyskiej niegdyś mieściła się mała księgarenka, do której lubiłam zaglądać. Teraz jest tam Dedalus. Nie mogłam się oprzeć i mimo marudzących jak dwie ulęgały ogonów wlazłam do środka, błyskawicznie omiatając wzrokiem regały. Skaner w siatkówkach chyba jeszcze działa, bo momentalnie wyłonił z kolorowego gobelinu książkowych grzbietów coś, co wywołało impuls brania i płacenia. "Kurs do Genewy" właśnie. Ile się tego naszukałam... Nie zdradzę, ile zapłaciłam, bo niska cena tej książki zniesmaczyła mnie i dotknęła do żywego (gdyby ktoś wymyślił, że płacimy za książki tyle, ile wydają nam się warte, byłabym chyba najlepszą klientką świata). Uzbrojona w pokaźny tom, dla ukojenia duszy i ułagodzenia głodnych i zmęczonych smoków, udałam się do pewnej herbaciarni, którą odkryłam parę dni wcześniej. 

Jest oazą spokoju w centrum chaosu i brzydoty. W tle gra dobra muzyka, na stolikach stoją szachy i scrabble, z miejsca zaanektowane przez smoczęta, pod nogami skrzypi drewniany parkiet, a herbatę parzy się nie z papierowej podpaski, tylko z liści: bezpośrednio, wydobywając maksimum aromatu. Mogłabym tam zamieszkać... Atmosfera tego miejsca sprawiła, że fizycznie zapragnęłam książki. A że jedynym posiadanym przy sobiei drukowanym przedmiotem był "Kurs", zerknęłam do środka. I wsiąkłam.

Powieść jest taka, że aż dziwne, iż wyszła spod pióra debiutanta. Już w "Złotym wilku", który powstał później, dostrzec można niezwykły dar opowiadacza, jaki jest dany autorowi. "Kurs" pod tym względem nie jest gorszy, choć to zupełnie inna książka. 

Zaczyna się niesamowicie. Kraków, noc, taksówkarz, zatrzymujący się na ulicy, by zabrać przemoczoną dziewczynę z plecakiem i w wojskowej kurtce. Gdyby wiedział, że ten kurs na zawsze zmieni jego życie, może nigdy nie zabrałby dziewczyny. Ale zrobił to. I uruchomił spiralę wydarzeń, która wciągnęła go jak ssawka gigantycznego odkurzacza. I już nie puściła, mimo że próbował wycofać się parokrotnie. Dziewczynę ktoś ściga. Po dramatycznym pościgu ulicami nocnego Krakowa prześladowcy udaje się jej dopaść. Dziewczyna przepada wraz z agresywnym właścicielem agresywnego samochodu. Taksówkarz znajduje tylko na tylnym siedzeniu plecak, a w nim... książkę. Starodruk. 

I rozpętuje się piekło. Nagle książka okazuje się obiektem, za którym goni połowa przestępczego światka Krakowa, niemal wszystkim antykwariuszom świecą się oczy i ślinią usta na samą wzmiankę o tym woluminie, a wreszcie do taksówkarza zgłasza się i sama dziewczyna, upominając się o własność, która ostatecznie okazuje się wcale nie być jej własnością, i której Tomasz Bartel, wspomniany taksówkarz, wcale nie zamierza oddać.

Co do cholery, jest z tą książką, że nagle wszyscy za nią gonią, gotowi zapłacić za nią krocie, albo zabijać, albo i jedno, i drugie? Autor długo nie zdradza tajemnicy starego tomu. Meandruje i wyprowadza w pole, a nawet przez pewien krótki moment budzi obawę, że dokona skrętu w stronę ezoteryki, a w książce ukryje tajemnicę co najmniej diabelską, jeśli nie boską. Ale nie. To nie jest thriller mistyczny, zbaczający w okultyzm i mistycyzm. To thriller sensacyjny, żywiący się najlepszymi tradycjami gatunku, a nawet zahaczający o szpiegostwo i odkurzający podzielony przez dwa mocarstwa Berlin. W dodatku thriller przemyślany do końca. Zapętlony w smakowity sposób. Przekonujący rozwiązaniem. No kurczę, świetny po prostu. 

Jedyne, co bym w nim poprawiła, to może nieco, ale to naprawdę nieznacznie odchudziła. Taka maleńka wiosenna dieta bikini. Bo w pewnym momencie, kiedy autor prowadzi czytelnika na krakowskie, a potem na praskie manowce, ciut ciut poczułam się znużona. Ale za to już w Genewie - tam to się zaczyna jazda! 

Kreacja bohaterów jest poprawna, choć Tomasz Bartel może nieco za bardzo pławi się w litości nad samym sobą i rozpamiętuje zamierzchłą miłość, a Estera odrobinę za bardzo przypomina jakąś współczesną supergirl, ale przecież nie można mieć wszystkiego. Nawet wątki agenturalne zachowały niezły balans i nie zeszły w grzązkie bagno polityki, nie irytując jednocześnie naiwnością lub powierzchownością. Słowem - przyzwoity, szybki i inteligentny thriller, którego nie trzeba się wstydzić na międzynarodowej arenie. Aż dziw, że jeszcze nikt go nie sfilmował, choć podobno chciał: Machulski.

Oceniam wysoko, bo warto: 4+/5

Baza recenzji syndykatu Zbrodni w Bibliotece

23 komentarzy:

  1. Ooo, wydaje się być ciekawa; i dobrze, bo mam ją w planach :).

    OdpowiedzUsuń
  2. Teraz to już na pewno zwrócę uwagę na tego pana (nie czytałam żadnej z jego powieści) :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Twój tytuł strasznie mnie zmylił - myślałem, że ten "Kurs.." to jakiś - za przeproszeniem- gniot :) /tommy/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha! Nie gniot:-) Ale okładka i tytuł rzeczywiście są takie, że nie zwróciłabym na nie uwagi, gdybym nie szukała konkretnie tej pozycji ze względu na autora:-)

      Usuń
  4. Też mnie zmylił tytuł posta :) Co do autora - cały czas mam na uwadze "Złotego wilka", o którym pisałaś jakiś czas temu, i planuję ją przeczytać, gdy tylko będę miała taką możliwość. Co do dzisiaj opisanej przez Ciebie książki - brzmi interesująco, zwłaszcza, że jest to thriller sensacyjny, bez wątków okultystycznych, których mam chwilowo dosyć po ostatnio czytanej przeze mnie książce...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, na szczęście nie jest okultystycznie, tylko solidnie i rozumowo. Ja tam od czasu do czasu mistycznym wątkiem nie wzgardzę, ale musi to już być raczej mistrzostwo świata, bo inaczej łatwo popaść w śmieszność.

      Usuń
  5. Zapisuję sobie nazwisko autora. Zdradzisz co to za herbaciarnia? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No pewnie: T-bar przy Szpitalnej:-)

      Usuń
    2. Nie byłam. Lokalizacja fajna, musze się wybrać choć jestem bardziej kawoszką :)

      Usuń
  6. Zamarłam, kiedy zobaczyła tytuł posta, bo właśnie niedawno też nabyłam tą powieść w Dedalusie w Krakowie - masz rację, cena oszałamia! Już się bałam, że kiepska, a kupiłam tylko dlatego, że zachwalałaś autora, a tu widzę, że strzał w dziesiątkę :) Nasmaczyłaś mnie na nią, powinna odczekać swoje pięć lat na półce, a tu widzę, że będę się musiała zabrać za nią wcześniej.

    A wymiary faktycznie spore, ale chyba WAB w pewnym okresie lubił tak wydawać, bo z tego samego chyba roku mam "Wyjątek" Jungersena i też jest po byku - stoją teraz oba na półce i się wdzięczą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak skończysz to się polecam :)

      Usuń
    2. Widziałam i "Wątek", stał faktycznie obok "Kursu...", nawet mnie korciło, żeby sobie kupić, ale nie chciało mi się dźwigać dwóch opasłych tomów przez pół Warszawy:-)

      Usuń
  7. Nie znam jeszcze tego pisarza, ale "jeszcze" jest tu kluczowe. Mam ogromną ochotę poznać jego książki i na pewno to w końcu zrobię :) Chociaż takiej perełki pewnie nie uda mi się wyszperać w księgarniach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W "Dedalusie" mają, pewnie resztki nakładu. Zachęcam:-)

      Usuń
  8. Po takiej recenzji po prostu nie sposób przejść obok książki obojętnie :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Cóż za wysmakowana recenzja, z zapachem herbaty, księgarnią, własnymi odczuciami; wszystko jak lubię:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Staram się nie przepisywać tekstu z okładki:-)

      Usuń
  10. ha! Muszę się za nią wziąć, bo mam ja w zbiorach i ma pecha, że ciągle spada na dalsze pozycje listy tego co muszę przeczytać. Nie doceniłam debiutanta!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze mówiąc, sama po tytule i okładce raczej też bym nie sięgnęła. Ale skoro ją masz, to polecam!

      Usuń
  11. To jest moja ulubiona książka tego autora :) mimo, że kolejne bardziej wyszukane, z precyzyjniejszym warsztatem. Cieszę się, że go promujesz bo to nie tylko dobry pisarz ale i świetny facet. A jak się go słucha to aż żal, że dotąd tylko 3 książki wydał.
    Pozdrawiam i czekam na kolejne recenzje :>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dotychczas nie zawiodłam się na żadnej jego książce i nie powiem, czekam na kolejną, najbardziej chyba na obiecaną kontynuację "Złotego wilka";-)

      Usuń