Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Deaver Jeffery. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Deaver Jeffery. Pokaż wszystkie posty
środa, 28 marca 2012
Jeffery Deaver na festiwalu kryminalnym w Monachium
Zapraszam do przeczytania mojej relacji ze spotkania autorskiego z Jefferym Deaverem w ramach festiwalu kryminalnego w Monachium. Sporo było o jego najnowszej powieści "Carte blanche". Link tutaj. A moją recenzję tej książki znajdziecie tutaj.
piątek, 23 marca 2012
Jeffery Deaver "Carte Blanche" - reanimowany Bond = udany Bond?
Wydawca: Blanvalet
Data premiery: 27.02.2012
Tytuł oryginału: Carte Blanche (James-Bond-novel)
Ilość stron: 544
Cena 14,99 euro
Niniejsza książka jest wynikiem swoistego eksperymentu. James Bond bowiem nie jest figurą nową, ba, niewiele pewnie jest osób na świecie, które nigdy o nim nie słyszały, skoro jedna piąta ludzkości widziała przynajmniej jeden film o Bondzie w życiu. Ale nie o filmowym Bondzie będzie mowa. Jeffery Deaver, który poważył się na przedsięwzięcie ożywienia postaci, wymyślonej przed półwieczem przez Iana Fleminga, świadomie i celowo odciął się od wszelkich kinowych wzorców, skupiając się na agencie książkowym, tym, którego poznał jako ośmiolatek, z wypiekami na twarzy śledzący perypetie wszechstronnego szpiega. Czy taki eksperyment nie jest z góry skazany na niepowodzenie? Czy można reanimować legendę? Czy można przeflancować postać, która pierwotnie zmagała się z kompletnie innym przeciwnikiem, ba, żyła w całkowicie odmiennej rzeczywistości, w dwudziesty pierwszy wiek, kiedy to działalność szpiega ma całkiem innym wymiar niż pół wieku temu?
Odważny to krok ze strony spadkobierców Fleminga (bo to oni zaproponowali Deaverowi to przedsięwzięcie), wydawców i samego pisarza, który nie wahał się jednak ani minuty, by podjąć wyzwanie. Wszak braku warsztatu pisarskiego akturat Deaverowi zarzucić nie można.
Jaki jest zatem ten nowy Bond? Jest młody. Jest byłym żołnierzem, walczącym w Afganistanie. Jest nadal brytyjskim agentem. Nadal jest miłośnikiem szybkich samochodów (i właścicielem tego cacka):
Nadal jest koneserem whiskey i dobrego wina (wiele dałabym za to, by dokonać degustacji wypijanych przez niego trunków, nie pomijając legendarnego wodka martini - koniecznie wstrząsanego, nie mieszanego...). I w jego życiu nadal są piękne kobiety. Choć ten nowy Bond nie szturmuje kobiecych serc i sypialni, on... szuka. Szuka kobiety, która dzieliłaby z nim życie. Nie kochanki, nie zabójczo pięknego ciała, ale równoprawnej parnterki, potrafiącej odwzajemnić wielką, jedyną miłość. I jego stosunek do kobiet jest nieco inny, niż można się tego było spodziewać. Mniej samczy, bardziej refleksyjny. Cóż, jednak czasy się zmieniły...
Jego misję można nazwać typową. Na skutek wiadomości uzyskanej z nasłuchu ogłoszony zostaje najwyższy alarm terrorystyczny. Nieznani sprawcy uderzą wkrótce, nie wiadomo jednak, kim są, ani gdzie nastąpi atak. Najwyższe kręgi rządowe są przekonane, że tylko James Bond poradzi sobie z tą misją. Agent specjalny udaje się do Serbii, gdzie o włos udaje mu się zapobiec katastrofie: celem terrorystów miał być pociąg, wyładowany śmiertelnie niebezpieczną chemiczną substancją. Liczba ofiar, gdyby atak się udał, byłaby gigantyczna. Thriller o Bondzie nie byłby thrillerem o Bondzie, gdyby nie miał jednak drugiego dna. Trzeciego, czwartego... a akcja nie odwracała się o sto osiemdziesiąt stopni co kilka stron. I tak misja zaprowadzi agenta z powrotem do Londynu, następnie do Dubaju, a ostatecznie do Kapsztadu, gdzie szpieg wpadnie na trop niesłychanego spisku "śmieciowego potentata", miliardera Severana Hydta, osobnika o dość osobliwych, nekrofilnych skłonnościach. Okaże się jednak, że to nie (tylko) on jest przeciwnikiem, z którym przyjdzie się zmierzyć. Wróg jest o wiele bardziej niebezpieczny...
Dzieje się dużo, dzieje się szybko, jak na bondowską historię przystało. Deaver doskonale odrobił lekcje i prowadzi czytelnika w miejsca, które zna z autopsji, okraszając wszystko sprawdzonymi pod każdy kątem szczegółami i insiderowską wiedzą. To wszystko sprawia, że zachowana jest wiarygodność scenerii. No właśnie, wiarygodność... Jak zwykle Bond wychodzi z wszelkich opresji cało i nie sposób nie zauważyć, że kreślone tu wątki są... mało prawdopodobne. Nie ustrzegł się Deaver przed pewną schematycznością w rozwiązywaniu krytycznych sytuacji. Nie ustrzegł się też przed pewną powierzchownością, choć poruszył w tym thrillerze problematykę poważną, zastraszająco realną i groźną (do czego wszystkiego można wykorzystać śmieci? Czy to głód będzie bronią przyszłości, dzięki której wygrywać się będzie wojny?). A jednak bierzemy to wszystko za dobrą monetę, bo wiemy, że mamy do czynienia z Bondem. Z legendą. Bohaterem. Wierzymy w to, bo chcemy w to wierzyć.
Nie oczekujmy tutaj szpiegowskiego majsterszyku rodem z Le Carre'a, nie spodziewajmy się drugiego Deona Meyera, specjalisty od afrykańskich kryminałów, nie szukajmy tu walorów, typowych dla refleksyjnych i ponurych Skandynawów. To Bond. James Bond.
Moja ocena: solidna czwórka (4/5). Za kawał dobrej rozrywki. Niezbyt ambitnej, ale na wysokim poziomie.
Recenzja syndykatu "Zbrodni w bibliotece"
Data premiery: 27.02.2012
Tytuł oryginału: Carte Blanche (James-Bond-novel)
Ilość stron: 544
Cena 14,99 euro
Niniejsza książka jest wynikiem swoistego eksperymentu. James Bond bowiem nie jest figurą nową, ba, niewiele pewnie jest osób na świecie, które nigdy o nim nie słyszały, skoro jedna piąta ludzkości widziała przynajmniej jeden film o Bondzie w życiu. Ale nie o filmowym Bondzie będzie mowa. Jeffery Deaver, który poważył się na przedsięwzięcie ożywienia postaci, wymyślonej przed półwieczem przez Iana Fleminga, świadomie i celowo odciął się od wszelkich kinowych wzorców, skupiając się na agencie książkowym, tym, którego poznał jako ośmiolatek, z wypiekami na twarzy śledzący perypetie wszechstronnego szpiega. Czy taki eksperyment nie jest z góry skazany na niepowodzenie? Czy można reanimować legendę? Czy można przeflancować postać, która pierwotnie zmagała się z kompletnie innym przeciwnikiem, ba, żyła w całkowicie odmiennej rzeczywistości, w dwudziesty pierwszy wiek, kiedy to działalność szpiega ma całkiem innym wymiar niż pół wieku temu?
Odważny to krok ze strony spadkobierców Fleminga (bo to oni zaproponowali Deaverowi to przedsięwzięcie), wydawców i samego pisarza, który nie wahał się jednak ani minuty, by podjąć wyzwanie. Wszak braku warsztatu pisarskiego akturat Deaverowi zarzucić nie można.
Jaki jest zatem ten nowy Bond? Jest młody. Jest byłym żołnierzem, walczącym w Afganistanie. Jest nadal brytyjskim agentem. Nadal jest miłośnikiem szybkich samochodów (i właścicielem tego cacka):
![]() |
| Bentley Continental GT Speed |
Nadal jest koneserem whiskey i dobrego wina (wiele dałabym za to, by dokonać degustacji wypijanych przez niego trunków, nie pomijając legendarnego wodka martini - koniecznie wstrząsanego, nie mieszanego...). I w jego życiu nadal są piękne kobiety. Choć ten nowy Bond nie szturmuje kobiecych serc i sypialni, on... szuka. Szuka kobiety, która dzieliłaby z nim życie. Nie kochanki, nie zabójczo pięknego ciała, ale równoprawnej parnterki, potrafiącej odwzajemnić wielką, jedyną miłość. I jego stosunek do kobiet jest nieco inny, niż można się tego było spodziewać. Mniej samczy, bardziej refleksyjny. Cóż, jednak czasy się zmieniły...
Jego misję można nazwać typową. Na skutek wiadomości uzyskanej z nasłuchu ogłoszony zostaje najwyższy alarm terrorystyczny. Nieznani sprawcy uderzą wkrótce, nie wiadomo jednak, kim są, ani gdzie nastąpi atak. Najwyższe kręgi rządowe są przekonane, że tylko James Bond poradzi sobie z tą misją. Agent specjalny udaje się do Serbii, gdzie o włos udaje mu się zapobiec katastrofie: celem terrorystów miał być pociąg, wyładowany śmiertelnie niebezpieczną chemiczną substancją. Liczba ofiar, gdyby atak się udał, byłaby gigantyczna. Thriller o Bondzie nie byłby thrillerem o Bondzie, gdyby nie miał jednak drugiego dna. Trzeciego, czwartego... a akcja nie odwracała się o sto osiemdziesiąt stopni co kilka stron. I tak misja zaprowadzi agenta z powrotem do Londynu, następnie do Dubaju, a ostatecznie do Kapsztadu, gdzie szpieg wpadnie na trop niesłychanego spisku "śmieciowego potentata", miliardera Severana Hydta, osobnika o dość osobliwych, nekrofilnych skłonnościach. Okaże się jednak, że to nie (tylko) on jest przeciwnikiem, z którym przyjdzie się zmierzyć. Wróg jest o wiele bardziej niebezpieczny...
Dzieje się dużo, dzieje się szybko, jak na bondowską historię przystało. Deaver doskonale odrobił lekcje i prowadzi czytelnika w miejsca, które zna z autopsji, okraszając wszystko sprawdzonymi pod każdy kątem szczegółami i insiderowską wiedzą. To wszystko sprawia, że zachowana jest wiarygodność scenerii. No właśnie, wiarygodność... Jak zwykle Bond wychodzi z wszelkich opresji cało i nie sposób nie zauważyć, że kreślone tu wątki są... mało prawdopodobne. Nie ustrzegł się Deaver przed pewną schematycznością w rozwiązywaniu krytycznych sytuacji. Nie ustrzegł się też przed pewną powierzchownością, choć poruszył w tym thrillerze problematykę poważną, zastraszająco realną i groźną (do czego wszystkiego można wykorzystać śmieci? Czy to głód będzie bronią przyszłości, dzięki której wygrywać się będzie wojny?). A jednak bierzemy to wszystko za dobrą monetę, bo wiemy, że mamy do czynienia z Bondem. Z legendą. Bohaterem. Wierzymy w to, bo chcemy w to wierzyć.
Nie oczekujmy tutaj szpiegowskiego majsterszyku rodem z Le Carre'a, nie spodziewajmy się drugiego Deona Meyera, specjalisty od afrykańskich kryminałów, nie szukajmy tu walorów, typowych dla refleksyjnych i ponurych Skandynawów. To Bond. James Bond.
Moja ocena: solidna czwórka (4/5). Za kawał dobrej rozrywki. Niezbyt ambitnej, ale na wysokim poziomie.
Recenzja syndykatu "Zbrodni w bibliotece"
sobota, 17 marca 2012
BIEMDABLJU ŁELT i na prawo od Isary
| Jeffery Deaver w BMW-Welt |
Trochę jestem w tyle z postami, a to za sprawą dwóch niezależnych od siebie przyczyn: pierwsza z nich jest mało optymistyczna i natury czysto prywatnej - mój starszy syn doznał kontuzji kręgosłupa, w związku z czym ostatnie dni spędziłam głównie w klinice na rezonansach, rentgenach i innych torturach. Ale bez obaw, Kamil wyjdzie z tego. Druga to zagęszczęnie niezwykle absorbujących imprez literackich, na które biegam od dwóch dni w ramach właśnie rozpoczynającego się festiwalu kryminalnego w Monachium. Obszerną relację ze wszystkich spotkań znajdziecie wkrótce na portalu Zbrodnia w Bibliotece, na razie chciałam tylko podzielić się z Wami pierwszymi wrażeniami - i dwiema zdobyczami.
Ale najpierw krótka impresja z dzisiejszego przedpołudnia w Monachium. Dziś rano o dziewiątej pod Stachusem:
Nieba glazur, piętnaście stopni ciepła, tylko żyć i sączyć cappuccino w kawiarnianym ogródku...
O jedenastej niektórym było już za gorąco, toteż pouciekali do cienia i zaczęli się raczyć napojami chłodzącymi:
Wieczór zaś był zupełnie z innej bajki:
| Dziś wieczorem w BIEMDABLJU ŁELT - jak rozkosznie zakomunikował Jeffery Deaver |
Nie będę zdradzać zbyt wielu szczegółów, powiem tylko: jestem pod wrażeniem. Zarówno wczorajsze spotkanie z Lizą Marklund w Klinice Rechts der Isar (fajna nazwa, nie?), jak i dzisiejszy show z Deaverem i premiera jego najnowszej książki o Bondzie - wielka, światowa klasa. Dyktafon i aparat kipią od kilobajtów danych, ja kipię z emocji i już się zabieram do pisania relacji z tych spotkań. Także i recenzje ich najnowszych książek znajdziecie niebawem na moim blogu. Więcej zdjęć i szczegóły na ZwB. A na okrasę to, co przyniosłam do domu z tych dwóch spotkań, czyli autografy i aminicja:
| Miłe słowa od Deavera... |
| ...i autografy Marklund oraz jej niemieckiego "głosu"... |
| ... i amunicja na nerwy, czyli upominek od organizatorów. Mniam. |
Subskrybuj:
Posty (Atom)





