Wydawnictwo: Bastei Lübbe
Seria Detective Max Wolfe 2
Tytuł oryginału: The Slaughter Man
Tłumaczenie na niemiecki: Dietmar Schmidt
Data wydania: grudzień 2015
Liczba stron: 317
Cena: 14,99 euro
Przyznam, tak, mam słabość do procedurali. Dobrze napisana klasyczna powieść kryminalna, osadzona w realiach współczesnego wielkiego miasta, wierność detalom, wgląd w pracę policji, bez upiększeń, nagość faktów, do tego wiarygodnie skonstruowana postać śledczego i zbrodnia, najlepiej niespektakularna, ale obnażająca mroczne zakątki ludzkich umysłów - i już. Nie trzeba wiele. Łatwo mnie złapać na lep takich perspektyw. Gorzej, gdy przynęta nęci mnie do towaru nie pierwszej świeżości.
A przy tym trzeba trzeźwo skonstatować, że dobrych procedurali jest coraz mniej. To, co jeszcze kilkanaście lat temu stanowiło trzon gatunku, teraz staje się rzadkością, rozmydlone mdłymi "thrillerami psychologicznymi", w których autorzy skupiają się nie na śledztwie, lecz na skomplikowanych, a jakże, przerażających i możliwe jak najbardziej dramatycznych przeżyciach bohatera - a właściwie najchętniej bohaterki, wszak czytelnicy tego gatunku to w większości kobiety, i to tak po czterdziestce. Ze świecą dziś szukać takich jak Harry Bosch, John Rebus, czy inny Harry, kontrowersyjny Harry Hole. Obrodziło zaś rozmaitymi "dziewczynami", zaginionymi w pociągu i odnalezionymi w ogniu. Czy trzeba się zatem dziwić, że jak ta spragniona dżdżu kania wychwytuję wszystko, co choć trochę przypominałoby wielkie, niezapomniane kryminalne serie?
I wydawałoby się, że seria z detektywem Maxem Wolfem spełni wszelkie pokładane w nią oczekiwania. Wyrazisty śledczy, na tyle "normalny", by pokochać go bez przeszkód, i dość pokręcony, by nie wywoływać mdłości. W dodatku ma słodką córeczkę Scout, którą wychowuje samotnie, ponieważ jej matka złą kobietą była i odeszła do innego, by z innym zachodzić w ciążę. Co ja mówię, ma w dodatku przesłodkiego pieska, o którego troszczy się z chwytającym za serce oddaniem. Nie od dziś wszak wiadomo, że dobrze rwie się laski na dzieci i szczenięta. Ale dość złośliwości, pan detektyw ma potencjał i sprawne pióro mogłoby wykreować go na obiekt wzdychów i pożądań większości czytelniczek kryminałów.
Jest też i Londyn. Dla wielu miasto magiczne, miejsce ukochane przez artystów, gwiazdy, rozmaitych awangardowych pokręceńców, tygiel kultur, kolebka i tak dalej. Idealny setting dla kryminałów. Kolejne źródło, z którego można czerpać bez końca.
A więc detektyw i miejsce akcji - dwa wielkie plusy, które powinny zadziałać na korzyść powieści. Weźmy pod lupę samą zbrodnię. A ta jest z gatunku tych drastycznych. W sylwestrową noc zgładzona zostaje cała rodzina: ojciec, matka (dodatkowo brutalnie zgwałcona), dwoje nastoletnich dzieci. I dopiero po kilku godzinach od odkrycia jatki okazuje się, że nigdzie nie ma ciała trzeciego, dziecka, czteroletniego Bradleya. Śledztwo zmierza więc nie tylko w kierunku schwytania brutalnego zabójcy, ale i odnalezienia dziecka. Prędko wychodzą na jaw niepojęte szczegóły masakry - rodzinę wymordowano przy pomocy urządzenia do uboju bydła. Tak, Tony Parsons lubi zbrodnie krwawe, krzykliwe, szokujące. Nie inaczej było w pierwszym tomie tej serii, wydanym przez Albatrosa pod adekwatnym tytułem "Krwawa wyliczanka". Mamy więc nietypowe narzędzie zbrodni. Pierwsze, co się nasuwa, to sprawdzenie, czy kiedyś ktoś i zamordował w taki sposób. I bingo. Zamordował. A nawet odsiedział karę i niedawno wyszedł na wolność. Policja skupia się na osobie "rzeźnika"... I tu zaczynają się schody. Londyńska policja przypomina zgraję nieporadnych amatorów, a jej poczynania, żenująco idiotyczne i irytująco dyletanckie, pociągają za sobą jedną katastrofę za drugą. Autor uznał widać, że zbuduje napięcie pakując swych śledczych w coraz to gorsze tarapaty, zaś dzielnego detektywa Wolfe'a poddając coraz to bardziej nieprawdopodobnym próbom, z których, oczywista, wychodzi z niewielkim tylko szwankiem, jako ten Chrystus z martwych powstały, by karać złoczyńców tytułowym gniewem. I pięściami oraz pazurami, bo broni palnej jakoś w brytyjskiej policji nie mają. Litościwie pominę milczeniem scenę, w której czwórka nieuzbrojonych śledczych pakuje się do gniazda wyjątkowo agresywnych pedofili (sic!), nie mogąc oczywiście zaczekać na przybycie jednostki specjalnej. Podobnych jest tu więcej, a każda kolejna wywołuje coraz większe zdumienie i konsternację (really?!...).
Jeśli dodamy do tego niewymowny patos, z jakim samotnie wychowujący tatuś przekonuje czytelników o swej nieskończonej miłości do córeczki (i pieska), to spokojnie możemy przyznać sobie medal za wytrwałość. Złoty! Bo doczytaliśmy do końca. I nawet nie rechotaliśmy podczas sceny wychodzenia z grobu (dosłownie. Ale przecież nie będziemy spoilerować).




