Ads 468x60px

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grzegorzewska Gaja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grzegorzewska Gaja. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 stycznia 2015

Gaja Grzegorzewska "Betonowy pałac" - życie seksualne dzikich?...


Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Data premiery: sierpień 2014
Liczba stron: 508
Cena: 39,90 zł


Są książki, od których chce się wymiotować. Tak po prostu pieprznąć to wszystko, zatkać pięścią usta, pognać do kibla i puścić pawia. Są książki, które sprawiają fizyczny ból, ryją pazurami, gwałcą słowem, wpychają się we wszystkie otwory, wściekłe, atakujące, obrzydliwe. Książki męczące, obłąkane, przekraczające wszelkie granice, łamiące wszystkie tabu, zrywające ze wszystkimi regułami, urągające poczuciu przyzwoitości i smaku, odciskające w pamięci obrazy, których nijak się pozbyć nie można, choć bardzo by się chciało. Książki, przy których człowiek się pyta, po co w ogóle są. 

I założę się, że wiele osób, próbujących zmierzyć się z lekturą "Betonowego pałacu", dozna dokładnie tych, opisanych powyżej, wrażeń. I nie będą to ciotki, lubiące dla przyjemności sięgnąć czasem po elegancki kryminałek, będą wśród nich osoby o pewnym czytelniczym stażu, osoby potrafiące znieść to i owo, osoby, których nie jest łatwo zaszokować. Bo "Betonowy pałac" nie jest książką ładną. Ani przyjemną. Nie jest nawet arcydziełem z wysokiej półki, co podobno niekiedy usprawiedliwia tortury lektury. Czym zatem "Betonowy pałac" jest?

Historią tragicznej, kazirodczej miłości?... Bolesną opowieścią o zemście i niespełnieniu?... Skomplikowaną rodzinną sagą?... Brawurowym kryminałem noir?... A może czymś w rodzaju kiczowatej wenezuelskiej telenoweli, przeniesionej na polski grunt?... Farsą pełną klisz i bohaterów, którym się wydaje, że grają w gangsterskim filmie?... Szeregiem pozbawionych głębszego sensu odrażających i perwersyjnych scen, obliczonych na szokowanie i epatowanie przemocą?... Nie skłamię, jeśli powiem, że wszystkim po trochu. I już choćby w tym objawia się szaleństwo tej książki: w jej nieprzewidywalności, niemożności przyklejenia jakiejkolwiek etykietki. Jeśli dodamy do tego niebywałą językową brawurę i bezkompromisowość autorki, to okaże się to wystarczającym bodźcem, by skłonić śmiałków do zmierzenia się z tą powieścią. Śmiałków, nie zachowawczych mieszczan w pepitkę, brzydzących się drastycznych scen i nie uznających przekleństw.

Główny bohater i pierwszoosobowy narrator, powraca po latach dobrowolnej dalekomorskiej banicji na Osiedle. Osiedle jest miejscem złym i zapomnianym przez Boga i miejskie władze, rządzonym przez kolejnych adminów, aktualnie przez chadzającego w białych garniturach Opiekuna. Wraca, choć nie chciał, wraca, bo ktoś go do tego sprowokował enigmatycznymi wiadomościami. Wraca, by wypełnić dla Opiekuna pewne zadanie: ma odnaleźć zaginioną jakiś czas temu i piękną jak marzenie żonę Opiekuna, Sophie. Przynajmniej taka jest oficjalna wersja. Bo bohater staje się pionkiem w czyichś rękach, narzędziem, a może nawet ofiarą. Rozpoczynają się krwawe podchody.

Stronice powieści zaludniają przerysowane postacie: skrajnie złe i prymitywne, dogłębnie tragiczne lub niebywale puste, kryjące swoje prawdziwe ja pod skorupą chamstwa i wulgarności lub ekshibicjonistycznie wywalające na wierzch zdegenerowane osobowości. To najczarniejszy z czarnych noir, niemający nic wspólnego z dziewięćdziesięcioprocentowym szlachetnym Lindtem, już raczej z wsysającą wszystko czarną dziurą.

I jeszcze ten język. Nie wiem, doprawdy, gdzie się trzeba obracać, lub co zażywać, by przyswoić sobie takie słownictwo. Czytajcie to, lingwiści. To też jest polszczyzna, choć czasem naprawdę trudno w to uwierzyć. Nie wiem, czy ktokolwiek przedtem pisał w Polsce w taki sposób, ja podobnej skarbnicy słów kloacznych nie spotkałam nigdzie przedtem. W jaki sposób gromadzi się taki wokabularz?!... Autorka zeskrobuje z bruku rozmaite plugastwa, łowi w szambie, zbiera cuchnącą chabaninę, miksuje to i wkłada bohaterom w usta. Nawet tym, którzy czytywali Tennysona. Absolutnie fascynujące.

Dziwnie się to czytało. Czasem miałam wrażenie, że to współczesny karykaturalny Malinowski. Takie "życie seksualne dzikich", swoiste studium polskiej przestępczości od antropologicznej strony. Momentami wydawało mi się, że to jakiś szalony komiks, przerysowana historyjka o ludziach, którzy lubią być źli. Natknęłam się tu na kilka znakomitych, genialnie pokazanych scen, świadczących o wiekim pisarskim kunszcie. I na obrazy, które już po chwili kazały mi w ten kuszt wątpić. Nie mam złudzeń, że ta książka spodoba się wszystkim. Nie jestem nawet pewna, czy podobała się mnie. Ale jedno jest pewne: ta książka nie pozostawi nikogo obojętnym. Jest niepokojąca, mierzi i zachwyca, wywołuje emocje. A o to chyba chodzi w literaturze. 


Pierwsze zdanie: "O świcie obudził mnie szum oceanu." 
Gdzie i kiedy: Kraków, współcześnie
W dwóch słowach: szambo i miłość
Dla kogo: dla odważnych
Ciepło / zimno: 74°