Ads 468x60px

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Deutscher Krimipreis 2017 - mamy laureatów!

No i wszystko wiadomo! W piątek przyznano doroczną nagrodę za najlepszy kryminał wydany w Niemczech w roku 2016. Przypadek chciał (a może wyczucie), że obie zwycięskie powieści już czytałam. Oto oni:

W kategorii kryminałów rodzimych:



Max Annas "Die Maurer" (Mur)

Jest to bardzo powieść niezwykle kompaktowa, gęsta, niemal kameralna (gdyby nie dość krwawy showdown, który nie jest ani trochękameralny ). Rzecz dzieje się w RPA, w jednym z typowych, przypominających twierdzę osiedli dla zamożnych białych. Czarnoskóry student Moses, wracający od profesora, nie ma szczęścia. Zepsuł mu się samochód, padły baterie w komórce, a jedynym miejscem, gdzie mógłby wezwać pomoc, jest położone tuż obok Gated Community. I w ciągu paru chwil z szukającego pomocy studenta staje się zwierzyną, na którą polują ochroniarze z osiedla. Na tym samym osiedlu tym samym czasie przebywają inni intruzi: Thembikosi i Nozipho, para złodziejaszków, która w rabowanym domu natrafia na ślady całkiem innej zbrodni.

Jeden z jurorów napisał o tej książce tak: "Annas ma godny podziwu talent pakowania przemyślnej intrygi w skoncentrowane, odchudzone i wciągające thrillery. Z wielką klasą zagęszcza południowoafrykańskie społeczeństwo wraz jego rasowymi konfliktami w miejscach, gdzie te konflikty można poddać wnikliwej autopsji."

A ja potwierdzam. Świetna. Choć bardzo, bardzo nietypowa. I raczej nieobecna na listach bestsellerów.

Kategoria międzynarodowa:




Donald Ray Pollock "Die himmlische Tafel" (The Heavenly Table)

Georgia, 1917. Farmer Pearl Jewett chce ubóstwem na ziemi zasłużyć na miejsce przy niebiańskim stole, a jego trzej synowie biedują wraz z nim, czy tego chcą, czy nie. Po śmierci ojca trzej młodzi mężczyźni muszą radzić sobie sami. I wzorem bohaterów z trzeciorzędnych westernów wyruszają w świat, by rabować, uciekać, kryć się i zabijać.

Juror uzasadnia tak: ""Niebiański stół Pollocka jest suto zastawiony. To jest wielka literatura: naszpikowana ludzkimi tęsknotami, przepełniona gorzkim komizmem i niesiona speptyczną moralnością, która rozpoczyna się od żarcia".

Nie wiem, ile w tej powieści kryminału, a ile westernu i soczystej powieści osadzonej na południu Stanów, ale wiem jedno: ten misz-masz gatunków jest przedni, a wykonanie mistrzowskie.


Krimifantamania z autorem w listopadzie 2016
(nie powiem, co my tu sobie wymieniamy...)

Pollock zadedykował :-)
A tu pozostali wyróżnieni, czyli miejsca 2 i 3 w obu kategoriach:

 

2. Simone Buchholz: „Blaue Nacht“ (Niebieska noc)
3. Franz Dobler: „Ein Schlag ins Gesicht“ (Cios w twarz)

 


2. Liza Cody: „Miss Terry“ („Miss Terry“) 
3. Garry Disher: „Bitter Wash Road“ („Bitter Wash Road“) 

Wybór jest jak zwykle subiektywny (nagrodę przyznaje jury złożone z krytyków, literaturoznawców i księgarzy wyspecjalizowanych w literaturze kryminalnej), ale wyraźnie widać jedno: jurorzy nie sugerują się słupkami sprzedaży i trendami. Zastanawia, że w przypadku laureatów zagranicznych mamy wyłącznie przedstawicieli rynku anglosaskiego, i nie są to nazwiska bardzo komercyjne, znane i czytane na całym świecie. I choć wielu czytelnikom wybór ten wyda się kontrowersyjny albo dziwaczny, to ja dostrzegam w tym pewną konsekwencję: to wszystko są kryminały z tym nieokreślonym "czymś", czego tak bardzo szukamy i tak rzadko znajdujemy. Czasem jest to setting, czasem bohaterzy, czasem błyskotliwe pióro. Trudno to uchwycić, a jeszcze trudniej nazwać. Każda z tych książek stanowi żywy dowód na to, że kryminał już dawno przestał być gatunkiem poślednim czy trywialnym, za to coraz bardziej zadomawia się nurcie głównym, a niekiedy nawet na najwyższych literackich półkach.

I jakoś tylko kłuje refleksja, jak bardzo ta nagroda różni się od naszych polskich wyróżnień kryminalnych...


sobota, 27 sierpnia 2016

Till Raether "Fallwind" (Wiatr upadku) - o dobrym i złym wietrze



Wydawnictwo: rowohlt polaris
Seria: Adam Danowski tom 3
Data wydania: 22.07.2016
Liczba stron: 480
Cena: 14,99 €

Niedobrze jest być nadwrażliwcem. Kiedy cierpisz na szczególną postać sensoryzmu, polegającą na tym, że twój umysł, charakteryzujący się obniżonym progiem wrażliwości, nie radzi sobie z napływem bodźców, masz przechlapane. Jeśli w dodatku jesteś policjantem i twój pracodawca zna diagnozę tłumaczącą twoje dziwne zachowania w niektórych sytuacjach, masz przechlapane podwójnie. Jeśli o diagnozie dowiedzieli się koledzy i za twoimi plecami, a niekiedy i prosto w twarz pogardliwie mówią o tobie "mimoza", nie masz właściwie po co żyć.

Właściwie to ten pomysł na postać nie powinien funkcjonować. Masowe wyposażanie śledczych kryminalnych w rozmaite ułomności, dysfunkcje, felery i handicapy sprawia, że czytelnik tęskni już za zwyczajnym policjantem, który ma jakiś dom, rodzinę, trochę tylko niezwykłą pracę i koniecznie wielkie serce. Przesada, myśli. Hołdowanie modzie na dziwaczność. A jednak. A jednak coś jest w tej postaci, że wreszcie, po dwóch średnio udanych, przeładowanych wątkami tomach, zaczyna się czuć do tego balansującego na grani między normalnością a autyzmem faceta coś w rodzaju zrozumienia, a niekiedy wręcz sympatii. 

W trzecim tomie serii z Adamem Danowskim (nie, nasz śledczy nie jest Polakiem, nie ma nawet polskich korzeni, a jeśli już, to tkwią gdzieś bardzo głęboko i nawet sam autor ich jeszcze nie dostrzegł) wyrusza z Hamburga na północ, do chłostanej morskimi wiatrami pipidówy. Jego wyjazd właściwie jest pretekstowy, po tym, jak w dwóch poprzednich powieściach Danowski zawalił właściwie wszystko, co mógł zawalić i zadarł z każdą ważną personą w hamburskim policyjnym aparacie. Jego nowe zajęcie - profiling - ma go odsunąć od "żywego" śledztwa i tym samym chronić jego wrażliwą psychikę, a jednocześnie, o czym oczywiście nie mówi się oficjalnie, odstawić na boczny tor, gdzie nie będzie już mógł tyle bruździć. I Danowskiemu jest z tym wcale dobrze. Przybywa więc do Friederikenburga, niewielkiej miejscowości nad Morzem Wattowym, gdzie życie toczy się w osobliwym rytmie natury, w takt przypływów i odpływów. Miejscowa policja zgłosiła zapotrzebowanie na stworzenie profilu zabójcy i gwałciciela kobiety. Jej ciało, znalezione u stóp nieczynnej latarni morskiej, wykazuje obecność środka odurzającego wykorzystywanego w weterynarii, znaleziono również ślady nasienia. I żadnego punktu zaczepienia, DNA sprawcy nie widnieje w żadnych rejestrach. Danowski sporządza profil, zaleca przeprowadzenie masowego testu DNA wśród tubylców i właściwie prawie już wyjeżdża, ale... coś go przed tym powstrzymuje. Może świadomość, że odwala nikomu niepotrzebną fuszerkę, a może jego nieżyjąca od wielu lat matka, która w ostatnim czasie nie odstępuje go na krok, a może coś innego. 

Jest w tej powieści coś, co strasznie lubię. Taki rodzaj ironii, także autoironii (bo Danowski dysponuje całkiem pokaźną jej dozą), który sprawia, że w pozornie zwyczajnych scenach, postaciach i wątkach dostrzegamy pewien ukryty wymiar. Czasem będzie to dyskretna gra słów, czasem jakaś maleńka puenta na wygaszeniu sceny, czasem jakieś trafne spostrzeżenie na pograniczu absurdu. I za każdym razem to małe coś wywołuje uśmiech na twojej twarzy, i poczucie, że ten facet, który właściwie tylko pisze kryminały, nie tylko ma niezwykły dar obserwacji rzeczywistości, nie tylko jest zamaskowanym filozofem i poetą, ale w dodatku nadaje na tych samych falach co ty. I jeszcze wie, jak opowiedzieć o wyobcowaniu, samotności, odrzuceniu.

Mniej tutaj karkołomnych, niepotrzebnie poplątanych scen i wątków, które spokojnie mogły wyjść spod pióra amerykańskiego scenarzysty, więcej refleksji, spokojnego tempa i logiki. Raether odszedł od szpiegostwa i światowych spisków i udał się w kierunku skandynawskim, gdzie króluje mroczna, nordycka atmosfera, gdzie zbrodnia czyha w zakamarkach umysłów najbliższych i wcale nie jest spektakularna, drastyczna ani krwawa. I tylko na tym zyskał. Odnoszę wrażenie, że tutaj autor jest bardziej sobą, a jego bohaterowie plastyczniejsi, prawdziwsi i choć nadal dziwni, to w ten sympatyczny, ujmujący sposób. Wielki plus należy mu się za znakomitą konstrukcję powieści - nie sądziłam, że rozpoczęcie od finałowej, kulminacyjnej sceny wcale nie okaże się strzałem w stopę. I jeszcze większy plus za wyważenie. Rzadko czyta się kryminały, gdzie napięcie, tempo i tło są tak doskonale wybalansowane. A intryga tak naprawdę wcale nie jest taka ważna. Ważne jest, co jest pod nią. 


Pierwsze zdanie: "Budząc się, myślał o martwych kobietach.*"
Gdzie i kiedy: Friederikenburg nad Morzem Północnym, współcześnie
W dwóch słowach: skóra słonia
Dla kogo: dla miłośników morza, wiatru, ukrytej ironii i bohaterów, którzy są inni niż inni
Ciepło / zimno: 74°

* Tłumaczenie własne.

sobota, 20 sierpnia 2016

Tony Parsons "Mit Zorn sie zu strafen" (Gniewem ich karać) - i pokarało...



Wydawnictwo: Bastei Lübbe
Seria Detective Max Wolfe 2
Tytuł oryginału: The Slaughter Man
Tłumaczenie na niemiecki: Dietmar Schmidt
Data wydania: grudzień 2015
Liczba stron: 317
Cena: 14,99 euro
Przyznam, tak, mam słabość do procedurali. Dobrze napisana klasyczna powieść kryminalna, osadzona w realiach współczesnego wielkiego miasta, wierność detalom, wgląd w pracę policji, bez upiększeń, nagość faktów, do tego wiarygodnie skonstruowana postać śledczego i zbrodnia, najlepiej niespektakularna, ale obnażająca mroczne zakątki ludzkich umysłów - i już. Nie trzeba wiele. Łatwo mnie złapać na lep takich perspektyw. Gorzej, gdy przynęta nęci mnie do towaru nie pierwszej świeżości.

A przy tym trzeba trzeźwo skonstatować, że dobrych procedurali jest coraz mniej. To, co jeszcze kilkanaście lat temu stanowiło trzon gatunku, teraz staje się rzadkością, rozmydlone mdłymi "thrillerami psychologicznymi", w których autorzy skupiają się nie na śledztwie, lecz na skomplikowanych, a jakże, przerażających i możliwe jak najbardziej dramatycznych przeżyciach bohatera - a właściwie najchętniej bohaterki, wszak czytelnicy tego gatunku to w większości kobiety, i to tak po czterdziestce. Ze świecą dziś szukać takich jak Harry Bosch, John Rebus, czy inny Harry, kontrowersyjny Harry Hole. Obrodziło zaś rozmaitymi "dziewczynami", zaginionymi w pociągu i odnalezionymi w ogniu. Czy trzeba się zatem dziwić, że jak ta spragniona dżdżu kania wychwytuję wszystko, co choć trochę przypominałoby wielkie, niezapomniane kryminalne serie?

I wydawałoby się, że seria z detektywem Maxem Wolfem spełni wszelkie pokładane w nią oczekiwania. Wyrazisty śledczy, na tyle "normalny", by pokochać go bez przeszkód, i dość pokręcony, by nie wywoływać mdłości. W dodatku ma słodką córeczkę Scout, którą wychowuje samotnie, ponieważ jej matka złą kobietą była i odeszła do innego, by z innym zachodzić w ciążę. Co ja mówię, ma w dodatku przesłodkiego pieska, o którego troszczy się z chwytającym za serce oddaniem. Nie od dziś wszak wiadomo, że dobrze rwie się laski na dzieci i szczenięta. Ale dość złośliwości, pan detektyw ma potencjał i sprawne pióro mogłoby wykreować go na obiekt wzdychów i pożądań większości czytelniczek kryminałów. 

Jest też i Londyn. Dla wielu miasto magiczne, miejsce ukochane przez artystów, gwiazdy, rozmaitych awangardowych pokręceńców, tygiel kultur, kolebka i tak dalej. Idealny setting dla kryminałów. Kolejne źródło, z którego można czerpać bez końca.

A więc detektyw i miejsce akcji - dwa wielkie plusy, które powinny zadziałać na korzyść powieści. Weźmy pod lupę samą zbrodnię. A ta jest z gatunku tych drastycznych. W sylwestrową noc zgładzona zostaje cała rodzina: ojciec, matka (dodatkowo brutalnie zgwałcona), dwoje nastoletnich dzieci. I dopiero po kilku godzinach od odkrycia jatki okazuje się, że nigdzie nie ma ciała trzeciego, dziecka, czteroletniego Bradleya. Śledztwo zmierza więc nie tylko w kierunku schwytania brutalnego zabójcy, ale i odnalezienia dziecka. Prędko wychodzą na jaw niepojęte szczegóły masakry - rodzinę wymordowano przy pomocy urządzenia do uboju bydła. Tak, Tony Parsons lubi zbrodnie krwawe, krzykliwe, szokujące. Nie inaczej było w pierwszym tomie tej serii, wydanym przez Albatrosa pod adekwatnym tytułem "Krwawa wyliczanka". Mamy więc nietypowe narzędzie zbrodni. Pierwsze, co się nasuwa, to sprawdzenie, czy kiedyś ktoś i zamordował w taki sposób. I bingo. Zamordował. A nawet odsiedział karę i niedawno wyszedł na wolność. Policja skupia się na osobie "rzeźnika"... I tu zaczynają się schody. Londyńska policja przypomina zgraję nieporadnych amatorów, a jej poczynania, żenująco idiotyczne i irytująco dyletanckie, pociągają za sobą jedną katastrofę za drugą. Autor uznał widać, że zbuduje napięcie pakując swych śledczych w coraz to gorsze tarapaty, zaś dzielnego detektywa Wolfe'a poddając coraz to bardziej nieprawdopodobnym próbom, z których, oczywista, wychodzi z niewielkim tylko szwankiem, jako ten Chrystus z martwych powstały, by karać złoczyńców tytułowym gniewem. I pięściami oraz pazurami, bo broni palnej jakoś w brytyjskiej policji nie mają. Litościwie pominę milczeniem scenę, w której czwórka nieuzbrojonych śledczych pakuje się do gniazda wyjątkowo agresywnych pedofili (sic!), nie mogąc oczywiście zaczekać na przybycie jednostki specjalnej. Podobnych jest tu więcej, a każda kolejna wywołuje coraz większe zdumienie i konsternację (really?!...). 

Jeśli dodamy do tego niewymowny patos, z jakim samotnie wychowujący tatuś przekonuje czytelników o swej nieskończonej miłości do córeczki (i pieska), to spokojnie możemy przyznać sobie medal za wytrwałość. Złoty! Bo doczytaliśmy do końca. I nawet nie rechotaliśmy podczas sceny wychodzenia z grobu (dosłownie. Ale przecież nie będziemy spoilerować).



Pierwsze zdanie: "Chłopca obudził krzyk ojca.*"
Gdzie i kiedy: Londyn, współcześnie
W dwóch słowach: napięcia i przegięcia
Dla kogo: dla miłośników Londynu, dobrego tempa i mało prawdopodobnych procedurali
Ciepło / zimno: 31°

* tłumaczenie moje na podstawie tekstu niemieckiego

środa, 10 sierpnia 2016

Denise Mina "Die tote Stunde" (Martwa godzina) - zimno i ponuro w Glasgow





Wydawnictwo: Heyne
Tytuł oryginału: The Dead Hour
Tłumaczenie na język niemiecki: Heike Schlatterer
Data wydania: 13.06.2016
Liczba stron: 448
Cena: € 9,99

W 1984, roku orwellowskim, miałam czternaście lat. Żyłam tym, czym zwykle żyją nastolatki, pierwszą miłością, szkołą, pierwszymi poważnymi lekturami (swoją drogą, pamiętacie, co czytaliście w wieku czternastu lat?). I choć to były lata po stanie wojennym, komuna, kojarzona już teraz tylko i wyłącznie z uciśnieniem, szarością i beznadzieją, to nie mam wrażenie, bym była nastolatką nieszczęśliwą. Się żyło. Się kochało. Się marzyło. Się chwytało szczęście, ulotne i kruche. Wszystko było możliwe, a świat czekał na to, by go poznać, okiełznać, przeżyć. Choć nie to nie był Zachód, dla wielu z nas równoznaczny z rajem. Nie Szkocja. Nie Glasgow.

Wydanie polskie, WAB 2009,
tłum. M. Świerkocki
Ten sam rok, Glasgow właśnie. Dwudziestojednoletnia Paddy Meehan jest starsza ode mnie o siedem lat. Dużo. Inny świat, inny wiek. Choć przecież też jest młoda, bardzo młoda. Czy jest szczęśliwa? Czy chwyta szczęście, ulotne i kruche? Raczej nie. Raczej próbuje stawiać czoła szarej i beznadziejnej rzeczywistości, która z rajem niewiele ma wspólnego. Margaret Thatcher u szczytu swej władzy, żelazną ręką ściska gospodarkę, szaleje bezrobocie, gospodarka jest na skraju zapaści, tysiące robotników trwają w bezczynności i marazmie, czekając, aż kryzys kiedyś może się skończy. Internet, telefonia komórkowa, portale społecznościowe to science fiction. Paddy pracuje dla lokalnej gazety "Scottish Daily News", jeździ  po mieście na nocnej zmianie, słucha policyjnego radia i podąża tropem drobnych przestępstw, wypadków, samobójstw, by opisać je nazajutrz w kronice kryminalnej. Przy odrobinie szczęścia trafi się jej zabójstwo. Wtedy będzie mogła napisać artykuł na trzysta słów. Nie zwolnią jej. Paddy jest jedyną osobą w jej licznej rodzinie, która w ogóle ma jeszcze źródło dochodów. Jest gruba. I ma romans z żonatym mężczyzną. I siostrę, która marzy o tym, by wstąpić do zakonu. 

Interwencja jak wiele innych: sąsiedzi wzywają policję, zaalarmowani krzykiem. Wszystko wskazuje na kolejny przypadek przemocy domowej. Kiedy Paddy dociera na miejsce, jest już tam policja. W drzwiach stoi mężczyzna, elegancki, spokojny, opanowany. Uspokaja, mówi, że to drobna kłótnia, konflikt został już zażegnany. Paddy dostrzega w środku kobietę. Jest zalana krwią. Ich spojrzenia spotykają się, kobieta nieznacznie kręci głową. Na odchodnym mężczyzna wciska Paddy pięćdziesięciofuntowy banknot, sugerując, że wiadomość o incydencie nie powinna znaleźć się na łamach gazety. Kiedy nazajutrz młoda dziennikarka dowiaduje się o martwym ciele kobiety, znalezionym pod tym adresem, wie, że popełniła błąd. 

Wyrzuty sumienia zagłusza, próbując naświetlić sprawę zbrodni. A nie ma łatwo. Do pokonania jest seksistowskie środowisko kolegów dziennikarzy, irytująca rodzina, skorumpowana, niechętna policja. Gruba i wiecznie zmęczona dziewczyna nie ma nadprzyrodzonych zdolności ani szczęścia, a jednak ma w sobie jakiś napęd, coś, co pozwala jej brnąć naprzód, wymijać rafy, zawijać od czasu do czasu do bezpiecznych przystani, i ruszać dalej swą drogą w świecie, w którym nie wynaleziono jeszcze feminizmu. Trudno jej kibicować, trudno odnaleźć w tej szarej mgle jakiś przebłysk nadziei, coś, czego warto by się uchwycić. Historię Paddy poznajemy na przemian z losami siostry zamordowanej kobiety, niegdyś prześlicznej Kate, teraz już tylko zeszmaconej, przeżartej kokainą ćpunki. I ten jej świat, ta jej droga, jest jeszcze bardziej mroczna, mglista i pozbawiona światła. 

Nie jest to lektura, która podniesie na duchu. Jako kryminał książka zdaje egzamin na tróję, intryga nie jest ani szczególnie ciekawa, ani wymagająca, ani trzymająca w napięciu. Jeśli jednak potraktować tę powieść jako bilet na podróż w czasie, to okaże się w pewien sposób interesująca. Portret Glasgow lat osiemdziesiątych może okazać się egzotyczny dla młodszych, urodzonych po tym czasie, portret środowiska dziennikarzy równie frapujący. Plusy przydzielamy za bohaterkę, obrażaną, wyszydzaną i niedocenianą, a jednak potrafiącą odnaleźć się w tym męskim, bezkompromisowym świecie. 



Pierwsze zdanie: "Paddy Meehan siedziała wygodnie na tylnym siedzeniu samochodu.*"
Gdzie i kiedy: Glasgow, 1984
W dwóch słowach: gorzka i zimna
Dla kogo: dla zaciekawionych portretem Szkocji lat osiemdziesiątych, nostalgików
Ciepło / zimno: 72°

* Tłumaczenie własne na podstawie przekładu niemieckiego.

wtorek, 2 sierpnia 2016

Gilly Macmillan "Dziewięć dni" - stary koszmar, nowa odsłona






Wydawnictwo: Świat Książki
Tytuł oryginału: Burnt Paper Sky
Tłumaczenie: Tomasz Wyżyński
Data premiery: 02.03.2016
Liczba stron: 516
Cena: 36,90 zł

Motyw uprowadzenia dziecka w literaturze kryminalnej jest zgrany do granic możliwości. Był już wałkowany w milionach wariantów, od przodu, od tyłu, na łzawo, na hardkorowo, mistycznie, psychologicznie, patetycznie - może tylko komediowo nie sprawdza się zbyt dobrze, wszak tematyka poważna i nie nastraja do śmiechu. Wydawałoby się zatem, że nic nowego w tej materii wymyślić się nie da. 

I słusznie. Debiutancka powieść Gilly Macmillan nie jest odkrywcza. Nie wnosi żadnego novum, ani nie zadziwia innowacyjnością. Tylko kto powiedział, że musi?... Wszystko to już było - odpowiecie. Po co czytać coś, co już setki autorów przeżuło na swój sposób? Szczerze? Nie wiem. Tak jak nie potrafię odpowiedzieć, po co czytamy w ogóle. Bo na to pytanie każdy odpowie inaczej, i nawet ta sama osoba, zapytana dziś, jutro i za dziesięć lat, za każdym razem odpowie inaczej. Bo czasem czytamy, żeby przeżyć coś nowego, czasem zaś, by wciąż na nowo doznawać tych samych emocji. Czasem, by wczuć się w sytuację innych, a czasem, by skonfronotować własne przeżycia z fikcją. By nauczyć się czegoś nowego, ale i spojrzeć na własną prawdę innymi oczami. 

Powieść "Dziewięć dni" niewątpliwie wstrząśnie każdą matką, opowiada wszak historię zaginięcia ośmioletniego Benedicta Fincha i jest tym samym dopełnieniem ich najgorszych koszmarów. Matka Bena, Rachel, wychowująca go samotnie po niedawnym rozwodzie z ojcem chłopca, Johnem, spuściła go z oka tylko na chwilę, pozwoliła wybiec naprzód podczas spaceru w lesie, popuszczając tym samym niewidzialną linę, na której każda matka prowadzi swoją latorośl, dając jej mniej lub więcej swobód. I Ben zniknął. I nie wrócił ani tego wieczora, ani w nocy, ani na następny dzień. Oczywiście uruchomiona zostaje cała typowa w takich wypadkach machina policyjno-medialna, przeszukanie lasu, śledztwo, przesłuchania, apele do ludności.

I choć jest to powieść kryminalna, to jednak autorka nie przekuwa jej w typowy procedural. Owszem, jest dochodzenie, ale Macmillan skupia się na przeżyciach matki, a także, co równie interesujące, na doznaniach głównego śledczego Jima. I tak naprzemiennie zanurzamy się w dwóch różnych koszmarach: tym matczynym, rozpaczliwie-emocjonalnym, i tym mniej oczywistym, policyjnym, desperacko-empatycznym. Wątki te śledzimy dodatkowo z dwóch perspektyw czasowych, co pozwala na wielość domysłów i hipotez, frapujące zawieszenia akcji i niebanalne doświetlenie sytuacji. Autorka nie ogranicza się przy tym do sportretowania targanej skrajnymi emocjami matki, wszystkich etapów jej konfrontacji z tragedią, od poczucia winy, poprzez furię, smutek, aż po bezsilność i pustkę. Jej bohaterowie noszą w sobie coś więcej, mają drugą twarz, niepokojącą, obcą i nieznaną bliskim. 

Byłam wdzięczna autorce, że nie uległa pokusie nadmiernego zapętlenia wątków, że zachowała umiar w zwrotach akcji, w finale nie wywróciła wszystkiego na siłę, byle zaskoczyć, byle zaszokować. Tu gra się piano. Emocjonalnie, poruszająco, ale realistycznie. Tak wiele można było tu zepsuć. A z takim wyczuciem, elegancko i taktownie wybrnięto z bagniska ludzkich dramatów. 


Pierwsze zdanie: "W oczach innych często nie jesteśmy tym, za kogo się uważamy."
Gdzie i kiedy: Bristol, listopad 2013
W dwóch słowach: emocjonalna i emocjonująca
Dla kogo: dla matek, tych aktualnych i potencjalnych, dla szukających skrajnych emocji i cichych tonów, dla czujących głęboko
Ciepło / zimno: 78° 

wtorek, 26 lipca 2016

Gard Sveen "Ostatni pielgrzym" - czyli o tym, czy droga zawsze jest celem


Wydawnictwo: Media Rodzina
Seria: Gorzka czekolada
Tytuł oryginału: Den siste pilegrimen
Tłumaczenie: Tadeusz Wojciech Lange
Data premiery: 16.10.2015
Liczba stron: 544
Cena: 39,90 zł
Są takie książki, które w ogóle nie chcą podobać się czytelnikowi. Nie mizdrzą się, nie kokietują, nie uwodzą. Nawet nie szokują, nie wstrząsają, nie wywołują odrazy. Nie, po prostu ani ziębią, ani grzeją. Wprowadzaja w stan doskonałej obojętności. Jest to najgorsze, co można wywołać u czytelnika. Już lepiej niech wkurzają. Ale obojętność?...

Tymczasem "Ostatni pielgrzym", książka, która z definicji nie powinna pozostawiać obojętnym, przez wyjątkowo długi czas wszelkie emocje czytelnika trzyma w stanie przewlekłej hibernacji. Nie grzeje, nie ziębi. Po prostu się ciągnie strona za stroną, holując przez kolejne napoczęte i niezakończone wątki. Holuje na dwóch płaszczyznach czasowych: z jednej strony mamy porozgrzebywane historie z czasów tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej, mętne, niejasne i trudne do powiązania z teraźniejszością. Z drugiej strony jest zbrodnia współczesna i wyjątkowo antypatyczny śledczy, Tommy Bergmann.

Zwykle nie daję czytanym książkom tak wysokiego kredytu zaufania, jak w przypadku "Ostatniego pielgrzyma". Jeśli coś mnie w książce irytuje, drażni, uwiera lub zwyczajnie nudzi, rezygnuję, dobrze wiedząc, że czasem trzeba poczekać, pozwolić opowieści się rozwinąć. Trudno, mój czas też jest cenny. Szkoda mi go na książki złe, nieudane, czy choćby tylko nietrafione. Nie wiem, co sprawiło, że ta powieść nie podzieliła losu licznych innych, porzuconych w tym roku "arcydzieł". Na pewno nie główny bohater, który, podobnie jak sama powieść, wcale nie chce się podobać czytelnikowi. Facet pod czterdziestkę, świeżo po rozstaniu z partnerką, którą kocha, a jakże, ale też regularnie leje, bo, jak sam mówi, "nie panuje nad sobą". I już nawet nie przemawia na jego korzyść fakt, że się wstydzi, że żałuje, że sobą za to gardzi. Ani to, że jest wyjątkowo nieustępliwym policjantem, typem zawziętego teriera, który, kiedy złapie trop, nie popuści, dopóki zwierzyna nie drgnie ostatni raz w jego szczękach, spływając krwią. Nie dla niego zatem mozolnie brniemy przez kolejne strony.

Może więc dla Agnes, głównej postaci tej drugiej, wojennej opowieści?... Piękna, młoda, gotowa na wszystko, a jednak kompletnie nieprzygotowana do zadania, do którego ją szkolono. Pół Angielka, pół Norweżka, działaczka norweskiego ruchu oporu, mająca infiltrować środowisko nazistów i robić wszystko to, co w czasie wojny robiły kobiety-szpiedzy. Nie żadna tam Mata Hari, tylko kobieta rozdarta pomiędzy namiętnością do oficera prowadzącego, niewiarą w sens tego co robi i paraliżującym lękiem przed wsypą. Postać tragiczna, choć jest to tragizm zupełnie inny niż to, co znamy z polskiej literatury okupacyjnej. Tak, Agnes, choć nie zaskarbia sobie sympatii, jest przynajmniej bohaterką, której losy magnetyzują.

I kiedy tak mozolimy się nad tymi przeplatanymi wątkami, niezdecydowani, czy przerwać tę mękę, czy zacisnąć zęby i trwać dalej w tej gęstej jak mdła zawiesina historii, nie zauważamy, że oto minęliśmy półmetek. I że historia ta, której początek tak bardzo nas znużył, zaczyna się do nas lepić, owijać, i już się nie chce odczepić. Tu i tam poszczególne ząbki zaczynają się zaczepiać i tworzyć dość skomplikowany, choć słabo naoliwiony, zgrzytliwy i zacinający się mechanizm, któremu nie można odmówić pewnego uroku. Tak, to nie jest zła historia. Powiem więcej: jest piękna, nawet jeśli nie jest to uroda pozbawiająca tchu, oślepiająca.

Znamienne jest to, że nie ma tu postaci czysto szlachetnych, kryształowo czystych i szwarccharakterów. Są ludzie trochę zagubieni, wyśmiewani chichotem historii i smagani wiatrami wojennej zawieruchy. Szarzy, zwykli, normalni. Bez tego patriotycznego zadęcia, wyssanej z mlekiem matki misji zbawiania ojczyzny i świata, bez spiżowego błysku. Jakże inaczej pisze Sveen o rodzimym ruchu oporu niż polscy autorzy. Na koniec złoczyńcy poniosą zasłużoną karę, choć to nie wymiar sprawiedliwości ją wymierzy.

I tak oto uciążliwa pielgrzymka, jaką się okazała lektura tej książki, zakończyła się o wiele lepiej, niż jej pierwsze kilometry. Czasem długi marsz się opłaca, nawet jeśli efektem uboczym są otarcia, bąble i odciski.

I jeszcze końcowa szpila: czasem trzeba tu przymknąć oko na pewne zgrzyty (wszak była mowa o słabym naoliwieniu mechanizmu). Bo zdarza się, że na stronicach powieści ktoś musi "paść za Führera", na podwórku bawi się "kilka somalijskich dzieci", a kawę podaje kobieta "rodem z Turcji". Nic więc dziwnego, że komuś "głowa zatrzęsła się w czymś, co mogło być tylko płaczem".



Pierwsze zdanie: "Dopiero po zaparkowaniu samochodu przed dużą willą z bali młoda pomoc domowa uzmysłowiła sobie, że bramę wjazdową zastała otwartą."
Gdzie i kiedy: Oslo, Sztokholm, Berlin, II wojna światowa i 2003
W dwóch słowach: mozolna i piękna
Dla kogo: dla cierpliwych i lubiących historie wojenne ze szpiegami w tle
Ciepło / zimno: 71° 

środa, 20 lipca 2016

Jens Lubbadeh "Unsterblich" (Nieśmiertelni) - who wants to live forever?...





Wydawnictwo: Heyne
Data wydania: 11.07.2016
Liczba stron: 448
Cena: 14,99 euro

Na początku utrwalaliśmy nasze podobizny. Nieporadne, skreślone węglem na śnianie jaskini, nietrwałe. Później nauczyliśmy się oddawać realistyczne detale, rzeźbić nasze sylwetki i malować rysy twarzy. Potem nadeszły czasy fotografii - najpierw czarno-białej, potem kolorowej. I film. Dawaliśmy się filmować, utrwalaliśmy obraz i dźwięk. Uwiecznialiśmy gesty, ruchy, przelotny wyraz twarzy, migotanie spojrzenia. A gdyby tak możliwe stało się uwiecznienie całego człowieka, wszystkiego co przeżył, co powiedział, co zrobił? Jak wyglądał? Jak myślał?

Jens Lubbadeh poszedł za tym odwiecznym marzeniem człowieka. I pokazał nam świat, w którym stało się to możliwe - stworzenie doskonałej kopii człowieka, jego wirtualnego klona, cyfrowej symulacji, kompilacji jego całej osobowości. Świat zasiedliły doskonałe hologramy umarłych, nie do odróżnienia od ich nieżyjących oryginałów. Michael Jackson wciąż nagrywa nowe albumy. Marlene Dietrich gra w filmach Larsa von Triera. A prezydentem Stanów Zjednoczonych znowu został J. F. Kennedy.

Ben Kari jest pracownikiem koncernu Fidelity i zajmuje się certyfikowaniem "Wiecznych". Uwierzytelnia ich osobowości, pilnuje, by wirtualne ludzkie kopie były jak najbardziej autentyczne, najbardziej zbliżone do oryginału. Lubi swą pracę, wszak dzięki niej może jednocześnie hołdować swej pasji - starym hollywoodzkim filmom. I dzięki niej "uwiecznił" już niejedną wskrzeszoną osobowość. Wszystko zmienia się pewnego dnia w 2044 roku, kiedy znika Marlene Dietrich. I jest to wydarzenie absolutnie niemożliwe, bo "Wieczny" wielkiej diwy filmu zniknąć nie ma prawa - jest przecież "tylko" komputerowym kodem, ciągiem zapisanych na serwerach koncernu Immortal sekwencji zerojedynkowych. A jednak. I to Ben Kari, jako ten, który certyfikował Marlene, wysłany zostaje do Berlina, żeby wyjaśnić sprawę zniknięcia gwiazdy.

Ten futurystyczny thriller nie byłby thrillerem, gdyby poszukiwania zaginionej aktorki nie zapoczątkowały lawinowych wydarzeń, które rzucą zwyczajnego bohatera w wiry, otchłanie, brudne odmęty i bagna - niektóre czysto wirtualne, inne jak najbardziej realne. "Unsterblich" jest bez wątpienia szybkim akcyjniakiem, i to z całym bagażem towarzyszącym zwykle temu gatunkowi. A bagaż, jak wiadomo, jest nieporęczny i ciąży. Bagaż stereotypów szczególnie. Nie uniknął go również i Jens Lubbadeh, wyposażając Kariego w piękną, a jakby tego było mało, również i mądrą oraz nieustępliwą kobietę, która odegra w misji szeregowego pracownika niebagatelną rolę. To nie jedyny stereotyp, po którym ślizga się autor i jego bohaterowie. Nawet niespodzianki i nieoczekiwane zwroty akcji pojawiają się we właściwych momentach, psując nieco moment zaskoczenia. A jednak, mimo wszystko, nie jest to akcyjniak kiepsko napisany, bowiem ma w sobie ów ukryty napęd, zmuszający do szybszego przewracania stronic, by dowiedzieć się co dalej, choć przecież jako wytrawni czytelnicy doskonale wiemy, co będzie dalej - bohater wpadnie w beznadziejne tarapaty bez wyjścia, z których w ostatnim momencie, cudem właściwie, się wykaraska. Niewiadomą pozostaje tylko, kto i jak umrze po drodze. Pozostawmy tę niewiadomą, niech nią pozostanie jak najdłużej. A skoro już jesteśmy przy matematyce, to na plus zaliczamy autorowi to, że jednak na koniec udaje mu się nas zaskoczyć.

Znacznie ciekawsza od zwrotów akcji i szybkiego "dziania się" jest wizja przyszłości, którą roztacza tutaj Jens Lubbadeh - twórca, który niniejszą powieścią debiutuje na polu beletrystyki, za to wielokrotnie sprawdził się jako dziennikarz i autor licznych publikacji naukowych. Jest to niepokojący obraz społeczeństwa technologicznego, uzależnionego od mediów i w mediach się zatracającego. Przenikanie się świata rzeczywistego i wirtualnego (zwanego tu Blended Reality) jest zatrważające i niesie ze sobą pytania nie tylko o przyszłość ludzkości, ale i - tak, naprawdę! - sens istnienia w ogóle. Czy istniejemy jako byt biologiczny i śmiertelny? Czy jako komputerowy kod, który po nas zostanie? I czyż nasz byt biologiczny również nie zasadza się na molekularnym kodzie? Gdzie kończy się człowiek, a zaczyna jego symulacja? Czym jest świadomość i wolna wola?

To wielkie, monumentalne pytania. Nie spodziewajmy się odpowiedzi na nie w sensacyjnej powieści. Nie znajdziemy ich. Ale znajdziemy refleksję. I czasem już pytanie, które pozostanie, by niepokoić i trawić samą swą obecnością, jest już wystarczającą odpowiedzią.

Kompilacja wielkich pytań i malutkiej filozofii z obfitującą w wydarzenia akcją sprawdza się tu wyjątkowo dobrze. Czytelnik, konfrontowany na co dzień z problematyką Big Data, wszechobecnej inwigilacji i coraz bardziej natrętnych mediów kontrolujących nasze życie, zatrzyma się może w tej huśtawce emocji, i pomyśli. Pomyśli o sobie, o świecie, o życiu. Bo o to przecież chodzi.



Pierwsze zdanie: "Deszcz wyglądał tak, jakby miał nigdy nie przestać."
Gdzie i kiedy: Los Angeles, Berlin, Las Vegas, Death Valley, 2044
W dwóch słowach: tech noir
Dla kogo: dla miłośników klasycznej sensacji, fanów Marleny Dietrich, filozofów-amatorów i zainteresowanych techniką przyszłości
Ciepło / zimno: 80° 

niedziela, 19 czerwca 2016

Ryan Gattis "Miasto gniewu" - Winslow meets Elroy



Wydawnictwo: Czarna Owca
Seria: Czarna Seria
Tytuł oryginału "All Involved"
Przekład: Robert Sudół
Data wydania: maj 2016
Liczba stron: 464
Cena: 29,99 zł

Sześć dni. 53 ofiar śmiertelnych. Ponad 2000 rannych. 11000 pożarów. Niemal tyle samo aresztowań. Szkody na ponad miliard dolarów. Los Angeles, pamiętne sześć dni na przełomie kwietnia i maja 1992, które wypaliły czarną dziurę w historii miasta i państwa, po tym, jak złożona w większości z białych ława przysięgłych uniewinniła czterech białych policjantów, którzy brutalnie pobili Afroamerykanina Rodneya Kinga. 

To o tym jest ta książka. Pomyli się jednak ten, kto spodziewa się tutaj obiektywnego obrazu, neutralnej dokumentacji tamtych wydarzeń. Owszem, Ryan Gattis jest mistrzem researchu, spędził ponad dwa lata na wnikaniu w tamten czas, rozmowach z ludźmi, którzy byli świadkami i uczestnikami ówczesnego spektaklu przemocy, gromadzeniu danych, relacji i emocji. Ale nie na danych i faktach się skupia, tylko na emocjach. I nie faktom i danym każe przemawiać, lecz ludziom. Dokładniej rzecz biorąc, każe oddaje głos siedemnastu narratorom. Siedemnaście głosów, siedemnaście perspektyw, siedemnaście różnych historii, zaczepiających się czasem jednym detalem, czasem zrośniętych ze sobą jak syjamskie bliźnięta. Przemawiają chicanos - członkowie meksykańskich gangów, strażak, pielęgniarka, żołnierz elitarnej jednostki wojskowej, bezdomny weteran wojny w Wietnamie. Opowiadają o braku perspektyw, o niemożności wyrwania się z gangsterskich struktur i getta, o narkotykach, szaleństwie przemocy, ale też o nadziei i miłości, rodzących się w popielisku agresji. 

Gattis pominął klasyczną narrację, nie znajdziemy tu również typowej dla powieści sensacyjnych intrygi, plotu, zagadki. Od początku wiadomo, czym się zaczyna i czym skończy ta opowieść. Odejście od utartych schematów może się wydać zwykłym manewrem dla zwiększenia oryginalności, w rzeczywistości jest czymś znacznie istotniejszym: próbą przywrócenia głosu tym, którzy przeżyli tamte dni (i tym, którzy nie przeżyli). Ale Gattis, przekazując narrację świadkom tamtejszych apokaliptycznych dni, pokazuje także, jak cienka, krucha i delikatna jest granica między tak zwaną cywilizacją a anarchią, między człowieczeństwem a barbarzyństwem. I jak łatwo zablokować hamulce, powstrzymujące nas przed wirem przemocy i nienawiści.

Jest to rzecz brutalna, bez dwóch zdań, ale i szczera, autentyczna. Również dlatego, że Gattis ma rzadki dar: potrafi bezbłędnie oddawać idiolekty. Kiedy opowiada gangsta, to jest to najeżona chujami i kurwami, pełna kolokwializmów, niezgrabna, językowo uboga, ale niesamowicie żywa i autentyczna gadka człowieka bez wykształcenia, który słownym nieokrzesaniem dodaje sobie maczyzmu i chojractwa. Jest w tym językowa brawura, kaskaderstwo wręcz, przypominające miejscami monologi bohatera "Ślepnąc od świateł" Żulczyka. Zupełnie inaczej brzmi opowieść żołnierza czy pielęgniarki. Niesamowita jest opowieść graficiarza, Nie mam wątpliwości, że nie wszystkie detale, odcienie i półtony tej polifonii udało się oddać w przekładzie, wydaje się jednak, że tłumacz, który miał przed sobą iście herkulesowe zadanie, zrobił wszystko, by przekaz ten zabrzmiał prawdziwie. Mimo wszystko nie spodziewajcie się jakichś wyjątkowych uniesień podczas lektury. Wsłuchiwanie się w niektóre z tych szorstkich głosów jest męczące, uciążliwe i nieprzyjemne. Nikt nie powiedział jednak, że zaglądanie w głowy chicanos jest czystą przyjemnością. 

Nie jest to książka dla każdego. To rzecz raczej niszowa, która znajdzie uznanie czytelnika poszukującego czegoś spoza mainstreamu. Czegoś innego, ale autentycznego, oryginalnego. I z wielkim ładunkiem prawdziwych emocji. 


Pierwsze zdanie: "Jestem w Lynwood, to South Central, w pobliżu Atlantic i Olanda, przykrywam folią aluminiową niezjedzoną fasolę z urodzinowego kinderbalu, gdy nagle każą mi jechać do domu i raczej nie stawiać się do pracy nazajutrz."
Gdzie i kiedy: LA, przełom maja i kwietnia 1992
W dwóch słowach: wielogłos eskalacji
Dla kogo: dla poszukujących autentyku, miłośników literackiego reportażu, ludzi o mocnych nerwach
Ciepło / zimno: 77° 

czwartek, 14 kwietnia 2016

Elisabeth Herrmann "Das Dorf der Mörder" (Wioska morderców) - o palącym skwarze środkowoeuropejskiej pustyni



Wydawnictwo: Goldmann
Data wydania: 25.02.2013
Liczba stron: 480
Cena: 9,99 euro

Źle wydano tę książkę. Nie o tej porze roku. Ta książka powinna ukazać się latem. Tak, by czytać ją w sierpniowe skwary, kiedy słońce przydusza człowieka do ziemi, kiedy świat zastyga w bezruchu, przyczajony w letargu, wyczekujący deszczu. Burzy. Ulgi. 

Bo tak pamiętam tę powieść - czytałam ją trzy lata temu - była duszna, skwarna, mroczna. I to tę atmosferę zapamiętałam najbardziej. Owszem, jest w tej książce Berlin, ale to prowincja stanowi jej rzeczywiste kulisy. Bezludzie, upiorne, wyludnione wioski na terenach byłego enerdówka, gdzie nie chce mieszkać nikt, bo beznadzieja, bezrobocie, bezmożność. Zostali już tylko ci, którzy nie mają dokąd pójść. I ci, którzy muszą. Lub się ukrywają. Strzegą mrocznej tajemnicy. 

Z tej książki pamiętam też młodą niepokorną policjantkę, której imię brzmi identycznie jak znana marka margaryny. Sanela Beara. Kobieta wyposażona w niezawodny moralny kompas, który prowadzi ją na przełaj we właściwym kierunku, na wskroś, po wertepach, wybojach i przez przeszkody. Wkurzająca. Momentami dziecinnie naiwna. Taka, której poczynania skrycie komentujemy wołaniem "nie, nie rób tego". Jest jak burza, jak taran, a czasem jak upierdliwy komar, niedający spać po nocach, ale w końcu dopinający swego. Nie zważając na szkody uboczne. I na to, że może błyskawicznie zakończyć żywot zgnieciona na miazgę jednym klapsem ręki giganta. Pamiętam, jak niewiarygodna wydawała mi się jej wojenna trauma. No bo jak to? Żadna młoda dziewczyna nie powinna zmagać się z wojenną traumą we współczesnej Europie. Nie tu. Nie u nas. A jednak. I pamiętam rozdźwięk, prawie dysonans, jaki wywoływała ta postać w opozycji do jej przełożonego i mentora, komisarza Gehringa, starego wygi, pławiącego się w komforcie doświadczenia, wieku, nieomylności. Konfrontacja tych dwojga była źródłem wielu napięć, antagonizmów, tarć. I czegoś pozytywnego, nieuchwytnego, co dopiero się kształtuje, kiełkuje, i nie wiadomo, czym się stanie, kiedy będzie duże. 

Pamiętam też dobrą intrygę, zapętloną, nieoczywistą, szarpiącą nerwy. Taką bardzo skandynawską w wymowie. Brutalną. Drastyczną. Momentami aż za bardzo. Ale wybaczamy te lekkie naciągania, wybaczamy sztuczki Elisabeth Hermann, bo ulegamy jej, dajemy się wodzić za nos i wpadamy w tę mroczną, gorącą atmosferę prażonych słońcem pól i upiornej wioski, w której wciąż mieszka zło. 

I jeśli po trzech latach od lektury w pamięci zostają takie rzeczy, to nie była to lektura zła, albo niepotrzebna. Nie dajcie się zwieść tandetnemu tytułowi. Tu kryje się się więcej. Znacznie więcej.

PS. Książkę tę właśnie wydał u nas Prószyński i Ska.

Pierwsze zdanie: "Pomocy."
Gdzie i kiedy: Berlin, Wendisch Bruch, współcześnie
W dwóch słowach: mroczno, duszno
Dla kogo: dla szukających mrocznego napięcia, psychologicznych zawijasów i dobrej intrygi
Ciepło / zimno: 81° 

środa, 20 stycznia 2016

Nagrody za najlepszy kryminał roku przyznane! (Deutscher Krimipreis 2016)

Znamy laureatów nagrody Deutscher Krimipreis na najlepszą powieść kryminalną! Jest to najstarsza niemiecka nagroda literacka w tym gatunku, przyznawana od roku 1985 przez jury złożone z krytyków, literaturoznawców i księgarzy. W każdej z dwóch kategorii (kryminały rodzime i zagraniczne) premiowane są powieści "oryginalne pod wzlędem treści, wyróżniające się literacko i dające gatunkowi nowe impulsy". Nagroda Deutscher Krimipreis nie jest dotowana, nie jest również przyznawana publicznie, mimo to należy do najbardziej prestiżowych wyróżnień literackich w Niemczech.

Oto zwycięzcy:

   

1. Friedrich Ani Der namenlose Tag

Friedrich Ani jest jedną z najjaśniejszych gwiazd na kryminalnym nieboskłonie. Znany, ale w Polsce, niedoceniany. Zgarnął Deutscher Krimipreis także w roku 2014 oraz 2003, kilkakrotnie zajmował drugie miejsce. Ekscentryczny monachijczyk, autor niezliczonych powieści i scenariuszy filmowych.
Nagrodzona książka to pierwszy tom nowego cyklu o emerytowanym komisarzu Jakobie Francku. Kontaktuje się z nim Winther, ojciec dziewczyny, która dwadzieścia lat temu popełniła samobójstwo. Franck pamięta tamtą sprawę, zapadła mu w pamięć, bowiem to on przekazał matce wiadomość o śmierci córki. Winther nie wierzy jednak w samobójstwo. Dlaczego Winther przychodzi z tym po tylu latach? Co tak naprawdę wydarzyło się dwadzieścia lat temu? Rozpoczyna się dziwne śledztwo-nieśledztwo, szukanie prawdy i winy. Nietypowo opowiedziana historia, nieśpieszna, poetycka i nostalgiczna. Tak spuentowała tę powieść Krimifantamania: Pozostaje po tej lekturze szary spleen. I przeświadczenie, że przeczytaliśmy może niezbyt widowiskowy i mało odkrywczy kryminał, za to głęboko poetycką, pozostawiającą zadzior w duszy opowieść o samotności i milczeniu.
Więcej o "Bezimiennym dniu" pisałam tutaj.

2. Merle Kröger Havarie
Co za wspaniała powieść! Zwalająca z nóg, bezkompromisowa, niezwykle aktualna. Pisałam o niej tutaj. Na Morzu Śródziemnym krzyżują się drogi luksusowego wycieczkowca, kontenerowca i pontonu wypełnionego uchodźcami z Algerii. Spotkanie na morzu będzie stanowiło zwrot w życiu bohaterów, dla jednych z nich będzie końcem, dla innych początkiem. Książkę tę czyta się jak reportaż, jak dokument, mimo to jest powieścią - wielowątkową, mądrą i odważną. Na jej podstawie powstaje właśnie film.


3. Zoë Beck Schwarzblende

Londyn. Filmowiec Niall Stuart staje się przypadkowym świadkiem śmiertelnego pobicia pewnego żołnierza po cywilu przez dwóch młodych mężczyzn. Niall nagrywa scenę komórką. Jeden ze sprawców podchodzi do niego z zakrwawionym nożem i oświadcza, że popełnił tę zbrodnię w imieniu Allaha. Jego kompan wymachuje flagą państwa islamskiego. Kiedy jakiś czas później Niall otrzymuje zlecenie przygotowania reportażu o tej sprawie, nie wie jeszcze, że został wybrany do tego zadania z okrutną premedytacją. 
Znów bardzo aktualny temat. Krytycy wychwalają tę powieść za jej radykalność i bezkompromisowość, ale bez moralnego wygrażania palcem. Mowa jest o wirtuozerii kompozycji, morderczym tempie, świetnym stylu. 
Przygotujcie się zatem na recenzję w niedługim czasie. 


I najlepsze "międzynarodowe" kryminały roku:


    


1. Richard Price Die unantastbaren (The Whites)

Najnowsza powieść Richarda Price, autora znanego bardziej ze znakomitych scenariuszy (nominowane do Oskara Kolor pieniędzy, Ślepy zaułek) niż z powieści, choć te ostatnie były swego czasu wydawane i w Polsce.
Bohaterem "Nietykalnych", jak zatytułował tę powieść niemiecki wydawca, jest Billy Graves, niespokojny nowojorski gliniarz. Jak każdy z jego czterech kolegów, on również ma swojego "nietykalnego": brutalnego mordercę, którego nigdy nie udało się schwytać. Kiedy pewnego dnia jeden z "nietykalnych" zostaje odnaleziony martwy, Billy zaczyna podejrzewać swoich najbardziej zaufanych współpracowników.
Powieść o niesamowitej dynamice, tempie, szalonym rytmie, synchronicznym z rytmem nocnej metropolii - portret miasta i policyjna soap opera w jednym.
Miałam tę powieść w planach, teraz przyśpieszę trochę lekturę. Recenzja wkrótce.


2. Fred Vargas Das barmherzige Fallbeil (Temps Glaciaires)

W Polsce ukazało się kilka powieści tej francuskiej autorki, ale jakoś nie zagościła na stałe w sercach czytelników. Inaczej w Niemczech - tu jej powieści przyjmowane są z niesłabnącym entuzjazmem. Najnowsza powieść Vargas, wydana pod niemieckim tytułem Das barherzige Fallbeil (Miłosierna gilotyna), stała się wielkim komercyjnym sukcesem, ale i krytycy ją wychwalają i przekonują, że to "przyszłość kryminału", gatunku cierpiącego na brak świeżości i nowych pomysłów.
W Paryżu w krótkim czasie znalezione zostają zwłoki nauczycielki matematyki i bogatego magnata. Trop prowadzi do Islandii i tajnej organizacji, której korzenie sięgają rewolucji francuskiej...
Powieść okrzyknięto "arcydziełem nieprzewidywalności".
Będę testować.

3. Sara Gran Dope (Dope)

Jedyna książka, po którą polscy czytelnicy mogą sięgnąć od razu: powieść ta została wydana w roku 2006, dopiero teraz jednak ukazała się na rynku niemieckim. W Polsce opublikowało ją wydawnictwo Książnica (Heroina).
Nowy Jork, rok 1950. Josephine (»Joe«) nie miała łatwego życia. Właściwie już dawno powinna zdechnąć gdzieś w jakimś opuszczonym zaułku, z kulką w piersi lub heroiną buzującą w żyłach. Udało jej się jednak wykaraskać z bagna. I kiedy sądzi, że jej się udało zostawić za sobą dawne życie, otrzymuje nieoczekiwaną propozycję: pewna zamożna para oferuje jej 1000 dolarów za pomoc w odnalezieniu córki, która zniknęła w podziemnym światku Nowego Jorku. Proste z pozoru zadanie okazuje się wielkim wyzwaniem...
Niby naiwna i sztampowa intryga, ale w tej książce jest drugie dno - Sara Gran jest mistrzynią sarkazmu. Powieść zatem więcej ma w sobie ze złośliwej, słodko-gorzkiej parodii brutalnych nowojorskich kryminałów.
Ze wszystkich wyróżnionych powieści na tę mam najmniejszą ochotę. Ale może ktoś z Was już ją czytał?

I co Wy na to? Sięgnelibyście po którąś z wyróżnionych powieści? Zachęciło Was coś? Zaintrygowało? A może wybór niemieckiego jury jest od czapy i nie tylko nie odzwierciedla gustów czytelnika, ale preferuje pewien typ literatury, którego nie da się czytać?

 

czwartek, 22 października 2015

Friedrich Ani "Der namenlose Tag" (Bezimienny dzień) - opowieść o milczeniu



Wydawnictwo: Suhrkamp
Data wydania: 08.08.15
Liczba stron: 301
Cena: 19,95 euro
Są takie kryminały, które szydzą sobie z konwencji i rozmaitych przymusów rynku. Ich autorzy nie trzymają się ustalonych (przez kogo właściwie?) reguł gatunku i piszą tak jak piszą, bo tak chcą, bo tak czują. Literacka wrażliwość Friedricha Aniego, monachijskiego twórcy kryminałów, który już dawno przestał cokolwiek musieć, wynosi go poza sztywne ramy tego, co serwuje większość powieści o zbrodni. I pewnie dlatego nie podoba się czytelnikom oczekującym szablonowych bohaterów, szablonowej intrygi i szablonowych rozwiązań.

Najnowsza powieść Aniego "Bezimienny dzień" to nowy bohater, być może nowa seria, ale stara, dobrze znana melancholia. Jakob Franck to emerytowany komisarz monachijskiej policji, nieżonaty, niedzieciaty, za to żyjący z całym zastępem duchów zmarłych, odżywiający się suchymi wspomnieniami, które zbyt długo już przeżuwał*. Pewnego dnia zostaje wyrzucony z rutyny niecodziennym telefonem. Dzwoni do niego Ludwig Winther, ojciec siedemnastolatki, która dwadzieścia lat odebrała sobie życie. Tak przynajmniej ustaliła wówczas policja - choć istniały pewne niepotwierdzone ostatecznie wątpliwości, nie stwierdzono udziału osób trzecich. Esther powiesiła się na drzewie w parku. Winther jest jednak przekonany, że jego córka została zamordowana i prosi Francka o zajęcie się zadawnioną sprawą. Były policjant zaś jest jak neurotyczny terier o niespożytej energii - podejmuje wyzwanie i z uporem, z szokującą zawziętością wgryza się w nie, zaciska szczęki i nie puszcza, dopóki nie się dowie, co naprawdę wydarzyło się dwadzieścia lat temu.

Nie należy się tu jednak spodziewać rutyniarskiego procedurala typu "cold case" - Franck jest przecież emerytem, nie ma zbyt wielkich możliwości, środków, ani pola manewru. Jest tylko starym, szarym mężczyzną, który wyszukał sobie śmierć, by zbliżyć się do ludzi, a niekiedy nawet objąć któregoś z nich.* Jedyne, co może zrobić, to porozmawiać z kilkoma osobami. I właśnie to robi. A właściwie słucha. Milczy. Czasami naciska. Nie popuszcza. I z relacji tych powoli zaczyna wyłaniać się obraz rodziny otoczonej murem milczenia. To milczenie jest kluczem całej tragedii, w której nie sposób szukać winnego, bo każdy jeden dźwiga jakąś jej cząstkę. Milczenie dziedziczy po rodzicach także Esther, zamknięta w dźwiękoszczelnym systemie rodzinnej niekomunikacji.

Siła tej prozy nie tkwi w sprytnie zarysowanej kryminalnej intrydze, jej siłą są słowa - język tak silny, że od jego uderzeń kręci się w głowie, i tak liryczny, że miejscami odnosi się wrażenie, że zabłądziliśmy na stronice tomiku z wierszami. Jej siłą są również bohaterowie - wyraźni jak w świetle teatralnego spotu, momentami przesterowani, niespełnieni, przepełnieni tęsknotą za czymś lepszym.

Pozostaje po tej lekturze szary spleen. I przeświadczenie, że przeczytaliśmy może niezbyt widowiskowy i mało odkrywczy kryminał, za to głęboko poetycką, pozostawiającą zadzior w duszy opowieść o samotności i milczeniu.

* Friedrich Ani, "Der namenlose Tag", tłum. Agnieszka Hofmann


Pierwsze zdanie: "Jakaś kobieta nieustannie wołała moje imię, ale nie chodziło jej o mnie."
Gdzie i kiedy: Monachium, współcześnie 
W dwóch słowach: komisarz i duchy
Dla kogo: dla lubiących kryminał niekonwencjonalny, liryczny, literacki
Ciepło / zimno: 88°

niedziela, 4 października 2015

Maxim Leo "Waidmannstod" (Śmierć myśliwego) - i powiał wiatr nOSTalgii...



Wydawnictwo: KiWi
Data wydania: wrzesień 2014
Liczba stron: 288
Cena: 14,99 euro

Wczoraj Niemcy świętowali dwudziestopięciolecie zjednoczenia swego kraju. Niby nic wielkiego, ot, rocznica jakich wiele, paru polityków wygłosiło okolicznościowe mowy, w paru większych miastach odbyły się festyny, pojawiła się garstka felietonów, podsumowujących ćwierćwiecze jednych, scalonych Niemiec. Była mowa o zainwestowanych na wschodzie miliardach i o wciąż obecnej przepaści między zachodnią (tą lepszą) i wschodnią (tą gorszą) częścią kraju. O większym bezrobociu, o mniejszych zarobkach i upodobaniu do opalania się na golasa ex-enerdowców. Temat-rzeka. O różnicach i podobieństwach, o przepaści w głowach i gospodarce dywagowali dużo mądrzejsi niż ja - i Maxim Leo, autor jednego z wielu - ale może innego niż wszystkie - kryminału.

Rzecz bowiem dzieje się na zapadłej wschodniej prowincji, w Brandenburgii, krainie graniczącej z dziką Polską i otulającej jedną z najbardziej hipsterskich metropolii Europy - Berlin. Komisarz Voss powraca w swe rodzinne strony. Tu nadal żyje wymagająca opieki matka, tu był wakat w lokalnej policji kryminalnej. I choć zwykle morderstwa nie zdarzają się tutaj zbyt często, nowy komisarz może od razu sprawdzić się w swej roli, ponieważ w lesie podczas polowania znalezione zostają zwłoki myśliwego - i nie był to nieszczęśliwy wypadek. Okazuje się, że zmarły miał wielu wrogów. Jako właściciel lasu zamierzał wydzierżawić swą własność firmie budującej farmy wiatrowe - i w konsekwencji zrujnować niejedną ludzką egzystencję. A zatem zemsta?... Ślady na miejscu zbrodni są niejednoznaczne, tropy wiodą w kilku kierunkach i urywają się znienacka - dosłownie i w przenośni. A potem pojawia się kolejny trup...

Maxim Leo nie jest literackim nowicjuszem, ma na swoim koncie kilka tytułów, ale w gatunku kryminalnym stawia pierwsze kroki. I są to kroki spokojne, wyważone, nieśpieszne - ktoś złośliwy mógłby nawet powiedzieć: flegmatyczne i ospałe. Nie oznacza to jednak, że w zapadłej dziurze, która przypadkiem jest jego ojczystym gniazdem i miejscem zbrodni, nic się nie dzieje. Dzieje się całkiem sporo - ale nie tak, jak na stronicach amerykańskich akcyjniaków czy skandynawskich bestsellerach o mrocznych patologicznych zbrodniach. Leo opowiada swoją historię w swoim własnym tempie, adekwatnym do atmosfery brandenburskiej wsi i mentalności tamtejszych ludzi. I jest w tym pewien urok. Kiedy autor zaprasza czytelnika do lasu - do jego lasu, lasu jego dzieciństwa, który ani trochę nie stracił swej magii - to nie sposób oprzeć się temu urokowi. Cisza, niebędąca ciszą, gra światła i cieni łamiących się w koronach drzew, majestat i piękno - tak, to cudowny świat, to także MÓJ świat, świat mojego dzieciństwa, który odnalazłam niespodziewanie na wschodnioniemieckim zadupiu. I już choćby dla tych magicznych momentów warto było przeczytać tę książkę.

"Śmierć myśliwego" jest kryminałem w stylu "slow" - bez ociekających krwią drastyczności, bez patologii, bez tych wszystkich krzykliwości, atakujących ze stron innych współczesnych kryminałów, walczących o uwagę czytelnika. Ma w sobie szczyptę staroświeckiej galanterii, ale i coś z anachronicznej nieporadności, safandułowatości, przybierającej irytujące wręcz rozmiary w osobie prowadzącego śledztwo komisarza. Voss, niestety, nie jest supermenem. Jest melancholikiem bez wiary w siebie, sceptykiem bez asertywności i romantykiem, nieumiejącym się odciąć. Ale ma w sobie wiarę w ludzi, w cudowny sposób potrafi czerpać siłę z natury i nie płynie z prądem. Przyszłość pokaże, czy autor zrobi z niego komisarza Ciepłe Kluchy, czy też pozwoli mu nabrać cech, dzięki którym zyska nieco szacunku w oczach czytelnika - i samego siebie. Ja zaś, zaintrygowana ciekawie rozwijającym się wątkiem Vossa i polskiej pielęgniarki Mai, opiekującej się matką komisarza, zakupiłam drugi tom tej nietypowej serii, która jak żadna inna pozwala zrozumieć sposób myślenia tych - w mniemaniu wielu - gorszych, wschodnich Niemców. Bez zbędnej nOSTalgicznej ckliwości czy rozliczeniowego dogmatyzmu.



Pierwsze zdanie: "Blade światło jesiennego słońca przebija się przez korony potężnych buków, kiedy w lesie rozbrzmiewają myśliwskie rogi." 
Gdzie i kiedy: pewna wioska w Brandenburgii, współcześnie
W dwóch słowach: wiatr przeszłości
Dla kogo: dla myśliwych, kochających magię lasu i n-OST-algików
Ciepło / zimno: 61°

czwartek, 24 września 2015

Skrótem


Postanowiłam Was trochę oszwabić. Zaległości recenzyjne mnie dobijają, lista książek do omówienia dziwnym sposobem wydłuża się coraz bardziej, a przecież coś jednak się Wam należy. Niektóre z przeczytanych ostatnio książek okazały się prawdziwymi perłami, sporo było średniaków, gniotów już nawet nie kończę, ale kilka z przeczytanych tytułów zasługuje przynajmniej na parę słów omówienia. Oszwabiam więc i zamiast regularnych notek aplikuję krótki przegląd lektur ostatnich tygodni. 



Greg Iles "Natchez burning"
Wydawnictwo: Rütten & Loening Auflage 2015

To pierwszy tom trylogii (nie wiedziałam) i czwarty tom z serii z ex-prokuratorem Penem Cagem (też nie wiedziałam) - nie ma to zresztą większego znaczenia. Jeśli sądziliście, że dyskryminacja rasowa w USA należy do przeszłości, jeśli wydawało Wam się, że Ku-Klux-Klan palił i mordował KIEDYŚ, ale nie TERAZ, to jesteście w błędzie - przynajmniej jeśli wierzyć autorowi tej powieści, będącej więcej niż kryminałem. Natchez Burning jest powieścią szokującą - ale nie obliczoną na tanią sensację. Jest tu rozmach, jest rozliczenie z przeszłością i teraźniejszością Ameryki, jest niesamowite wręcz tempo i kawał dobrej literatury. Nie wiem, czy ktoś zechce wydać tę książkę w Polsce, ale jeśli tak, nie wahajcie się ani sekundy. Jest naprawę mocna.

Pierwsze zdanie: "- Jeśli mężczyzna ma wybór między prawdą a ojcem, tylko głupiec wybierze prawdę." 
Gdzie i kiedy: Natchez w stanie Mississippi, współcześnie
W dwóch słowach: płonące południe
Dla kogo: dla wielbicieli Faulknera i serialu Breaking Bad
Ciepło / zimno: 92°



Paula Hawkins "Girl on train" (Dziewczyna w pociągu)
Wydawnictwo Blanvalet, 2015

Jeden z wielu interesujących debiutów ostatnich miesięcy. Historia pijącej nałogowo kobiety, która dla utrzymania pozorów (a może z przyzwyczajenia?) spędza sporą część swej smutnej i pustej egzystencji na jeżdżeniu podmiejskim pociągiem. Z braku własnego życia staje się niemą uczestniczką życia innych - i mimowolnym świadkiem sceny, która okaże się kluczową dla wyjaśnienia pewnego przestępstwa. Jej zamroczony alkoholem i wypierający traumę umysł nie jest jednak dobrym obserwatorem. Rojenia mieszają się ze przebłyskami rzeczywistości, prawda ze spekulacjami. Świetne portrety bohaterów, niezła intryga, dobry, kameralny klimat. Mimo pewnych niedociągnięć warto zapamiętać tę autorkę, może nas jeszcze przyjemnie zaskoczyć.

Pierwsze zdanie: "Leży pod srebrną brzozą niedaleko starych torów, pod kopczykiem usypanym z kamieni." 
Gdzie i kiedy: Wielka Brytania, współcześnie
W dwóch słowach: jedzie i jedzie
Dla kogo: dla podglądaczy, dla dojeżdżających pociągami i miłośników kameralnych dramatów
Ciepło / zimno: 73°


Jax Miller "Freedom's Child" (Mam na imię Freedom)
Wydawnictwo rowohlt, 2015

Kolejny zaskakujący debiut - jednak zupełnie inny od poprzedniczki. Tam, gdzie w "Dziewczynie w pociągu" dominowały subtelne psychologiczne klimaty, tu rządzi spluwa, zemsta i akcja. To szalona książka, bezkompromisowa, ostra i przesadzona. Nie sposób brać jej do końca na serio - wszystkiego jest tu "too much", wszystko jest większe, szybsze, brutalniejsze. A jednak nie da się wyrzucić tej książki do kosza - jest tu młodzieńczy pazur, zadziorność, zuchwałość. Są wielkie emocje - te w amerykańskim stylu, gonitwy, zwroty akcji, niespodzianki. I lekkie przymrużenie oka.  

Pierwsze zdanie: "Nazywam się Freedom Oliver i zabiłam swoją córkę." 
Gdzie i kiedy: USA, współcześnie
W dwóch słowach: miłość i zemsta
Dla kogo: dla kochających amerykańskie thrillery i amerykańskie dramaty
Ciepło / zimno: 63°


Peter Høeg "Der Susan Effekt"
Wydawnictwo Hanser, 2015

Trudna do zaszufladkowania książka. Po pierwszych pięćdziesięciu stronach mój początkowy zachwyt oklapł i potem zmierzał już tylko w stronę zera. Historia, którą opowiada Peter Hoeg, autor rewelacyjnej "Smilli w labiryntach śniegu", jest śmiała, zwariowana i chaotyczna - Susan, specjalistka od fizyki eksperymentalnej, posiada niezwykły dar: potrafi sprawić, że jej rozmówca przejawia absolutną i niekontrolowaną szczerość w słowach i emocjach. By uniknąć więzienia, Susan podejmuje się pewnego szczególnego zadania, polegającego - w wielkim skrócie - na uratowaniu świata. Brzmi karkołomnie - i jest.
Czytelnik, który nie bierze wszystkiego na serio, który potrafi oderwać się od rzeczywistości, wsiąść do kolejki górskiej bez zapinania pasów i pozwoli zabrać się na szaloną jazdę bez trzymanki, będzie zachwycony. Jazda bez trzymanki jest jednak odrobinę męcząca. Takoż i ja, dotarłszy z powrotem na ziemię, poczułam ogromne zmęczenie.

Pierwsze zdanie: "Osoba zainteresowana honorową kwaterą fundacji Carlsberga w Valby, 850 metrów wkwadratowych, z pełnym podpiwniczeniem, parkiem i dożywotnio bez czynszu, powinna zawczasu postarać się o nagrodę Nobla w dziedzinie fizyki." 
Gdzie i kiedy: Dania, współcześnie
W dwóch słowach: chaos i fizyka
Dla kogo: dla miłośników teorii spiskowych, Bonda, absurdu i zwariowanego odrealnienia
Ciepło / zimno: 69°


Keigo Higashino "Verdächtigte Geliebte" (Podejrzana kochanka)
Wydawnictwo Piper, 2014

NIespodzianka roku. Jakże mnie zaskoczył ten kameralny kryminał, w którym od pierwszych stron wiadomo już, kto popełnił zbrodnię. A jednak ten pasjonujący pojedynek profesora fizyki Yukawy, który przy pomocy tak staroświeckiego instrumentu jakim jest dedukcja, próbuje wykryć sprawcę, a matematykiem Ishigami, który próbuje zatuszować zbrodnię, okazał się jednym z lepszych kryminałów, jakie kiedykolwiek czytałam. Początkowo zagadka wydaje się prosta i banalna, z każdą chwilą komplikuje się jednak, by zakończyć w sposób, który zwalił mnie z nóg. A wszystko to w japońskich, purystycznych klimatach, bez zbędnych ozdobników i świecidełek. A jednocześnie jest to niebanalna opowieść o wielkiej miłości i poświęceniu. Niech ktoś to wyda w Polsce!

Pierwsze zdanie: "Ishigami wyszedł z domu jak zwykle o siódmej trzydzieści pięć." 
Gdzie i kiedy: Japonia, współcześnie
W dwóch słowach: profesor i matematyk
Dla kogo: dla koneserów ceniących wyrafinowaną intrygę i kameralny klimat
Ciepło / zimno: 89°


Merle Kröger "Havarie" (Kolizja)
Wydawnictwo ariadne, 2015

Książka, która mną wstrząsnęła - swoją aktualnością i bezkompromisowością. Autorka opowiada o kolizji na Morzu Śródziemnym i kolizji dwóch światów. Ponton z uciekinierami rozbija się o luksusowy wycieczkowiec - incydent, który wprawia w zniecierpliwienie pławiących się w dobrobycie pasażerów, zmierzających do portu na Majorce, zaś w bezgraniczną desperację podróżujących pontonem dwunastu mężczyzn - uciekinierów z Syrii. Migawkowe ukazanie bohaterów z kompletnie odmiennych światów, ich pobudek, motorów, nadziei i lęków - suche, lapidarne, a jednocześnie niosące ogromny ładunek emocjonalny. Autorka przez dwa lata zbierała materiał do tej książki - pływała na wycieczkowcu, na frachtowcu i na statku ratowniczym. Realizm tego, co opisała, jest zatrważający. Nie ma chyba w tej chwili bardziej aktualnej i bolesnej lektury. Jak wygram w totka, to będzie pierwsza książka, którą wydam w swoim własnym wydawnictwie.

Pierwsze zdanie: "Dolphins at Dawn grają ostatni song na scenie na środku basenu." 
Gdzie i kiedy: Morze Śródziemne, współcześnie
W dwóch słowach: ponton i wycieczkowiec
Dla kogo: dla fanów mocnej, politycznej i bezkompromisowej literatury
Ciepło / zimno: 93°


Christian Jungersen "Du verschwindest" (Znikasz)
Wydawnictwo btb, 2014

Niezwykła, poruszająca książka, która kompletnie wybiła mnie z rytmu i zachwiała fundamentami mojego światopoglądu. Ile z nas, z naszych uczuć, emocji i czynów to naprawdę efekt naszej świadomości, "duszy", własnej woli, a ile w tym chemii, szarej nagiej mózgowej tkanki, bodźców nerwowych, sterowanych przez biochemiczne procesy? Gdzie zaczyna się człowiek? I czy miłość to tylko mrzonka, sztuczka ewolucji, zmierzająca do zachowania gatunku? Jungersen opisuje historię szanowanego rektora prywatnej szkoły, u którego niespodziewanie stwierdzają guza mózgu. Frederik nie umiera, jego inteligencja, język, pamięć pozostają bez najmniejszego uszczerbku, cierpi jedynie empatia i umiejętność przewidywania konsekwencji. Rodzina Frederika, jego żona i syn, stają przed kwestią, kim jest człowiek, z którym spędzili ostatnie lata, i gdzie kończy się jego osobowość, a zaczyna zwyrodnienie spowodowane patologicznymi zmianami w mózgu. 
Jungersen po mistrzowsku, krok po kroku, bardzo detalicznie relacjonuje rozpad rodziny, przemycając cały szereg niełatwych pytań egzystencjalnych. Znakomite. 

Pierwsze zdanie: "Pędzimy w szalonym tempie w dół, pokonujemy ostre wiraże, mijając o włos ciemne skalne ściany, suche zarościa i srebrzyście blade drzewa, i znowu do góry na wierzchołek". 
Gdzie i kiedy: Dania, współcześnie
W dwóch słowach: miłość i medycyna
Dla kogo: dla miłośników dobrej, psychologicznej literatury i dla tych, którzy nie boją się konfrontacji z trudnymi pytaniami 
Ciepło / zimno: 90°

Uff. No to trochę nadgoniłam. Teraz notki powinny pojawiać się już bardziej regularnie.