Wydawnictwo: Znak
Data premiery: 12.09.2013
Liczba stron: 320
Cena: 36,99 zł
Właściwie to nie muszę pisać o tej książce. Marek Krajewski jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich autorów, w dodatku jednym z nielicznych, którzy odnieśli wymierny sukces na zagranicznych rynkach. Jest też swego rodzaju prekursorem: nie tylko wyniósł gatunek kryminału na salony, przyczyniając się do oczyszczenia go z fetoru pośledniości, ale i sprawił, że dziesiątki adeptów pisarstwa zakrzyknęło: ja też! - wywołując lawinę raczej mniej niż bardziej udanych dzieł chcących się wpisać w pewien retro-schemat. Przedstawiać go zatem nie trzeba. Nie zamierzam też nikogo przeciągać na swoją stronę, udowadniając, że "wielkim pisarzem jest" (albo i nie), bo ów klasyczny filolog, który stworzył Mocka i Popielskiego, jak żaden inny polaryzuje, dzieląc czytelników na tych wielbiących oraz tych odsądzających go od czci i wiary i zarzekających się, że "Krajewskiego nie cierpią". Niechże zatem każdy zostanie w swoim obozie, a ja w prostych słowach opowiem o swoich wrażeniach z lektury.
"W otchłani mroku" podejmuje historię Edwarda Popielskiego tam, gdzie porzuciły go "Rzeki Hadesu". Lwowski komisarz przenosi się do Wrocławia. Myli się jednak ten, kto sądzi, że wraz z wojną zakończyły się barbarzyństwa. Niegodziwości, okrucieństwa, ludzie napędzani najniższymi instynktami, bieda, braki, wycieńczenie fizyczne i wypalenie duchowe - wydaje się, że w tym jednym miejscu i czasie skupiło się wszelkie zło, rozrywając wymiary tego, co jest w stanie znieść człowiek. Przytłaczający to obraz, deprymujący i ciągnący w otchłań, tę samą, która może spojrzeć we wpatrującego się w nią zbyt długo człowieka. Gdzie w tej apokalipsie jest Popielski? Popielski, pozbawiony autorytetu i aparatu władzy, w głębi serca nigdy nie przestał być policjantem. Kiedy miastem wstrząsa seria brutalnych gwałtów, rasowy dochodzeniowiec podejmuje trop i z wytrwałością i zażartością charta (i chyba tylko nimi, bo i siły i możliwości sześćdziesięciolatka już nie te) podąża za bestią.
Ale Popielski jest nie tylko głównym bohaterem. Jest także autorem pamiętnika, który po latach od opisanych w nim wydarzeń trafia w ręce... stop. Nie będziemy spojlerować. Dość powiedzieć, że tym razem Krajewski nie poprzestał na kryminalnej historyjce z dawnych czasów, tym razem ramy powieści są szersze, obejmujące również koniec lat osiemdziesiątych i współczesność, zaś spina je klamrą niezwykle interesujący, o ile nie najciekawszy ze wszystkich, wątek uniwersytecki. Można się spierać, czy oddanie głosu Popielskimu na przeważającą część spektaklu przysłużyło się dramaturgii, czy kotwica, którą autor zarzucił w powojennym Wrocławiu, nie okazała się zbyt ciężka, jednak wolta, którą zaskoczył czytelnika w finale rekompensuje wrażenie żmudności. Przyznam, że z ulgą i zadowoleniem powitałam te nowe szlaki.
Nowym aspektem (i raczej rzadkim w literaturze kryminalnej) jest ukłon w stronę filozofii. Dyskurs o genezie zła, który tutaj obleczono w formę frapującej potyczki intelektualnej Murawskiego i Stefanusa, to posunięcie brawurowe. Krajewski odważył się bowiem wstąpić na tereny grząskie: filozoficzne rozważania granic dobra i zła, jakkolwiek stanowiące sedno gatunku, niekoniecznie przysporzą mu przychylności mas. Ale właśnie to mi się tutaj podoba: wykraczanie poza ciasne ramy wyznaczane przez wymogi masowego rynku, przemycenie treści, miło łechtających potrzeby czytelnika poszukującego intelektualnych wyzwań, ciekawe eksperymenty z krzyżowaniem gatunków. I choć scena z wątpliwym eksperymentem filozoficznym, w której gwałt na licealistce podmalowany jest uporczywym, niemilknącym wywodem filozoficznym nauczyciela, może budzić kontrowersje i pytania o jej zasadność, to już samo leżące u jej podstaw pytanie, czy dobro może zwyciężyć nad złem, wątpliwości nie budzi.
Nie jest to lektura przyjemna: czerwone zady bolszewickich oprawców, podrygujące między nagimi udami kobiet, nalane gęby prymitywnych knurów to obrazy, które ranią pewną estetyczną wrażliwość. Można je akceptować jako środek stylistyczny lub nie. Można się godzić na epatowanie brutalnością i brzydotą lub wybrać lekturę nieco mniej nadszarpującą dobre samopoczucie. To kwestia pewnych wyborów. Ja wybieram Krajewskiego, bo w jego prozie nic mi nie kuleje, nie ma stylistycznych kiksów, warsztatowych niedociągnięć i nieporadności. Krajewski czytelnika szanuje i wymaga, nie tylko od niego, ale przede wszystkim od siebie. Jego powieści są dopracowane, przemyślane i spójne. Lubię profesjonalistów.
Pierwsze zdanie: "To, co młody filozof miał dzisiaj uczynić, najpewniej zostanie uznane za okrutną zemstę."
Gdzie i kiedy: Wrocław, 1946, 1989, 1991, 2012
W dwóch słowach: barbarzyńcy i filozofowie
Dla kogo: dla odważnych, poszukujących i zaprawionych
Ciepło / zimno: 88°





