Ads 468x60px

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura francuska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura francuska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 stycznia 2014

Bernard Minier "Krąg" - ale tu duszno...



Wydawnictwo: Rebis
Tytuł oryginału: Le Cerlce
Tłumaczenie: Monika Szewc Osiecka
Data premiery: maj 2013
Liczba stron: 541
Cena: 39,90 zł

Hm. Jest intryga, jest śledczy, jest setting. Jest bestseller. Bernard Minier opanował sztukę tworzenia chwytliwych powieści z pogranicza thrillera i kryminału do perfekcji.

No bo weźmy taką intrygę: znakomita. W małej miejscowości niedaleko Tuluzy znaleziona zostaje we własnej wannie wypełnionej wodą kobieta, spętana taką ilością lin i węzłów, że niemal jej spod nich nie widać. Utonęła. A w ogrodzie, na krawędzi basenu, siedzi zaszokowany chłopak pod wpływem środków odurzających, jej uczeń i kochanek. Czy to on jest mordercą? Wszystko na to wskazuje. Ale jaki miałby motyw?... A jeśli to nie on, to kto?...

Albo weźmy śledczego, a właściwie śledczych. Wyraziści, wyposażeni przez autora w całą masę cech na pograniczu budzącego sympatię dziwactwa i skrzywienia, empatyczni, nieustraszeni. Tylko im kibicować i cieszyć się, że tacy niesztampowi.

No i setting. Równie udany, jak w poprzednim tomie z tej serii, równie przytłaczający, mroczny, duszny, choć tym razem sceneria jest wręcz odwrotna od uśpionych pod pierzyną śniegu Alp. Jest początek lata, duchota, skwar i burze.

Teraz okraśmy to jeszcze ulubionym motywem wszystkich miłośników rasowych amerykańskich thrillerów, czyli psychopatycznego seryjnego, który zasadził się na naszego bohaterskiego śleczego, do tego dobrym tempem, paroam fajnymi woltami i niespodziankami, i mamy miks doskonały. I książka naprawdę może się podobać. I podoba się, sądząc po opiniach tych, którzy już ją mają za sobą.

Więc czego się czepiam? Ujmijmy to tak: nie jestem fanką ekspresjonizmu w kryminale. Wolę, kiedy nastrój powstaje na skutek nieco bardziej finezyjnych środków niż grzmiące burze, atakujące nieustannie uganiających się po jakichś chaszczach i lasach bohaterów strugami deszczu, błyskawicami rozświetlającymi upiorne scenerie i ogłuszającym grzmotem. Zaprzęganie żywiołów dla podkreślenia nastroju grozy i gnębienie postaci nieustanną duchotą i skwarem dla wzmożenia pracy gruczołów potowych jest fajne, jeśli wystąpi w książce raz. Jeśli nieustannie na zmianę moczymy odnóża w ulewie i we własnym pocie, to już stopień fajność gwałtownie spada. Może to kwestia temperamentu twórcy, który jakże inaczej niż Skandynawowie operuje środkami stylistycznymi, a może jednak kwestia warsztatu - czasem mniej znaczy więcej. Czasem największa groza czai się w niedopowiedzeniach, a nie egzaltowanych opisach "wyjącej duszy".

Obejrzawszy w swym życiu sporo mniej lub bardziej sztampowych filmów i przeczytawszy nie mniejszą ilość powieści traktujących o śledczych i reprezentujących rozmaity poziom, stwierdzam, że nie mogę już znieść detektywów, policjantów, komisarzy i w ogóle dochodzeniowców wszelkiej maści, którym bez przerwy "coś się przydarza". Ja rozumiem, że ma być "ekszn" i w ogóle, ale litości, pewne rzeczy po prostu się nie zdarzają. Pakowanie głównego śledczego, tego najmądrzejszego bystrzka, tego koryfeusza kryminalistyki, w tarapaty, spychanie go ze skarp, turlanie po leśnym poszyciu, ogólne poniewieranie i puszczanie na samotne akcje, by mógł dowieść czytelnikowi, jakim to on jest samcem alfa, przestało mnie kręcić już dość dawno temu. Wolę może nieco mniej spektakularne, ale bardziej wiarygodne konstelacje.

Pieprzu całej sprawie miało dodać widmo Juliana Hirtmana, unoszące się nad biednym Serwazem. Fajna rzecz, taki seryjny morderca, kwintesencja zła, archetyp zbrodniarza. Zwłaszcza gdy można eksploatować jego wątek przez ładnych parę tomów, a sądząc po zakończeniu, autor bynajmniej nie planuje zrezygnować ze swojego Hanibala. Cieszmy się zatem na kolejne perypetie, tarapaty i poniewierkę Serwaza, bowiem nie dane mu spocząć. Będzie kolejna zadyszka, będą burze, duchota, albo przenikliwy ziąb i grobowa cisza zasypanych śniegiem dolin. Albo coś jeszcze innego. Minier na pewno coś wymyśli.


Pierwsze zdanie: "Jej umysł był jednym wielkim krzykiem."
Gdzie i kiedy: Francja, lato 2010
W dwóch słowach: burzliwa i duszna
Dla kogo: dla tych, którym podobał się "Bielszy odcień śmierci" i tych, którzy lubią bombardowanie efektami i granie na emocjach
Ciepło / zimno: 62°

poniedziałek, 5 marca 2012

Bernard Minier "Bielszy odcień śmierci" (Schwarzer Schmetterling)


Wydawca: Droemer
Data wydania: 01.03.2012
Tytuł oryginału: Glacé
Ilość stron: 688
Cena
: 14,99 euro

Pierwsze zdanie (z niemieckiego przekładu, ale pewnie i tak każdy zrozumie): Dgdgdgdgdgd - tacktacktack - dgdgdgdgd - tacktack.

Polskie wydanie
Posypało się recenzji tej książki w blogowisku. Euforycznie chwalili ją czytelnicy, krytycy, blogerzy. Że taki genialny debiut, że dawno nie było już tak dobrego thrillera, że atmosferyczny, trzymający w napięciu, że trzeba przeczytać. Nie było wyjścia, musiałam po nią sięgnąć. A ponieważ paczka z Polski idzie jednak parę dni, a świeżutka powieść francuskiego debiutanta właśnie pachnąc farbą drukarską pokazała się w niemieckich księgarniach, nabyłam wersję po niemiecku.

I co, warto było zainwestować 15 euro w dzieło zupełnie nieznanego pisarza? Zaraz się dowiecie. Pierwsze, co mnie uderzyło, to ilość stron - wydanie niemieckie ma ich prawie 700! Jeśli dzieło nie okaże się udane, to w jednym na pewno pobije niejedną aktualną nowalijkę na księgarskim rynku, pomyślałam sobie. I zagłębiłam się w lekturze.

Po parunastu stronach - dezorientacja. Eeee, czy to naprawdę kryminał o koniu?... Tak, moi drodzy, o koniu. Znakomity śledczy z Tuluzy zostaje wezwany do leżącej na końcu świata, w odludnym zakątku Pirenejów, turystycznej mieścinie Saint Martin do zwłok, znalezionych w górnej stacji elektrowni wodnej. Zwłok... konia. Servaz zdziwił się podobnie jak ja, gdy dopiero na miejscu dowiedział się, że nie chodzi o zamordowanego człowieka. Cóż koń był to nie byle jaki, bowiem należący do miliardera, człowieka z pierwszej dziesiątki najbogatszych Francuzów, potentata przemysłowego i miłośnika koni. Ponieważ zaś niecny ów czyn obfitował w rozliczne makabryczne detale, a w okolicy znajdowała się klinika psychiatryczna, w której trzymano pod kluczem najgroźniejszych, najbardziej psychopatycznych, bestialskich, nieuleczalnie i nieodwracalnie chorych psychicznie morderców, zdecydowano wszcząć śledztwo.

Jednocześnie do kliniki przybywa pani doktor Diane Berg, psycholożka, zamierzajaca przez jakiś czas zajmować się badaniem mrocznych zakamarków zbrodniczych umysłów. Jej pobyt w odludnym, upiornym miejscu bynajmniej nie rozpoczyna się tak, jak sobie to wyobrażała - zatrudniający ją profesor odszedł na emeryturę, kliniką kieruje niechętny jej, wyraźnie coś skrywający doktor Xavier, a ona sama zaczyna wątpić w słuszność swej decyzji.

Już wkrótce okazuje się, że na miejscu końskiej zbrodni znaleziono DNA osoby, której obecność tam po prostu nie wchodzi w grę - najgroszego, najgroźniejszego i wyzutego ze wszelkiej empatii, a jednocześniej najbardziej pilnowanego pacjenta kliniki Juliana Hirtmanna. Czy to możliwe, że mimo wielu doskonałych zabezpieczeń wydostał się, a także wrócił do celi, by dokonać makabrycznego czynu? I po co miałby to robić? 

Sytuacja zaostrza się, gdy po paru dniach przypadkowy biegacz znajduje podobnie zmasakrowane zwłoki miejscowego aptekarza, powieszone na moście. Nie jedyne zresztą, jak się później okaże. Servaz razem z miejscową policjantką Ziegler przystępuje do dzieła.

Czyta się to świetnie. Minier potrafi budować nastrój, umiejętnie i stopniowo (nigdy za dużo!) zdradza czytelnikowi detale, które prowadzą go dalej na ścieżce domysłów, ale też wprowadza parę mylnych tropów. Powieść ta trochę przypomina matrioszkę - gdy już wydaje ci się, że wiesz co i jak, autor zdejmuje kolejną odsłonę i nagle okazuje się, że jest zupełnie odwrotnie, niż myślałeś... Uwielbiam takie ciuciubabaki z czytelnikiem. Nie można nie wspomnieć o całej otoczce tego kryminału - te grudniowe Pireneje na skraju zimy, mgliste doliny, pogrążone w mroku, gęstwinie oparów, duszące się pod naporem świeżego śniegu, ta gęsta, nieprzejrzysta atmosfera, plątanina tropów, szczegółów. W którymś momencie Servaz mówi, że przytłacza go to miasteczko, ta pogoda i to śledztwo, że czuje się, jakby się dusił. I dokładnie to samo dzieje się z czytelnikiem w trakcie lektury - ten posępny nastrój oblepia niczym strzępy obrzydliwej pomroki i odbiera tlen.

Nieco rozczarowuje natomiast wątek Diane i Hirtmanna. Hirtmann nie wydał mi się ani trochę tak straszny i inteligentny, jak go zapowiadano, zaś Diane wkurzała swoją rozlazłością i cielęcością. Nie sposób nie zauważyć asocjacji z "Milczeniem owiec", ale Hirtmannowi trochę jednak do Hanibala Lectera brakowało.

Skoro zaś mowa o rozczarowaniu, to muszę się jeszcze przyczepić do postaci byłego sędziego, który choć wprawdzie urzekł mnie swą osobą (i te jego kolacyjki, i ach, te wina!), to jednak motywy jego końcowych poczynań zupełnie mnie nie przekonały. W końcowej fazie powieści było też trochę uproszczeń i naciąganych wątków, których nie wspomnę, by nie psuć przyjemności czytania. Cóż, kryminał rządzi się swymi prawami i autor, zapewnie słusznie, musiał uatrakcyjnić ostatnie sceny, balansując na granicy wiarygodności.

Przyczepię się też do licznych literówek (ale to uwaga do niemieckiego wydania), a także paru nieścisłości, co do których nie jestem pewna, komu je zarzucić - autorowi czy tłumaczowi: oto w jednej scenie mamy ciemną fasadę domu, która w następnym zdaniu staje się nagle białą ścianą ozdobioną drewnianymi balkonami (to jaka w końcu - ciemna, czy biała?). Kiedy indziej znowu świerczki zaszumiały sobie w połowie grudnia liśćmi...  Nie wiem, co tu komu szumiało, doprawdy.

A zatem, polecić, czy nie? Jeśli nie przeraża Was bite siedemset stron dusznej, napiętej atmosfery grozy, z lekkimi dłużyznami po drodze, wycieczkami w stronę psychologii, etyki, filozofii, ale z zadowalającym zakończeniem, ciekawymi postaciami i wyraźnymi aluzjami to paru wybitnych dzieł literatury kryminalnej ("Milczenie owiec" już wymieniłam, a "Purpurowe rzeki" to pies?...), to polecam.

Moja ocena: 4+/5.

Acha, co myślicie o tytułach? Francuski oryginalny Glacé versus polski Bielszy odcień śmierci, versus Czarny motyl po niemiecku?

A okładka? Która lepsza?


Baza recenzji syndykatu Zbrodni w Bibliotece

środa, 1 lutego 2012

Timothée de Fombelle "Tobi" - recenzja Kamila



Wydawnictwo Znak
Rok wydania: 2008
Format: 155x238
Ilość stron: 304
Cena detaliczna: 29,00 zł

Tłumaczenie: Janina Błońska, Krzysztof Błoński


Dziś gościnnie mój starszy syn Kamil (12 lat) i jego recenzja książki "Tobi". Wprawdzie przeczytał, bo musiał (lektura szkolna), ale chyba nie było to aż takie straszne poświęcenie, bo po od razu zażyczył sobie drugiego tomu...  Przeczytajcie sami, jak powieść ocenia młodzież. Acha, recenzję jego brata Marcela znajdziecie tutaj.

Tobi Lolness żyje wraz ze swoimi rodzicami Simem i Maią, oraz resztą ludu na potężnym dębie. Ma zaledwie parę milimetrów wzrostu, jak każdy z ludzi i nie wie nic o świecie, który rozpościera się poza Drzewem. Wraz ze swym najlepszym przyjacielem Leo Blu tworzy nierozłączną parę. Ojciec Tobiego jest uczonym, naukowcem. Razem tworzą poważaną rodzinę i mieszkają w Górnych Gałęziach.
Pewnego dnia naukowiec dokonuje ważnego odkrycia: soki Drzewa mogą służyć jako napęd do maszyn. Nie zamierza jednak upubliczniać swego wynalazku, by chronić Drzewo. Wielu bowiem, między innymi tyran Jo Mitch, pragnie wykorzystać maszyny dla swych celów. Ale wtedy Drzewo wykrwawi się na śmierć, a ludzie stracą miejsce do życia. Postawa naukowca spotyka się z niezrozumieniem; za karę rodzina Lolness zostaje wygnana do Dolnych Gałęzi. Tobi musi opuścić przyjaciela i znany sobie świat, ale za to w Dolnych Gałęziach poznaje Eliszę, wspaniałą dziewczynę, z którą od razu się zaprzyjaźnia. 

Z czasem Tobi zaczyna się zadomawiać w nowym miejscu. Ale oto pewnego dnia posłaniec przynosi wiadomość: rodzina może wrócić do Górnych Gałęzi, ale pod warunkiem, że pogodzi się z władzą Jo Mitcha. Rodzina nie zgadza się na to. Parę dni później nadchodzi kolejna wiadomość: umiera matka Mai. Lolnessowie natychmiast udają się w podróż do Gónych Gałęzi.

Świat, który zastają, wygląda jednak zupełnie inaczej. Drzewo cierpi, eksploatowane, traci liście na górnych konarach. Ludzie też są nieszczęśliwi pod naciskiem brutalnej władzy Mitcha. Musza jednak dowiedzieć się, dlaczego umarła babcia Tobiego. Od notariusza dowiadują się, że na krótko przed śmiercią kupiła ona drogocenny Kamień Drzewa, który jest tak rzadki, że daje ogromną władzę temu, kto go posiada. Obawiając się kradzieży postanowiła kamień połknąć, jednak zakrztusiła się przy tym i udusiła. 
Rodzina wkrótce później wpada w pułapkę zastawioną przez ludzi Mitcha. Rodzice Tobiego dostają się do niewoli, on sam ucieka. Wraca do Eliszy, by razem z nią snuć plany o uwolnieniu rodziców... Czy mu się to uda, dowiecie się z powieści.

Książka nie tylko jest ciekawą opowieścią o dziwnym, innym świecie, ale niesie ze sobą ekologiczne przesłanie. Tak jak bohaterowie książki powinni chronić swoje Drzewo, tak i ludzkość powinna chronić swoją planetę, by za jakiś czas mieć w ogóle miejsce do życia.

Moja ocena: książka w miarę ciekawa, a świat pokazany przez autora jest fascynujący i wiarygodny. Większość fabuły jest wciągająca, tylko miejscami wiało nudą, gdy autor rozpisywał się o przeszłości. Mimo to chętnie przeczytam drugi tom. (Książkę czytałem po niemiecku, więc nie wiem, czy się zgadza słownictwo, z tymi Górnymi i Dolnymi Gałęźmi).

Daję tej książce 3,5 gwiazdki (na 5 możliwych).

Kamil (12 lat)