Ads 468x60px

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polskie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 grudnia 2015

Jakub Małecki "Dygot" - o magii dobrej puenty




Wydawnictwo: Sine Qua Non
Data wydania: 7 października 2015
Liczba stron: 320
Cena: 36,90 zł

Jakżeż pięknie mi się ułożyła końcówka tego roku!... Oto wygasa stary rok, dogorywa mocny, rozdygotany i poruszający, tak jak powieść, która wprowadziła mnie w nowy, jeszcze dziewiczy rok. Pewnie gdybym chciała zaplanować taki finisz, nigdy by się nie udał, a tak, trochę niechcący, z zaskoczenia, Jakub Małecki sprawił, że... ten ostatni dzień roku zapłonął i ogrzał czytelniczego ducha. 

Gdyby dać wiarę okładkowym zachętom (nie należy tego robić, nigdy!), to należałoby się spodziewać banalnej sagopodobnej historii z szarym peerelem w tle. "Dygot" zaś nie jest ani sagopodobny, ani banalny. Najwyżej ten szary peerel w tle jeszcze by uszedł od biedy, choć nie o dziejowe zawirowania tutaj chodzi. 

Śledzimy tutaj losy dwóch rodzin, które za zrządzeniem przypadku i do wtóru chichotu przeznaczenia splatają się ze sobą i łączą nie tylko rodziny, ale przede wszystkim dwójkę głównych bohaterów: Emilię i Wiktora. Oboje dorastający z fizycznym handicapem, oboje zmagający się z piętnem inności, wrażliwsi od innych, i choć powierzchownie brzydsi, to jednak piękniejsi. On - albinos, odmieniec, dziwoląg i wcielony szatan, ona - ze skórą przypominającą stopiony ser, usianą bliznami po poparzeniach. Skazani na odtrącenie, odnaleźli się w swej wyjątkowości. Nie na długo. Ich miłość zostaje ucięta gwałtownie i nieodwracalnie, w otoczce tajemnicy, która na długie lata położy się cieniem na dalsze losy rodziny. 

Brzmi zwyczajnie i pospolicie, a nie jest. Bowiem Małecki nie tylko fantastycznie snuje tę opowieść, Małecki ma błogosławiony dar puentowania. Sceny, z których układa te ludzkie egzystencje, niektóre kluczowe, inne nieważne, jeszcze inne o ukrytym znaczeniu, są tak niezwykłe, pełne takich absurdów, że musiało napisać je życie. Małecki roztacza je bez wodolejstwa, w konkretnych, mocnych zdaniach, ale ze szczyptą magii, tu i ówdzie otoczone poetycką mgiełką, ukrytą czasem w jednym, bezbłędnym sformułowaniu. I trach, jednym zdaniem, jednym szczegółem niekiedy kończy scenę, a ty, czytelniku, zostajesz z otwartą ze zdumienia gębą, mętlikiem w głowie i zachwytem w sercu. 

Niewiele jest powieści, które tak trafnie ujmują tematykę obcości, odmienności. Znakomita jest kreacja Wiktora - kruchego jak szczeniak, dręczonego osobliwymi wizjami, a jednocześnie tak bardzo ciekawego świata, poszukującego, otwartego. W zetknięciu z prymitywną tłuszczą, karmiącą się zabobonami i zagrzewaną nienawistnymi tyradami wiejskiego klechy jest skazany na porażkę. I radzi sobie, biały, rozdygotany motyl w ciemności. 

Jest tej w tej powieści jakiś wielki, egzystecjalny smutek. Przypatrujemy się tym przegranym życiom, dogasającym powoli i w samotności, w cierpieniu, towarzyszymy im od narodzin po ostateczny kres, wraz z nimi szukamy dopełnienia i jakiegoś sensu w tych bytach, bezradni wobec wielkiej niewiadomej, która przesądza o ich losach. Czy sami wybierają? A może poddają się woli prządki, splatającej nitki ich życia w zgrzebną tkaninę? A może jest w tym inna siła sprawcza, mściwie obracająca kołem przeznaczenia? Odpowiedź jest rozmyta...

Ależ to dobra powieść!... 

Czytajcie. A korzystając z okazji, życzę Wam wszystkim w Nowym Roku wielu dygotów (tych dobrych, konstruktywnych) i zachwytów, i w ogóle czytelniczego spełnienia. Niech się darzy!



Pierwsze zdanie: "Poznał ją na tym samym polu, na którym dwadzieścia sześć lat później umarł pod pożartym księżycem."
Gdzie i kiedy: Koło, Piołunowo, Poznań, 1938-2004
W dwóch słowach: rozmyte i rozdygotane
Dla kogo: dla amatorów dobrej współczesnej prozy polskiej 
Ciepło / zimno: 91°

sobota, 10 stycznia 2015

Gaja Grzegorzewska "Betonowy pałac" - życie seksualne dzikich?...


Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Data premiery: sierpień 2014
Liczba stron: 508
Cena: 39,90 zł


Są książki, od których chce się wymiotować. Tak po prostu pieprznąć to wszystko, zatkać pięścią usta, pognać do kibla i puścić pawia. Są książki, które sprawiają fizyczny ból, ryją pazurami, gwałcą słowem, wpychają się we wszystkie otwory, wściekłe, atakujące, obrzydliwe. Książki męczące, obłąkane, przekraczające wszelkie granice, łamiące wszystkie tabu, zrywające ze wszystkimi regułami, urągające poczuciu przyzwoitości i smaku, odciskające w pamięci obrazy, których nijak się pozbyć nie można, choć bardzo by się chciało. Książki, przy których człowiek się pyta, po co w ogóle są. 

I założę się, że wiele osób, próbujących zmierzyć się z lekturą "Betonowego pałacu", dozna dokładnie tych, opisanych powyżej, wrażeń. I nie będą to ciotki, lubiące dla przyjemności sięgnąć czasem po elegancki kryminałek, będą wśród nich osoby o pewnym czytelniczym stażu, osoby potrafiące znieść to i owo, osoby, których nie jest łatwo zaszokować. Bo "Betonowy pałac" nie jest książką ładną. Ani przyjemną. Nie jest nawet arcydziełem z wysokiej półki, co podobno niekiedy usprawiedliwia tortury lektury. Czym zatem "Betonowy pałac" jest?

Historią tragicznej, kazirodczej miłości?... Bolesną opowieścią o zemście i niespełnieniu?... Skomplikowaną rodzinną sagą?... Brawurowym kryminałem noir?... A może czymś w rodzaju kiczowatej wenezuelskiej telenoweli, przeniesionej na polski grunt?... Farsą pełną klisz i bohaterów, którym się wydaje, że grają w gangsterskim filmie?... Szeregiem pozbawionych głębszego sensu odrażających i perwersyjnych scen, obliczonych na szokowanie i epatowanie przemocą?... Nie skłamię, jeśli powiem, że wszystkim po trochu. I już choćby w tym objawia się szaleństwo tej książki: w jej nieprzewidywalności, niemożności przyklejenia jakiejkolwiek etykietki. Jeśli dodamy do tego niebywałą językową brawurę i bezkompromisowość autorki, to okaże się to wystarczającym bodźcem, by skłonić śmiałków do zmierzenia się z tą powieścią. Śmiałków, nie zachowawczych mieszczan w pepitkę, brzydzących się drastycznych scen i nie uznających przekleństw.

Główny bohater i pierwszoosobowy narrator, powraca po latach dobrowolnej dalekomorskiej banicji na Osiedle. Osiedle jest miejscem złym i zapomnianym przez Boga i miejskie władze, rządzonym przez kolejnych adminów, aktualnie przez chadzającego w białych garniturach Opiekuna. Wraca, choć nie chciał, wraca, bo ktoś go do tego sprowokował enigmatycznymi wiadomościami. Wraca, by wypełnić dla Opiekuna pewne zadanie: ma odnaleźć zaginioną jakiś czas temu i piękną jak marzenie żonę Opiekuna, Sophie. Przynajmniej taka jest oficjalna wersja. Bo bohater staje się pionkiem w czyichś rękach, narzędziem, a może nawet ofiarą. Rozpoczynają się krwawe podchody.

Stronice powieści zaludniają przerysowane postacie: skrajnie złe i prymitywne, dogłębnie tragiczne lub niebywale puste, kryjące swoje prawdziwe ja pod skorupą chamstwa i wulgarności lub ekshibicjonistycznie wywalające na wierzch zdegenerowane osobowości. To najczarniejszy z czarnych noir, niemający nic wspólnego z dziewięćdziesięcioprocentowym szlachetnym Lindtem, już raczej z wsysającą wszystko czarną dziurą.

I jeszcze ten język. Nie wiem, doprawdy, gdzie się trzeba obracać, lub co zażywać, by przyswoić sobie takie słownictwo. Czytajcie to, lingwiści. To też jest polszczyzna, choć czasem naprawdę trudno w to uwierzyć. Nie wiem, czy ktokolwiek przedtem pisał w Polsce w taki sposób, ja podobnej skarbnicy słów kloacznych nie spotkałam nigdzie przedtem. W jaki sposób gromadzi się taki wokabularz?!... Autorka zeskrobuje z bruku rozmaite plugastwa, łowi w szambie, zbiera cuchnącą chabaninę, miksuje to i wkłada bohaterom w usta. Nawet tym, którzy czytywali Tennysona. Absolutnie fascynujące.

Dziwnie się to czytało. Czasem miałam wrażenie, że to współczesny karykaturalny Malinowski. Takie "życie seksualne dzikich", swoiste studium polskiej przestępczości od antropologicznej strony. Momentami wydawało mi się, że to jakiś szalony komiks, przerysowana historyjka o ludziach, którzy lubią być źli. Natknęłam się tu na kilka znakomitych, genialnie pokazanych scen, świadczących o wiekim pisarskim kunszcie. I na obrazy, które już po chwili kazały mi w ten kuszt wątpić. Nie mam złudzeń, że ta książka spodoba się wszystkim. Nie jestem nawet pewna, czy podobała się mnie. Ale jedno jest pewne: ta książka nie pozostawi nikogo obojętnym. Jest niepokojąca, mierzi i zachwyca, wywołuje emocje. A o to chyba chodzi w literaturze. 


Pierwsze zdanie: "O świcie obudził mnie szum oceanu." 
Gdzie i kiedy: Kraków, współcześnie
W dwóch słowach: szambo i miłość
Dla kogo: dla odważnych
Ciepło / zimno: 74°

niedziela, 16 listopada 2014

Anna Fryczkowska "Kurort amnezja" - to pogadajmy o śmierci



Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data premiery: 13.11.2014
Liczba stron: 424
Cena: 34 zł

Polska prowincja jest wyjątkowo wdzięcznym settingiem. Zwłaszcza depresyjną porą, gdy hula wiatr, niebo płacze strugami deszczu, rozdziobują nas kruki i wrony. Wszechobecna brzydota i szarość. I ludzie, o, jakże zgrabnie się kreśli prowincjuszy: bo albo prostoduszni, albo niekonwecjonalni, tacy pokrzywieni trochę. Świetnie się to wszystko komponuje z opowieściami tragicznymi, infernalnymi, kasandrycznymi.

Takoż jest i w przypadku tej powieści. Nadmorska miejscowość Brzegi po sezonie, wiatr, plaża i brzydkie pensjonaty, gdzie straszne baby gotują niedobitkom wczasowiczów okropne jedzenie. I już jest ten klimat. Klimat ten pogłębia się jeszcze, kiedy poznajemy dwie główne bohaterki tej historii: Mariannę - "dwumiesięczną", jak sama na siebie mówi - i Wandę - "kobietę-jeża". Dwa, trzy słowa, a jakaż pełna charakterystyka!... Obie skrywają w sobie tajemnicę, obie czegoś szukają - jedna własnego życia, które uciekło w niebyt pamięci, druga - odpowiedzi, zemsty i zapomnienia. Łączy je więcej niż przypuszczają, więcej niż wiadomo czytelnikowi. Ale czytelnik wie, przeczuwa, że ta wieź gdzieś istnieje, bo inaczej przecież nie byłoby suspensu, intrygi, szarady.

Rozczaruje się jednak ten, kto będzie oczekiwał tu klasycznego kryminału, takiego jak pan Bóg przykazał: z trupem, śledczym, dochodzeniem. Fryczkowska przyzwyczaiła nas już, że kryminalne historie są dla niej jedynie tłem, pretekstem do pokazania czegoś więcej. Nie inaczej jest tutaj. Kryminalne wątki, choć determinują poczynania bohaterów, implikują akcję, nie wysuwają się na pierwszy plan. Tu królują kobiety: kobiety i ich emocje. Znakomicie się udały autorce ich portrety, zwłaszcza Marianna, z jej naiwną i bezkompromisową ciekawością świata, edukująca się na podstawie polskich seriali, próbująca układać sobie otoczenie i siebie samą ze strzępków przeszłości i okruchów teraźniejszości. Mocna postać, frapująca, niezwykła. Nie inaczej jest z Wandą, usiłującą poskromić śmierć, przechodzącą wszystkie podręcznikowe etapy żałoby i dużo więcej niż żałoby. Jej doznania są przytłaczające, może nawet zbyt druzgocące dla niektórych czytelników, który zechce odwrócić się od niej ku nieco bardziej oszczędnej w emocjach Mani.

I to właśnie ich wzajemne relacje są motorem tej książki, jej największym atutem. One i ewoluowanie, zmierzające w zaskakującym kierunku. Fanatycy szuflakowania będą mieli problem z przyklejeniem odpowiedniej etykietyki dla tej prozy - no bo skoro nie kryminalna, to jaka? Obyczajowa? Feministyczna? Kobieca? Same chybione określenia, dyskryminujące, obrzydliwe. Niepotrzebne. Fryczkowska wytrwale kontynuuje swoją pisarską wędrowkę drogą środka, i robi to w sposób warsztatowo doskonały. I jej warsztat, i poruszane tematy, niezmiernie ważkie tematy - kobiece i męskie role, odkrywanie siebie, definiowanie swojego miejsca w życiu, uporanie się ze śmiercią bliskiej osoby, przetasowanie uczuć po stracie - sprawiają, że autorka staje się postacią na literackiej scenie, której nie sposób ignorować. I choć wiadomo, że jej twórczość nie zostanie zaliczona do elitarnej (czy by tego chciała, to już inna kwestia), to jednak zaczyna tworzyć pewien nurt, dotychczas nieobecny wśród polskich twórców - literatury środka. To jeszcze nie są artystyczne wyżyny, ale już nie pisarstwo trywialne. Po prostu dobra proza, mocna, autentyczna, emocjonalna, bez zadęcia, bez większych zgrzytów. Taka dla ludzi.



Pierwsze zdanie: "Miasteczko było paskudne, typowa nadmorska dziura ożywała od maja do września, w pozostałych miesiącach przypominała trupa z plamami opadowymi w postaci zagrzybionych tynków." 
Gdzie i kiedy: Brzegi, Warszawa, współcześnie
W dwóch słowach: kobieta i kobieta
Dla kogo: dla ceniących literaturę środka, wątki kryminalne i emocje
Ciepło / zimno: 86°

środa, 8 października 2014

Zygmunt Miłoszewski "Gniew" - a tam wciąż mgła i marznąca mżawka...




Wydawca: Wydawnictwo W.A.B.
Data premiery: 08.10.2014
Liczba stron: 380
Cena: 44,99 zł
No i jest szumnie zapowiadane pożegnanie z najpopularniejszym prokuratorem Rzeczypospolitej, szeryfem ze stalowym błyskiem w oku, w nienagannym garniturze, jakże różniącym go od brzydkiego pospólstwa, z ostrym językiem i jeszcze ostrzejszym umysłem. I chociaż już pierwsza scena trzeciego tomu serii z Szackim pozwala uwierzyć w ukutą przez marketingowe łby plotkę, to ostatnia wiarę tę skutecznie obala. 

Nie ma co płakać i rozdzierać szat, o wiele lepszą reakcją na "Gniew" jest bowiem satysfakcja. Zwykła satysfakcja czytelnika z Polski, czyli - za autorem - z urbanistycznego piekła, zaśmieconego nabrzydszą architekturą w Europie, kraju wyjątkowo ubogiego w dobrą literaturę kryminalną, która - jeśli wierzyć tak zwanym autorytetom - w ogóle literaturą nie jest. Otóż satysfakcja ta wynika z prostego faktu, że oto pod tym jednym względem przestaliśmy być zapyziałym ogonem Europy, bowiem narodził się taki, który umie pisać wciągające kryminały na poziomie, i to w dodatku z czymś w rodzaju przesłania. Niemożliwe?... 

A zatem ad rem, czyli do "Gniewu". Szacki, na skutek zawodowych i osobistych zawirowań oswajający się z Warmią, czyli pogrążonym w wiecznej mgle i marznącej mżawce Olsztynem, łaknie jakiejś soczystej zbrodni, która pobudziłaby jego uśpione szare komórki, wniosła coś nowego i w ogóle ubarwiła i dosmaczyła. Zbrodnia ta nadchodzi niespodziewanie i początkowo niepozornie. Bowiem znalezione w bunkrze niedalego miejskiego szpitala zwłoki wcale nie są "Niemcem do odfajkowania" (co to w ogóle za wyrażenie?...), tylko zaczątkiem wielkiej zagadki. Truposz wcale nie wyzionął ducha ponad pół wieku temu, tylko całkiem niedawno, bo dwa tygodnie temu. Więc skąd takie piękne kosteczki bez ani jednego mięśniowego włókienka? I tu pokazuje się, że Miłoszewski w ostatnim czasie pilnie oglądał wszystkie sezony Bones, bowiem popisuje się fachową nomenklaturą i widać, że co nieco w tym temacie liznął. Na kościach się jednak nie kończy.

Bo ta powieść tak naprawdę jest o przemocy. O tej jawnej, brutalnej, i o tej ukrytej, rodzinnej, wstydliwej i zawstydzającej. O tej, o której się mówi, i o tej, o której się milczy. I o tej najgorszej, podświadomie akceptowanej, uznawanej za fanaberię rozwydrzonych pańć i liberalnych pismaków. To ciekawe, ile seksistowskiej pogardy można zawrzeć w jednym słowie, mówi jeden z bohaterów. Wiecie, jakie to słowo? Pseudopanda. Kiedy poznacie kontekst, dowiecie się, dlaczego. I dlaczego akurat ono tak bardzo mnie zmroziło. Takich scen jest tu więcej. Na przykład ta z Krecikiem. Przerażająca, znamienna. Przemoc. Społeczne zjawisko, zarażający pokolenia wirus, czy męski gen? Miłoszewski nie daje odpowiedzi na to pytanie. Ale odważnie rzuca temat pod dyskusję, zauważa go, ba, ośmiela się upakować go w rozrywkową otulinę. 

Bardzo to skandynawskie - ktoś powie: odtwórcze. Tak, te tematy powracają wielokrotnie u Skandynawów, pojawiają się też u niektórych Amerykanów. Są. Ale nie w polskich kryminałach, nie tak. A skoro już jesteśmy przy wtórności, to wiem doskonale, że znajdą się i wybrzydzacze, którym nie spodoba się kalejdoskop klisz i zdartych motywów. No pewnie, że tu są. Co więcej, Miłoszewski żongluje nimi świadomie i umyślnie, a niekiedy nie sposób się nie oprzeć wrażeniu, że dobrze się przy tym bawi - i tego samego oczekuje od czytelników. Pewnie, że są przegięcia. No bo jak się nie żachnąć czytając o patologu doktorze habilitowanym Ludwiku Frankensteinie? Jak nie kręcić głową nad jego olśniewającą asystentką? A Myślimir Szcząchor? Bez jaj, on go tak naprawdę nazwał. Jest i Poniewasz, jest Zemsta, jest także Bierut. Tak tandetne, że aż znowu śmieszne. 

Ale wróćmy to naszego podstawowego pytania: czy to jest dobry kryminał? Nie socjologiczna łopatologiczna pogadanka? Nie felietonik na modny temat? Nie klon zagranicznych thrillerków z papierowymi bohaterami? Nie próba zrobienia kaski na spiżowym mizoginie z minionej epoki? Zapewne znajdą się tacy, którzy z wielkim przekonaniem przykleją tej powieści taką, a może i gorszą łatkę. Ja twierdzę, że to jest dobry kryminał. To jest bardzo dobry kryminał. Nie powalający nadzwyczajnie oryginalną intrygą (choć jest ona naprawdę przyzwoita), ale dobry, wciągający, pozostawiający z paroma bolesnymi miejscami (Miłoszewski wie, gdzie dotykać, żeby bolało), paroma znakami zapytania i wielką, uchyloną furtką. Czytajcie.


Pierwsze zdanie: "Wyobraźcie sobie dziecko, które musi się chować przed tymi, których kocha." 
Gdzie i kiedy: Olsztyn, współcześnie
W dwóch słowach: mizogin i psychopata
Dla kogo: dla fanów Szackiego, a także tych, którzy zwątpili w kondycję polskiej (tak zwanej) literatury rozrywkowej (czymkolwiek ona jest)
Ciepło / zimno: 96°

środa, 23 kwietnia 2014

Wit Szostak "Sto dni bez słońca" - czyli maskonury po finnegańsku


Wydawnictwo: Powergraph
Data premiery: kwiecień 2014
Seria: Kontrapunkty
Liczba stron: 464
Cena: 39,00 zł

Wszystko przez Czułego Barbarzyńcę. Nie planowałam tej książki, nie czekałam, nie śledziłam tęsknym okiem w zapowiedziach, choć nazwisko autora nie jest mi całkiem obce, jak zapewne wielu czytelnikom, zapędzających się w fantastyczne rewiry. Ale kiedy przycupnęłam w tej dziwnej kawiarni nad rewelacyjną wiosenną herbatą z rozmarynem i jeszcze bardziej rewelacyjnym plackiem z porzeczkami, "Sto dni bez słońca" zamrugało do mnie z półki, znajdującej się o wyciągnięcie ręki. Nie wiem jak wy, ale ja na mrugania i podobne zachęty książek nie jestem obojętna. Powieść, zacnie wydana, reklamująca się jako "szalenie zabawna, strasznie smutna i niebezpiecznie inteligentna" przykleiła się do mnie i nijak nie chciała odkleić, i mimo iż miała cenę nieładną, znacznie przewyższającą rozmaite internetowe okazje, z księgarni wyszłam już obarczona jej ciężarem. Zgubne są wizyty u Czułego Barbarzyńcy*... Jakby tego było mało, książka wepchnęła się bez kolejki, niczym jakaś ostentacyjnie ciężarna, i nie popuściła, dopóki nie przewróciłam ostatniej strony. I tak oto, targana sprzecznymi emocjami, melduję, że "Sto dni bez słońca" jest jak dotąd największą literacką niespodzianką tego roku. Choć nic tego nie zapowiadało. 

Lesław Srebroń, we własnym mniemaniu "skromny badacz" i piewca twórczości genialnego polskiego pisarza fantastycznego Filipa Włócznika, nadzieja poskiej humanistyki, a wręcz polski Joyce, mesjasz, mający ocalić od ostatecznej zagłady cywilizację zachodu, udaje się na położony gdzieś na Atlantyku archipelag Finneganów, gdzie w ramach uniwersyteckiej wymiany ma poprowadzić cykl wykładów na tamtejszym St. Brendan College. Relację z jego pobytu na zapomnianej przez Boga i ludzi wysepce (próżno szukać jej nawet w Wikipedii) poznajemy z jego własnych ust, a ściślej z "dzienniczka pokładowego", gdzie krakowski doktor polonistyki zapisuje swe wrażenia z pobytu, które z czasem nabierają - znowu w jego własnym mniemaniu - wymiaru wielowarstwowej powieści mieszczańskiej, a nawet dzieła, mogącego konkurować z "Ulissesem". Srebroń, początkowo onieśmielony i wyobcowany w akademickim mikroświatku, poczyna sobie coraz śmielej, powołując w końcu do życia projekt ocalenia humanistycznej spuścizny Europy. Lektura jego relacji wywołuje początkowo niedowierzanie i niezrozumienie (hę?... co to w ogóle za koleś?), następnie uśmiech rozbawienia, przeradzający się w jawną uciechę, a na końcu bezbrzeżny smutek i głęboką refleksję nad kwestią postrzegania siebie. 

Zdzieranie poszczególnych warstw tej powieści sprawia niewypowiedzianą radochę. Niektórzy odczytają ją jako parodię powieści uniwersyteckiej, prześmiewczą karykaturę zadęcia i pseudonaukowości środowiska akademickiego. I rzeczywiście, niekiedy można odnieść wrażenie, że jesteśmy świadkiem ciągu gagów, a Srebroń (Mamoń?), posiadający niewątpliwe zadatki na postać kultową, to megaloman, fajtłapa i zadufany w sobie idiota. Dość wspomnieć tweedową marynarkę zakupioną w sklepie pana Howlina, fajczarski zestaw zamówiony w internecie czy gorączkowe tworzenie listy probemów, trawiących współczesną cywilizację. Ale przychodzi taki moment, kiedy postać Srebronia przestaje śmieszyć i budzić zażenowanie. Bezmiar iluzji, w jakim się pogrąża, ogrom usypanego z piasku zamku, niepodważalność przekonania o własnej wyjątkowości przerażają i napawają głębokim smutkiem. Szostak wspomniał gdzieś, że zastanawiał się nad tym, co by było, gdyby zajrzeć do głowy błędnego rycerza, nieustającego w walce o ideały, gdyby spróbować pojąć myślenie takiego Don Kichota. Pełne patosu i egzaltacji wyznania Srebronia - postaci  śmiesznej i tragicznej zarazem - są takim myślowym eksperymentem, próbą podejrzenia, jak widzi świat człowiek odbierany jako dziwak. Kim jest zatem Srebroń? Niekompatybilnym romantykiem, piewcą pogrzebanych ideałów, naiwniakiem czy zadufanym w sobie pseudointeligentem, zakochanym w sobie kretynem, niepotrafiącym interpretować zachowań innych i wszędzie dopatrującym się nieistniejących intencji? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna.

Jakiekolwiek byśmy snuli przypuszczenia, "Sto lat bez słońca" okaże się lekturą tyleż krotochwilną, co refleksyjną. Niechże każdy odkryje w niej to, co mu najbliższe. Ja z chęcią podsunęłabym tę książkę paru poznanym "srebroniom" polskiej "wysokiej" kultury, wątpiąc jednak, czy rozpoznaliby w tym krzywym zwierciadle własną, pełną pychy gębę.


Pierwsze zdanie: "Finnegany wyrastają samotnie na Atlantyku niczym niechciane, porzucone dzieci Hebrydów." 
Gdzie i kiedy: Finnegan Wielki, współcześnie
W dwóch słowach: fantastyczna niefantastyczna
Dla kogo: dla lubiących satyrę, niejednoznaczność i Don Kichota
Ciepło / zimno: 96°

* Wydało się. Tak, byłam na święta w Polsce. Przywiozłam pół bagażnika książek, spory bagaż refleksji i gigantyczny katar. 

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Mariusz Zielke "Formacja trójkąta" - o fiutach i hochsztaplerach


Wydawnictwo: Czarna Owca
Data wydania: październik 2013
Ilość stron: 392
Cena: 34,90 zł
Fiuty, szpiedzy, hochstaplerzy, fortele, kłamstwa, gry, sztuczki wybiegi, zagrywki, kwity, wrogowie, przyjaciele, łapówki, wziątki, nielegały, przykrywkowdzy, szpiedzy, shomenuchi, katatori, KNF, ABW, CBA, CBŚ, GPW, giełda, gospodarka, analiza, fixing, monitoring, trendy, raporty, manipulacje, stanowiska, faceci, laski, bandyci, wóda, papierochy, seks, rżnięcie, emocje, wykańczanie, frustracja, odreagowanie, szkalowanie, niszczenie, etyka, cele, moralność, zło, materiał, rejestry, kaszana, ściema, pustaki, kutafony, kwasy, knajpy, ławeczki, ekspertyzy, świnia, tchórz, przyjaciółka, morderca, oszust, trup, miłość. 

I już. Wszystko jasne. Każde z tych słów występuje w tej książce i każde jest w jakiś sposób znamienne. Blurb dodaje jeszcze "pokaźny ładunek rozgrywek politycznych, szokujących afer politycznych" i "pokaźnej dawce erotyki". A tak naprawdę chodzi o śmierć prezeza warszawskiej giełdy, okrzykniętą początkowo samobójstwem, co prędko zrewidowano, gdy pewien żółtodziób dziennikarz i doświadczona i piękna pani major ABW wywlekają na światło dzienne nieprawidłowości, świadczące o czym wręcz przeciwnym. Rozpoczyna się na wpół legalne i amatorsko-profesjonalne śledztwo, prowadzące do dramatycznych wolt, nieoczekiwanych ustaleń, szeregu łóżkowych zbliżeń i oddaleń oraz dość intrygującego finału. 

Mariusz Zielke porwał się na gatunek, w którym bardzo łatwo stoczyć się z obranego szlaku w przepaść publicystyki i fanatyzmu z jednej, albo w otchłań śmieszności z drugiej strony. Wybrał chodliwy temat, ubrał go we współczesną otoczkę, nadał sprawom niezłe tempo, okrasił niemałą szczyptą seksu, trochę ponarzekał na "ten kraj" i ludzi i wyszła mu "formacja trójkąta". I to balansowanie na grani nawet autorowi wyszło, choć po drodze raz czy dwa niebezpiecznie potknął się i nie potrafił pohamować potoku słów, zbyt bardzo przypominające takie typowe perorowanie wiecznie niezadowolonego i będącego ekspertem we wszystkim Polaczka. Są to jednak poślizgi sporadyczne i kto wie, może nawet zyskujące aprobatę czytającej klienteli. Tym bardziej, że całość jest świetnie napisana, językiem żywym i bardzo zbliżonym do prawdziwego, żywego tworu, urabianego milionami polskich krtani, warg i zębów. 

Nie znalazłam też żadnych logicznych czy fabularnych kiksów, co tym bardziej cieszy, że gatunek politycznego thrillera jest na rodzimej scenie literackiej reprezentowany ubogo, i niestety bardzo często na żenującym poziomie. Raz już prawie go miałam (autora), już mi się wydawało, że przyłapałam go na jednej niewybaczalnej niespójności, ale nie - wybrnął, wytłumaczył, jak trza i zarobił wielkiego plusa. 

Nie wiem, czy to jest męska proza, bo powątpiewam w istnienie literatury męskiej czy żeńskiej, wiem tylko, że bywa nijaka. Ten kawałek prozy nijaki nie jest, typowo żeński (cokolwiek by to było) zapewne nie, więc jednak męska?... Na pewno dosadna, miejscami bardzo, na pewno wpisująca się w pewne schematy tematyczne, podobające się mężczyznom. Babą jestem, ale przeczytałam z przyjemnością, bo to sprawnie napisany thriller.


Pierwsze zdanie: "Ogarnięty wściekłością, wyrwał z sieci wtyczkę zasilania."
Gdzie i kiedy: Warszawa, współcześnie
W dwóch słowach: szybko i dosadnie
Dla kogo: dla miłośników twardej prozy i niewierzących w "ten kraj"
Ciepło / zimno: 70°

środa, 16 października 2013

Ewa Białołęcka "Naznaczeni błękitem cz. 1" - chłopiec i magia. Ale to już było?...




Wydawnictwo: Fabryka Słów
Cykl: Kroniki Drugiego Kręgu
Data wydania trzeciego: czerwiec 2012
Liczba stron: 504
Cena: 37,90 zł
Są takie książki, książki magiczne, które w pewnym określonym momencie naszego życia wywierają na nas wpływ tak przemożny, że pozostawiają trwałe piętno na duszy, myśleniu, czuciu, sposobie postrzegania rzeczywistości, a nawet na odbiorze wszystkich kolejnych przeczytanych książek. Wystawiamy im w skrytości ołtarzyki i czcimy, otaczając pieczą i miłością. Często przeżycia, jakie wywołały, są zbyt prywatne, by dzielić się nimi z innymi, a niekiedy do tego stopnia intymne, że na nich budujemy relacje z ludźmi bardzo nam bliskimi. Są takie książki. Ja też trzymam w mym refugium kilka przykurzonych już woluminów, takich tylko "moich", własnych, najprywatniejszych.

Piszę o tym nie dlatego, że "Naznaczeni błękitem" są taką książką. Nie. Ale powieść (a właściwie zbiór, nie powieść) Ewy Białołęckiej, dzieło nieco już starsze, za to niedawno wznowione przez Fabrykę Słów, taką książką stać się mogła. Gdybym ją przeczytała dwadzieścia lat temu, z okładem. 

Dwadzieścia lat temu z okładem zachwycałam się Ursulą Le Guin. I "Niekończącą się opowieścią" Michaela Endego. Nikt jeszcze wtedy nie słyszał o chłopcu wyposażonym w wielki magiczny talent, szlifującym czarodziejskie zdolności w Hogwarcie, który istniał podówczas być może tylko w wyobraźni autorki, albo, nie daj Boże, o niejakim Eragonie, którego z wizją Ewy Białołęckiej łączy li tylko i wyłącznie to, iż traktuje o przyjaźni chłopca i smoka. I w te klimaty doskonale wpisują się te opowiadania, etiudy bardziej (bo aby zyskać miano powieści, potrzebna jest inna dramaturgia, większy rozmach, obszerniejsze ramy), osnute wokół jednego wspólnego tematu: bohaterami wszystkich są dzieci, obdarzone wyjątkowymi magicznymi zdolnościami, okupionymi jednak pewną ułomnością: Nocny Śpiewak urodził się cały pokryty sierścią i wegetuje w warunkach gorszych niż niejedno zwierzą, Biały Róg ma kalekie nogi, zaś Kamyk jest głuchy. A jednak ich magiczny talent czyni ich wyjątkowymi, daje niezwykłą moc, ale jednocześnie staje brzemieniem, przekleństwem. O dorastaniu pod jarzmem inności traktuje ta historia. O mierzeniu się z obcością i innością, o poszukiwaniu akceptacji, miłości i przyjaźni. 

Nic wielkiego?... Może. Ale Białołęcka, w odróżnieniu od wielu innych przeciętnych twórców, zdaje się posiadać bajeczny talent (tak, ona też), talent rzadki wbrew pozorom, nawet wśród piszącej braci: potrafi snuć opowieści. Umie magnetycznie przykuć uwagę, wymalować słowem wizję świata, do którego chce się powracać. I jest to świat na tyle swojski, by czuć się w nim dobrze, a zarazem na tyle oryginalny, plastyczny i barwny, by chciało się westchnąć z zachwytem. Jej umiejętność operowania słowem ma coś z magii, takiej łagodnej i ciepłej. 

Skupienie się na prostych opowieściach o chłopcach i ich ułomnościach i uzdolnieniach skutkuje jednak tym, że w którymś momencie zaczyna odczuwać się ssanie, swoistą próżnię, domagającą się wypełnienia. Zarysowany tu świat jest niezwykły, spójny, barwny, to bez wątpienia, ale niepełny. A chciałoby się poznać odpowiedzi na wiele pytań, pytań o społeczne czy ekonomiczne struktury tego świata, o to, czym naprawdę zajmują się magowie, pytań, które przynajmniej w tej pierwszej księdze nurtują, ale nie znajdują odpowiedzi. Nieco zatraca się tu również napięcie. Podczas gdy początkowo z pałającym obliczem kibicujemy jeszcze naszym chłopaczkom, z czasem, obserwując kolejne beztroskie baraszkowanie Kamyka i smoka (który, notabene, należy do najbardziej udanych smoczych kreatur, jakie kiedykolwiek udało mi się poznać) zaczyna nużyć. Zabrakło tu klamry spinającej całość, wyraźnie zarysowanej intrygi, która uzasadniałaby nazywanie tej książki powieścią. 

Gdyby tak cofnąć czas... Tak, ta książka miałaby szansę na mą wielką i dozgonną miłość, na mą cześć bałwochwalczą i bezwarunkową. Dziś cynicznej babie za mało, wciąż za mało. Nawet w książce tak pięknej i wywołującej pozytywne wibracje, jak opowieść o Tkaczu Iluzji.



Pierwsze zdanie: "Ludzie pracowali od rana, kiedy tylko słońce zaczęło spijać rosę z trawy i zwierzęcej sierści."
Gdzie i kiedy: gdzieś w jakimś innym świecie, gdzie króluje magia, kiedyś
W dwóch słowach: magiczna i emocjonalna
Dla kogo: dla wrażliwych, dla smokolubów, dla pochylających się nad dolą odmieńców
Ciepło / zimno: 85°

środa, 9 października 2013

Marek Krajewski "W otchłani mroku" - czerwone zady i filozofia




Wydawnictwo: Znak
Data premiery: 12.09.2013
Liczba stron: 320
Cena: 36,99 zł


Właściwie to nie muszę pisać o tej książce. Marek Krajewski jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich autorów, w dodatku jednym z nielicznych, którzy odnieśli wymierny sukces na zagranicznych rynkach. Jest też swego rodzaju prekursorem: nie tylko wyniósł gatunek kryminału na salony, przyczyniając się do oczyszczenia go z fetoru pośledniości, ale i sprawił, że dziesiątki adeptów pisarstwa zakrzyknęło: ja też! - wywołując lawinę raczej mniej niż bardziej udanych dzieł chcących się wpisać w pewien retro-schemat. Przedstawiać go zatem nie trzeba. Nie zamierzam też nikogo przeciągać na swoją stronę, udowadniając, że "wielkim pisarzem jest" (albo i nie), bo ów klasyczny filolog, który stworzył Mocka i Popielskiego, jak żaden inny polaryzuje, dzieląc czytelników na tych wielbiących oraz tych odsądzających go od czci i wiary i zarzekających się, że "Krajewskiego nie cierpią". Niechże zatem każdy zostanie w swoim obozie, a ja w prostych słowach opowiem o swoich wrażeniach z lektury.

"W otchłani mroku" podejmuje historię Edwarda Popielskiego tam, gdzie porzuciły go "Rzeki Hadesu". Lwowski komisarz przenosi się do Wrocławia. Myli się jednak ten, kto sądzi, że wraz z wojną zakończyły się barbarzyństwa. Niegodziwości, okrucieństwa, ludzie napędzani najniższymi instynktami, bieda, braki, wycieńczenie fizyczne i wypalenie duchowe - wydaje się, że w tym jednym miejscu i czasie skupiło się wszelkie zło, rozrywając wymiary tego, co jest w stanie znieść człowiek. Przytłaczający to obraz, deprymujący i ciągnący w otchłań, tę samą, która może spojrzeć we wpatrującego się w nią zbyt długo człowieka. Gdzie w tej apokalipsie jest Popielski? Popielski, pozbawiony autorytetu i aparatu władzy, w głębi serca nigdy nie przestał być policjantem. Kiedy miastem wstrząsa seria brutalnych gwałtów, rasowy dochodzeniowiec podejmuje trop i z wytrwałością i zażartością charta (i chyba tylko nimi, bo i siły i możliwości sześćdziesięciolatka już nie te) podąża za bestią.

Ale Popielski jest nie tylko głównym bohaterem. Jest także autorem pamiętnika, który po latach od opisanych w nim wydarzeń trafia w ręce... stop. Nie będziemy spojlerować. Dość powiedzieć, że tym razem Krajewski nie poprzestał na kryminalnej historyjce z dawnych czasów, tym razem ramy powieści są szersze, obejmujące również koniec lat osiemdziesiątych i współczesność, zaś spina je klamrą niezwykle interesujący, o ile nie najciekawszy ze wszystkich, wątek uniwersytecki. Można się spierać, czy oddanie głosu Popielskimu na przeważającą część spektaklu przysłużyło się dramaturgii, czy kotwica, którą autor zarzucił w powojennym Wrocławiu, nie okazała się zbyt ciężka, jednak wolta, którą zaskoczył czytelnika w finale rekompensuje wrażenie żmudności. Przyznam, że z ulgą i zadowoleniem powitałam te nowe szlaki.

Nowym aspektem (i raczej rzadkim w literaturze kryminalnej) jest ukłon w stronę filozofii. Dyskurs o genezie zła, który tutaj obleczono w formę frapującej potyczki intelektualnej Murawskiego i Stefanusa, to posunięcie brawurowe. Krajewski odważył się bowiem wstąpić na tereny grząskie: filozoficzne rozważania granic dobra i zła, jakkolwiek stanowiące sedno gatunku, niekoniecznie przysporzą mu przychylności mas. Ale właśnie to mi się tutaj podoba: wykraczanie poza ciasne ramy wyznaczane przez wymogi masowego rynku, przemycenie treści, miło łechtających potrzeby czytelnika poszukującego intelektualnych wyzwań, ciekawe eksperymenty z krzyżowaniem gatunków. I choć scena z wątpliwym eksperymentem filozoficznym, w której gwałt na licealistce podmalowany jest uporczywym, niemilknącym wywodem filozoficznym nauczyciela, może budzić kontrowersje i pytania o jej zasadność, to już samo leżące u jej podstaw pytanie, czy dobro może zwyciężyć nad złem, wątpliwości nie budzi.

Nie jest to lektura przyjemna: czerwone zady bolszewickich oprawców, podrygujące między nagimi udami kobiet, nalane gęby prymitywnych knurów to obrazy, które ranią pewną estetyczną wrażliwość. Można je akceptować jako środek stylistyczny lub nie. Można się godzić na epatowanie brutalnością i brzydotą lub wybrać lekturę nieco mniej nadszarpującą dobre samopoczucie. To kwestia pewnych wyborów. Ja wybieram Krajewskiego, bo w jego prozie nic mi nie kuleje, nie ma stylistycznych kiksów, warsztatowych niedociągnięć i nieporadności. Krajewski czytelnika szanuje i wymaga, nie tylko od niego, ale przede wszystkim od siebie. Jego powieści są dopracowane, przemyślane i spójne. Lubię profesjonalistów.


Pierwsze zdanie: "To, co młody filozof miał dzisiaj uczynić, najpewniej zostanie uznane za okrutną zemstę."
Gdzie i kiedy: Wrocław, 1946, 1989, 1991, 2012
W dwóch słowach: barbarzyńcy i filozofowie
Dla kogo: dla odważnych, poszukujących i zaprawionych
Ciepło / zimno: 88°

piątek, 2 sierpnia 2013

Wojciech Chmielarz "Farma lalek" - czyli lajk dla Mortki




Wydawnictwo: Czarne
Seria wydawnicza: Ze Strachem
Liczba stron: 376
Cena 34,90 zł

Pisałam już kiedyś, że nie cierpię, kiedy autor mizdrzy się do czytelnika, kombinuje, pstrzy stronice ozdobnikami, cuduje i w ogóle stosuje nadmiar środków stylistycznych dla ukazania tego, co tam sobie wymyślił? Nie? No to teraz jest właściwy moment. I to nie dlatego, że w omawianej powieści miałam okazję irytować się z wyżej wymienionych powodów, wręcz przeciwnie. Wojciech Chmielarz, pisarz, który już w poprzednim kryminale z komisarzem Mortką zgotował mi niezłą niespodziankę, pichci całkiem nieźle. Ale nie jest to Atelier Amaro (nie żebym miała coś przeciwko gwiazdkowym restauracjom), tylko raczej coś w stylu knajpki "chleb i wino": prosto, bez udziwnień, za to trunki i jadło w najlepszym gatunku i do syta. 

Mortka jest na zesłaniu (co takiego przeskrobał, przeczytacie w powieści "Podpalacz"). Okazuje się jednak, że Krotowice, fikcyjna mieścina w Karkonoszach, podejrzanie przypominająca pewną rzeczywistą miejscowość, skrywają przestępstwa, których Warszawa może tylko pozazdrościć, choć nie wiem, czy to dobre słowo w przypadku zbrodni z gatunku tych najobrzydliwszych, bo pedofilskich. Przyznam, że autorowi udało się zastrzelić, i to dwukrotnie, po raz pierwszy już na samym początku lektury. Już chciałam złośliwie zatrzeć ręce i nawet zaczęłam formułować słowne pociski, jakimi zamierzałam go zaatakować, natrząsając się z dość naiwnego (tak jeszcze wtedy myślałam) poprowadzenia tego wątku. Tymczasem to pan Chmielarz (touche) może natrząsać się ze mnie i łatwości, z jaką zwabił mnie do pierwszej pułapki, zastawionej na nie dość czujnych czytelników. I nie jedynej. Wątek pedofilski jest tylko zręczną zmyłką, pobocznym mgnieniem, smutnym prologiem do małomiasteczkowego spektaklu, podczas gdy główny akt skupia się na szubrawstwach nie mniej odstręczających, za to o kalibrze znacznie przekraczającym możliwości prowincjonalnej policji (ale nie pewnego namolnego i dość lotnego policjanta). Komu mało zagiionej nastoletniej dziewczynki, ten może zadrży wobec zwłok kilku kobiet, znalezionych w niegdysiejszej kopalni uranu. A komu i tego mało, będzie mógł zżymać się na drażliwą kwestię polsko-romską i żenujący stosunek Polaków do niej.

Wszystko to (bez mała lakoniczny, niezmiernie bezpośredni i ekonomiczny sposób opowiadania plus niezłe zwroty akcji) tworzy mieszankę strawną, nawet jeśli sposób odżywiania się komisarza Mortki przyprawia mnie o pulpetację żołądka (panie Chmielarz, niech pan coś z tym zrobi! Niech ten Mortka przestanie wreszcie jeść śmieci! Może by tak go ktoś zabrał do Amaro?...), a nawet, śmiem twierdzić dość wyjątkową na teraźniejszej polskiej scenie kryminalnej. "Farma lalek" nie rozczarowuje.

Podobało mi się coś jeszcze. W przeciwieństwie do wielu innych fikcyjnych śledczych, Mortka nie sprawia wrażenia wydumanego, nie jest również kreacją statyczną. Ewoluuje w kierunku, który pozwala na polubienie (lajk dla Mortki!), przestaje być drętwy. Nie jest już trochę jak kundel uwiązany do budy na zbyt krótkim łańcuchu, nie jest już nawet chartem spuszczonym ze smyczy i gnającym za zającem, za to zaczyna przejawiać cechy psa pasterskiego, ale za to takiego marzącego o ciepłym domu i pani, której oddałby serce.

No dobra, dość tych psich i kulinarnych porównań (coś mi Warszawa podziałała inspirująco na wenę). Czytajcie. Jest naprawdę nieźle.



Pierwsze zdanie: "Dżinsowa kurtka marki jednej z niemieckich firm odzieżowych, idealna na kapryśną górską wiosnę, została wyprodukowana w ramach outsourcingu w Chinach, a do Polski trafiła w kontenerze z używanymi ubraniami."
Gdzie i kiedy: Krotowice, mieścina w Karkonoszach, współcześnie
W dwóch słowach: bez mizdrzenia
Dla kogo: dla miłośników prostoty wyrazu i mocnego zapętlenia intrygi
Ciepło / zimno: 81°

poniedziałek, 8 lipca 2013

Mariusz Czubaj "21:37" - niemiecki recenzent gościnnie u Krimifantamanii



Dziś Krimifantamania gości na swych łamach recenzenta największego niemieckiego portalu kryminalnego Krimi-Couch. Chcecie wiedzieć, jak widzą za granicą naszych autorów? Macie okazję podejrzeć, jak naszych recenzuje się za Odrą. Na tapecie: Mariusz Czubaj i jego powieść kryminalna "21:37". Recenzja ukazała się w czerwcu 2013 i publikowana jest za wiedzą i zgodą recenzenta oraz portalu. 

21:37 von Mariusz Czubaj
Mariusz Czubaj "21:37"Oryginał ukazał się w roku 2008 pod tytułem "21:37", wydanie niemieckie ukazało się w 2013 w wydawnictwie Prospero.
Miejsce i czas akcji: Polska / Warszawa, 1990 - 2009.
Przekład: Lisa Palmes. ISBN: 978-3941688377. 383 stron.






„Talking Ezechiel Blues“

 recenzja Matthiasa Kühna

W paru słowach:
Niedaleko Centrum Olimpijskiego w Warszawie znalezione zostają zwłoki dwóch młodych mężczyzn. Ofiary były klerykami miejscowego seminarium duchownego. Przed śmiercią mężczyzn poddano brutalnym torturom, a morderca wypisał ofiarom na twarzach liczby 21 i 37. Czyżby te liczby odnosiły się do godziny śmierci Jana Pawła II? Jaki związek miały te morderstwa ze śmiercią papieża? Powołana do życia komisja śledcza ma podjąć trop zabójcy. Jej członkiem zostaje również Rudolf Heinz, doświadczony profiler. W kręgu podejrzanych prędko znajdą się bardzo wpływowe i poważane osoby. Zanosi się na skandal niesłychanych wymiarów.

Na niemiecką scenę kryminalną wkracza nowy profiler: Rudolf Heinz. Polski komisarz o niemieckim nazwisku jest „profilerem, gitarzystą i posiadaczem brązowego pasa w karate”, jednak w obejściu - osobnikiem dość szorstkim, na co dzięki niepodważalnym kompetencjom może sobie pozwolić:
Jest profilerem – najlepszym w kraju specjalistą zajmującym się typowaniem nieznanych sprawców przestępstw. Samotnym łowcą tropiącym dzikie, unikatowe sztuki w rodzaju seryjnych morderców, gwałcicieli czy piromanów. W dodatku jest łowcą ledwie tolerowanym przez policyjnych rutyniarzy.
Pomijając fakt, że sprawcy przeważnie są nieznani, Heinz właściwie niespecjalnie interesuje się swoją pracą. Dopiero kiedy przestępca porządnie nadepnie mu na odcisk, komisarz obsesyjnie angażuje się w sprawę; sprawca, ofiara i metoda nie opuszczają go dzień i noc. Wówczas jednak choleryk Heinz łatwo popada w agresję. Poza tym policjant zwany „Hipisem” chętnie spędza czas w dojo greckiego mistrza karate, senseia Kastoriadisa, ale w głębi duszy czuje się muzykiem:
Hipis. Przezwisko nadali mu koledzy z zespołu. W przepoconych kanciapach, przerobionych na sale prób, zagraconych sprzętem muzycznym piwnicach, w magazynach pozbawionych wentylacji i oświetlanych jedną żarówką Heinz czuł się jeszcze najlepiej.
Rudolf Heinz nie jest zdrów: cierpi na chorobę Raynauda, schorzenie naczyniowe, powodujące skurcze i uczucie drętwości, szczególnie w palcach. Tryb życia policjanta nie sprzyja zahamowaniu rozwoju choroby. Poza tym Heinza prześladuje pewna stara sprawa, którą niegdyś nieomal przypłacił życiem.

Ale po kolei: Daniel Wyprych, były bokser o wielkiej przyszłości i nieciekawej teraźniejszości dokonuje makabrycznego znaleziska. Ktoś zamordował dwóch kleryków seminarium duchownego, a na ich ciałach wypisał liczby „21:37”. Podobno każde dziecko w Polsce wie – poza Heinzem, rzecz jasna ­– co one oznaczają: godzinę śmierci papieża. Ale czy w tym wypadku stanowią właściwy trop? I co oznaczają?

Rudolf Heinz niechętnie opuszcza Katowice i udaje się do stolicy. A tam nikt nie wita go z otwartymi rękoma: Heinz w roli przewodniczącego komisji śledczej walczy z uprzedzeniami i ignorancją kolegów, co zgryźliwcowi i gburowi nie przychodzi łatwo. Ich postacie, na czele z osobnikiem, który ze względu na przecinającą jego twarz bliznę nazywany jest Karloffem, zostały opisane bardzo barwnie. Karloff, początkowo uprzedzony do profilera z Katowic, otwiera się w końcu i wspiera go, nawet wbrew pozostałym kolegom.

Jednym z powodów, dla których Heinz nie zostaje ciepło przyjęty w nowym zespole, jest sposób, w jaki reaguje na wielką nowinę. Jest bowiem kwiecień 2007:
Nagłówki wszystkich gazet odświętną czerwoną czcionką informowały, że stało się coś niezwykłego. Informacje o przyznaniu Polsce i Ukrainie organizacji mistrzostw Europy w 2012 roku zapełniały wszystkie możliwe rubryki, od pierwszej strony po zwyczajowo umieszczany na końcu gazet sport. [...] Narodowy orgazm przy udziale piłki nożnej – Heinz pomyślał ze złością o stadnej miłości Polaków do futbolu.
Heinz, syn piłkarza, który uciekł na zachód, cierpi na piłkarską fobię, czyniącą z niego aroganckiego outsidera, dystansujacego się od normalnego ludu i jego zamiłowań. Wątpliwa to podstawa owocnej współpracy.

Heinz rzuca się zatem w wir dochodzenia: w klasztorze, gdzie studiowali zamordowani, również napotyka barwne postacie, na czele z rektorem, który podobnie jak komisarz, najlepiej się czuje w muzyce. Inaczej niż Heinz, którego przy życiu trzyma diabelstwo w rodzaju Roberta Johnsona, Johna Lee Hookera czy Steviego Raya Vaughna, rektor jest gwiazdą sakropopu.

Sprawa zakreśla szerokie kręgi, sięgając warszawskich elit. I tu Czubaj wyposaża swego profilera w sporą dozę jędzowatości: Heinzowi ani sekundę nie zależy na tym, by zyskiwać sympatię kogokolwiek. Maniera ta oczywiście jest aż nader klasyczna – i odrobinę zbyt mocno przypomina  zachowanie detektywów pokroju Philipa Marlowe’a czy Lwa Archera.

Pozostawmy jednak na boku wszystkie stereotypy powieści detektywistycznej, które Czubaj dość umiejętnie rozsiewa po swej powieści, i skupmy się na kwestii dla nas szczególnej: kto tak naprawdę zna Polskę? Ten wielki kraj na wschodzie dla większości niemieckich czytelników (kryminałów) jest białą plamą na mapie Europy. Wyraźnie odczuwa się to wtedy, gdy autor bez większych wyjaśnień żongluje postaciami i wydarzeniami polskiej popkultury, do czego oczywiście ma pełne prawo. Zabawne jednak, że na przekór temu tłumaczy, kim byli Sacco i Vanzetti – w  Niemczech ten duet rozpoznawalny jest bardziej niż Doda Elektroda, będąca kimś w rodzaju polskiej Danieli Katzenberger.

Mariusz Czubaj opublikował kilka książek na temat polskiej popkultury. Nic dziwnego zatem, że na kartach powieści pojawiają się postacie z filmu, muzyki i sportu, jak na przykład Zbyszek Cybulski, polski James Dean, znany z niedostępnego niestety w Niemczech filmu „Popiół i diament”, albo Dariusz Michalczewski czy Piotr Rubik, który jako kompozytor oratorium ku czci zmarłego Jana Pawła II zamyka merytoryczny krąg.

Mamy tu zatem do czynienia z kryminałem pochodzącym z kraju, o którym przeciętny Niemiec wie zbyt mało: z kraju, w którym jeszcze kilka dziesięcioleci temu panował stan wojenny, i w którym ranga policji w społeczeństwie jest zupełnie inna niż u nas. Brutalność należy dla kolegów policjantów, zwłaszcza tych starszych, do dobrego tonu. Kiedy zamordowany zostaje sutener, dla wielu polskich policjantów to tylko „jeden alfons mniej”.

To właśnie są te drobiazgi, które czynią 21:37 przeżyciem niemal egzotycznym. Szkoda tylko, że sam Heinz słucha przeważnie staroci w rodzaju Cream, ba, niestraszny mu nawet Black Sabbath – po kimś, kogo kreuje się na muzyka, spodziewałbym się czegoś więcej. Drobna rysa na gładkiej powierzchni, ale mniejsza o to.

SkyscraperTych drobnych rys w pierwszym tomie o Rudolfie Heinzu jest więcej. Jest tu parę dłużyzn, pojawia się humor, wprawdzie subtelny, ale niekiedy akurat w kwestiach humorystycznych autor przecenia własne umiejętności. Przykład: Heine jedzie pociągiem do Warszawy, przysłuchując się dwójce młodych karierowiczów – i na koniec wtrąca się do ich rozmowy. Sytuacja ta sprawia wrażenie nieco sztywnej i naciąganej. Jeśli Czubaj w kolejnych powieściach oszczędzi nam podobnych zbędnych wstawek, to ja profilera Rudolfa Heinza wraz z trupami w jego szafie chętnie powitam.

Powieść 21:37 przetłumaczyła Lisa Palmes – i to znakomicie! Z radością wyczekuję następnej sprawy dziwaka Rudolfa Heinza.

Matthias Kühn

Tłumaczenie: Agnieszka Hofmann


Recenzja ukazała się w czerwcu 2013 na portalu Krimi-Couch. Powieść recenzent ocenił na 77º, czytelnicy na 91º.

niedziela, 30 czerwca 2013

Błażej Przygodzki "Z chirurgiczną precyzją"- a może lepiej poczytać podręcznik medycyny?


Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Data premiery: luty 2013
Liczba stron: 344
Cena: 31,41 zł

Każde nowe nazwisko na literackiej scenie kryminalnej witam z mieszaniną nadziei, ciekawości i nieufności. Próbowało już wielu, udało się nielicznym, bo choć gatunek kryminału uchodzi za łatwy, to niejeden połamał sobie na nim zęby, a wspięcie się na zbrodniczy Parnas wymaga naprawdę dobrej kondycji (pióra), sprawności (warsztatowej), genialnego pomysłu i tego czegoś, co nazywają bożą iskrą. Błażej Przygodzki jest takim nowym nazwiskiem, budzącym tym większe zainteresowanie, że umiejscowił fabułę swej debiutanckiej książki na styku dwóch niezmiernie atrakcyjnych czytelniczo dziedzin: medycyny i kryminalistyki. Pytanie tylko, czy starczyło mu kondycji, sprawności i iskry bożej, by uchronić się przed połamaniem zębów, pióra i licznych kości podczas mozolnej wspinaczki na górę, czy wręcz stoczenia się na dół. I czy taka wyprawa w ogóle go interesuje.

Przyznam od razu, że autor psim swędem wycyganił ode mnie zaraz na wstępie spory bonus. Wszelkie medyczne wycieczki wywołują bowiem u mnie przyjemną ekscytację i jestem w stanie sporo wybaczyć, a nawet przełknąć niezgorszą szmirę, jeśli tylko bohaterzy sypią fachowym medycznym żargonem, nie zważając na bryzgającą krew ratują życie jasnowłosych dziewic, a nawet ciemnowłosych zbrodniarzy i w ogóle wiedzą, jak ciąć. Ochoczo przystąpiłam więc do lektury, licząc na rajcująco drastyczne sceny szpitalne. To, co niektórym wydało się otoczką zbyt encyklopedyczną i szczegółową, ja chłonęłam z wielką przyjemnością, może z wyjątkiem dość obrzydliwych scen prosektoryjnych (moje zboczone zamiłowania aż tak daleko nie sięgają). Nie samą medycyną jednak czytelnik żyje. 

Intryga kryminalna daje na siebie czekać dość długo, początkowo sklejamy bowiem mozolnie poszczególne, dość posiekane wątki, aż w końcu z bałaganu zaczyna wyłaniać się ogólny zarys. Nie znaczy to, że w mig potrafimy połączyć dziwne przypadki: nagłą śmierć zdrowego jak rydz boksera i brutalne pobicie biznesmena, wątek umierającej na niewydolność nerek Teresy i przyjaciółki komisarza Niedźwieckiego, heroicznie zajmującej się chorym na Alzheimera ojcem. Do tego aspirant Białas - tutaj bad guy - kombinujący, jak zrobić, by nie wyszedł na światło dziennie jego mały problem z konsumpcją amfetaminy. Początkowo bezradni w natłoku postaci i wątków, ani się obejrzymy, jak zaczniemy kibicować jednym i życzyć najgorszego drugim, zaś migawkowe ujęcia zaczną łączyć się w jedną logiczną, choć nie do końca przywidywalną całość.

To, czym żyją dobre kryminały (oprócz intrygi, rzecz jasna, która w tym wypadku zdaje egzamin), czyli bohaterowie i język, nie wywołują zachwytu. Konstrukcja charakterów waha się między poprawnymi a lekko sztampowymi i tak naprawdę ani jeden z nich nie zyskuje żywej sympatii czytelnika, może z wyjątkiem kryształowego kardiologa, którego autor nie oszczędza w końcowych partiach powieści. Język zaś spełnia swoją funkcję: nie jest przekombinowany, nie jest irytujący czy manieryczny, rzekłabym - adekwatny do opisanej historii. Achów i ochów zatem nie ma, co nie przeszkadza zupełnie cieszyć się lekturą. 

Autor nieśmiało muska kilka społecznych problemów, specjalnie jednak nie atakując misjonarstwem, i chyba dobrze, bo to poletko zaanektowali sobie Skandynawowie. Nie idzie również w ślady mistrzów thrillera medycznego, i to też dobrze, bo tu najłatwiej narazić się na śmieszność, próbując straszyć na modłę amerykańską w naszych siermiężnych warunkach. Raczej próbuje iść tutaj swoją własną ścieżką i jest to próba udana, choć nie przełomowa ani nowatorska. Kto książki nie przeczyta, wiele nie straci, kto się skusi, zostanie nagrodzony paroma godnymi zapamiętania momentami. Ja nie żałuję. 


Pierwsze zdanie: "Adam Drucki z przyjemnością zaciągnął się papierosem."
Gdzie i kiedy: Wrocław, współcześnie
W dwóch słowach: zbrodnia i organ
Dla kogo: dla wielbiących bogów w bieli, fikcyjne szpitale - te na peryferiach i te w Leśnej Górze, podręczniki do medycyny i zbrodnię
Ciepło / zimno: 78°

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania miejskiego na Krakowskim Czytaniu.

środa, 26 czerwca 2013

Zygmunt Miłoszewski "Bezcenny" czyli Pan Samochodzik i zagadka kota bez uśmiechu


Wydawnictwo: WAB
Data premiery: czerwiec 2013
Liczba stron: 352
Cena: 38,49

Kiedy zobaczyłam zapowiedzi nowej książki Miłoszewskiego, podskoczyłam i oddałam się rozkosznym palpitacjom serca. Kiedy przyjrzałam im się bliżej, po mych żyłach rozlało się gorzkim syropem rozczarowanie. Łeee... skarby jakieś. O kolekcjonerach. O poszukiwaniach. O zagrabionych arcydziełach. Indiana Jones w wersji siermieżnopolskiej, qurka wodna, pomyślałam jadowicie. I książkę kupiłam. W końcu to Miłoszewski. Przecież nie mógł tak po prostu z dnia na dzień stoczyć się na pisarskie dno. Łasa choćby na nędzne popłuczyny po Miłoszewskim, ledwie zapchajdziurę w przerwie między kolejnymi "szackimi", łaskawie zgodziłam się na lekturę, nie spodziewając się niczego dobrego i ostrząc pazury na złośliwe natrząsanie po niej.

Z pazurami wyostrzonymi, że aż jęczy klawiatura, żyłami pełnymi jeszcze buzujących endorfin, sercem przepełnionym żalem po ostatniej linijce, zasadziłam się, żeby... nie, nie natrząsać się. Ale nie wiem, czy gotowi jesteście na pochwalne hymny w moim wykonaniu. Bo może ja fałszuję?...

O treści się nie zająknę, bo większość z Was albo już książkę czyta(ła), albo przynajmniej ma jakie takie pojęcie, w czym rzecz. Moje obawy co do niej niestety się sprawdziły co do joty: rzecz naprawdę traktuje o poszukiwaniach obrazu. Tajemniczego skarbu, malarskiego Świętego Graala, narodowej świętości... jak zwał tak zwał. Szczerze?... Przeczytałam już setki książek brownopodobnych, w wersjach mniej lub bardziej udanych, znam wszystkie tricki wymyślających tego typu historie, emocjonowałam się nimi dziecięciem niemal w powijakach będąc i tak sobie myślę: czemu ostrząca pazury wyga raz jeszcze miałaby się złapać na ten haczyk? Zwłaszcza że Miłoszewski z iście ułańską fantazją pakuje w swoją powieść wszelkie możliwe stereotypowe wątki wykopane w rozmaitych powieściach przygodowych, sensacyjnych i szpiegowskich. Aż ryknęłam śmiechem, kiedy jedną z głównych postaci okazał się historyk sztuki i marszand, jeżdżący - uwaga - rzadkim modelem ferrari, na widok którego ślinią się jak debile wszyscy faceci. Nożesz!... Pan Samochodzik jako żywo, trochę uwspółcześniony, z nieco bardziej ciętym językiem, ekologicznymi inklinacjami (choć nie wiem, czy pędzony własnoręcznie samogon zalicza się do produktów eko), znakomitym gustem i sercem szarpanym miłością życia!...

Śmiać mi się chciało również w wielu innych miejscach, ale nie był to śmiech cynicznej baby, szukającej dziury w całym, tylko radosny rechot jak podczas lektury przekomicznych lapsusów Chmielewskiej (kto nie pamięta "długoszcza"?). Tutaj rechot wywoływały lapsusy arystokratycznej Szwedki po przyśpieszonym kursie polskiego w zakładzie karnym w Grudziądzu, przemawiającej zdaniami w stylu Wszyscy konserwanty by cię zajebały. Ale śmiech, a raczej uśmiech, gościł na mojej twarzy częściej - przy co trafniejszej szpili, wbijanej tu i ówdzie, i to po równo wszystkim, bez oszczędzania tych na dole i tych na górze, domniemanych wrogów i sojuszników (choć ci niekiedy zamieniali się miejscami). Pojawiał się też uśmiech uznania dla trafności pewnych obserwacji, a także podziwu dla tytanicznego researchu, nie pozostawiającego najmniejszego marginesu na pobłażliwu uśmiech wiedzącego lepiej czytelnika. A na koniec uśmiech pełnej refleksji zadumy nad clou powieści...

Książka bawi tam, gdzie ma bawić, ale fantazja autora nie ogranicza się do powielania zużytych szablonów, gonienia bohaterów od zagadki do zagadki i odgrzewania dobrze znanych numerów z rozmaitych akcyjniaków (choć przy tym z pogonią po ściętym lodem Bałtyku, wahadło prawdopodobieństwa niebiezpiecznie wychyliło się w stronę czerwonego pola z napisem "przegięcie"). Miłoszewski nie posłał swych bohaterów, czwórki wspaniałych, wyłącznie w pościg za mrzonką mrzonek, tylko wykoncypował sobie historię, której wymiary wręcz onieśmielają rozmachem. I dobrze to sobie wykoncypował, bo historia ta ma nogi i ręce, a także serce, bijące w rytm, który doskonale harmonizuje z rozmaitymi głosami krytycznymi, nie lękającymi się nikogo, a zwłaszcza wielkiego sojusznika Polski zza oceanu. Miłoszewski okrasił ją również lekkostrawnym dyskursem o sztuce, zwłaszcza tej zagrabionej w czasie wojny, sprawiając, że nawet nieobeznany z malarstwem laik poczuje dreszcz emocji, kiedy trop Rafaela okazuje się bardziej realny, niż ktokolwiek przypuszczał.

To, co sprawia, że "Bezcenny" przestaje być tuzinkową szmirą napędzaną testosteronem, to instrument pisarza (tak, wiem, jak to brzmi, ale mam na myśli pióro - a może pędzel?...). Pióro ma Miłoszewski tak znakomite, że przeczytałabym nawet instrukcję obsługi odkurzacza jego autorstwa. Rzadki to dar, który sprawia, że figury, naszkicowane jak do komiksu, tknięte nim, ożywają, nabierają kolorów, miejscami przejaskrawionych, a miejscami muśniętych tylko pastelem. Ze świecą szukać postaci tak żywych jak choćby stuletnia dama na wózku, w powłóczystej sukni, spod której przezierają pończochy na podwiązkach i... pielucha (dama owa, wspominając cielesne uciechy sprzed lat, milknie na moment, robiąc pauzę na sikanie). Ale to wychwalane pióro nie tylko umie kreować charaktery, ono z wyczuciem komponuje, uderza z właściwą siła w odpowiednie nuty i sprawia, że z banalnej powieści sensacyjnej robi się coś, co niebezpiecznie zbliża się do ideału.

A o co chodzi z tym kotem bez uśmiechu?... To już musicie zgłębić sami.


Pierwsze zdanie: "Śnieg."
Gdzie i kiedy: Polska, USA, Szwecja, Ukraina, współcześnie
W dwóch słowach: pędzlem i szpilą
Dla kogo: dla dorosłych fanów "samochodzików", cierpiących na narodowy kompleks niższości (przekonają się, że Polak potrafi) i tych, którzy lubią wsłuchiwać się w złośliwy chichot historii
Ciepło / zimno: 99°

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Aida Amer "Rantis" - o śmierci mandarynkowego gaju


Wydawnictwo: Amea
Data premiery: październik 2012
Liczba stron: 252
Cena: 37 zł

Hasło "Palestyna" może kojarzyć się z różnie, z wojną, z trwającym zbyt długo konfliktem, z pokazywanym w telewizyjnych migawkach światem kurzu, ruin i karabinów, rzadziej z magicznym Bliskim Wschodem, światem baśni i Szeherezady, ale niemal nigdy z literaturą. Aż tu nagle, nie wiadomo skąd, pojawia się osóbka, która wyrosła na niezmiernie inspirującym styku kultur polskiej i arabskiej, i z uniesioną głową i niesłychaną pewnością siebie rzuca inne światło na wszystkie nasze przesączone niewiedzą wyobrażenia o tym miejscu, światło magiczne i nostalgiczne. 

Tytułowe "Rantis" to fikcyjne miasteczko położone gdzieś na Ziemi Palestyńskiej, niedaleko Ramallah - i główny bohater tej niewielkiej rozmiarami, ale mocarnej wymową książeczce. Wprowadzamy się tam gdzieś na początku wieku, by w sposób nielinearny, skokowy, niekiedy cofając się nawet w czasy średniowieczne, potowarzyszyć jego mieszkańcom. Towarzyszymy im tak, jak zapatrzeni w płomienie ogniska słuchacze z zapartym tchem słuchają snutej niespiesznie opowieści gawędziarki, malowanej zdaniami prostymi, ale ciężarnymi ludzkimi namiętnościami. Losy mieszkańców miasteczka, na których po kolei koncentruje się fokus narratorki, są zagmatwane, pełne zawiłości, żaru, obsesji, afektów - jak w najlepszych sagach, i wszystkie bez wyjątku oplatają Rantis, miejsce, będące ośrodkiem unikalnego uniwersum. Jedni nazywają je ojczyzną, inni domem, jeszcze inni nie potrafią znaleźć nazwy na spłacheć ziemi, zakątek będący rajem i piekłem zarazem, z którego się ucieka i do którego tęskni i czasem wraca. Tutaj to wąskie, spieczone słońcem uliczki, lśniące bielą mury, orzeźwiający chłód podwórców i aromat mandarynkowych gajów. 

Śledzimy zatem losy dwóch bogatych braci: Hafeza i Khaleda z klanu Amer Khalaf, wokół których, niczym dwóch słońc, krążą wszystkie inne kolorowe postacie tej powieści. Ich losy, same w sobie barwne i kipiące ornamentami niczym perski dywan, zdobią wplatane tu i ówdzie miejscowe legendy. Momentami wręcz nie sposób się opędzić od skojarzeń ze znakomitą prozą Marqueza, jego naszpikowanych magicznymi elementami opowieści o losach ludzi i miejsc. 

"Rantis" to proza niezwykle intensywna i skondensowana, a jednocześnie naładowana emocjami. Jest tu niewymowna tęsknota za odchodzącym światem, początkowo zaledwie delikatnie przebijająca z kreślonych malarsko obrazów, pod koniec wyraźna, dobitna, zmieszana z żalem, wręcz oskarżeniem. Świat, od zawsze będący tyglem, w którym mieszały się różne kultury, ścierały wpływy i tradycje, zaczął ustępować ekspansywnej cywilizacji zachodniej i zszarzał, nadgryziony kłami wojny, rozdrapany konfliktami, których prosty lud nigdy nie umiał i nie chciał rozumieć. Mimo to powieści tej daleko od politycznej agitacji i opowiadania się po jakiejkolwiek ze stron - autorka, mająca za dom obie kultury - europejską i arabską, doskonale to rozumie. Ta opowieść jest tylko pieśnią o odchodzeniu, znikaniu i przemijaniu, balladą o śmierci mandarynkowego gaju. 


Pierwsze zdanie: "Skąpana w słońcu wąska i stroma uliczka była poprzecinana pasami cienia."
Gdzie i kiedy: miasteczko Rantis niedaleko Ramallah w Palestynie, od lat trzydziestych zeszłego wieku do niemal współczesności
W dwóch słowach: bajanie i malowanie 
Dla kogo: dla miłośników literackiej egzotyki, gawędziarstwa i nostalgii 
Ciepło / zimno: 79°