Ads 468x60px

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał angielski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał angielski. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 sierpnia 2016

Tony Parsons "Mit Zorn sie zu strafen" (Gniewem ich karać) - i pokarało...



Wydawnictwo: Bastei Lübbe
Seria Detective Max Wolfe 2
Tytuł oryginału: The Slaughter Man
Tłumaczenie na niemiecki: Dietmar Schmidt
Data wydania: grudzień 2015
Liczba stron: 317
Cena: 14,99 euro
Przyznam, tak, mam słabość do procedurali. Dobrze napisana klasyczna powieść kryminalna, osadzona w realiach współczesnego wielkiego miasta, wierność detalom, wgląd w pracę policji, bez upiększeń, nagość faktów, do tego wiarygodnie skonstruowana postać śledczego i zbrodnia, najlepiej niespektakularna, ale obnażająca mroczne zakątki ludzkich umysłów - i już. Nie trzeba wiele. Łatwo mnie złapać na lep takich perspektyw. Gorzej, gdy przynęta nęci mnie do towaru nie pierwszej świeżości.

A przy tym trzeba trzeźwo skonstatować, że dobrych procedurali jest coraz mniej. To, co jeszcze kilkanaście lat temu stanowiło trzon gatunku, teraz staje się rzadkością, rozmydlone mdłymi "thrillerami psychologicznymi", w których autorzy skupiają się nie na śledztwie, lecz na skomplikowanych, a jakże, przerażających i możliwe jak najbardziej dramatycznych przeżyciach bohatera - a właściwie najchętniej bohaterki, wszak czytelnicy tego gatunku to w większości kobiety, i to tak po czterdziestce. Ze świecą dziś szukać takich jak Harry Bosch, John Rebus, czy inny Harry, kontrowersyjny Harry Hole. Obrodziło zaś rozmaitymi "dziewczynami", zaginionymi w pociągu i odnalezionymi w ogniu. Czy trzeba się zatem dziwić, że jak ta spragniona dżdżu kania wychwytuję wszystko, co choć trochę przypominałoby wielkie, niezapomniane kryminalne serie?

I wydawałoby się, że seria z detektywem Maxem Wolfem spełni wszelkie pokładane w nią oczekiwania. Wyrazisty śledczy, na tyle "normalny", by pokochać go bez przeszkód, i dość pokręcony, by nie wywoływać mdłości. W dodatku ma słodką córeczkę Scout, którą wychowuje samotnie, ponieważ jej matka złą kobietą była i odeszła do innego, by z innym zachodzić w ciążę. Co ja mówię, ma w dodatku przesłodkiego pieska, o którego troszczy się z chwytającym za serce oddaniem. Nie od dziś wszak wiadomo, że dobrze rwie się laski na dzieci i szczenięta. Ale dość złośliwości, pan detektyw ma potencjał i sprawne pióro mogłoby wykreować go na obiekt wzdychów i pożądań większości czytelniczek kryminałów. 

Jest też i Londyn. Dla wielu miasto magiczne, miejsce ukochane przez artystów, gwiazdy, rozmaitych awangardowych pokręceńców, tygiel kultur, kolebka i tak dalej. Idealny setting dla kryminałów. Kolejne źródło, z którego można czerpać bez końca.

A więc detektyw i miejsce akcji - dwa wielkie plusy, które powinny zadziałać na korzyść powieści. Weźmy pod lupę samą zbrodnię. A ta jest z gatunku tych drastycznych. W sylwestrową noc zgładzona zostaje cała rodzina: ojciec, matka (dodatkowo brutalnie zgwałcona), dwoje nastoletnich dzieci. I dopiero po kilku godzinach od odkrycia jatki okazuje się, że nigdzie nie ma ciała trzeciego, dziecka, czteroletniego Bradleya. Śledztwo zmierza więc nie tylko w kierunku schwytania brutalnego zabójcy, ale i odnalezienia dziecka. Prędko wychodzą na jaw niepojęte szczegóły masakry - rodzinę wymordowano przy pomocy urządzenia do uboju bydła. Tak, Tony Parsons lubi zbrodnie krwawe, krzykliwe, szokujące. Nie inaczej było w pierwszym tomie tej serii, wydanym przez Albatrosa pod adekwatnym tytułem "Krwawa wyliczanka". Mamy więc nietypowe narzędzie zbrodni. Pierwsze, co się nasuwa, to sprawdzenie, czy kiedyś ktoś i zamordował w taki sposób. I bingo. Zamordował. A nawet odsiedział karę i niedawno wyszedł na wolność. Policja skupia się na osobie "rzeźnika"... I tu zaczynają się schody. Londyńska policja przypomina zgraję nieporadnych amatorów, a jej poczynania, żenująco idiotyczne i irytująco dyletanckie, pociągają za sobą jedną katastrofę za drugą. Autor uznał widać, że zbuduje napięcie pakując swych śledczych w coraz to gorsze tarapaty, zaś dzielnego detektywa Wolfe'a poddając coraz to bardziej nieprawdopodobnym próbom, z których, oczywista, wychodzi z niewielkim tylko szwankiem, jako ten Chrystus z martwych powstały, by karać złoczyńców tytułowym gniewem. I pięściami oraz pazurami, bo broni palnej jakoś w brytyjskiej policji nie mają. Litościwie pominę milczeniem scenę, w której czwórka nieuzbrojonych śledczych pakuje się do gniazda wyjątkowo agresywnych pedofili (sic!), nie mogąc oczywiście zaczekać na przybycie jednostki specjalnej. Podobnych jest tu więcej, a każda kolejna wywołuje coraz większe zdumienie i konsternację (really?!...). 

Jeśli dodamy do tego niewymowny patos, z jakim samotnie wychowujący tatuś przekonuje czytelników o swej nieskończonej miłości do córeczki (i pieska), to spokojnie możemy przyznać sobie medal za wytrwałość. Złoty! Bo doczytaliśmy do końca. I nawet nie rechotaliśmy podczas sceny wychodzenia z grobu (dosłownie. Ale przecież nie będziemy spoilerować).



Pierwsze zdanie: "Chłopca obudził krzyk ojca.*"
Gdzie i kiedy: Londyn, współcześnie
W dwóch słowach: napięcia i przegięcia
Dla kogo: dla miłośników Londynu, dobrego tempa i mało prawdopodobnych procedurali
Ciepło / zimno: 31°

* tłumaczenie moje na podstawie tekstu niemieckiego

środa, 10 sierpnia 2016

Denise Mina "Die tote Stunde" (Martwa godzina) - zimno i ponuro w Glasgow





Wydawnictwo: Heyne
Tytuł oryginału: The Dead Hour
Tłumaczenie na język niemiecki: Heike Schlatterer
Data wydania: 13.06.2016
Liczba stron: 448
Cena: € 9,99

W 1984, roku orwellowskim, miałam czternaście lat. Żyłam tym, czym zwykle żyją nastolatki, pierwszą miłością, szkołą, pierwszymi poważnymi lekturami (swoją drogą, pamiętacie, co czytaliście w wieku czternastu lat?). I choć to były lata po stanie wojennym, komuna, kojarzona już teraz tylko i wyłącznie z uciśnieniem, szarością i beznadzieją, to nie mam wrażenie, bym była nastolatką nieszczęśliwą. Się żyło. Się kochało. Się marzyło. Się chwytało szczęście, ulotne i kruche. Wszystko było możliwe, a świat czekał na to, by go poznać, okiełznać, przeżyć. Choć nie to nie był Zachód, dla wielu z nas równoznaczny z rajem. Nie Szkocja. Nie Glasgow.

Wydanie polskie, WAB 2009,
tłum. M. Świerkocki
Ten sam rok, Glasgow właśnie. Dwudziestojednoletnia Paddy Meehan jest starsza ode mnie o siedem lat. Dużo. Inny świat, inny wiek. Choć przecież też jest młoda, bardzo młoda. Czy jest szczęśliwa? Czy chwyta szczęście, ulotne i kruche? Raczej nie. Raczej próbuje stawiać czoła szarej i beznadziejnej rzeczywistości, która z rajem niewiele ma wspólnego. Margaret Thatcher u szczytu swej władzy, żelazną ręką ściska gospodarkę, szaleje bezrobocie, gospodarka jest na skraju zapaści, tysiące robotników trwają w bezczynności i marazmie, czekając, aż kryzys kiedyś może się skończy. Internet, telefonia komórkowa, portale społecznościowe to science fiction. Paddy pracuje dla lokalnej gazety "Scottish Daily News", jeździ  po mieście na nocnej zmianie, słucha policyjnego radia i podąża tropem drobnych przestępstw, wypadków, samobójstw, by opisać je nazajutrz w kronice kryminalnej. Przy odrobinie szczęścia trafi się jej zabójstwo. Wtedy będzie mogła napisać artykuł na trzysta słów. Nie zwolnią jej. Paddy jest jedyną osobą w jej licznej rodzinie, która w ogóle ma jeszcze źródło dochodów. Jest gruba. I ma romans z żonatym mężczyzną. I siostrę, która marzy o tym, by wstąpić do zakonu. 

Interwencja jak wiele innych: sąsiedzi wzywają policję, zaalarmowani krzykiem. Wszystko wskazuje na kolejny przypadek przemocy domowej. Kiedy Paddy dociera na miejsce, jest już tam policja. W drzwiach stoi mężczyzna, elegancki, spokojny, opanowany. Uspokaja, mówi, że to drobna kłótnia, konflikt został już zażegnany. Paddy dostrzega w środku kobietę. Jest zalana krwią. Ich spojrzenia spotykają się, kobieta nieznacznie kręci głową. Na odchodnym mężczyzna wciska Paddy pięćdziesięciofuntowy banknot, sugerując, że wiadomość o incydencie nie powinna znaleźć się na łamach gazety. Kiedy nazajutrz młoda dziennikarka dowiaduje się o martwym ciele kobiety, znalezionym pod tym adresem, wie, że popełniła błąd. 

Wyrzuty sumienia zagłusza, próbując naświetlić sprawę zbrodni. A nie ma łatwo. Do pokonania jest seksistowskie środowisko kolegów dziennikarzy, irytująca rodzina, skorumpowana, niechętna policja. Gruba i wiecznie zmęczona dziewczyna nie ma nadprzyrodzonych zdolności ani szczęścia, a jednak ma w sobie jakiś napęd, coś, co pozwala jej brnąć naprzód, wymijać rafy, zawijać od czasu do czasu do bezpiecznych przystani, i ruszać dalej swą drogą w świecie, w którym nie wynaleziono jeszcze feminizmu. Trudno jej kibicować, trudno odnaleźć w tej szarej mgle jakiś przebłysk nadziei, coś, czego warto by się uchwycić. Historię Paddy poznajemy na przemian z losami siostry zamordowanej kobiety, niegdyś prześlicznej Kate, teraz już tylko zeszmaconej, przeżartej kokainą ćpunki. I ten jej świat, ta jej droga, jest jeszcze bardziej mroczna, mglista i pozbawiona światła. 

Nie jest to lektura, która podniesie na duchu. Jako kryminał książka zdaje egzamin na tróję, intryga nie jest ani szczególnie ciekawa, ani wymagająca, ani trzymająca w napięciu. Jeśli jednak potraktować tę powieść jako bilet na podróż w czasie, to okaże się w pewien sposób interesująca. Portret Glasgow lat osiemdziesiątych może okazać się egzotyczny dla młodszych, urodzonych po tym czasie, portret środowiska dziennikarzy równie frapujący. Plusy przydzielamy za bohaterkę, obrażaną, wyszydzaną i niedocenianą, a jednak potrafiącą odnaleźć się w tym męskim, bezkompromisowym świecie. 



Pierwsze zdanie: "Paddy Meehan siedziała wygodnie na tylnym siedzeniu samochodu.*"
Gdzie i kiedy: Glasgow, 1984
W dwóch słowach: gorzka i zimna
Dla kogo: dla zaciekawionych portretem Szkocji lat osiemdziesiątych, nostalgików
Ciepło / zimno: 72°

* Tłumaczenie własne na podstawie przekładu niemieckiego.

wtorek, 2 sierpnia 2016

Gilly Macmillan "Dziewięć dni" - stary koszmar, nowa odsłona






Wydawnictwo: Świat Książki
Tytuł oryginału: Burnt Paper Sky
Tłumaczenie: Tomasz Wyżyński
Data premiery: 02.03.2016
Liczba stron: 516
Cena: 36,90 zł

Motyw uprowadzenia dziecka w literaturze kryminalnej jest zgrany do granic możliwości. Był już wałkowany w milionach wariantów, od przodu, od tyłu, na łzawo, na hardkorowo, mistycznie, psychologicznie, patetycznie - może tylko komediowo nie sprawdza się zbyt dobrze, wszak tematyka poważna i nie nastraja do śmiechu. Wydawałoby się zatem, że nic nowego w tej materii wymyślić się nie da. 

I słusznie. Debiutancka powieść Gilly Macmillan nie jest odkrywcza. Nie wnosi żadnego novum, ani nie zadziwia innowacyjnością. Tylko kto powiedział, że musi?... Wszystko to już było - odpowiecie. Po co czytać coś, co już setki autorów przeżuło na swój sposób? Szczerze? Nie wiem. Tak jak nie potrafię odpowiedzieć, po co czytamy w ogóle. Bo na to pytanie każdy odpowie inaczej, i nawet ta sama osoba, zapytana dziś, jutro i za dziesięć lat, za każdym razem odpowie inaczej. Bo czasem czytamy, żeby przeżyć coś nowego, czasem zaś, by wciąż na nowo doznawać tych samych emocji. Czasem, by wczuć się w sytuację innych, a czasem, by skonfronotować własne przeżycia z fikcją. By nauczyć się czegoś nowego, ale i spojrzeć na własną prawdę innymi oczami. 

Powieść "Dziewięć dni" niewątpliwie wstrząśnie każdą matką, opowiada wszak historię zaginięcia ośmioletniego Benedicta Fincha i jest tym samym dopełnieniem ich najgorszych koszmarów. Matka Bena, Rachel, wychowująca go samotnie po niedawnym rozwodzie z ojcem chłopca, Johnem, spuściła go z oka tylko na chwilę, pozwoliła wybiec naprzód podczas spaceru w lesie, popuszczając tym samym niewidzialną linę, na której każda matka prowadzi swoją latorośl, dając jej mniej lub więcej swobód. I Ben zniknął. I nie wrócił ani tego wieczora, ani w nocy, ani na następny dzień. Oczywiście uruchomiona zostaje cała typowa w takich wypadkach machina policyjno-medialna, przeszukanie lasu, śledztwo, przesłuchania, apele do ludności.

I choć jest to powieść kryminalna, to jednak autorka nie przekuwa jej w typowy procedural. Owszem, jest dochodzenie, ale Macmillan skupia się na przeżyciach matki, a także, co równie interesujące, na doznaniach głównego śledczego Jima. I tak naprzemiennie zanurzamy się w dwóch różnych koszmarach: tym matczynym, rozpaczliwie-emocjonalnym, i tym mniej oczywistym, policyjnym, desperacko-empatycznym. Wątki te śledzimy dodatkowo z dwóch perspektyw czasowych, co pozwala na wielość domysłów i hipotez, frapujące zawieszenia akcji i niebanalne doświetlenie sytuacji. Autorka nie ogranicza się przy tym do sportretowania targanej skrajnymi emocjami matki, wszystkich etapów jej konfrontacji z tragedią, od poczucia winy, poprzez furię, smutek, aż po bezsilność i pustkę. Jej bohaterowie noszą w sobie coś więcej, mają drugą twarz, niepokojącą, obcą i nieznaną bliskim. 

Byłam wdzięczna autorce, że nie uległa pokusie nadmiernego zapętlenia wątków, że zachowała umiar w zwrotach akcji, w finale nie wywróciła wszystkiego na siłę, byle zaskoczyć, byle zaszokować. Tu gra się piano. Emocjonalnie, poruszająco, ale realistycznie. Tak wiele można było tu zepsuć. A z takim wyczuciem, elegancko i taktownie wybrnięto z bagniska ludzkich dramatów. 


Pierwsze zdanie: "W oczach innych często nie jesteśmy tym, za kogo się uważamy."
Gdzie i kiedy: Bristol, listopad 2013
W dwóch słowach: emocjonalna i emocjonująca
Dla kogo: dla matek, tych aktualnych i potencjalnych, dla szukających skrajnych emocji i cichych tonów, dla czujących głęboko
Ciepło / zimno: 78° 

środa, 27 stycznia 2016

Robert Galbraith "Żniwa zła" - no to po zbiorach...




Wydawnictwo: Dolnośląskie
Tytuł oryginału: Career of Evil
Tłumaczenie: Anna Gralak
Seria: Cormoran Strike 3
Liczba stron: 480
Data wydania: 2015
Cena: 39,90 zł
Pora żniw. Dla ukrywającej się pod pseudonimem pisarki, która już nic nie musi, a tylko może, bo chce. Dla wydawnictw na całym świecie, które zawczasu zapewniły sobie licencję na wydanie pewniaka. Dla księgarzy, zamawiających całe palety pachnących farbą drukarską egzemplarzy. Wreszcie dla tytułowego zła, dojrzewającego przez lata i czekajacego w podekscytowaniu na pierwsze jędrne ziarna, wysypujące się z pochylonych kłosów... Obfite żniwa, udane. Tylko fikcyjni bohaterowie tej powieści coś ciężko przędą. Dla Cormorana i Robin nadeszły ciężkie czasy.

A wszystko zaczęło się od nogi. Nie, tym razem nie nogi Cormorana, która tak bardzo dała się we znaki detektywowi (i czytelnikom) w dwóch poprzednich odsłonach. Ta noga, o którą tyle szumu, dostarczona została przez kuriera. I była prawdziwa. Znaczy, trupia. Oraz zaadresowana do Robin, rezolutnej asysentki detektywa. Problem w tym, że Robin nie powinna wcale otrzymać tej makabrycznej przesyłki. Bo skąd?... Dlaczego?... Cormoran jest przekonany, że upiorny upominek był przeznaczony dla niego. A jego nadawca pragnie znacznie więcej, niż zaszokować. Zemsty...

I tu fabuła wchodzi w utarte kryminalne schematy. Możliwych sprawców jest trzech (czterech, jeśli uwzględnić tego preferowanego przez policję i niemal od razu wykluczonego przez detektywa Strike'a). Każdy z trzech podejrzanych był zdolny do zbrodni (bo skoro trupia noga, to i trup). Każdy z nich ma powody do nienawiści i pragnienia odwetu. I wszyscy są nieuchwytni. Ene due rabe... Ten, ten albo ten. Ten prosty wybór wystarcza, by zbudować i utrzymać napięcie do samego końca. Choć tak właściwie ta książka powinna być nudna jak flaki z olejem. Po raz kolejny bowiem niemal kompletna działalność dochodzeniowa detektywa, wspomaganego przez coraz bardziej aktywną asystenktę, sprowadza się do sterczenia pod jakimiś spelunami, mozolnego przemierzania niemiłosiernie długich ulic przerywanego sporadycznymi wyjazdami na prowincję, by i tam sterczeć, a także pochłaniać niewiarygodne ilości śmieciowego jedzenia. Nadmienić należy, że i w dwóch poprzednich tomach Cormoran z upodobaniem nadwyrężał swą nogę, kuśtykając, przemierzając i stercząc. Tam jednak Galbraith... no dobra, Rowling - i tak już wszyscy wiedzą - kreślił prześmiewcze, krytyczne portrety określonego środowiska. Tutaj tego brakuje, Rowling zaś wkracza na grząski teren seryjnych morderców. Grząski, bo wielu autorów wykłada się na tym temacie, popadając w schematy lub zwyczajnie konfabulując z braku znajomości materii.

A jednak, na przekór wszystkim tym objawom, ta powieść funkcjonuje. Być może za sprawą wyjątkowego zmysłu obserwacji autorki, która nawet szkicując obleśną okolicę, zatrzymuje na sekundę wzrok na jakimś drobiazgu, który wydobywa z całej sceny barwy i dodaje pieprzu. Być może winien jest niezaprzeczalny talent do kreowania postaci - charakterystycznych, niekiedy przerysowanych, ale nigdy nudnych. Być może siłą nośną tego tomu jest swoisty trójgłos, jakim przemawia autorka i z perspektywy naprzemiennie łotra, Robin i Cormorana relacjonuje wydarzenia, okraszone osobistym komentarzem danej postaci. Ale może po prostu jest tak, że Rowling z powodzeniem stosuje swój sprawdzony przepis na serię: tak uzależnić czytelnika od bohaterów, by chciał partycypować w ich życiu. Zasiać w nim ziarno, które kiełkując, będzie łaknęło więcej i więcej, by chciał za wszelką cenę dowiedzieć się, co z tego wyrośnie - piękny kwiat, potężne drzewo czy zwykły kartofel. Bo czy nie jest tak, że śledząc śledzących detektywów, tak naprawdę im kibicujemy? Że nurzając się w ich przeszłości, pragniemy dowiedzieć się więcej o nich samych? Że oddamy wszystko za odpowiedź na jedno tylko pytanie: co dalej z Cormoranem i Robin? Autorka opanowała ten prosty przepis do perfekcji i zręcznie wodzi szamoczącego się w niewiedzy i niepewności czytelnika za nos. Prześlizguje się przy tym po paru ważkich i modnych tematach, które na mur beton poruszą grono czytających: tu trochę przemocy wobec kobiet, tam pedofilia, tu trochę makabreski w postaci rzadkiej aberracji o karkołomnej nazwie akrotomofilia. Wszystko to podane z wielką warsztatową sprawnością, troszeczkę tylko ocierając się o językowy kicz ("był szkarłatną jamą porażającej paniki", "przypominał mu o poplamionych materacach i gęstniejących w nozdrzach miazmatach ojczyma", "nad jej oczami wisiały brwi gęste i krzaczaste jak gąsienice niedźwiedziówek").

Efekt? Zaskakujący. To się czyta. Czyta się z pełną świadomością słabych punktów tej prozy, jej ułomności i trików, którymi posiłkuje się autorka, ale z zapartym tchem (no dobrze, przyznam, że momentami podczas najbardziej hardkorowego sterczenia pod spelunami przysypiałam). Fenomelnalne, jak to mimo wszystko działa. I dlaczego u jednych autorów to działa, a u innych nie. Widać nie każdy jest dobrym siewcą, i nie każdy dobrym żniwiarzem.


Pierwsze zdanie: "Nie udało mu się zetrzeć całej jej krwi."
Gdzie i kiedy: Londyn i parę innych angielskich miast, współcześnie
W dwóch słowach: noga i fastfood
Dla kogo: dla uwielbiających seriale (filmowe i książkowe) i rasowe kryminały
Ciepło / zimno: 81° 

środa, 11 marca 2015

Mo Hayder "Wolf" - (Wilk) czyli o kolejnym bardzo złym wilku



Wydawnictwo: Goldmann
Tytuł oryginału: Wolf
Data wydania: 23.02.2015
Liczba stron: 448
Cena: 14,99 euro

W księgarniach pojawiła się świeżutka, najnowsza Mo Hayder, którą Krimifantamania kupuje z definicji, na przekór, wbrew i pomimo. Pewnym autorom pozostaje się po prostu wiernym i już. Pachnący drukarską farbą "Wilk" został zatem skonsumowany na miejscu i jednym mlaśnięciem. Obyło się bez gorzkiego posmaku, bez czkawki i wzdęć, choć posiłek ów krwawym był i do lekkostrawnych raczej się nie zaliczał.

Brytyjska autorka znalazła swoją metodę na zdobywanie czytelników. Jest prosta i skuteczna: to szokowanie. Szokowanie okrucieństwem, łamaniem tabu, przekraczaniem granic. Ale nie tylko. Na nic nie zdałoby jej się epatowanie bestialstwem i nurzanie w horrorze, gdyby nie łączyła tego z wyrafinowaną intrygą, perfekcyjnym researchem i szczyptą mistycyzmu, nutką tego niepojętego czegoś na granicy realizmu i mitu, ale zawsze, niezmiennie dającego się wyjaśnić w sposób racjonalny. Recepta ta z reguły się sprawdza i dzięki niej mogliśmy pokrywać się gęsią skórką przy Ptaszniku, The Treatment (niewydanej w Polsce, dlaczego?), The Pig Island (również), Tokyo (również). Z reguły, bowiem zdarzało się, że niektóre produkty, sporządzone wedle tej sprawdzonej receptury, nie spełniły wysokich wymogów jakościowych, co pomijaliśmy  milczeniem lub kwitowaliśmy wyrozumiałym machnięciem ręki. A czy spełnia je"Wilk"?

To już siódma część cyklu z Jackiem Caffertym w roli głównej. Jak zawsze przy długich seriach, nowe tomy niosą ze sobą radosne wyczekiwanie, chęć zaspokojenia głodu ("i co dalej"), oraz nieuchronne zmęczenie materiału ("no ileż można"). Nie da się ukryć, że w tym wypadku "no ileż można" było dominującym wrażeniem przez znaczną część lektury. No bo ileż można kibicować odwiecznej traumie Cafferty'ego, jego obsesji związanej ze starym pedofilem Pendereckim i nigdy nieodnalezionym ciałem zaginionego brata, przy całej sympatii dla oślego uporu i psiego instynktu pana policjanta?... No ileż można?... Okazuje się, że długo. I choć autorka chyba nadal jeszcze nie wyczerpała tematu, to wreszcie zecydowała się rzucić na koniec parę ochłapów, wyjaśniających to i owo, ale jednocześnie pogrążających jeszcze w głębiej w cierpieniu nieszczęsnego detektywa. Przynajmniej tym razem obyło się bez pani nurek Flei, czy jak jej tam.

Ale to tylko tło całej opowieści, towarzyszące jej niczym bzyczący, upierdliwy komar, którego nie sposób się pozbyć. Autorka serwuje tym razem scenariusz niemal kameralny, ograniczony do jednego, za to bardzo mrocznego miejsca - letniej rezydencji schorowanego milionera Olivera Anchora-Ferrersa, który dorobił się na technicznych cackach dla przemysłu zbrojeniowego. Oliver przyjeżdża z żoną i dorosłą, ale "trudną" córką do położonego na odludziu domostwa, by odpocząć po trudach operacji wszczepienia świńskich zastawek. Pobyt już pierwszego dnia zamienia się w horror, kiedy w Matilda, żona milionera, w pobliskim lasku znajduje rozwieszone na drzewach wnętrzności... Zszokowana rodzina doskonale pamięta zbrodnię, jaką popełniono niedaleko stąd piętnaście lat temu. Sprawca wprawdzie od dawna odsiaduje karę, w dodatku w posiadłości przypadkiem pojawiają się policjanci, których od razu można powiadomić o niepokojącym znalezisku, ale... nie działa telefon stacjonarny, komórkowe zaś nigdy nie miały tu zasięgu, a dwaj detektywi okazują się... no własnie, kim?

Schemat nie jest nowy ani nowatorski, a jednak Hayder po mistrzowsku tak tasuje karty, że z tej zgranej talii co rusz wyskakuje nowy joker, a pikowa dama wykonuje klasyczną woltę, odwracając bieg całej partii. I pewnie wszystko pozostałoby przy mrożących krew w żyłach flakach i laserach, gdyby nie detale, dowodzące wielkiej rzemieślniczej sprawności autorki. Duży plus za atmosferę posępnego angielskiego gmaszyska oraz niepowtarzalną, niesamowitą postać Walking Mana - to jedna z najlepiej wykreowanych figur drugiego planu w całej literaturze kryminalnej. Całość jest kawałkiem porządnej rozrywki, krwistym, esencjonalnym, sycącym. Aż się chce pogonić wydawców, by skupili się na soli tego gatunku, zamiast upychać na rynku mdłą papkę i kolejne sklonowane powieści. Bo Mo Hayder jest już solą gatunku.



Pierwsze zdanie: "Amy ma pięć lat i w ciągu tych pięciu lat jeszcze nigdy nie widziała, by mama tak się zachowywała." 
Gdzie i kiedy: Sommerset, Anglia, współcześnie
W dwóch słowach: flaki i lasery
Dla kogo: dla miłośników tych nieco badziej krwawych thrillerów i zbrodniczych serii
Ciepło / zimno: 79°

środa, 1 października 2014

Robert Galbraith "Jedwabnik" czyli nimb sławy i wredna gęba wydawcy





Wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie
Tytuł oryginału: Silkworm
Tłumaczenie: Anna Gralak
Data premiery: 2014-09-24
Liczba stron: 475
Cena: 39,90 zł
Niektóre książki otacza nimb. Sięga się po nie, bo coś tam: bo nazwisko autora, bo sława, bo skandal. Bywają książki, które zyskują ów nimb dopiero po śmierci autora. Inne rodzą się z nim, ba, lśnią nim już podczas procesu płodzenia, wraz z wklepaniem w klawiaturę ostatniej litery nazwiska twórcy. Niektórzy oddaliby zań wszystko, choćby nimb miał być tylko anemiczną poświatą, ledwie widoczną w pomrokach nieskończonych księgarskich półek, inni świadomie uciekają przed nim, zmęczeni wiecznym mrużeniem oczu przed jaskrawym blaskiem. 

Mając w zakamarkach głowy wiedzę, kim jest autor Robert Galbraith, sięgamy po jego kolejną książkę i otwieramy oczy ze zdumienia. Bo to jest historia nimbu. Magnetycznego, pożądanego, budzącego chciwość, takiego, dla którego chciałoby się zabić. I się zabija.

Ale okrójmy "Jedwabnika" z pozłotki i potraktujmy tę powieść jak normalny tytuł, jeden z wielu konkurujących o uwagę czytelnika, tak jak to zrobiliśmy z pierwszym tomem serii o detektywnie Cormoranie Strike'u, "Wołaniem kukułki". Zaczyna się jak każda porządna powieść detektywistyczna: przychodzi klientka do detektywa i prosi o pomoc. Klientką jest Leonora Quine, detektywem, jak łatwo się domyślić, Cormoran Strike, zaś pomoc polegać ma na odnalezieniu męża Leonory, Owena. Ów średnioznany pisarz zaginął jakiś czas temu, zaś żona, przyzwyczajona do parodniowych zniknięć ekscentrycznego męża, nie zawiadomiła policji, przekonana, że "zaginiony" jak zwykle zaszył się gdzieś, potrzebując chwili oddechu i spokoju (choć tak naprawdę łaknął atencji i sławy). Detektyw przyjmuje zlecenie, wbrew wewnętrznym obiekcjom co do widoków na honorarium. Zaczyna węszyć i prędko dowiaduje się, że zaginiony pisarz popełnił był dzieło zjadliwe, prześmiewcze i paszkwilanckie, kompromitujące wiele osób z wydawniczego i literackiego światka, a następnie pożarł się z własną agentką i słuch wszelki o nim zaginął. Czy ktoś mógł być zainteresowany usunięciem literata i niedopuszczeniem do publikacji książki? Okazuje się, że kandydatów jest całkiem sporo, a motywy mnożą się wraz z wypływaniem kolejnych detali, nie pozwalając na wykluczenie żadnego z podejrzanych. 

Autor "Jedwabnika" poszedł utartym, sprawdzonym szklakiem i klasyczną dedukcję połączył z naświetleniem kolejnego kontrowersyjnego i hermetycznego światka. Tym razem na tapecie znaleźli się wydawcy, literaci i ci, którzy się za nich mają, a także twory na polskim rynku niemal nieistniejące, czyli agenci literaccy. Widok, jaki prezentuje się czytelnikowi, na tyle burzy sielankowe wyobrażenie o branży u osób z nią niezwiązanych, że aż się chce zapytać, kto i jak zalazł autorowi za skórę. Morze zawiści, nieżyczliwości i wzgardy, anse, animozje i wzajemne pretensje, rozmaite łotrostwa, świństewka i kombinacje - wszystko to przypomina cuchnący, wstrętny rynsztok. 

Do tej mocnej (zbyt mocnej?) kreski przywyczailiśmy się już w innych powieściach autora (-ki), nie powinno więc dziwić, że znakomita galeria charakterów tu i ówdzie razi zbytnią jaskrawością. Tak ma być, to ten zadzior i pazur, który kochamy: prowokatorski, krzyczący, oskarżycielski. Dobrze więc, że ta czepliwość w malowaniu postaci to jedyna ekstrawagancja. Bo intryga jest stonowana i nieudziwniona, fabuła niemal konwencjonalnie prosta (choć nieszablonowa) i klasycznie zmierzająca ku finałowi po naprężonym łuku. Gdybym się chciała czepiać, to wyśmiałabym sposób, w jaki Cormoran i jego dzielna towarzyszka Robin (która notabene jest jedną z najciekawszych bohaterek kryminalnych w ogóle) gromadzą fanty mające udowodnić zbrodniarzowi jego czyny, ale ponieważ jestem czytelniczką łagodną jak baranek i wyrozumiałą, wybaczam, bo to naprawdę jedyna rzecz, która szturchnęła mnie w moje baczne oko. 

Śledzenie osobistych perturbacji i złożonych relacji Cormorana i Robin oraz ichnich przyległości dają dodatkowe ukontentowanie. Aż się chce zakrzyknąć wielkim głosem: więcej! 

A nimb płonie blaskiem nieprzyćmionym i nieprzerwanym. 

 

Pierwsze zdanie: "- Lepiej, żeby chodziło o śmierć kogoś cholernie sławnego, Strike - powiedział zachrypnięty głos w słuchawce." 
Gdzie i kiedy: Londyn, listopad 2010
W dwóch słowach: detektyw i paszkwil
Dla kogo: dla miłośników jesiennego Londynu, powieści detektywistycznych i ostrych kolorów
Ciepło / zimno: 88°
Dziękuję wydawnictwu za udostępnienie książki do rezencji. 

niedziela, 15 grudnia 2013

Robert Galbraith "Wołanie kukułki" czyli jak uciec od sławy


Wydawnictwo: Dolnośląskie
Tytuł oryginału: The Cuckoo's Calling
Tłumaczenie: Anna Gralak
Data premiery: grudzień 2013
Liczba stron: 452
Cena: 39,90 zł

Robert Galbraith napisał książkę. Klasyczny, niespektakularny kryminał, w starej, dobrej, angielskiej tradycji. Zainteresowanie dziełem było mierne, choć nieliczni czytelnicy jak najbardziej doceniali przymioty powieści. Potem okazało się, że to nie Robert Galbraith popełnił był to dzieło, tylko znana autorka megabestsellerów o młodym czarodzieju. Nagle okazało się, że niespektakularna powieść detektywistyczna bije rekordy sprzedaży.

Pomińmy cały ten marketingowy hype, zamierzony czy nie, i zatrzymajmy się na etapie Roberta Galbraitha, traktując go tak, jak sam(a) chciał(a), czyli jako debiutującego autora bez nazwiska i bagażu sławy. Niech sobie cynicy gadają. 

Kim zatem jest tytułowa kukułka i za czym lub kogo woła? Lula Landry, modelka i jedna z najbardziej kolorowych (także dosłownie, ze względu na mieszane pochodzenie) postaci londyńskiego światka celebrytów, nazywana Kukułką przez zaprzyjaźnionego projektanta mody, ginie pewnej mroźnej nocy z roztrzaskaną głową i skręconym karkiem na ulicy pod eleganckim apartamentowcem. Policja prędko ustala, że to samobójstwo - dziewczyna wyskoczyła z okna swego mieszkania, bez udziału osób trzecich. Kiedy nikt już, ani rozhisteryzowane media, ani śledczy, ani znajomi i przyjaciele Luly nie mają wątpliwości, że tak naprawdę było, do pewnego londyńskiego prywatnego detektywa zgłasza się brat zmarłej, zlecając wyjaśnienie okoliczności śmierci. Cormoran Strike, syn gwiazdora rocka, były żołnierz, który stracił w Afganistanie nogę, liżący rany po świeżo zakończonym toksycznym związku z Charlotte, prowadzący niedochodową agencję detektywistyczną i balansujący na grani upadku finasowego i osobistego, początkowo nie chce przyjąć beznadziejnej jego zdaniem sprawy (wszak policja, której patrzyła na ręce zgraja głodnych pismaków, wykluczyła morderstwo), kierując się osobliwym poczuciem honoru, skuszony podwójną stawką zgadza się jednak przyjrzeć okolicznościom śmierci modelki. 

I w ten sposób Strike, wyposażony przez autora w nową, niebrzydką i rzutką sekretarkę z agencji pracy tymczasowej, która dość prędko okazuje się osóbką o rozlicznych talentach, zaczyna przemierzać ulice Londynu, jego mniej i bardziej obsurne bary i miejsca spotkań celebrytów, odhaczając z mozołem kolejnych świadków, znajomych, krewnych i przyjaciół zamordowanej (tak, bo jednak detektyw niemal niezauważenie dla czytelnika nabiera jednak przekonania, że to nie było samobójstwo). To kuśtykanie za niedźwiedziowatym i sarkastycznym Strikiem, przysłuchiwanie się jego rozmowom, początkowo nużące i na pozór pozbawione większego sensu, wystawia na ciężką próbę cierpliwość czytelnika. I kiedy już wydaje się, że nic tego nie zmieni, a szansa na ciekawą intrygę prawie gubi się w niespektakularnych rozmowach i wizytach, okazuje się, że zaczynamy odczuwać osobliwą sympatię do tego dziwnie melancholijnego, ale wyjątkowo skrupulatnego profesjonalisty, gdzieś kiełkuje respekt przed jego wyjątkową wnikliwością i wielką wrażliwością ukrytą pod chropawą powierzchownością. Strike mrówczo kompletuje kawałki układanki, dostrzegając wzory i nieprawidłowości tam, gdzie przymulony czytelnik nawet nie spodziewa się dysonansu. 

Jakość tej opowieści nie mierzy się ilością przelanej krwi, nagłymi woltami czy pokręconą intrygą. Jej wartość polega na mistrzowskim portretowaniu londyńskich środowisk i niespiesznym, ale trafnym kreśleniu psychologicznych portretów jej przedstawicieli. Owszem, można się niekiedy przyczepić, że niektóre z nich są nazbyt archetypiczne (jak choćby pretensjonalny gej Guy, pusta Ciara czy ograniczona i pazerna matka Luli), ale nawet te przejaskrawienia komponują się w nader harmonijną i plastyczną całość.

Styl może się miejscami wydawać nieco zbyt barokowy, częstotliwość stosowania kuriozalnych figur retorycznych (dobrym przykładem są tu usta przypominające odbyt kota) zbyt męcząca, a samochodowa scena z masowaniem nogi jakby żywcem wyjęta z jakiegoś komiksowego czytadła w klimacie noir, ale to, co początkowo może razić, zdaje się ostatecznie dopełniać obrazu nostalgicznie staromodnego, klasycznego kryminału. Tak, niekiedy zalatuje tu szmirowatością, ale taką czarującą, rozbrajającą, jak wyświechtany i przykurzony chandler z antykwariatu za dwa złote. 

Robert Galbraith raczej nie spocznie i wypuści kolejny tom przygód Cormorana Strike'a. A ja niemal na pewno podążę za kuśtykającym olbrzymem o osobliwym imieniu i magnetycznym uroku, zgłębiając kolejne zagadki kryminalego Londynu.


Pierwsze zdanie: "Gwar na ulicy przypominał bzyczenie much."
Gdzie i kiedy: Londyn, współcześnie
W dwóch słowach: angielska i tradycyjna
Dla kogo: dla miłośników klasycznej powieści detektywistycznej i puzzli (tak od 2000 kawałków wzwyż) 
Ciepło / zimno: 88°

niedziela, 10 marca 2013

Reginald Hill "Rache verjährt nicht" (Woodcutter) - o drwalu i zemście?...



Wydawnictwo: Suhrkamp Verlag
Tytuł oryginału: The Woodcutter
Data premiery: 11.11.2012
Liczba stron: 683
Cena: 19,95 euro
Pozwólcie, że rozpocznę cytatem:
Jestem człowiekiem o na wskroś pojednawczym usposobieniu. A oto moje życzenia: skromny domek kryty strzechą, przy tym jednak dobre łóżko, dobre jedzenie, mleko i masło pierwszej świeżości, przed oknem kwiaty, przed drzwiami kilka pięknych drzew, jeśli zaś dobry Bóg chce mnie w pełni uszczęśliwić, to niech da mi się nacieszyć widokiem sześciu czy siedmiu moich nieprzyjaciół wiszących na tych drzewach. Z sercem przepełnionym wzruszeniem wybaczę im wszystkie krzywdy, jakie mi wyrządzili w życiu – no, trzeba wybaczać nieprzyjaciołom, ale nie wcześniej, nim zawisną.
Heinrich Heine 
Czym to pachnie? Coś jakby... zemstą? Jeśli weźmiemy do tego bardzo plakatywny niemiecki tytuł (Zemsta nie ulega przedawnieniu) ostatniej powieści Reginalda Hilla, a także liczne cytaty i skojarzenia z Hrabią Monte Christo, nabierzemy stuprocentowego przekonania, że motywem przewodnim będzie tutaj zemsta. Przekonanie to ucementuje się, gdy autor wprowadzi nas w historię swego bohatera. Wolf Hadda pewnego dnia traci wszystko - rodzinę, majątek, dobre imię i wolność. Do jego domu o świcie wpada tabun policjantów, wymachujących nakazem przeszukania, on sam zostaje zatrzymany pod zarzutem malwersacji oraz pedofilii. Ktoś go wrabia - myślimy natychmiast i już malujemy sobie dalszy ciąg: Hadda wychodzi po latach więzienia i mści się na swych wrogach. 

Ha!... Tak postąpiłby może pisarski żółtodziób, nowicjusz wprawiający się dopiero w niuansach suspensu, ale nie Reginald Hill. Ten nestor kryminału nie od dziś wiedział, jak wodzić za nos czytelnika i nigdy nie pozwoliłby sobie, by czytelnik już na pierwszych stronach rozgryzł jego intrygę. Mistrz manipulacji tak położy tropy, że wielokrotnie zwątpimy w niewinność Haddy, na przemian wynosząc go na ołtarze męczeństwa i strącając w piekielne otchłanie, by cierpiał za grzechy. To w końcu Hadda jest pedofilem czy nie?... Zrobił przekręt czy nie?... Oszukuje wszystkich, łącznie z sobą, czy nie?... Co jest prawdą, a co perfidną iluzją?... Nie myślcie sobie, że tak dzieje się tylko z naiwnym czytelnikiem, ślepo podążającym za literackim tropem, w pułapkę zastawioną przez Haddę wpada również profesjonalistka, więzienna psychiatra doktor Ozigbo, która z czasem zaczyna żywić do osadzonego uczucia, całkowicie kłócące się z jej zawodową etyką. I w ten sposób wszyscy ulegamy iluzji, kompletnie bezradni wobec miażdżącej maestrii Hilla, który spokojnym piórem, bez egzaltacji i histerii, bez tanich patetycznych sztuczek kreśli wielką, epicką historię, w której się zatapiamy bez reszty. 

Siła tej książki tkwi w psychologicznym wyrafinowaniu. Owszem, autor sporadycznie zaserwuje ten czy inny fajerwerk, przyprawi swe dzieło spektakularną sceną, ale nie szafuje przy tym brutalnością i rozbryzgami krwi. Tutaj smakuje się każdą scenę (rozkochani w angielskich krajobrazach będą mieli prawdziwą ucztę), każdy dialog (co za misterny, precyzyjny i podszyty subtelną ironią język!), każdy rys bohatera (przywodzący na myśl angielskich i francuskich klasyków - tak, znowu Hrabia Monte Christo, może nawet pan Rochester). Tutaj przeżywa się emocje przekraczające ramy zwykłego kryminału, tutaj wchodzą w grę uczucia wielkie i pierwotne, a także wyrachowanie, zlodowacenie duszy i skrywane przez lata mroczne tajemnice. W chwili, gdy już wydaje nam się, iż wszystko wiemy, Hill zbiera wątki i rzuca kluczowe postacie na skałę (dosłownie) w kulminacyjnej scenie, której dramatyzm i emocje łączą się w perfekcyjny sposób. Acha, i jedno ostrzeżenie: nie myślcie sobie, że ta domniemana zemsta to kluczowy motyw tej powieści. Nie dajcie się zwieść: tutaj zwodnicze pułapki czyhają na każdym kroku. 

Nie będę ględzić i kadzić - to jest majstersztyk, sublimacja dobrej literatury ocierającej się o kryminał,  i wreszcie - niestety - pożegnalny prezent Hilla dla miłośników jego prozy. Na takie książki czeka się latami.

Winslow Homer - The Woodcutter, 1891 - odegra tu niebagatelną rolę


Pierwsze zdanie: "Lato 1965: Profumo popadł w niełaskę; Ward zmarł; Beatlesi na pierwszym miejscu z albumem Please Please Me; Martin Luther King miał swoje marzenie; marzenie JFK miało nie potrwać długo; zimna wojna osiągnęła najniższe temperatury; świeży powiew zmian wiał coraz mocniej w kolonialnej Afryce, zaś jego mocne podmuchy odczuwalne były aż po Wrota Łez w kontrolowanym przez Brytyjczyków Adenie."
Gdzie i kiedy: Wielka Brytania: Londyn i hrabstwo Kumbria, 2008-2018 
W dwóch słowach: wyrafinowana i wysmakowana
Dla kogo: dla ceniących misterną intrygę i angielskie epickie klimaty
Ciepło / zimno: 98°

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Anety "Czytamy kryminały".