Wydawnictwo: Vesper
Seria: Flawia De Luce 04
Tłumaczenie: Jędrzej Polak
Tytuł oryginału: I am Half-Sick of Shadows
Data wydania: październik 2012
Ilość stron: 274
Cena: 35,90 zł
Ach ta Flawia! Niepoprawna czarodziejka żonglująca retortami, wścibska smarkula niecofająca się przed niczym, by zaspokoić chorobliwą ciekawość, samotna mała dziewczynka tęskniąca za ciepłem mamy, uparta koza o przenikliwym umyśle... Mogłabym w ten sposób zapełnić parę arkuszy, a i tak żaden z epitetów nie oddałby jej kuriozalnego czaru. Zagorzali fani Falwii wiedzą, o czym mówię, pozostali albo skuszą się i wejdą do tego grona, albo skrzywią się, twierdząc: "no i co w tym takiego".
"Lekka retruzja żuchwy Phyllis Wywern rzuciła mi się w oczy jak koń w poidełku dla ptaków" - to tylko jeden z wielu kwiatków, rosnących na tej osobliwej łączce. Tak jak się kocha Pratchetta, jak się kochało dawne powieści Chmielewskiej, tak można rozkochać się w tym, co schodzi spod pióra (lub klawiatury) Alana Bradleya, nie zapominając o Jędrzeju Polaku, którego wkład w ostateczny szlif tego dziełka jest niebagatelny. Nie sposób omawiać kryminałów o Flawii bez zająknięcia się o kunszcie tłumacza, który swym frazeologicznym bogactwem doskonale harmonizuje ze staroświeckim stylem tej prozy.
Nie chce mi się rozbierać kolejnego tomu o przygodach Flawii na czynniki pierwsze, bo to tak, jakby odzierać starszą panią z przyodziewku - tu i ówdzie moga ukazać się pewnie niedoskonałości. Pozostańmy przy tym, że w Buckshaw, historycznej wiejskiej rezydencji i domostwie rodziny de Luce nastaje Boże Narodzenie. Flawia, wiecznie jedenastoletnia pannica (w Buckshaw czas jakby stanął w miejscu, tylko Flawia co parę miesięcy znajduje gdzieś jakiegoś trupa), w zamiarze zastawienia pułapki na Świętego Mikołaja, by naukowo udowodnić jego ustnienie, warzy w swym chemicznym laboratorium lep. Lepem tym smaruje obficie spore obszary komina i dachu, bowiem jak powszechnie wiadomo, Mikołaj do środka wchodzi przez komin. Kto się na ten lep ostatecznie złapie, niech pozostanie tajemnicą, ale na pewno nie będzie to starszy pan w szkarłatach i z brodą.
Na trupa zaś tym razem przyjdzie nam czekać dość długo. Gdzieś tak do połowy Bradley przypomina nam po kolei niemal wszystkich bohaterów poprzednich tomów, którzy przewijają się przez posiadłość, prezentując swe mniej lub bardziej zabawne przywary i dziwactwa. Każdy z nich to klejnocik, maleńki koh-i-noor, który ogląda się z przyjemnością, ale... jakoś ta parada zaczyna już trochę nużyć. Na szczęście w chwili, w której już myślałam, że koncepcja tej książki chyba już się zużyła, pojawia się wyczekiwany trup, Flawia zaś, w swoim żywiole, miesza, kręci, śledzi, maca, obdukuje, spada z dachu i cholera wie co jeszcze... Nie byłaby przy tym sobą, gdyby się nie wymądrzała o tych swoich ukochanych rodankach allilu, glikozydach cyjanogennych, a nawet zwykłym H2O.
I dobrze, że się wymądrza, bowiem intryga kryminalna jest tutaj cieniutka jak kromka chleba w czasach wielkiego głodu. Cała heca z czytania tej książki tryska nie z zawiłości zagadki, z którą przyjdzie się nam zmierzyć, a z rozsypanych po stronicach smaczków - słownych i sytuacyjnych. Tyle że smaczki te zdążyły się już nam z czasem opatrzyć (a raczej osmakować), z rzadka tylko wzbudzając dreszczyk emocji i podsycając rozkosz ze znajdywania słownych rodzynek.
Tym razem nie mamy tu wielkiej uczty, a zaledwie smaczny deserek, albo, by pozostać przy anglofilskiej terminologii, skromny five o clock.
Pierwsze zdanie: "Kosmki zimnej wilgotnej mgły unosiły się nad lodem niczym niepocieszone duchy wyzipniętę przez umierających."
Gdzie i kiedy: Anglia, wioska Bishop's Lacey, około 1950
W dwóch słowach: kuriozalna i staroświecka
Dla kogo: dla fanów Flawii, dla ceniących słowną maestrię i trącące myszką angielskie klimaty
Ciepło / zimno: 56°



