Ads 468x60px

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura kanadyjska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura kanadyjska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 stycznia 2016

Emily St. John Mandel "Das Licht der letzten Tage" (Stacja jedenaście) - opowieść o świetle, które zgasło


Wydawnictwo: Piper
Tytuł oryginału: Station Eleven
Tłumaczenie na język niemiecki: Wibke Kuhn
Data wydania: 14.09.2015
Liczba stron: 416
Cena: € 14,99

Jak musiałby wyglądać świat, w którym zatęskniłbyś za leczeniem kanałowym? Albo za wkurzającą reklamą środka na wzdęcia? Za głupawymi komciami i fociami koteczków na fejsbuku? Za smogiem? Za widokiem przelatującego gdzieś wysoko samolotu? Za mdląco-słodkim zapachem proszka do prania, którego nigdy nie kupowałeś, bo ten zapach? Za smakiem pomarańczy?... Wbrew wszelkim apokaliptycznym wizjom, nasuwającym się przy próbach wyobrażenia sobie tak straszliwie spustoszonego uniwersum, świat ten byłby tylko trochę spokojniejszy od naszego. Cichszy, bardziej wyludniowy. Bardziej pierwotny.

Tak przynajmniej chce autorka książki, niepasującej do żadnej z popularnych gatunkowych szufladek, zatytułowanej "Stacja jedenaście". Niemiecki wydawca postawił na nieco bardziej poetycki tytuł "Światło dni ostatnich", który brzmi może mniej zagadkowo niż oryginalny, za to sugeruje pewien kierunek, w którym postanowiła pójść autorka. A kierunek ten jest nieoczywisty. Owszem, mnogość książek traktujących o rozmaitych scenariuszach postapo wywołuje w większości czytelników jednoznaczne skojarzenia i oczekiwania - dużo przemocy, krwi, ruin, obrzydliwości, beznadziei. Tu i ówdzie przemknie jakiś wampir lub zombie, gdzieniegdzie świat spustoszy wojna, niekiedy świat zostanie skuty okowami totalitaryzmu. Tutaj zagłada odbyła się cicho, niemal łagodnie. I błyskawicznie. Wystarczył zmutowany i agresywny wirus świńskiej grypy o skrajnie krótkim czasie inkubacji. I już. Po ludzkości. Prawie.

Okładka wydania polskiego
Papierowy Księżyc 2015
Ale tak jak nieoczywisty jest sposób, w jaki autorka postanowiła niemal doszczętnie wytępić człowieka, tak nieoczywista jest konstrukcja tej powieści i jej bohaterowie. Wydaje się, że centralnym bohaterem jest Arthur Leander, prominentny aktor i celebryta, który już w pierwszej scenie, a także na scenie (teatru), umiera. Słowa "wydaje się" zostały tu użyte celowo, bowiem snucie opowieści wokół postaci, którą uśmierca się już na wstępie, jest albo posunięciem samobójczym, dławiącym w zarodku wszelkie napięcie, albo całkiem sprytnym, choć wymagającym pewnej sprawności warsztatowej. Okazuje się, że Mandel zupełnie nieźle radzi sobie z kompozycją i ochoczo, ale nie bezładnie miesza wątki i przekłada płaszczyzny czasowe. I to, co początkowo mogło się jawić niejakim chaosem, staje się drobiazgowo zaplanowaną architekturą. A co najważniejsze, zaprojektowany w ten sposób gmach nie wali się i stawia opór narracyjnym wichrom. 

Mamy więc tu losy garstki bohaterów, których powiązania nie zawsze są dla nas jasne, a gdzieś w tle losy świata, który w niespektakularny sposób pozbył się swego najniebezpieczniejszego wroga - człowieka, wraz z jego całą ekspansywnością. Planeta Ziemia niewątpliwie odpocznie i zregeneruje się po wiekach niszczycielskiego jego królowania, ale czy zregeneruje się homo sapiens? Czy naprawdę tak krucha jest nasza cywilizacja? Czy tak niewiele trzeba, by sprowadzić naszą egzystencję do nagiego, egzystencjalnego przeżycia? A co jeśli to nie przeżycie jest najważniejsze? Autorka prowokacyjnie stawia te pytania i podsuwa odpowiedzi, wysyłając w drogę wędrowną trupę aktorów i muzyków, którzy wbrew wszystkiemu odwiedzają kolejne rozproszone ludzkie osady, by z absurdalną przekorą grać Beethovena i wystawiać Szekspira. 

I nie dziwmy się, kiedy na swej drodze wszystkie te tuby, klarnety i drugie skrzypce spotykają fałszywych proroków, kolekcjonerów okruchów minionej cywilizacji lub bohaterów unikalnych komiksów. W tej powieści nic nie jest dziełem przypadku. I choć nie znajdziemy w niej tego, czego się spodziewaliśmy, da nam ona znacznie więcej: kilka momentów zaskoczenia, trochę poezji i filozofii, odrobinę melancholijnej zadumy nad istotą ludzkiej egzystencji. A do tego świetny język i niebanalnych bohaterów. I jedną z najpiękniejszych i najbardziej budujących literackich scen - tę ze światłem. Wiecie, którą. 


Pierwsze zdanie: "Król stał chwiejnie w kałuży niebieskiego światła*."
Gdzie i kiedy: Toronto, okolice jeziora Michigan, Malezja, w niedalekiej przyszłości i dwadzieścia lat później
W dwóch słowach: gdybanie melancholijne
Dla kogo: dla pesymistów, fanów survivalu i poetów
Ciepło / zimno: 93°

* Tłumaczenie moje na podstawie wydania niemieckiego.

niedziela, 9 listopada 2014

Flawia... czyli wszystko jest chemią?...


                                                                                                                                         
Wydawnictwo: Penhaligon
Tytuł oryginału: Speaking From Among the Bones (tytuł wydania polskiego: Gdzie cis się nad grobem schyla)
Data premiery (na rynku niemieckim): 25.11.2013
Liczba stron: 352
Cena: 19,99 euro

Wydawnictwo: Penhaligon
Tytuł oryginału: The Dead in Their Vaulted Arches
Data premiery (na rynku niemieckim): 13.12.2014
Liczba stron: 320
Cena: 19,99 euro 

I znów się dzieje w Bishop's Lacey... Nieszczęsna mieścina z jej garstką dusz musiała czymś mocno zagniewać Wszechmogącego, skoro zsyła On na to miejsce tylu zbrodniarzy. Cynik (w tym i ja, ale to było kiedyś) wydąłby pogardliwie wargi i orzekł, że to naciągane i nieprawdopodobne, ale niecynik (w tym i ja, teraz) machnie na to ręką i przyjmie z otwartym sercem, dobrze wiedząc, że gęstość występowania trupów w serii z Flawią jest rzeczą umowną i absolutnie drugorzędną.

Ale wróćmy do wielkiego poruszenia w Bishop's Lacey: z okazji jubileuszu pięćsetlecia kościoła mieszkańcy (z Flawią na czele) wyczekują otwarcia grobu Świętego Tankreda. Wścibski nosek jedenastolatki oczywiście jako pierwszy musi zanurzyć się w zatęchłej krypcie. Miast gnatów Świętego Flawia znajduje jednak stosunkowo świeże szczątki zaginionego jakiś czas temu organisty, pana Colicutta. Żeby było bardziej zagadkowo, twarz organisty tkwi w masce przeciwgazowej... Flawia wszczyna śledztwo, korzystając ze swej encyklopedycznej wiedzy chemicznej, znakomicie wyposażonego laboratorium, niezwykłego intelektu i wrodzonej ciekawości. I znajduje.

I jest jak zawsze: jest niezła zagadka (jako stara wyga powiem nawet, że bardziej frapująca niż kiedykolwiek), jest urocza i trochę przemądrzała gówniara, jest cudowny sepiowy setting, coraz bardziej odchodzący w zapomnienie świat, wreszcie jest wielka tajemnica, która powoli, lecz nieuchronnie zbliża się i poczyna przesłaniać wszelką detektywistyczną działalność Flawii, jakże niewinną w obliczu chmur zbierających się nad Buckshaw. Jeśli to tej pory ta genialna trzpiotka nie zawojowała Waszych serc, to jest spora szansa, że zrobi to teraz. Może jeszcze nie w tomie piątym, ale w szóstym już tak. Na pewno.

Trudno pisać o tych dwóch książkach, nie odsłaniając zbyt wiele. W zasadzie każde słowo może być słowem zdradzieckim. O treści tomu szóstego w ogóle nie sposób  pisać, nie narażając się na straszliwy gniew czytelnika, pragnącego samemu pokonać tę drogę, którą ja już przeszłam. I dlatego ograniczę się do paru refleksji, odrobiny emocjonalnych komentarzy, garstki myśli, które przyszły mi do głowy w czasie lektury i po niej.

Zapewne niejeden czytelnik dziwił się, że Flawia jakoś w ogóle się nie starzeje. Nie dorasta, nie wychodzi z beztroskiego wieku jedenastu lat, nie przekracza niewidzialnej granicy dorosłości. Tak było w istocie - jej dzieciństwo w Buckshaw, beztroskie wędrówki po okolicy, wolność, jakiej nie znają i nigdy nie zaznają nasze dzieci, wszystko to powoli, nieuchronnie się kończy. Flawia wkracza w dorosłość, choć jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy. Koniec piątego tomu, tak zaskakujący, ba, szokujący wręcz, stanowi granicę, kres i przejście. Szósty tom stanowi odwrócenie proporcji, znanych z poprzednich tomów - na dalszy plan schodzi niemal wszystko, co było esencją pierwszych przygód Flawii. Zagadka kryminalna? Owszem, jest, ale już nie z gatunku tych, do jakich przywykliśmy. Autor przenosi dziewczynkę o level wyżej, na poziom zaawansowany, wychodzący poza prowincjonalne ramy, zataczający wielkie, światowe kręgi. W zamian na piewszy plan wkraczają tajemnice. A właściwie wyjaśnienia wielu spraw, o których istnieniu wiedzieliśmy, ale ledwie w mglistym zarysie. Zagadkowa przeszłość Doggera, tajemnicza ciotka Felicity, oderwany od rzeczywistości ojciec Flawii i wreszcie niewiadomy los Harriet - szósty tom przynosi odpowiedzi na wszystkie pytania, które gdzieś tam, we wszystkich tomach, dobijały się o wyjaśnienie. I wreszcie są owe odpowiedzi: ścinające z nóg, ogłuszające, przebijające wszystkie nasze domysły, asumpcje, konfabulacje. Następuje wielki finał, ale nie koniec... tylko początek czegoś nowego.

W szóstym tomie znika gdzieś owa beztroska i lekkość, za którą pokochaliśmy tę serię i jej bohaterów. Czarny humor, złośliwe psikusy wyrządzane sobie wzajemnie przez trzy jakże różne od siebie siostry, ten lekko absurdalny klimat, towarzyszący poczynaniom Flawii, są jakby mniej obecne, przygniecione ciężarem bieżących wydarzeń. Pojawia się zrozumienie: dla tragedii samotnej dziewczynki, chadzającej własnymi ścieżkami, dla nieobecnego ojca, pławiącego się we własnym nieszczęściu, nawet dla sióstr Flawii, którym jakoś nie było dane pozyskać sympatii czytelników. I wreszcie, na samym końcu, pojawia się zrozumienie dla słów, które ojciec kieruje do Flawii w jednym ze swych rzadkich przebłysków, w których w ogóle dostrzega swą najmłodszą córkę: że największym darem, jaki można dać dziecku, jest pozostawić je w spokoju... Bez sensu?... Niekoniecznie.

Żeby jednak nie było, że tu same smęty, sliozy i rwanie szat, dopowiem, że w szóstym tomie pojawia się pewna bezczelna osóbka, która zdaje się dorównywać Flawii pod wieloma względami - erudycji, wiedzy, zuchwałości... Rośnie jej konkurencja? Scenki konfrontacji obu młodych dam są jednymi z najlepszych! Oprócz chemii, rzecz jasna, bo chemia jest obecna zawsze i wszędzie, bo przecież wszystko jest chemią, całe uniwesum... I Bradley pod tym względem nie zawodzi, a nawet przechodzi samego siebie, każąc Flawii robić rzeczy, od których włos się na głowie jeży... Ale tu już ponownie wkraczamy w rejony niewymawialne. Jedno jest pewne: te książki mają w sobie nie tylko chemię, ale i magię (a może to jedno i to samo?...): magię świata przemijającego, nieuchwytną, przelotnie występującą tu i tam, niedającą się wytłumaczyć ani zdefiniować. Każdy, kto ją poczuł, wie, o czym mówię. Czy to magia minionego dzieciństwa, którą odnajdujemy w historiach opowiadanych przez ludzi, którzy na zawsze pozostają dziećmi?...

I chyba nie zdradzę wielkiej tajemnicy (bo wiadomość pojawiła się na stronie kanadyjskiego wydawcy), a może nawet uraduję wielu wielbicieli, że autor ma w planach cztery kolejne powieści z Flawią. Po szóstym tomie staje się jasne, jak bardzo inna będzie ta nowa Flawia. A może nie?...



Flawia 5:

Pierwsze zdanie: "Krew kapała z odrąbanej głowy i zraszała podłogę czerwonym deszczem, krzepnąc w rubinowej kałuży na czarno-białych kafelkach." 
Gdzie i kiedy: Bishop's Lacey, Wielka Brytania, lata pięćdziesiąte
W dwóch słowach: magia i chemia
Dla kogo: dla miłośników brytyjskich klimatów, trucizn, tajemnic... i genialnych dziewczynek o przenikliwym umyśle
Ciepło / zimno: 88°

Flawia 6:

Pierwsze zdanie: nie, nie zrobię Wam tego...
Gdzie i kiedy: Bishop's Lacey, Wielka Brytania, lata pięćdziesiąte
W dwóch słowach: emocje i tajemnice
Dla kogo: oczywiście dla fanów Flawii, tych młodocianych i całkiem dorosłych, dla 
Ciepło / zimno: 95°

wtorek, 8 stycznia 2013

Alan Bradley "Tych cieni oczy znieść nie mogą" czyli lep na Świętego Mikołaja




Wydawnictwo: Vesper
Seria: Flawia De Luce 04
Tłumaczenie: Jędrzej Polak
Tytuł oryginału: I am Half-Sick of Shadows
Data wydania: październik 2012
Ilość stron: 274
Cena: 35,90 zł
Ach ta Flawia! Niepoprawna czarodziejka żonglująca retortami, wścibska smarkula niecofająca się przed niczym, by zaspokoić chorobliwą ciekawość, samotna mała dziewczynka tęskniąca za ciepłem mamy, uparta koza o przenikliwym umyśle... Mogłabym w ten sposób zapełnić parę arkuszy, a i tak żaden z epitetów nie oddałby jej kuriozalnego czaru. Zagorzali fani Falwii wiedzą, o czym mówię, pozostali albo skuszą się i wejdą do tego grona, albo skrzywią się, twierdząc: "no i co w tym takiego". 

"Lekka retruzja żuchwy Phyllis Wywern rzuciła mi się w oczy jak koń w poidełku dla ptaków" - to tylko jeden z wielu kwiatków, rosnących na tej osobliwej łączce. Tak jak się kocha Pratchetta, jak się kochało dawne powieści Chmielewskiej, tak można rozkochać się w tym, co schodzi spod pióra (lub klawiatury) Alana Bradleya, nie zapominając o Jędrzeju Polaku, którego wkład w ostateczny szlif tego dziełka jest niebagatelny. Nie sposób omawiać kryminałów o Flawii bez zająknięcia się o kunszcie tłumacza, który swym frazeologicznym bogactwem doskonale harmonizuje ze staroświeckim stylem tej prozy. 

Nie chce mi się rozbierać kolejnego tomu o przygodach Flawii na czynniki pierwsze, bo to tak, jakby odzierać starszą panią z przyodziewku - tu i ówdzie moga ukazać się pewnie niedoskonałości.    Pozostańmy przy tym, że w Buckshaw, historycznej wiejskiej rezydencji i domostwie rodziny de Luce nastaje Boże Narodzenie. Flawia, wiecznie jedenastoletnia pannica (w Buckshaw czas jakby stanął w miejscu, tylko Flawia co parę miesięcy znajduje gdzieś jakiegoś trupa), w zamiarze zastawienia pułapki na Świętego Mikołaja, by naukowo udowodnić jego ustnienie, warzy w swym chemicznym laboratorium lep. Lepem tym smaruje obficie spore obszary komina i dachu, bowiem jak powszechnie wiadomo, Mikołaj do środka wchodzi przez komin. Kto się na ten lep ostatecznie złapie, niech pozostanie tajemnicą, ale na pewno nie będzie to starszy pan w szkarłatach i z brodą. 

Na trupa zaś tym razem przyjdzie nam czekać dość długo. Gdzieś tak do połowy Bradley przypomina nam po kolei niemal wszystkich bohaterów poprzednich tomów, którzy przewijają się przez posiadłość, prezentując swe mniej lub bardziej zabawne przywary i dziwactwa. Każdy z nich to klejnocik, maleńki koh-i-noor, który ogląda się z przyjemnością, ale... jakoś ta parada zaczyna już trochę nużyć. Na szczęście w chwili, w której już myślałam, że koncepcja tej książki chyba już się zużyła, pojawia się wyczekiwany trup, Flawia zaś, w swoim żywiole, miesza, kręci, śledzi, maca, obdukuje, spada z dachu i cholera wie co jeszcze... Nie byłaby przy tym sobą, gdyby się nie wymądrzała o tych swoich ukochanych rodankach allilu, glikozydach cyjanogennych, a nawet zwykłym H2O. 

I dobrze, że się wymądrza, bowiem intryga kryminalna jest tutaj cieniutka jak kromka chleba w czasach wielkiego głodu. Cała heca z czytania tej książki tryska nie z zawiłości zagadki, z którą przyjdzie się nam zmierzyć, a z rozsypanych po stronicach smaczków - słownych i sytuacyjnych. Tyle że smaczki te zdążyły się już nam z czasem opatrzyć (a raczej osmakować), z rzadka tylko wzbudzając dreszczyk emocji i podsycając rozkosz ze znajdywania słownych rodzynek. 

Tym razem nie mamy tu wielkiej uczty, a zaledwie smaczny deserek, albo, by pozostać przy anglofilskiej terminologii, skromny five o clock. 


Pierwsze zdanie: "Kosmki zimnej wilgotnej mgły unosiły się nad lodem niczym niepocieszone duchy wyzipniętę przez umierających."
Gdzie i kiedy: Anglia, wioska Bishop's Lacey, około 1950
W dwóch słowach: kuriozalna i staroświecka 
Dla kogo: dla fanów Flawii, dla ceniących słowną maestrię i trącące myszką angielskie klimaty
                       Ciepło / zimno: 56°