Ads 468x60px

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koalicja Czytamy fantastykę. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koalicja Czytamy fantastykę. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 lutego 2013

Neal Stephenson "Diamentowy wiek" - diament czy szkiełko made in China?



Wydawca: Wydawnictwo Isa
Tytuł oryginału: The Diamond Age
Przekład: Jędrzej Polak
Data premiery: 2008-04-29
Liczba stron: 495
Cena: 31,90 zł

Stephensona (nazywanego Quentinem Tarantino cyberpunku) nikomu przedstawiać nie trzeba, każdy, kto choć trochę liznął fantastyki, musiał zasłyszeć jego nazwisko.

Więc nie przedstawiam, tylko od razu przechodzę do rzeczy. „Diamentowy wiek” długo kazał mi na siebie czekać, choć od bardzo dawna zajmował poczesne miejsce na półce z osobistym kanonem fantastyki. Jakoś tak się zawsze składało, że inne lektury były bardziej magnetyczne, ważniejsze, pilniejsze. Gdyby nie bat w postaci wyzwania Fenrira, powieść zapewne stałaby tam dalej, pokrywając się warstewką kurzu, ja zaś byłabym uboższa o jedno doświadczenie oraz bogatsza o jedną iluzję. Owszem - iluzję, bowiem nie wiedzieć czemu po mojej głowie kołatała się asumpcja, iż dzieło to na zawsze zmieni moje postrzeganie świata, a ja wystawię mu pomnik, postawię na piedestale i co tydzień będę odkurzać miotełką. Plan ten nie do końca się powiódł – książkę wprawdzie przeczytałam, ale mój zachwyt nie wystarcza nie tylko na wystawienie pomniczka, ale nawet na zamieszanie cementu.

Nie ulega wątpliwości, że plan Stephensona był równie ambitny. Jego wizja sięga w przyszłość, niezbyt odległą licząc w latach, ale jednak pod wieloma względami dość odmienną od tego, co znamy. Rozwój technologiczny w oczywisty sposób zmienił życie człowieka i poszedł w stronę nanotechnologii. Najciekawsze zmiany dokonały się jednak na płaszczyźnie polityczno-społecznej: słowo „globalizacja” nabiera tutaj nowego znaczenia, w świecie, w którym zniknęły podziały na państwa czy narody, a ludzie skupiają się w terytorialnych gromadach o podobnych zapatrywaniach moralnych i zbliżonym sposobie życia, przypominających parki tematyczne. Problemy z energią czy zasobami naturalnymi odeszły do lamusa, na dziwnych zasadach funkcjonuje również gospodarka – wytwarzanie przedmiotów przy pomocy domowych kompilatorów materii stało się tak tanie i dostępne, jak w dzisiejszych czasach chłodzenie żywności w lodówkach. Masowość tanich rzeczy z kompilatora (który serwuje nawet syntetyczny ryż) jest tak miażdżąca, że szczególnej wartości nabierają przedmioty wytwarzane ręcznie, za pomocą starego rzemiosła. Szczególnej wymowy nabiera fakt osadzenia akcji w Chińskiej Rzeczpospolitej Brzegowej. Powracają zatem wartości dawne i zapomniane, także na płaszczyźnie moralnej – jedną z największych gromad stanowią Neowiktorianie, którzy po wiekach degrengolady opierają swój światopogląd na odkurzonych ideałach z dziewiętnastego wieku.

Stephenson z wielkim pietyzmem stworzył swój futurystyczny świat. „Stworzył” to właściwie za mało powiedziane, on go udekorował masą po części zachwycających detali (cyberpunkowe modelowanie ciała, szpiegujące roztocza), upychając w przemyślanych i spójnych zależnościach mnogość technologicznych gadżetów. Wyrazistość tej wizji jest przygniatająca. Odnosi się wrażenie, że zabawa w stworzyciela sprawiała mu przy tym ogromną frajdę, bo jak inaczej zinterpretować utknięte tu i tam smaczki, jak choćby skład pewnego sosu, spożywanego przez jednego z głównych bohaterów? A może tylko mała złośliwość w stosunku do tłumaczy?
Water, blackstrap, molasses, imported habanero peppers, salt, garlic, ginger, tomato puree, axle grease, real hickory smoke, snuff, butts of clove cigarettes, Guiness Stout fermentation dregs, uranium mill tailings, muffler cores, monosodium glutamate, nitrates, nitrites, nitrotes and nitrutes, nutrites, natrotes, powdered pork nose hairs, dynamite, activated charcoal, match-heads, used pipe cleaners, tar, nicotine, single-malt whiskey, smoked beef lymph nodes, autumn leaves, red fuming nitric acid, bituminous coal, fallout, printer's ink, laundry starch, drain cleaner, blue chrysotile asbestos, carrageenan, BHA, BHT, and natural flavorings.
Przyznam, że gdy to czytam, odnoszę wrażenie, że przyszłość wcale nie jest tak odległa, jak chciał Stephenson, a na rynku dostępne są już wiktuały o podobnym składzie. Jak to brzmi po polsku? Jędrzej Polak, który potrafi pokonać niejeden lingwistyczny garb, proponuje coś takiego:
Woda, czarna melasa, importowana papryka habanero, sól, czosnek, imbir, puree pomidorowe, smar do osi, prawdziwy dym z orzeszków hikorowych, tabaka, niedopałki papierosów goździkowych, męty pofermentacyjne piwa Guiness Stout, poślady uranu, mielone rdzenie tłumików samochodowych, glutaminian monosodowy, azotany, azotyny, azotanki i azotki, odżywki, pożywki, używki i niedożywki, puder z włosów ze świńskich nosów, dynamit, aktywowany węgiel drzewny, główki zapałek, używane wyciory do fajek, smoła, nikotyna, niestarannie rektyfikowana jęczmienna whiskey, wędzone wołowe węzły chłonne, jesienne liście, czerwony dymiący kwas azotowy, węgiel bitumiczny, odpady radioaktywne, farba drukarska, krochmal, kret do rur, błękitno-chryzolitowy azbest, irlandzkie glony, BHA, BHT i naturalne dodatki smakowe. 
W sumie nieźle, tylko niech kto mi powie, czy już pił kiedyś „niestarannie rektyfikowaną jęczmienną whiskey”? Ja nie, za to dobrego single-malta już tak.

Tam, gdzie autor zachwyca wizjonerstwem, rozczarowuje, jeśli chodzi o fabułę. Ta jest prosta: mała dziewczynka ze społecznych dołów na skutek zbiegu okoliczności dostaje w swoje ręce książkę (a właściwie nadzwyczaj kompleksowe, nowatorskie, interaktywne urządzenie edukacyjne). Dzięki niemu zdobywa wiedzę i pewność siebie, przeżywając w bajkowym świecie przygody i rozwiązując szereg zagadek – coś w rodzaju zaawansowanego inteligentnego rolpleja. Znaczenie i waga tej gry są jednak większe, niż komukolwiek mogłoby się wydawać. Jest w tym wszystkim wątek kryminalny i szpiegowski, rozwijający się w stronę wielkiego spisku, od którego mogą zależeć losy świata.

Idea „książki w książce” brzmi ciekawie, jej wplecenie w większe epickie ramy jest na pierwszy rzut oka frapujące, a jednak fabularna warstwa powieści mocno kuleje. Wątki prowadzone są chaotycznie, niespójnie, rozłażą się lub urywają, a początkowe zachłyśnięcie światem ustępuje miejsca znużeniu. Momentami odnosiłam wrażenie, jakby kazano mi podziwiać egzotyczne bóstwa, których znaczenia nie rozumiem i które niewiele mnie obchodzą. Akcja siada wielokrotnie i ciągnie się jak wyżuta ze smaku guma. Ciekawy pomysł ze stylizacją na „wiktorianizm” w warstwie językowej, przez co miejscami mocno trąciło Dickensem, nie przysłużył się jednak napięciu. Efekt jest nużący, męczący, przegadany, a czytelnikowi nawet już nie chce się śledzić losów bohaterów.

Stephenson wielkim pisarzem jest?... Jest niewątpliwie wizjonerem, jest mistrzem słowa, detalu, człowiekiem o nieprawdopodobnej wyobraźni i wiedzy, ale „Diamentowy wiek” nie jest dziełem, któremu wystawia się pomniki. Jako wizja sprawdza się i porusza, to pewne, jednak czytelnik, ogłuszony i oślepiony jej rozmachem, zostaje na lodzie, niezaspokojony i lekko zdezorientowany. 



Pierwsze zdanie: "Dzwony świętego Marka uderzały zmiennym tonem, gdy Pączek podjechał na łyżworolkach pod salon fikacji, aby zmodernizować czaskolet."
Gdzie i kiedy: Ziemia, pod koniec dwudziestego pierwszego wieku
W dwóch słowach: rozbuchana i wizjonerska
Dla kogo: dla rozkochanych w cyberpunkowych detalach i zatwardziałych fanów Stephensona
Ciepło / zimno: 58°

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania "Eksplorując nieznane".

wtorek, 24 lipca 2012

Czytamy fantastykę! - ja przecież też!...




Przyłączam się do wyśmienitej i elitarnej (trzeba się trochę podbudować...) koalicji blogów, których autorzy czytają fantastykę i chętnie o niej piszą. Na blogu Czytamy fantastykę znajdziecie wszystkie szczegóły akcji.

A o co chodzi? Generalnie o to, by promować szeroko rozumianą literaturę fantastyczną, w szczególe zaś o stworzenie bazy recenzji książek z tego gatunku. Inicjatorki kuszą również konkursami, akcjami i dyskusjami.

Zapytana zaś o ulubione książki fantastyczne popadam w popłoch, bo jest tego trochę - począwszy od sagi wiedźmińskiej, poprzez całego Tolkiena,cudowną Ursulę Le Guin, magiczną Robin Hobb, z nowszych Patricka Rothfussa czy, wracając na rodzime podwórko, Grzędowicza i Kossakowską. Ale jest też i Zajdel, Dick, jest oczywiście Diuna, Łukjanienko - trudno wymieniać tu wszystkich, a jestem pewna, że i tak bym kogoś zapomniała.

O tych książkach pisałam już na blogu:

Jim Butcher cykl "Codex Alera" t. 1 "Elementare von Calderon"

Orson Scott Card "Tropiciel"

Erin Morgenstern "Nachtzirkus" (Night Circus) - a gdzie szczypta testosteronu?...

Cornelia Funke "Reckless. Kamienne ciało" - baśnie braci Grimm reloaded

Jakub Ćwiek "Kłamca" - zadatek na kultowego bohatera

Andrzej Sapkowski "Maladie i inne opowiadania" - kwintesencja sapkowatości z rodzynkami

Andrzej Ziemiański "Za progiem grobu" - zabij mnie i wskrześ...

Markus Heitz "Oneiros" - niewidzialni dla śmierci

Ben Aaronovitch "Die Flüsse von London" - czyli co jest ze mną nie tak

Catherynne M. Valente "Nieśmiertelny" - magiczne serce Rosji

Drew Magary "Nieśmiertelność zabije was wszystkich"

Marcin Mortka "Miasteczko Nonstead" - czy Polacy potrafią pisać horrory?

Maja Lidia Kossakowska "Grillbar Galaktyka"

Mira Grant "Feed. Viruszone" - nominacja do Hugo Award

Jacek Piekara "Ja, inkwizytor. Bicz Boży"

Ursula Poznanski "Erebos"

Terry Pratchett "Niuch" - czyli spraw jedli ości!

A o których napiszę? Lista jest nieskończona, ale w najbliższym czasie zamierzam przybliżyć Wam parę nazwisk niemieckiej fantasy, które po prostu trzeba znać, będzie też Abercrombie, Sanderson, Butcher, Bacigalupi, Scott Lynch i wielu wielu innych.

Wszystkich miłośników fantastyki zapraszam do przyłączenia się do koalicji, a dopiero węszących po tych rewirach do regularnego zaglądania!