Ads 468x60px

sobota, 27 października 2012

Robert McCammon "Magiczne lata" - czyli jak się nie zestarzeć

Wydawnictwo: Papierowy księżyc
Tytuł oryginału: Boy's Life
Tłumaczenie: Maria Grabska-Ryńska
Data premiery (II wydanie): maj 2012
Liczba stron: 648
Cena: 44,90 zł
Gawędziarski wstęp autora, niespektakularne osadzenie akcji gdzieś na amerykańskiej prowincji lat sześćdziesiątych, świat widziany oczami dwunastoletniego chłopca, niespiesznie, epizodycznie i potwornie rozwlekle poprowadzona narracja - nic nie wskazywało na to, że znajdę w tej książce coś dla siebie. A jednak obudziła we mnie coś, co drzemało skostniałe gdzieś głęboko pod skorupą cynizmu i "dorosłego" spojrzenia na świat, zgrubiałą od balastu powszednich trosk, setek złych książek i jeszcze większej ilości jeszcze gorszych filmów. 

Pozornie to tylko opowiastka o życiu chłopca. Pojawia się tu jakiś wątek kryminalny, scalający szereg następujących po sobie epizodycznych wydarzeń, opisanych z perspektywy naiwnego nieco, ale wrażliwego podrostka o wielkim sercu, znajdującego się w tym jedynym i niepowtarzalnym momencie życia, kiedy wszystko, ale to wszystko wydaje się możliwe: na granicy beztroskiego dzieciństwa i bezlitosnej, nieuniknionej dorosłości. Epizody te naładowane są mniejszym lub większym ładunkiem emocji i magii, i to takiej magii, że czytelnik do końca nie jest pewny, czy nie ma ona źródła właśnie w tym typowym dziecięcym sporzeniu na świat i braniu go takim, jaki jest, bez zastanawiania się nad tym, co możliwe, a co nie. 

Wątki fantastyczne mieszają się z realnymi - nie sposób ich oddzielić, zweryfikować, ocenić trzeźwym wzrokiem. Kiedy Cory w zalanym mętnymi wodami rzeki Bruton samotnie stawia czoła wiekowemu Staremu Mojżeszowi, nie wiemy do samego końca, czy pokonał upiora zrodzonego we własnej wybujałej fantazji, czy naprawdę zmusił rzeczne monstrum do odwrotu, dźgając go w gardziel kijem od szczotki. Kiedy pierwszego dnia wakacji wraz z grupką najlepszych kumpli udaje się za miasto, by dokonać inicjacji tego cudownego czasu i wzbija się w powietrze, by muskać stopami korony drzew i zostawić daleko za sobą miasteczko, chłoniemy symboliczną wymowę tej sceny, nie będąc pewni, czy skrzydła aby na pewno nie wyrosły tej bandzie smarkaczy... Magia wpleciona w życie chłopca jest subtelna, nienachalna, ale wszechobecna - i tak oczywista, że nikt nie śmie w nią wątpić, nawet czytelnik o najbardziej zaskorupiałym sercu. 

Ale wydarzenia, z którymi przyjdzie się zmierzyć chłopcu, to nie tylko wzniosłe i cudowne chwile szczęścia, wprawiające młodziutkie serce chłopca w szalony euforyczny rytm. Autor stopniowo odziera go z iluzji, ciągnie za sobą w świat dorosłych, w którym nie wszystko jest beztroskie, uczciwe i piękne. Przyjdzie mu zmierzyć się z obezwładniającą samotnością cherlawego Nemo, z bezbrzeżnym smutkiem śmierci, z bezsilnością wobec rasizmu i przemocy, ze wstydem wobec biernej postawy ojca. Każde z tych wydarzeń jest jak kolejny woreczek balastu, niepozwalający oderwać mu się od ziemi, jak stopniowe podcinanie skrzydeł, dzięki którym Cory wzbija się w powietrze. To o tym jest ta książka - o wchodzeniu w dorosłość i pozbywaniu się dziecięcych marzeń. A także o tym, jak nigdy się nie zestarzeć...

Bo okazuje się, że można. Przecież każdy z nas szybował kiedyś nad swoim osiedlem, mknął na czerwonym składaku Wigry II, walczył z potworami, uciekał przed Czarną Wołgą, popijał magiczną oranżadę o smaku, który nigdy nie wróci... Każdy ma gdzieś głęboko w sercu swoje małe, magiczne miasteczko, w każdym z nas drzemie beztroski dzieciak o nieskończonych możliwościach. Trzeba tylko nie pozwolić mu się zestarzeć...

Za cudowny powrót do zaczarowanego świata dzieciństwa i za kawał dobrze napisanej literatury daję "Magicznym latom" piątkę (5/5). 

piątek, 26 października 2012

Nowonarodzona

Fazę eksperymentów z szablonami blogowymi, mam nadzieję, zakończyłam. Mam dość pstrokacizny, łobrazecków i cudów-wianków. Poprzedni, metalowy szablon podobał mi się i wielu czytelnikom, ale nie u wszystkich pokazywały się śrubki, a mraziate tło sprawiało, że nie dało się czytać postów. Znalazłam więc skórkę prostą, skromną, bez udziwnień, ale posiadającą wszystkie te funkcje, na których mi zależało.

Czuję się jak nowonarodzona, mimo 50 tysięcy odsłon (!!!) i chciałabym pozostać w tej skórze dłużej. Mam nadzieję, że mnie taką zaakceptujecie!

środa, 24 października 2012

Mamut polski z wirtualnym ogonem


No wreszcie przyszła wczoraj paczka. Znowu rozbieranie mamuta, najrozkoszniejsza z wszelkich czynności. Dzielę się z Wami moimi nereczkami i jąderkami, choć ostatnio ktoś zamonitował, że najcenniejsza jest wątróbka. Więc oto moja wątróbka po polsku:



1. Sławomir Mrugowski. Strzygonia. Tom 1. Dziedzictwo krwi
Podobno przesycona słowiańskimi legendami świetna książka. Uśmiechała się do mnie od dawna.

2. Joanna Chmielewska Krwawa zemsta
Prawdziwy admirator kryminałów nie może przejść obojętnie wobec legendarnej postaci polskiej zbrodni. Wprawdzie moja znajomość dzieł Chmielewskiej zakończyła się gdzieś w okolicach Lesia, ale Krwawej zemsty sobie nie odmówię.

3. Krzysztof Kotowski. Kapłan t. 3. Czas czarnych luster
Wyczekiwany, wytęskniony, ostatni tom o Kapłanie. Może znajdę tu wreszcie rozwiązanie niektórych wątków, których tak mi brakowało w poprzednich częściach.

4. Orson Scott Card. Zaginione wrota
Wprawdzie nadal nie do końca rozumiem, czemu Scott Card rozpoczął dwa podobne cykle młodzieżowe naraz, ale wzięłam, bo to "mój" autor, w Niemczech ta pozycja nie wyszła, a w Polsce za pół roku pewnie już jej nie będzie w księgarniach...

5. Eleonora Ratkiewicz. Tae ekkejr!
6. Eleonora Ratkiewicz. Lare-i-t'ae
Podobno przegadane, bez akcji i w ogóle. Ale nazwisko tłumaczki (Ewa Białołęcka) i obietnica lingwistycznej ekwilibrystyki i wyrafinowanego humoru przekonały mnie do zakupu.


7. Tomasz Bochiński, Agnieszka Chodkowska-Gyurics. Pan Whicher w Warszawie
Bochiński wypłynął ostatnio rewelacyjnymi opowiadaniami praskimi, Agnieszka Chodkowska-Gyurics zwróciła moją uwagę znakomitym tłumaczeniem Rudazowa, kombinacja nietuzinkowa i frapująca: Sherlock Holmes w Warszawie!

8. Alexander Smith McCall. 44 Scotland Street
To pozycja, którą ZAWSZE chcę przeczytać i której ZAWSZE zapominam dodać do koszyka składając zamówienie na książki. Tym razem nie zapomniałam i jest... Bardzo się cieszę na lekturę.

9. Anna Kańtoch. Czarne
Tego akurat nie trzeba wyjaśniać. Tajemnicza, ambitna, intrygująca. Czekałam od dawna, wreszcie ją mam.


Mam jeszcze ogon. Ogon jest wirtualny, ponieważ został zamówiony z dostawą na adres warszawski, więc spożyty zostanie dopiero w święta. Zdjęć i listy nie zamieszczam, bo jest megadługa (16 pozycji...). Może po świętach.

Przy okazji nie odmówię sobie kąśliwej uwagi o bandyckich praktykach niektórych (a w zasadzie większości) księgarni wysyłkowych, liczących sobie za przesyłkę zagraniczną 20 złotych plus lichwiarskie 12 złotych od każdej pozycji dodatkowko (sic!!!), albo alternatywnie 120 złotych. Czy policzenie140 złotych za przesłanie dziesięciu książek do kraju unijnego to cena uzasadniona i uczciwa? Pominę to milczeniem...
  

poniedziałek, 22 października 2012

Kfiatki z wyszukiwarki


Źródło: Bildtankstelle.de

Rzucam dziś kolejną garść zdumiewających "kfiatków" z wyszukiwarki. Nie chodzi nawet o to, w jaki sposób gugiel pokierował poszukujących do mojego bloga, znacznie ciekawsza wydaje się kwestia, czego maluczcy w ogóle szukają w sieci. Patrzcie i ocierajcie oczy ze zdumienia (pisownia wszystkich kfiatków oryginalna):

wołanie grobu kieszonkowe

Domyślam się wprawdzie, że w przypadku mojego bloga chodzi jednak o książkę, tym niemniej wyobraźnia pracuje...

męcząca dziewczyna

Ta fraza nieco mnie, szczerze mówiąc, zaniepokoiła. Rozumiem, że nie każdemu muszą się podobać moje opinie o książkach, ale żeby tak od razu człowieka ostemplować...

laptop się rozładował - po niemiecku

Może podsycę stereotypowe wyobrażenia o produktach niemieckich, ale  po pierwsze: nawet najlepszy niemiecki laptop może się rozładować, a po drugie, taka zbitka naprawdę nie przystoi. Wszak to co niemieckie, to synomim solidności, trwałości i porządnego wykonania.

król Julian tak pprosto w mortadelle

???
Długo myślałam nad pokrętnością tego poszukiwania, ale nie przychodzi mi do głowy nic, po prostu nic. Może Wy mnie oświecicie?

wczoraj w Wołominie wydarzył się

Miło mi, że szukający niusów wpadają na moją stronę, ale chyba w tym wypadku nie mogę gwarantować za aktualność.

blogger xxl katastrofa

Mam nadzieję, że to nie jest zły omen. Wprawdzie zdarza mi się walczyć z szablonami na bloggera, ale jakoś na razie nie mam wrażenia, że to katastrofa w rozmiarze xxl.

ile kiełkuje cytryna

Doprawdy nie wiem. Pisałam kiedyś coś w rodzaju poradnika dla domorosłych hodowców cytrusów?...

męskie zgrabne tyłeczki

Miło popatrzeć, ale chyba jednak nie u mnie...

czego brak na świecie

Przyznam, że to pytanie spodobało mi się najbardziej - jest głębokie, filozoficzne, a nawet metafizyczne. Zastanawiam się tylko, czy poszukujący znalazł odpowiedź w moich skromnych progach...

czwartek, 18 października 2012

Ann Patchett "Fluss der Wunder" (Stan zdumienia) - czyli o cenie nieskończonej płodności


Wydawnictwo: Bloomsbury Berlin
Tytuł oryginału: State of Wonder
Tłumaczenie na niemiecki: Werner Löcher-Lawrence
Data premiery: 04.02.2012
Ilość stron: 384
Cena: 19,90 euro

Amazońska dżungla. Człowiek nie jest skonstruowany  do życia wśród milionów brzęczących, syczących, świszczących, grających, chrzęszczących i chrobotających owadów, których ukłucia i ugryzienia mogą zabić litościwie i natychmiast lub sadystycznie i powoli. A jednak człowiek dotarł i tam. Zadomowił się, zaadaptował, wtopił w nieskończoną obfitość żyjących form, wydając na świat dzieci zdawałoby się z tytanu, jedzące, co znajdą, spadające z drzew, pływające w mętnej rzece wraz z Bóg wie jakimi innymi stworzeniami. Niezwykły to ekosystem, wydający na świat formy tak rzadkie, jakby powstały w umyśle fantasty, który najadł się halucynogennych grzybków. Niebieskich grzybków, na przykład. Rosnących wyłącznie w tym jednym miejscu, pod drzewem, które nie występuje nigdzie indziej. Koegzystując z równie unikalnym gatunkiem ćmy, żywiącej się śliną kobiet, które od wieków gryzą i żują korę owego drzewa. 

Nie, nie streszczam kolejnej powieści fantasy. Grzybki, kora, kobiety z plemienia lakaczi - to wszystko jest jak najbardziej realną osią powieści "Stan zdumienia". I faktycznie, stan zdumienia nie opuszcza czytelnika ani na chwilę. Jeśli weźmiemy zaś niemiecki tytuł, "Rzeka cudów", to okaże się, że niemal na każdej stronie czeka na nas cud. Na przykład taki, że kobiety lakaczi są nieustannie w ciąży. Staruszki z wydętymi płodami brzuchami w tej społeczności to norma, ale dla koncernów farmaceutycznych cud niewystępującej menopauzy to wielka obietnica, Eldorado, perspektywa milionowych zysków, jeśli uda się znaleźć substancję, odpowiedzialną za ten osobliwy efekt. 

Nie jest to jedyna tajemnica, którą autorka wplata w swą książkę. Centralnym wątkiem jest zaginiony naukowiec, Anders Eckman, wysłany przez koncern na miejsce badań pośród tropikalnego lasu, by dowiedzieć się, jak posuwają się badania. Prowadząca je doktor Swenson, ekscentryczna i chłodna jak stal farmakolożka i ginekolożka od lat nie informuje bowiem sponsora swych badań o postępie prac. Anders z wyprawy już nie wraca, a jego żona otrzymuje lakoniczny list o śmierci naukowca. Jego śladem wyrusza kolejna pracownica koncernu, lekarka Marina Singh. Jej cel to wyjaśnienie tajemniczych okoliczności śmierci Andersa i wyjawienie prawdy o stanie badań nad cudownym specyfikiem zapewniającym wieczną płodność. 

Tyle ogólny zarys treści, mogący sugerować, iż "Stan zdumienia" to naukowy thriller osadzony w dość egzotycznej scenerii. Takie twierdzenie byłoby jednak karygodnym spłyceniem i strywializowaniem tej powieści. Zawiera ona o wiele więcej płaszczyzn, poziomów i pokładów, w których nawet najbardziej wymagajacy czytelnik znajdzie swoje małe, prywatne "ach!". Są tutaj mocne wątki antropologiczne, lingwistyczne, jest pasjonujące starcie dwóch kobiecych chartekterów, konfrontacja całkowicie odmiennych fundamentalnych podejść do nauki, jest pytanie o nieprzekraczalność granic poznania a także jego cenę, jest dramat głuchego chłopca z tubylczego plemienia kanibali, jest wreszcie metamorfoza narratorki, która pojechała do Amazonii inną osobą, by stać się kimś całkowicie innym. I jest magia. Nie tania jak świecidełka, ale głęboka i pierwotna jak amazońska rzeka pełna cudów. 

Jestem zaczarowana tą powieścią, w której spodziewałam się przygody rodem z filmów z Indianą Jonesem, a znalazłam przygodę intelektualną i emocjonalną. Spodziewałam się krotochwilnej lektury na wypełnienie paru jesiennych popołudni, a znalazłam literaturę na najwyższym poziomie, skłaniającą do refleksji i zapadającą w pamięć. Spodziewałam się podanej w formie strawnej papki egzotyki, otrzymałam powalający obraz unikalnego, magicznego i niebezpiecznego świata. Spodziewałam tanich efektów i pośledniej akcji, znalazłam wielką tajemnicę, paraliżujące momenty i wbijające w fotel zwroty fabuły. 

Znalazłam kandydatkę na książkę roku. Moja ocena: 5/5.

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Sardegny trójka pik w kategorii przygodowo-podróżniczej.


wtorek, 16 października 2012

Zygmunt Zeydler-Zborowski "Goryl z Wołomina" - czyli awaryjna machina czasu


Wydawnictwo: LTW
Data wydania: 29.06.2012
Liczba stron: 140
Cena: 20,20 zł

Jedne dzieci czytają "Kubusia Puchatka" albo, w wersji hardcorowej, "Wilki w ścianach", ja zaś z trudem przypominam sobie moje pierwsze lektury. Na pewno nie było wśród nich historii ulizanych lub puchatych, nie było klasycznych dziewczyńskich wzdychadeł, może jakaś klasyka? Tak, kołacze mi się po lepetynie "Zew krwi..." Hm. Czym skorupka za młodu i tak dalej... Faktem niezbitym jest, i TO pamiętam wyraźnie, jakby się wydarzyło ledwie wczoraj po południu: jako dziecko czytałam kryminały i kropka. Moja mama kupowała od czasu do czasu takie kieszonkowe wydania z bardzo dosłownymi okładkami, na których widniały umalowe szminką usta, nogi truposza, ochlapane krwią ostrze noża i inne tego typu smakowitości. Pamiętam Joe Alexa, Jerzego Edigeya, Kąkolewskiego (taki tytuł niesamowity nawet pamiętam: "Zbrodniarz, który ukradł zbrodnię" - ha! cóż za inwencja!), zagranicznie brzmiącą Barbarę Gordon, a nawet "Upiorny legat" Chmielewskiej. I ja te kryminały popołudniami, kiedy rodzicielstwo przebywało w pracy, podkradałam i czytałam namiętnie, taśmowo, czasem nawet dwa w jeden dzień. To były czasy! Przygoda, namiętności, zbrodnie... Czasem nawet akcja działa się nie w siermiężnym i burym Peerelu, a w egzotycznych sceneriach ZACHODU. 

Nie dziwota więc, że kiedy latem tego roku ukazał się kryminał z myszką Zygmunta Zeydlera-Zborowskiego o rozbrajającym tytule "Goryl z Wołomina", nie wahałam się długo i nabyłam ów skarb, pigułkę z zapomnianą i przykurzoną atmosferą tamtych lat, w nadziei, że lektura w czarodziejski sposób przeniesie mnie w przeszłość, w czasy obiektywnie rzecz biorąc ponure i nieciekawe, ale dla mnie wciąż słodkie niewinną dziecięcą słodyczą. 

I co, ciekawi jesteście pewnie, czy ów eksperyment z machiną czasu się udał?...Otóż okazał się sromotną i druzgocącą klęską. Litościwie nie będę rozwodzić się nad walorami tej minipowieści (sto czterdzieści stron - dziś nawet opowiadania są dłuższe). Pominę milczeniem nieporadności fabularne i naiwnostki, nie będę rozwodzić się nad kreacją bohaterów i głębią dialogów. Mogłabym podkreślić najwyżej jeden niezaprzeczalny plus: powieść, nawet ta jej szczątkowa, skromniusieńka forma, jest świadectwem czasu, który definitywnie i nieodwracalnie odszedł. Krucza, Świętokrzyska - te ulice są jeszcze, ale chyba jeszcze tylko z nazwy, a tamte lokale, kawiarnie, restauracje poznikały, nie ma ich, wyparowały jak japońskie miasta zmiecione bombą atomową, zostawiając po sobie niewyraźne odbicia na kartach śmiesznego, wzruszająco niezdarnego kryminału. Można pozbierać te kamyczki z drogi, która przyszła z przeszłości, ale nie zaprowadzi nas z powrotem. Można zadumać się nad nimi, szarymi, chropowatymi i brzydkimi, a potem odłożyć na półkę. A potem wrócić do przesyconych analizami DNA i dżipiesami nowoczesnych kryminałów, do wnikliwych portretów psychologicznych i zbrodni, o jakich Zeydlerowi-Zborowskiemu nawet się nie śniło. I zapomnieć o podróżach w czasie. Tamten czas, tamten smak, zapach i klimat istnieje już wyłącznie w moich wspomnieniach. I niech tam zostanie.

Książki nie oceniam, bo się wymyka wszelkim ocenom. 

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Sardegny trójka pik, w kategorii autor dzieciństwa. 



poniedziałek, 15 października 2012

Jutro premiera



Świetnie sprawiło się wydawnictwo i nie kazało nam długo czekać na drugą część cyklu kryminalnego o Dühnforcie. Jutro jego druga część znajdzie się w księgarniach. "W białej ciszy" to mocny kryminał, skonstruowany według klasycznych reguł suspensu. Komisarz liże rany po wydarzeniach minionego lata, nurzając się w poezji Baudelaire'a, oczy Giny nadal mają odcień gorzkiej czekolady, a czytelnik skonfrontowany zostanie z tajemnicą pewnej toksycznej rodziny... Zapraszam do przeczytania fragmentu książki na stronie wydawnictwa Initium.