Ads 468x60px

czwartek, 13 marca 2014

Samuel R. Delany "Gwiazda Imperium" - którędy do celu?...




Wydawnictwo: Phantom Press
Tytuł oryginału: Empire Star
Tłumaczenie: Marek Cieślik
Data wydania: 1992
Rok wydania oryginału: 1966
Liczba stron: 160
     
Bywa, że czytam biografie pisarzy i nie mogę się oprzeć wrażeniu, że rzeczywistość przerasta tworzoną przez nich fikcję. W Niemczech ukazała się właśnie rewelacyjna autobiografia Samuela R. Delany'ego, jednego z prekursorów s-f (choć to co pisał, miało niekiedy niewiele wspólnego z klasyką, a wiecej z prozą eksperymentalną) i przedstawiciela amerykańskiej new wave. Czarnoskóry syn przedsiębiorcy pogrzebowego, urodzony w 1942 w Harlemie, sporo namącił w literaturze fantastycznej, ale doceniany jest nie tylko w hermetycznym światku s-f. Jego twórczość ceniona jest za wysokie walory literackie, czego nie można powiedzieć o każdym pisarzu uprawiającym gatunek związany z fantastyką. Jego powieści często zrywają z klasycznymi konwencjami, Delany eksperymentuje i poszukuje nowych form, a w centrum jego zainteresowań stoją ważkie tematy takie jak tożsamość, rasa, seksualność, niewolnictwo, rasizm. Sporo w nich również rozważań lingwistyczno-filozoficznych o tym, jak język determinuje postrzeganie.

No dobra, dość tej encyklopedii, schodzimy na ziemię. Fascynujący twórca, frapująca twórczość. Więc czemu tak mało znany (również i przeze mnie?) Problem zapewne tkwi w dostępności jego dzieł. Delany zawsze był traktowany przez polskich wydawców trochę po macoszemu. No bo w sumie napisał sporo, a w Polsce ukazała się zaledwie garstka jego powieści. W latach dziewięćdziesiątych rozpieszczał nas Phantom Press (niesamowite wydawnictwo, ile oni wydali fantastyki!), ostatnio Solaris próbuje nadrabiać braki, wydając Babel-17 i Novę. Ale mówiąc o dostępności mam na myśli nie tylko fizyczną obecność na rynku jego książek, tylko pewną hermetyczność, sprawiającą, że nigdy nie będą one konsumowane przez szerokie masy.

"Gwiazda Imperium", jedna z pierwszych powieści Delany'ego, tylko pozornie posiada wszelkie atrybuty space-opery. Na satelicie Rhys w układzie Tau Centi ulega awarii statek kosmiczny. Jeden z obcych poleca tubylczemu chłopcu, przedstawicielowi humanoidalnej rasy, przekazać wiadomość Gwieździe Imperium. Chłopak imieniem Kometa Jo nie wie jednak, jaką wiadomość ma przekazać, i ma zaledwie mgliste wyobrażenie o tym, czym lub kim jest Gwiazda Imperium. Kometa Jo wyrusza w swoją misję, spotykając na swojej drodze plejadę wyjątkowo osobliwych i frapujących postaci (księżniczka San Severin, poeta Ni Taj Li, czy Wielgus, czyli Wszędobylski Wielodrożny Gawędziarz Uzdolniony Słowotwórczo). Jego odyseja to nie tylko linearny ciąg przygód, ale zapis metamorfozy osobowości. Kometa Jo w początkowej fazie podróży ma umysł rozdrożny, ale w trakcie swej misji rozwija się i staje się jaźnią parodrożną, a nawet wielodrożną. Zapytacie teraz, ki diabeł?... Określenia te, stanowiące element rozległej siatki neologizmów, spinającej tę powieść, dotyczą sposobu postrzegania rzeczywistości i są w oczywisty sposób wyznacznikiem inteligencji, czy też stopnia rozwoju umysłowego jednostki.

W powieści sporo jest tego typu smaczków, opartych na żartach i dygresjach słownych, neologizmach i humorze językowym, co starał się wyjaśnić w posłowiu tłumacz, przyznając jednocześnie, słusznie poniekąd, że spora część językowych niuansów siłą rzeczy zatraca się w tłumaczeniu. W tym momencie dochodzimy do problemu granic przetłumaczalności takich dzieł i kwestii ich dostępności dla czytelnika, nawet w przypadku gdy włada on tym samym językiem, co autor i czyta książkę w oryginale. Delany uwielbia bawić się słowem i kładzie mnóstwo tropów, dla których odkrycia wymagana jest nie tylko ogromna wiedza i znajomość kulturowych symboli i powiązań, ale i talent detektywistyczny. Zapewne tylko autor jeden wie, co jeszcze poukrywał w tym tekście.

Czy zatem "Gwiazda Imperium" jest wyłącznie żartem? Nie tylko. Jest również pewnym eksperymentem myślowym, którego uczestnikiem staje się czytelnik, zaskoczony zakończeniem i dopiero po fakcie uświadamiający sobie, w czym tak naprawdę brał udział. Zapewne cały sens i głębia tego eksperymentu dotarłaby do nas, gdybyśmy zgodnie z sugestią autora przeczytali tę książkę ponownie. I jeszcze raz... I jeszcze. Może nasze umysły również muszą ewoluować. Może właściwe clou dostrzegalne jest tylko dla umysłów wielodrożnych?...

Ta mentalna zabawa z czytelnikiem i poskąpienie efektów typowych dla zwyczajnych powieści z gatunku space opera sprawiają, że powieść sprawia wrażenie zdumiewająco świeżej. Nie zapominajmy, że powstała na początku lat sześćdziesiątych i w normalnym przypadku wejście do takiego antykwarycznego pomieszczenia, pełnego przykurzonych, staromodnych i śmiesznych atrybutów skończyłoby się kręceniem w nosie połączonym z atakiem kichania. Tutaj jednak ktoś zamontował gigantyczną ponadczasową klimatyzację. Pod tym względem książka się nie zestarzała. Fabularnie jednak wypada blado, i to nie ze względu na wyblakłe ze starości wyblakły. Początkowo jeszcze dość wyraźna linia narracyjna zaciera się coraz bardziej w długaśnych dialogach, a śledzenie zamysłów autora staje się czynnością przeraźliwie nudną. Żarty żartami, ale zabawnie jest wtedy, kiedy dane są przesłanki konieczne dla zrozumienia wicu. Bo bycie obiektem eksperymentu bawi tylko w ograniczony sposób.

Pierwsze zdanie: "Miał warkocz jasnych włosów sięgających mu do pasa; smukłe brązowe ciało, które - jak powiadali - przypominało ciało kota, gdy podczas Nowego Cyklu zwijał się sennie w kłębek w migotliwym świetle ogniska dozorcy pól; okarynę; czarne buty i czarne rękawice, dzięki którym mógł poruszać się po ścianach i sufitach; szare oczy, za duże przy jego małej twarzy o dzikich rysach; na lewej ręce - mosiężne pazury, którymi zabił dotąd trzy dzikie kepardy, po tym jak w czasie jego nowocyklowej warty przeczołgały się przez przerwę w elektrycznym ogrodzeniu (i którymi kiedyś w bójce z Billym Jamesem - przyjacielskiej popychance obróconej nagle w sprawę serio przez zbyt szybki i zbyt silny cios - zabił tamtego chłopca; ale stało się to dwa lata wcześniej, kiedy był szesnastolatkiem, i niechętnie o tym myślał)... (...)" 
Wybaczcie, że zamieszczam zaledwie część pierwszego zdania - ciągnie się ono jeszcze spory kawałek. Dał czadu, ten Delany.
Gdzie i kiedy: gdzieś w gwiazdach, w przyszłości
W dwóch słowach: chłopiec i pętla
Dla kogo: dla lubiących eksperymenty 
Ciepło / zimno: 59°

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania "Eksplorując nieznane"

wtorek, 11 marca 2014

Mamut wiosenny z ogromnym kałdunem



Zima w tym roku lekką nam była, to i nie dziwota, że mamuty po niej ani trochę nie wymizerowane, tylko spasione, szurające kałdunem po ziemi. Prezentuję Wam swojego, upolowanego niedawno: brzusio jak się patrzy, ogonek tłustawy, nereczki i jąderka pokaźne, łeb chudy, ale przecież nie można żreć samego sadła. A oto szczegóły anatomiczne:


Sedno, czyli jądro... a tam, jąderka są przecie gdzie indziej, to jest brzuszysko, czyli samara. I to dosłownie, bo każde z tych pioruńskich tomiszczy liczy sobie po tysiąc stron. Perwersja autorów, masochizm czytelnika. Pierwsze to najnowszy Dan Simmons, wydany przez MAGa, czyli Trupia otucha. Coś jakby horror z thrillerem, a ponieważ Simmonsa kupuję z klucza, złamałam się (dosłownie, bo pod ciężarem) i zakupiłam była. Jeśli się nie będę odzywać przez najbliższe dwa tygodnie, to znaczy, żem zeszła, przygnieciona ciężarem (chyba nie gatunkowym, ale nie wiadomo) lektury.
Druga część kałduna to najbardziej wyczekiwany thriller roku w Niemczech, czyli najnowszy Frank Schätzing i jego Breaking News. Schätzinga polscy czytelnicy mogli poznać w rewelacyjnym Odwecie oceanu, a w Niemczech niemal wszystko, co napisze ten autor, sprzedaje się jak świeże bułeczki. Po długim milczeniu wszyscy spodziewali się czegoś superanckiego. Zapowiedzi były dość karkołomne: coś tam o UFO w stefie Gazy, czyli kosmitach i konflikcie izraelsko-palestyńskim (hę?...). Nie wiem, jak to wybiglować i zrobić z tego coś strawnego, ale... nie z takich opresji wychodzili prawdziwi mistrzowie. Pierwsze recenzje są wprawdzie katastrofalne, ludziska psy wieszają, a ja uwielbiam takie coś. Znaczy, nie katastrofalne książki (najwyżej katastroficzne), tylko takie, które polaryzują. Z reguły takie woły opasłe kupuję na czytnik, ale w MAGu takowych nie uświadczysz, lubią się tam pastwić nad eterycznymi czytelniczkami, a Schätzing z bibioteki wzięty, bo mi było szkoda 25 euro.


Grzbiecik zgrabny i wypukły, czyli dziesięć zeszytów przygód Kajka i Kokosza. Dla Smoków, bo sobie zażyczyli, a ja dobra matka jestem.


Podroby, czyli jąderka i móżdżek po polsku. Zbigniew Zborowski (czyżby powinowaty?) i jego Nowy drapieżnik oraz Witold Jabłoński i Słowo i miecz. Obie kupiłam wyłącznie z Waszej winy, tfu, rekomendacji (przyznać się, kto mnie do tego namówił?!...) i biada Wam, jak będzie źle.


Ogonek i golonka, czyli można zrobić salceson. Pierwsza z nich to tytuł z małego, ale powoli urastającego do rangi mojego ulubionego niemieckiego wydawnictwa Golkonda. Geoff Ryman nie jest obcym nazwiskiem dla fanów fantastyki, nagradzany Nebulą, Clarkiem i czym tam się da. Ta książeczka zafrapowała mnie tytułem: Pol Pots wunderschöne Tochter (czyli Przepiękna córka Pol Pota). Podobno jest to fascynująca opowieść, tym bardziej smaczna, że autor ponoć często podróżuje do Kambodży. Nie wiem, czego się po tym spodziewać, ale na pewno będzie to coś łamiącego konwencje.
Środkowa książka to całkowita nowość Thomasa Finna, autora, który dał się poznać od dobrej strony na polu fantastycznym. Schwarze Tränen to współczesna i magiczna odsłona historii o Fauście. Podobno rewelacja. Jeśli okaże się rzeczywiście tak dobra, jak mi się wydaje, to może uda się ją wydać w Polsce.
I last but not least, najnowszy tom przygód komisarza Dühnforta, czyli Deiner Seele Grab. Świeżutka i pachnąca farbą i podobno też znakomita. Inge Löhnig z każdym tomem nabiera wirtuozerii, bardzo jestem ciekawa, co tym razem wymyśliła.


A teraz pora na rzecz szczególną, czyli szyjkę. Poprzednią książkę autora, ukrywającego się pod kryptonimem V. K. Ludewig, opisałam tutaj (oj, było zabawy, było). A autorowi tak się spodobało co napisałam, że z własnej i nieprzymuszonej woli przysłał mi kontynuację, czyli Oper der Phantome (a gucio, to wcale nie znaczy Upiór w operze, tylko Opera upiorów, ha!). Panu Ludewigowi i wydawnictwu dtv serdecznie dziękuję i przyznam, że jestem bardzo ciekawa treści.


I na koniec kolanko i łeb, czyli Petros Markaris i Arne Dahl. Pierwszy z tych panów, jak można się domyślać po nomeklaturze, jest Grekiem i pisze jadowite, rewelacyjne kryminały, osadzone w Grecji. Polecono mi ją w ramach przygotowania do wakacji (tak, lecimy do Grecji i TYM RAZEM naprawdę zamierzam wyjechać na wakacje, więc żadnych złamanych kręgosłupów, do qoorfy nędzy, bardzo proszę!), więc będę się wczuwać i nastawiać. Drugiego pana nikomu w Polsce przedstawiać nie trzeba, a ten jadowity tytuł Neid jest najnowszym jego dziełem, trzecią częścią nowego cyklu europejskiego (nowego, ale ze starymi bohaterami, więc jest jakby swojsko). Ten nowy cykl Dahla jest chyba lepszy, bardziej globalny, nowocześniejszy, straszniejszy i w ogóle "ejszy". Pierwszy tom był taki sobie, trzeci (ten jadowity) właśnie czytam i wkrótce zdam relację.

No i macie ochotę na konsumpcję mięsną zaprezentowanych u mnie zdobycznych podrobów i polędwiczek? Na co leci Wam ślinka?


piątek, 7 marca 2014

Między teraz a wiecznością...



Moja!!!...

Pod koniec kwietnia w Literackim Egmoncie w serii "Poza czasem" ukaże się powieść Marie Lucas "Między teraz a wiecznością" w moim przekładzie. To fajna wiadomość na koniec bardzo wyczerpującego tygodnia (Smok przebył drugą operację, tym razem wyplątano mu z kręgosłupa tytanowy kabel, którym trzy miesiące temu spięto kręgi szyjne. Cały tydzień kursowałam między kliniką a domem, w międzyczasie tłumacząc po 14 stron dziennie - nie pytajcie, jak to możliwe, moja doba była chyba z gumy), w dodatku zapowiada się megasłoneczny weekend i nawet się zastanawiam, czy nie uruchomić przypadkiem grilla...

Acha, słów parę o książce: jak wszystkie tytuły z serii Poza czasem, jest to powieść dla czytelników młodych, nastolatków lub młodych dorosłych, zawiera wątek fantastyczny i szczyptę miłości. Jest więc ona: Julia, dziewczyna po przejściach, trochę zagadkowa, trochę cyniczna, a tak naprawdę łaknąca akceptacji i miłości. Jest jeden on: Felix, jej chłopak, z gatunku "piękny, bogaty i lubiany". I drugi on: Niki, fascynujący, mroczny, z tajemnicą. Wszystkich, którzy już w tym miejscu mają jednoznaczne skojarzenia, zapewniam: to nie jest to, na co wygląda. To fajna opowieść o trudnościach wyboru, o konsekwencjach życia w kłamstwie, o odwadze bycia sobą i złamania przymusu grupy. I o miłości. I zmarłych. Powieść z lekką ironią i całkiem nielekkim dreszczykiem. Czytajcie!


niedziela, 2 marca 2014

Zegar tyka. Wszystkich. - O czasie i kalendarzach


Frank Melech. Flüchtig (Uciekając)
Uwielbiam kalendarze. Kupuję je namiętnie, obsesyjnie, kompulsywnie, ale bez gwarancji, że przeżyję wszystkie 365 dni. Tradycją stał się już kalendarz z wizjami Franka Melecha. Znacie?... Niesamowite, zaskakujące obrazy, powalające rozmachem i frapujące szczegółami, często rozbijające na drobne kawałeczki wyobrażenia o świecie i stawiające na głowie czas, wymiar, przestrzeń. Weźmy taki luty. Ogromna bryła zanurzona w lodowym turkusie. I stateczek. Tytuł: uciekając. Przed czym uciekałam w lutym?... Przed cieniem zimy, czającym się gdzieś niedaleko, ale zbyt płochliwym, by wyjść z ukrycia? Przed widmem zobowiązań, które na długie godziny przykuwały mnie do kornwalijskich skał i burzliwych uczuć papierowych bohaterek? Przed grozą wychowawczych rozterek, swym ogromem przytłaczających wszystko, cokolwiek człowiek wyobrażał sobie, biorąc po raz pierwszy na ręce noworodka o zasnutych mgiełką granatowych oczach?...
Frank Melech. Drehmoment (Moment obrotowy)
Jesteśmy niewolnikami wskazówek zegara, więźniami kalendarzy, gońcami kont bankowych. A jednak to kartki kalendarza pozwalają brnąć przez szarą masę czasu, pokonywać ogromy przyszłości, która poszatkowana na płatki o precyzyjnie przyciętej grubości, przestaje przerażać, staje się zjadliwa. Czas, przedsionek wieczności. Przystanąć, zatrzymać się, zapatrzyć w moment obrotowy życia. Melech wie, jak zatrzymać czas. I jak go przyspieszyć.

Morderca bez twarzy. H. Mankell. Strona z kalendarza Weingarten. Haväng, Szwecja.
Śmierć nie ma kalendarza. W tym roku znalazłam kalendarz, oswajający śmierć. Każdy miesiąc to inne miejsce zbrodni. Literackiej, żeby nie było makabry i bebechów. Co w marcu? Scena z Mankella, "Morderca bez twarzy". Skandynawska posępność w pigułce. I love it.

List w butelce. Jussi Adler-Olsen. Strona z kalendarza Weingarten. Wyspa Neuwerk, Hamburg.
A listopad? "List w butelce" Adler-Olsena. Zawiesić oko na horyzoncie, przenieść się na północ, wciągnąć w płuca słone powietrze. Zadumać się nad czasem. 

Można uregulować kalendarzem uczucia: uczucia na urodziny, uczucia na rocznicę tego czy tamtego, uczucia na święta. Trzeba je tylko mieć. Tak mówił Kurt Tucholsky. Ale co zrobić z nadmiarem uczuć? Czy je też moża wtłoczyć w sztywne ramy kalendarza?... Ujarzmić, okiełznać precyzją sztywnych ram?

Odmierzanie. Przemijanie. Przyglądanie się, jak ząb czasu kruszy wszystko, nie robiąc wyjątków. On też zostanie kiedyś wyrwany. Pod narkozą?...

piątek, 28 lutego 2014

Harry Harrison "Planeta śmierci" czyli historia pyrrusowego zwycięstwa




Wydawnictwo: Solaris
Tytuł oryginału: Deathworld
Tłumaczenie: Wacław Niepokólczycki
Data wydania: 17-01-2013 (rok premiery: 1960)
Liczba stron: 244
Cena: 29,99 zł


Nie ulega wątpliwości, że Harry Harrison zapisał się w historii fantastyki jako twórca nurtu barwnego, przygodowego, humorystycznego i lekkiego, zaś "Planeta śmierci", pierwsza powieść pisarza i pierwszy tom cyklu o Jasonie dinAlcie, całkowicie przystaje do tego schematu. Książka, napisana pół wieku temu, zestarzała się w oczywisty sposób pod względem opisywanej technologii, ale raczej nie antropologicznym.

Historia jest prosta i - jak na dzisiejsze standardy - banalna. Jason dinAlt, hazardzista obdarzony zdolnościami parapsychologicznymi, dostaje propozycję zagrania o naprawdę wielkie pieniądze. Oczywiście wygrywa, zaś zleceniodawca, przedstawiciel nieznanej planety Pyrrus, zgarnia większość puli i kupuje za nią gigantyczne zapasy śmiercionośnej broni - najlepszej, jaka jest dostępna na intergalaktycznym rynku. Zaintrygowany szuler postanawia odwiedzić tajemniczą planetę. Okazuje się, że opowieści Pyrrusanina nie są ani trochę przesadzone: planeta, jej żywioły i wszystko, co na niej żyje, zdają się mieć jeden tylko cel: natychmiastowe uśmiercenie każdego człowieka i zniszczenie niewielkiej, walczącej o przetrwanie kolonii.

Bystry Jason, jako człowiek z zewnątrz widzący pewne rzeczy w innym świetle niż rdzenni Pyrrusanie, prędko zaczyna jednak podejrzewać, że mordercze ataki fauny i flory nie są przypadkiem, a historia kolonii, zapomniana i nieistotna w obliczu nieustannej walki o przetrwanie, pozwala przypuszczać, że planeta nie od razu była tak niegościnnym i wrogim miejscem. Dlaczego zatem ten świat zwrócił się przeciwko człowiekowi i z nieugiętym uporem i śmiertelną konsekwencją dąży do jego eksterminacji, tworząc coraz to nowe, trujące, agresywne, mordujące formy życia? Odpowiedź na to pytanie staje się centralnym motywem misji Jasona.

"Planeta śmierci" powstała oczywiście, by bawić. Harrison sprawnie upraszcza co trzeba, ubarwia co się da, idzie na skróty tam, gdzie nuda i rozwlekłość są niewskazane, daje czadu z akcją i tempem narracji. Bohaterów wyposaża odpowiednio do misji, jakie mają wypełnić: ma się dziać, ma się dziać dużo i szybko, zaś wszelkie hamletowskie rozterki i rozdrapy są nie tylko niepotrzebne, ale i szkodliwe. Ale nie jest tak, że ta powieść jest wyłącznie powierzchwną i krotochwilną strzelanką. Frapujące są wątki, pokazujące, jak warunki bytowe determinują rozwój, a właściwie regresję społeczeństwa, redukując istnienie do elemementarnego przeżycia i eliminując wszelkie przejawy kultury. Sztuka, dziedzictwo kultury, historia, więzi społeczne - wszystko to staje się zbędnym kaprysem, płochą fraszką, niebezpiecznym balastem, zaś edukacja ogranicza się do wyćwiczenia zasad survivalu w ekstremalnych warunkach.

Warto zwrócić uwagę na nienachalne, ale obecne aspekty ekologiczne, przemycone pod płaszczykiem akcyjniaka. Początek lat sześćdziesiątych to narodziny ekologii społecznej, postulującej wizję harmonijnego współżycia człowieka z przyrodą i echa tych teorii pobrzmiewają i tutaj, ale oczywiście nie w pogadankowy, moralizatorski sposób. Harrison raczej rzuca pewną modną i aktualną tezę, ale nie rozpętuje żadnej burzy, ani nie prowokuje dyskusji. Zdumiewające jest jednak to, jak niewiele stracił na aktualności pokazany tu brak gotowości człowieka do opuszczenia utartych ścieżek. Zachowawczość i konserwa są immanentymi cechami człowieka i potrzeba wizjonerskich, łamiących schematy jednostek, by popychnąć ludzkość do przodu.

Pewną uciechę może sprawić śledzenie technologicznych anachronizmów, uroczych i komicznych z perspektywy pięćdziesięciu lat. Lekki zapaszek kulek na mole nie przeszkadza jednak w rozkoszowaniu się - hm, ciekawą po prostu - historią. Nie przeszkadza też brak rozmachu, schematyczność charakterów, kompaktowość, zupełnie nieprzystająca do dzisiejszych wymogów objętościowych. Tak się wtedy pisało, a spotkanie z tą lekko anachroniczną z jednej, ale i zaskakująco aktualną historią z drugiej strony u jednych wywoła łezkę nostalgii (wszak wielu z dzisiejszych konsumentów fantastyki wychowało się na Harrisonie), u innych tylko satysfakcję z miło spędzonych, bardzo rozrywkowych dwóch, trzech godzin. Zapewniam, lepsze to, niż jeden współczesny film.

Pierwsze zdanie: "Dało się słyszeć łagodne westchnienie pneumatycznego przewodu komunikacyjnjego i do małego korytka wypadła kapsułka."
Gdzie i kiedy: planeta Pyrrus, w przyszłości
W dwóch słowach: szybka i komiksowa
Dla kogo: dla nadrabiających zaległości w klasyce gatunku i tych, którzy chcą czegoś lekkiego w przerwie
Ciepło / zimno: 61°


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania "Eksplorując nieznane"

sobota, 22 lutego 2014

Simon R. Green "Nightside 1 - Die dunkle Seite der Nacht" - czyli fantastyczny Londyn noir




Wydawnictwo: Feder & Schwert
Tytuł oryginału: Something from the Nightside
Data premiery: 1.11.2006
Liczba stron: 201
Cena: 10,95 euro

Skrzyżowanie Marlowa z Harrym Dresdenem. Tak w skrócie można scharakteryzować postać głównego bohatera cyklu Nightside, którego pierwszą część połknęłam jednym kłem w paru wolnych chwilach. 

John Taylor, prywatny detektyw z bagażem osobliwych doświadczeń, wrażliwy na wdzięki postawnych blondyn i mający doskonałe rozeznanie w podziemnym światku Londynu, wyposażony jest we wszelkie znamiona szablonowego noir-detektywa. I kiedy w jego nędznym biurze, pełniącym jednocześnie rolę sypialni, kuchni i jadalni pojawia się przepiękna blondyna i prosi o pomoc w odnalezieniu zaginionej córki, miękkie serce Johna po prostu nie może inaczej, jak przyjąć zlecenie i wbrew własnym postanowieniom raz jeszcze udać się do Nightside, do mrocznych i znanych tylko wybranym zaułków Londynu, by niczym rycerz na białym koniu odszukać zaginioną dziewoję. John Taylor ma pewien szczególny dar. Potrafi znajdować rzeczy. I osoby. Nic się przed nim nie ukryje. 

Sam początek tak ocieka stereotypami, że właściwe można by się zabawić w odgadywanie kolejnych scen, ba, kolejne słów. Simon R. Green chyba jednak świadomie operuje kliszami, czerpiąc z obfitych zbiorów popkultury i skrupulatnie starając się nie pominąć niczego, co kiedykolwiek zrodziło się w chorych wyobraźniach mistrzów fantastyki i kryminału. Nightside bowiem jest kwartałem wąskich zaułków i uliczek w samym sercu miasta, dzielnicą nędzy i tanich czynszówek, prastarą i mroczniejszą od samej nocy kolebką wszelkiego zła. Wszystko, czego się kiedykolwiek baliście lub co nawiedziło was w najgorszych koszmarach, chadza tu sobie wolno, albo czeka na was w spelunach. W Nightside znajdziesz wszystko, chyba że to coś najpierw znajdzie ciebie. Wszystko jest tu intesywniejsze, większe, jaskrawsze. Jakby się przeszło z czarno-białego filmu w technikolor.

Okładka wydania polskiego 
I ten zlepiony ze zgranych kawałków świat robi apetyt na więcej. Jak smakowita przystawka przed obfitym posiłkiem. I jest to raczej horsd’œuvre, a nie chamska zagrycha. Bo prawdziwy smak tego świata jest trudno wyczuwalny, jest zaledwie obietnicą, zachętą, podnietą bez zaspokojenia. Autor w zarysach zaczął coś tutaj konstruować, kłaść podwaliny pod coś, co jak się domyślam, będzie rozwijać się z każdym tomem tego cyklu (na razie ukazało się dziesięć tomów i, jak mówiąc, dopiero od szóstego robi się naprawdę ciekawie). I tak właśnie rozumiem ten pierwszy tom: jako rozgrzewkę. W każdym innym przypadku lektura tego chudziutkiego tomu, zawierającego niezbyt odkrywczą opowieść o średnio poprowadzonej intrydze i takim sobie zakończeniu byłaby rozczarowująca. 

Apetyt na więcej groteski, perwersji i osobliwych wytworów chorej wyobraźni został rozbudzony... i nic poza tym. Jakoś na razie żadna z postaci nie wzbudziła we mnie większych emocji, nie chciało mi się ani kochać, ani nienawidzieć, a tylko dość obojętnie śledzić poczynania mężnego Johna Taylora. I od tego, co będzie dalej, zależy, czy będzie mi się chciało przebijać się dalej, czy odłożę kolejny tom z niesmakiem, ostempluję etykietką "słaba kopia Nigdziebądź", czy łaknąc więcej, rzucę się na kolejne przystaweczki. A może i główne danie. I deserek.
 


Pierwsze zdanie: "Nazywam się John Taylor."
Gdzie i kiedy: Mroczne podziemia Londynu, czyli Nightside, współcześnie
W dwóch słowach: detektyw i blondyna
Dla kogo: dla łaknących nieskomplikowanej rozrywki, miłośników mariażu kryminału i fantastyki
Ciepło / zimno: 53°

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania miejskiego u Viv (Krakowskie Czytanie).

niedziela, 16 lutego 2014

Sebastian Fitzek "Noah" czyli thriller z przesłaniem



Wydawnictwo: Bastei Lübbe (Lübbe Hardcover)
Tytuł oryginału: Noah
Data premiery: 20 grudnia 2013
Liczba stron: 560
Cena: 19,99 euro
Przyznam, że pierwsze sto stron najnowszego płodu autorstwa niemieckiego mistrza psychothrillera przeczytałam jak w transie. Zachwyt sprawił, że na bezdechu przewracałam wirtualne strony czytnika, próbując przeniknąć rozpoczętą wielowątkowo, dramatycznie i z przytupem intrygę. A przytup jest tym razem taki, że hej. Fitzek wyszedł bowiem poza zwykle ramy pisanych przez siebie pokręconych psychothrillerów i podjął próbę stworzenia thrillera globalnego, zamaszystego, ogarniającego zatroskanym okiem całą naszą dojoną do maksimum Ziemię. Miało być globalnie, dramatycznie i spiskowo. 

I nie da się ukryć, że koncept miał autor przedni. Wprowadza nas weń oczami Alicii, młodej matki żyjącej w slumsach Manili. Alicia gotuje kamienie na kolację dla siemioletniego syna, który jako jedyny żywiciel rodziny haruje na toksycznych wysypiskach śmieci, uprawiając swoisty recycling biedoty. Przy zwiotczałej i pustej piersi Alicii tkwi noworodek Noel, zbyt osłabiony z głodu, by ssać. Beznadzieja, nędza, obezwładniający brak perspektyw na jakąkolwiek poprawę dramatycznej sytuacji.

Jednocześnie w Berlinie towarzyszymy bezdomnemu mężczyźnie, cierpiącemu na amnezję. Noah, nazywany tak przez swego towarzysza ze względu na tajemniczy tatuaż na dłoni, nie pamięta kim jest, skąd się wziął na stacji metra i nie wie, dlaczego przypadkowy artykuł w znalezionej gazecie tak bardzo nim wstrząsa, wywołując z otchłani niepamięci pierwsze, mętne wspomnienia. W artykule tym poszukuje się nieznanego autora pewnego obrazu, który swą ekspresją przywodzi na myśl prace Rothki, obrazu, wartego zapewne miliony. Osoba, mogąca udzielić informacji o malarzu, proszona jest o kontakt pod nowojorskim numerem telefonu. Nagrodą jest milion dolarów. Kiedy Noah, wiedziony osobliwym impulsem, dzwoni do redakcji amerykańskiego dziennika, inicjuje szereg wydarzeń, które stawiają na głowie nie tylko jego świat, ale i przyszłość ludzkości. 

Powiem szczerze: pokochałam tę książkę za rozmach i bezkompromisowość, z jaką rozprawia się ze współczesną cywilizacją i stylem życia rozwiniętych społeczeństw dobrobytu i nadmiaru. Chylę czoła nie tylko przed refleksją na temat ceny naszego komfortu i czystego sumienia, ale i płomiennością głoszonych tutaj tez i bezkompromisowym piętnowaniem schizofernicznego systemu, w jakim żyjemy, choć zapewne niejeden cynik skwituje je pobłażliwym uśmiechem. Szanuję Fitzka za tę nieporadną trochę próbę ubrania w rozrywkowe szatki tematów ważkich i ważnych, najważniejszych chyba dla każdego myślącego i czującego człowieka. Posłowie, jakim okrasił swą powieść Fitzek, wiele wyjaśnia, sporo naświetla, jest zaangażowane, szczere, nieudawane, choć można zadać sobie pytanie, czy autor wybrał właściwe forum i formę dla prezentowania swych poglądów. 

Ale okazuje się, że nie wystarczy płomienny zapał i zaangażowanie, nie wystarczy wrzucić do kociołka wszystkich popularnych teorii spiskowych ostatnich dziesięcioleci, począwszy od konferencji Bilderberg, poprzez świńską grypę po "chemiczne ślady", podsypać wątkami nowej pułapki maltuzjańskiej, tezami Klubu Rzymskiego, wymazać jednemu bohaterowi pamięć, a innego postawić w sytuacji bez wyjścia. Trzeba jeszcze pamiętać o sumiennym nakreśleniu intrygi i unikaniu wpadek. Z tym Fitzek zwykle radzi sobie po mistrzowsku, kręci, pętli, kombinuje, by na koniec brawurowo znaleźć rozwiązanie, ocierające się wprawdzie o granice prawdopodobieństwa, ale akceptowalne. Tym razem miejscami czułam się jak w kiepskim amerykańskim filmie, w którym cud goni cud, bohater co dziesięć stron dziwnym trafem wyślizguje się ze szponów złych facetów, a na co dwudziestej przychodzi mu z pomocą niesamowity zbieg okoliczności albo anioł stróż skrzyżowany z Supermanem. Do tego dochodzi masa nieścisłości, logicznych błędów, niedoróbek, a i zdania się autorowi zdarzały, jakby napisał je nie doświadczony stylista, a uczeń gimnazjum, i to raczej taki, który nie jest orłem w pisaniu wypracowań. Odnoszę wrażenie, że gdyby autor i redaktor zainwestowali nieco czasu i wysiłku w dopieszczenie, dopracowanie, wypolerowanie i wycyzelowanie tego i owego, wyszedłby z tego znakomity, pierwszoligowy thriller. A tak, wyszło rozczarowująco. 

Mimo wszystko lektury nie żałuję. Niech szydzą besserwiserzy, prześmiewcy i cynicy. Niech się uśmiechają z politowaniem. Niech nadal obojętnie patrzą na zarzynanie matki Ziemi dla profitu i komfortu grupki uprzywilejowanych. Ale może lektura tego rozrywkowego, może powierzchownego i naiwnego thrillera pobudzi kogoś do myślenia, nakłoni do refleksji nad sobą samym i swoim miejscem w świecie. I nad tym, co po nas zostanie. Bo, jak cytuje autor w posłowiu: "pesymizm w głowie nie wyklucza optymizmu woli". 


Pierwsze zdanie: "Alicię obudziła cisza."
Gdzie i kiedy: Berlin, Rzym, Amsterdam, Manila, współcześnie 
W dwóch słowach: amnezja i wirus
Dla kogo: dla wielbicieli teorii spiskowych, szybkich, obrazkowych thrillerów i czytelników zatroskanych przyszłością Ziemi
Ciepło / zimno: 58°