Ads 468x60px

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science fiction. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 stycznia 2017

Cixin Liu "Die drei Sonnen" (The Three-Body Problem) - czyli jak zdradzić ludzkość (i czemu to robić)



Wydawnictwo: Heyne
Tytuł oryginału: 三部曲《三体》
Tłumaczenie z chińskiego na niemiecki: Martina Hasse
Data wydania 12.12.2016
Liczba stron: 587
Cena: € 14,99 
Pierwszą przeczytaną przeze mnie w tym roku książką jest rzecz dość egzotyczna (nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałam coś chińskiego autora), która w dodatku okazała się małą sensacją. "The Three-Body Problem" zafascynowała Baracka Obamę i Marka Zuckerberga, narobiła szumu na światowych rynkach wydawniczych, zdobyła Nagrodę Hugo i w ciągu tygodnia od wydania w Niemczech wspięła się na prestiżową listę bestsellerów Spiegla, co już samo w sobie jest niezwykłe, zważywszy, iż mamy do czynienia z literaturą science fiction, przez wielu nadal traktowaną pobłażliwie i niszowo. 

Wszystkich, którzy w tym momencie odwrócą się od tej notki z niechęcią, bo "czegoś takiego" nie czytają, pragnę zapewnić, że spore fragmenty tej powieści mają więcej wspólnego z historią niż futurologią, a jej niezwykły setting jest na tyle atrakcyjny, że może stanowić satysfakcjonującą lekturę nawet dla tych, którzy zazwyczaj o statkach kosmicznych, bitwach na laserowe miecze itepe nie czytają. Zarazem muszę też ostrzec, że jeśli ktoś chciałby mimo wszystko zmierzyć się z tym wyzwaniem, powinien posiadać choćby rudymentarną wiedzę z dziedziny fizyki, a nawet matematyki, a przynajmniej cień gotowości, by tejże liznąć (śmiałkowie zaś będą mogli nie tylko polizać, ale i obeżreć się do syta, gdyż w książce zawarto właściwie małe wprowadzenie do fizyki kwantowej). 

Ci, którzy gdzieś na okładce czy w omówieniach wyczytali, że chodzić tu będzie o historię o pierwszym kontakcie z pozaziemską cywilizacją, dość długo poczekają na pierwszą wzmiankę o Obcych. Opowieść zaczyna się bowiem całkiem niesajensfikszynowo, w Chinach, w okresie szalejącego brutalnie terroru rewolucji kulturalnej. Astrofizyczka Ye Wenije staje się świadkiem zakatowania na śmierć własnego ojca, również naukowca, zadenucjowanego przez zagorzałych partyjnych funkcjonariuszy. Sama też staje się ofiarą czystki, choć o włos unika śmierci. Skazana na banicję, trafia do tajnej bazy militarnej, w której prowadzi się nasłuch wrogich wywiadów. Już sama droga, jaką Ye pokonuje, by z dotkniętej sankcjami i zdegradowanej badaczki zostać zdrajczynią ludzkości i przywódczynią przypominającą sektę organizacji, jest fascynująca, ale Liu wymaga od czytelnika (i daje mu) znacznie więcej. 

Wymaga przede wszystkim refleksji. O kondycji ludzkiej cywilizacji w ogóle, o granicach nauki, o samotności, o rozczarowaniu, zdradzie i woli walki, która rodzi się, choć nie ma nawet najmniejszej szansy na zwycięstwo. Wymaga też myślenia. Prawdziwego wysiłku intelektu, użycia maksymalnego potencjału umysłu i wyobraźni, by przełamać ograniczenia znanych nam wymiarów. Chce również, byśmy zagłębili się w wykreowany świat pewnej fabularnej gry, której jedynym celem jest rozwiązanie znanego problemu trzech ciał, nad którym głowili się matematycy i znawcy mechaniki klasycznej. 

A wszystko to podaje z różnych perspektyw czasowych i osobowych; Ye Wenije jest tylko jedną z narratorek, swoją historię snuje również fizyk i specjalista od nanotechnologii Wang Miao, a także sami Obcy. Liu to cofa się w przeszłość, to wybiega dalego w przyszłość, to prowadzi do fikcyjnego świata gry, a czytelnik pojmuje coraz więcej z ogromu nieprawdopodobnego dylematu bohaterki i tragedii całej ludzkości. 

Czyli co, rewelacja? Nie do końca. To nie jest książka, którą połyka się w jeden weekend. Jeśli naprawdę chce zrozumieć się pewne przedstawione tutaj zagadnienia, a nie tylko prześliznąć się po ich powierzchni, może okazać się konieczne powracanie do niektórych fragmentów, czytanie ich raz po raz, brnięcie przez długie strony teoretycznych dywagacji, co nie każdemu się spodoba. Trud ten zostanie wynagrodzony efektem "aha!", ale jest to trud niemały. I jest coś jeszcze, co mnie tu uwierało: antropozofizacja obcych. Jak każdy myślący człowiek i miłośnik fantastyki w szczególności, wyobrażam sobie pozaziemską cywilizację jako coś, czego... właśnie nie można sobie wyobrazić. Obcość Obcych musi być nieogarnięta, tak bardzo niespójna z ludzkim postrzeganiem świata, z naturą człowieka, jego kulturą, nie mówiąc o języku, że nie sposób szukać tu zbieżności z tym, co znamy i rozumiemy. Tymczasem Liu przedstawia Obcych jako nieco bardziej rozwiniętą, trochę inną wersję nas (choć nigdzie nie znajdziemy ich opisu). Fragmenty, w których opisuje ich reakcję na odkrycie Terrestrian, czyli nas, ich rozmowy (!), łącznie z typowo humanoidalną komunikacją nonwerbalną, ich emocje, wydały mi się nieco naiwne. 

"The Three-Body Problem" raczej nie jest kamieniem milowym literatury fantastycznej, choć niewątpliwie jest dziełkiem frapującym, wartym lektury. Tym bardziej więc cieszy informacja, że Rebis planuje wydanie powieści w tym roku. A tak w ogóle, to jest to pierwsza część trylogii. I dobrze. 

Pierwsze zdanie: "Atak Czerwonego Zjednoczenia na kwaterę główną Kompanii 28 Kwietnia trwał od dwóch dni."*
Gdzie i kiedy: Chiny i planeta Trisolaris, od 1967 roku do dziś 
W dwóch słowach: jesteście robactwem
Dla kogo: dla fizyków i astronomów, dla rozczarowanych ludzką cywilizacją i fanów inteligentnej literatury
Ciepło / zimno: 85°
* Przekład mój na podstawie przekładu niemieckiego 

piątek, 28 lutego 2014

Harry Harrison "Planeta śmierci" czyli historia pyrrusowego zwycięstwa




Wydawnictwo: Solaris
Tytuł oryginału: Deathworld
Tłumaczenie: Wacław Niepokólczycki
Data wydania: 17-01-2013 (rok premiery: 1960)
Liczba stron: 244
Cena: 29,99 zł


Nie ulega wątpliwości, że Harry Harrison zapisał się w historii fantastyki jako twórca nurtu barwnego, przygodowego, humorystycznego i lekkiego, zaś "Planeta śmierci", pierwsza powieść pisarza i pierwszy tom cyklu o Jasonie dinAlcie, całkowicie przystaje do tego schematu. Książka, napisana pół wieku temu, zestarzała się w oczywisty sposób pod względem opisywanej technologii, ale raczej nie antropologicznym.

Historia jest prosta i - jak na dzisiejsze standardy - banalna. Jason dinAlt, hazardzista obdarzony zdolnościami parapsychologicznymi, dostaje propozycję zagrania o naprawdę wielkie pieniądze. Oczywiście wygrywa, zaś zleceniodawca, przedstawiciel nieznanej planety Pyrrus, zgarnia większość puli i kupuje za nią gigantyczne zapasy śmiercionośnej broni - najlepszej, jaka jest dostępna na intergalaktycznym rynku. Zaintrygowany szuler postanawia odwiedzić tajemniczą planetę. Okazuje się, że opowieści Pyrrusanina nie są ani trochę przesadzone: planeta, jej żywioły i wszystko, co na niej żyje, zdają się mieć jeden tylko cel: natychmiastowe uśmiercenie każdego człowieka i zniszczenie niewielkiej, walczącej o przetrwanie kolonii.

Bystry Jason, jako człowiek z zewnątrz widzący pewne rzeczy w innym świetle niż rdzenni Pyrrusanie, prędko zaczyna jednak podejrzewać, że mordercze ataki fauny i flory nie są przypadkiem, a historia kolonii, zapomniana i nieistotna w obliczu nieustannej walki o przetrwanie, pozwala przypuszczać, że planeta nie od razu była tak niegościnnym i wrogim miejscem. Dlaczego zatem ten świat zwrócił się przeciwko człowiekowi i z nieugiętym uporem i śmiertelną konsekwencją dąży do jego eksterminacji, tworząc coraz to nowe, trujące, agresywne, mordujące formy życia? Odpowiedź na to pytanie staje się centralnym motywem misji Jasona.

"Planeta śmierci" powstała oczywiście, by bawić. Harrison sprawnie upraszcza co trzeba, ubarwia co się da, idzie na skróty tam, gdzie nuda i rozwlekłość są niewskazane, daje czadu z akcją i tempem narracji. Bohaterów wyposaża odpowiednio do misji, jakie mają wypełnić: ma się dziać, ma się dziać dużo i szybko, zaś wszelkie hamletowskie rozterki i rozdrapy są nie tylko niepotrzebne, ale i szkodliwe. Ale nie jest tak, że ta powieść jest wyłącznie powierzchwną i krotochwilną strzelanką. Frapujące są wątki, pokazujące, jak warunki bytowe determinują rozwój, a właściwie regresję społeczeństwa, redukując istnienie do elemementarnego przeżycia i eliminując wszelkie przejawy kultury. Sztuka, dziedzictwo kultury, historia, więzi społeczne - wszystko to staje się zbędnym kaprysem, płochą fraszką, niebezpiecznym balastem, zaś edukacja ogranicza się do wyćwiczenia zasad survivalu w ekstremalnych warunkach.

Warto zwrócić uwagę na nienachalne, ale obecne aspekty ekologiczne, przemycone pod płaszczykiem akcyjniaka. Początek lat sześćdziesiątych to narodziny ekologii społecznej, postulującej wizję harmonijnego współżycia człowieka z przyrodą i echa tych teorii pobrzmiewają i tutaj, ale oczywiście nie w pogadankowy, moralizatorski sposób. Harrison raczej rzuca pewną modną i aktualną tezę, ale nie rozpętuje żadnej burzy, ani nie prowokuje dyskusji. Zdumiewające jest jednak to, jak niewiele stracił na aktualności pokazany tu brak gotowości człowieka do opuszczenia utartych ścieżek. Zachowawczość i konserwa są immanentymi cechami człowieka i potrzeba wizjonerskich, łamiących schematy jednostek, by popychnąć ludzkość do przodu.

Pewną uciechę może sprawić śledzenie technologicznych anachronizmów, uroczych i komicznych z perspektywy pięćdziesięciu lat. Lekki zapaszek kulek na mole nie przeszkadza jednak w rozkoszowaniu się - hm, ciekawą po prostu - historią. Nie przeszkadza też brak rozmachu, schematyczność charakterów, kompaktowość, zupełnie nieprzystająca do dzisiejszych wymogów objętościowych. Tak się wtedy pisało, a spotkanie z tą lekko anachroniczną z jednej, ale i zaskakująco aktualną historią z drugiej strony u jednych wywoła łezkę nostalgii (wszak wielu z dzisiejszych konsumentów fantastyki wychowało się na Harrisonie), u innych tylko satysfakcję z miło spędzonych, bardzo rozrywkowych dwóch, trzech godzin. Zapewniam, lepsze to, niż jeden współczesny film.

Pierwsze zdanie: "Dało się słyszeć łagodne westchnienie pneumatycznego przewodu komunikacyjnjego i do małego korytka wypadła kapsułka."
Gdzie i kiedy: planeta Pyrrus, w przyszłości
W dwóch słowach: szybka i komiksowa
Dla kogo: dla nadrabiających zaległości w klasyce gatunku i tych, którzy chcą czegoś lekkiego w przerwie
Ciepło / zimno: 61°


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania "Eksplorując nieznane"

niedziela, 13 stycznia 2013

Andreas Brandhorst "Kinder der Ewigkeit" (Dzieci wieczności) - nieśmiertelność. A co potem?



Wydawnictwo: Heyne
Data premiery: 01.03.2010
Ilość stron: 688
Cena e-booka: 8,99 €
Cena wydania papierowego: 15,00 €
No dobra, zdaję sobie sprawę, że większość z Was, widząc, o jaką książkę tutaj chodzi, odwróci się obojętnie, a może nawet ze wstrętem. Niemiecki autor (fuj!), w dodatku piszący w gatunku fantastycznym (większość twierdzi, że nie lubi), mało tego, nie katujący na śmierć tematu wampirów lub przynajmniej słodkich elfów, tylko uprawiający egzotyczne, wymierające SAJĘS FIKSZYN (błe!). 

Czasem jednak warto zatrzymać się na tematach mniej popularnych (pal licho ilość wejść), by oddać hołd inności i niszowości (pewnie większość zacnych pisarzy s-f, którzy opuścili już ten ziemski padół, na słowo "niszowość" w kontekście fantastyki naukowej, przewraca się teraz w grobie z oburzenia, ale czyż nie jest tak, że - sądząc po ilości ukazujących się pozycji - gatunek ten, jeśli nie wymiera, to wyraźnie popadł w niełaskę czytelników i wydawców?). 

Andreas Brandhorst nie jest nikim anonimowym, można śmiało powiedzieć, że jest uznaną wielkością w pewnych kręgach, mało tego, nawet nieobeznani z fandomem zbledliby, słysząc, że z pisania fantastyki da się TAK żyć. Brandhorst wyrobił sobie markę jak tłumacz (a jak!), głównie dzieł Pratchetta ze Świata Dysku, ale również Iaina Banksa. Pisze też sam, pisze sporo, i - jak się zdążyłam przekonać po moim pierwszym rendez-vous z nim, pisze nieźle.

A przyznam, że podchodziłam do tej powieści pełna obaw. Obaw, że będę musiała przedzierać się przez wyeksploatowane wątki, zmagać z przyciężkawym stylem, topornymi portretami psychologicznymi, ograną fabułą - wszystkim tym, co stanowi fundament uprzedzeń większości czytelników wobec słowa pisanego pochodzącego zza Odry (szczerze, przyznajcie się, nie jesteście przypadkiem uprzedzeni co do niemieckich twórców beletrystyki?...). 

Obawy te okazały się całkowicie pozbawione podstaw. "Dzieci wieczności" okazały się lekturą frapującą, wciągającą, inteligentną i dobrze napisaną. Krótko o treści: rzecz dzieje się w dalekiej przyszłości. Po wielu tysiącleciach ludzkość opanowała podróże miedzygwiezdne, zrewolucjonizowała społeczne struktury, dokonała niesamowitego skoku względem rozwoju nanotechnologii, genetyki, a nawet, dzięki rzeczonym poradziła sobie z problemem śmiertelności. Wieczne życie nie jest jednak dostępne dla wszystkich, a jedynie dla najbardziej zasłużonych dla ogółu jednostek, które dzięki zaangażowaniu i pracy stać na przejście siedmiu etapów terapii, gwarantującej nieśmiertelność. Pracy? Owszem, pracy - w nowoczesnym społeczeństwie, w którym nikt pracować nie musi, jest to czynność dobrowolnej i niemal wyłącznie poświęcona badaniom naukowym, pozwalająca na uzyskanie ilości meritów (czegoś w rodzaju waluty) wystarczającej na terapię. Esebian, jeden z głównych bohaterów powieści, jest Konsulem - od nieśmiertelności dzielą go już tylko dwa etapy terapii i pięć tysięcy meritów - zarabia na wieczne życie w nieco odmienny od ogółu sposób. Jest płatnym mordercą. Właściwie byłym mordercą, bowiem od jakiegoś czasu usiłuje ułożyć sobie życie w legalny i zacny sposób, żałując obranej niegdyś w przeszłości ścieżki. I zamiar ten zapewne byłby się udał, gdyby nie nagłe zlecenie, które, gdyby się powiodło, zapewniłoby mu przeskok przez dwa ostatnie etapy ku wiecznemu życiu. Zlecenie, polegające na... zamordowaniu jednego z nieśmiertelnych, dostojnego El'Kalentara, członka wielkiego Dyrektoriatu, najmożniejszego z możnych.

Ten niemal kryminalny wątek nadaje książce tempa, ale jest zaledwie początkiem, jedną z nici, wokół których osnuto całą, pełną rozmachu, opowieść. Dość wspomnieć, że do morderstwa dochodzi, a Esebian staje się najbardziej poszukiwaną osobą we wszechświecie, ściganą przez cały aparat galaktycznych sił z pewnym prefektem na czele. Już wkrótce okazuje się, że morderstwo nie było morderstwem, zabójca sam staje się ofiarą, a obaj - ścigany i ścigający - wpadają na trop spisku, od którego zależeć będzie los ludzkości. I, zgodnie z teorią motyla, o tym losie zadecyduje jedna decyzja jednostki.

Zafascynowała mnie ta wizja przyszłości, zamaszysta, przemyślana, konsekwentna. Brandhorst potrafi zmajstrować z wielu występujących już w literaturze wątków (artefakty zaginionych cywilizacji, sztyczna inteligencja, wielość osobowości zamkniętych w jednym umyśle, kastowy układ społeczeństwa, tunele czasoprzestrzenne, skazy geneteczne, wykluczające niektóre jednostki z dobrodziejstw nieśmiertelności) spójną, porywającą koncepcję świata, którą odsłania niespiesznie, acz konsekwentnie, ukazując cały przepych, głębię, mnogość detali i przemyślane, doskonale uzupełniające się elementy. Im dalej zaś wchodzimy w ten futurystyczny wymiar, tym więcej nasuwa się pytań natury filozoficznej. O sens dążenia do nieśmiertelności. O granice rozwoju człowieka. O możliwości jego psychiki. I możliwości oraz ograniczenia gatunku ludzkiego jako takiego. 

Powieść nie należy do najłatwiejszych (mimo sensacyjnych wątków, które jak najbardziej popychają akcję naprzód), autor nie podaje na tacy wszystkich rozwiązań, wiele faktów staje się jasnych dopiero w miarę czytania, czasami mogą plątać się nam wszystkie te filigrany, teleporty, magistry i varioformy. Ale Brandhorst dopracował swoją koncepcję świata do tego stopnia, że niewykluczone, iż do niego powróci. Podejrzewam, że powrócę i ja. Bo cokolwiek sądzicie na ten temat, Niemcy potrafią pisać fantastykę. 


Pierwsze zdanie: "Esebian, wróciwszy do swego domu położonego nad jeziorami eksperymentalnymi Angaru, od razu wyczuł, że coś jest nie tak."
Gdzie i kiedy: nasza galaktyka, w odległej przyszłości
W dwóch słowach: inteligencja i rozmach
Dla kogo: dla wyrobionych fanów s-f i osób o nieograniczonych horyzontach wyobraźni
                       Ciepło / zimno: 77°

wtorek, 20 listopada 2012

Peter Watts "Abgrund" (Rozgwiazda) - otchłań z drugim dnem



Wydawnictwo: Heyne
Tytuł oryginału: StarfishTrylogia ryfterów
Wydanie polskie: Rozgwiazda, Ars Machina, 2011
Ilość stron: 496
Cena: 8,95 euro
Data premiery: 05.05.2008

Polskie wydanie 
Żeby zmierzyć się z obcością, czasem wcale nie trzeba ruszać w stronę odległych i miliony lat świetlnych galaktyk. Świat niezbadany i bardziej obcy ludzkiej naturze, nikt ktokolwiek mógłby sobie wyobrazić, znajduje się wcale nie tak daleko, na rodzimej planecie człowieka. 

I z tą rodzimą obcością skonfrontował czytelnika Peter Watts, autor okrzyczanej i nagradzanej powieści "Ślepowidzenie". Chronologicznie "Trylogia ryfterów" powstała dużo wcześniej, zaś "Rozgwiazda" jest debiutanckim dziełem Wattsa, który z wykształcenia jest doktorem biologii morskiej. W przypadku pisarzy uprawiających science fiction pożądane jest, żeby mieli niejakie pojęcie o tym, o czym piszą. W pewnym stopniu muszą się wszak zabawić w Pana Boga, a przynajmniej podjąć próbę aktu tworzenia, ze wszystkimi jego fizycznymi, biologicznymi i antropologicznymi konsekwencjami i niekonsekwencjami włącznie. Watts w tym względzie nie rozczarowuje. Pisze o tym, na czym zna się najlepiej - o oceanach. A w zasadzie o tym, co się czai w jego najmroczniejszych głębinach. 

Nie o morskich potworach jest jednak ta książka, a o ludziach, rzuconych w najbardziej wrogie im środowisko: 3000 tysięcy metrów pod powierzchnią oceanu, tuż nad krawędzią rowu tektonicznego, czyli ryftu. Niezaspokojony głód energii sprawił bowiem, że ludzkość zmuszona została poszukać alternatywnych źródeł i skoncentrowała się na energii geotermalnej. "Wtyczkę" postanowiono wetknąć bezpośrednio do kontaktu, czyli w miejscach, gdzie na skutek nieustannych tarć płyt tektonicznych Ziemia buzuje czystą energią. Do obsługi gigantycznych generatorów w otchłań posłani zostają odrobinę zmodyfikowani ludzie. Ich płuca zastąpił zaawansowany moduł  techniczny, dzięki któremu homo sapiens porusza się w nieprzyjaznym wodnym środowisku pod naciskiem wielu atmosfer jak ryba w wodzie. 

Absurd, powie może ktoś, kto ma pojęcie o nurkowaniu. Zapewniam Was, że Watts znajdzie argumenty, by przekonać najbardziej zatwardziałego niedowiarka. To fantastyka naukowa, ale z naciskiem na to drugie słowo. Osoby, jak diabeł święconej wody unikające w literarurze wszelkich dywagacji naukowych, nie muszą się jednak obawiać - nawet taki ignorant jak ja jest w stanie podążyć za technicznymi i fizycznymi wywodami autora. Tym bardziej, że to nie otoczka naukowa jest, nomen omen, sednem tej opowieści. Te pozostają subtelnym, acz wybitnie realistycznym tłem. Na pierwszy plan wysuwa się przede wszystkim tłamsząca, klaustrofobiczna atmosfera rodem z najlepszych horrorów. Większość scen tej powieści rozgrywa się pod wodą, bezpośrednio w odmętach oceanu lub w spartańskich, nagich pomieszczeniach stacji Beebe, zasiedlanej przez garstkę wybrańców, choć może właściwszym słowem byłoby: skazańców. To nie elita zesłana zostaje do obsługi podmorskiej aparatury, choć owszem, pracowników stacji wybrano w starannym procesie selekcji. To wykolejeńcy, osobnicy o potłuczonych duszach, którzy wykształcili na skutek kolei losów jedną, bardzo przydatną w odmiennym środowisku cechę: owi "wybrańcy" potrafią się adaptować do otaczających warunków. I należą do nich w jednakowym stopniu pedofil, jak i kobieta, od dziecka będąca wyłącznie ofiarą kolejnych gwałcicieli i dręczycieli. Nietrudno się domyślić, że mroczne zakamarki psychiki bohaterów doskonale stapiają się z ciemnością morskiej otchłani.

Watts wykorzystał ciasną i hermetyczną przestrzeń stacji do nakreślenia ciekawych mechanizmów działających w zamkniętych społecznościach. Korelacje między członkami załogi są chłodne, subtelne, pełne ukrytych podtekstów, sugerujących, że za tym wszystkim kryje się coś jeszcze. Dość prędko aktywują się psychologiczne podziały i zawiązują fronty, pojawiają pytania bez odpowiedzi i domysły. Zaś ludzie, stawiający czoła oceanowi i abstrakcyjnym "nim" zaczynają się powoli, niemal niezauważalnie zmieniać. Wykształcają właściwości, o jakich rozprawiają fantaści, które idą w parze z wymiernymi, fizjologicznymi zmianami. Na koniec przyjdzie im się zmierzyć z wrogiem, o którego istnieniu nie wiedzieli nawet "oni"...

Sporo w tym mrocznego horroru, sporo psychologicznych przepychanek, jest parę przebłysków dynamicznej akcji, choć większość fabuły toczy się w sposób leniwy, niespieszny, by nie powiedzieć rozwlekły. Na pierwsze mrowienie autor każe czekać dość długo, a co niecierpliwszy czytelnik może zrezygnować z lektury, nie doczekawszy zapierających dech w piersiach momentów. A te pojawią się skumulowane w końcowej części książki. 

Nie pierwszy raz kręcę nosem na niedorobione, niedojrzałe dzieła debiutantów, również i w przypadku tej pozycji dają się zauważyć pewne zgrzyty konstrukcyjne. Nie przysłużyła się tej opowieści niespójna, skacząca narracja, nierówne tempo, skutkujące dłużyznami w pierwszej części powieści i gnającymi na złamanie karku scenami końcowymi. Przymykam na to oko, licząc, że autor wyprasuje fałdki w pozostałych tomach trylogii, bowiem plusy tej pozycji zdecydowanie przeważają. 

Miłośnicy gęstej, klimatycznej i mrocznej powieści powinni być zachwyceni, nie wątpię też, że czytelnik wyrobiony, poszukujący nowych scenerii, ambitnych scenariuszy i ciekawych konstelacji psychologicznych będzie w pełni usatysfakcjonowany.

Moja ocena: czwórka (4/5). 

Niemieckie wydanie "Trylogii ryfterów"



Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Sardegny Trójka Pik w kategorii s-f. 

piątek, 30 marca 2012

Drew Magary "Nieśmiertelność zabije was wszystkich"


Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tytuł oryginału: The Postmortal
Data wydania: 21.02.2012
Liczba stron: 464
Cena detaliczna: 42,00 zł

Przekład: Grzegorz Komerski


Książka ta została wydana w serii Prószyńskiego "Fantastyka - prawdopodobnie najlepsze książki na świecie", szturmem zdobyła serca polskich bloggerów, mimo że autor nieznany, a o książce dotychczas niewiele słyszano. Ponieważ większość recenzentów wypowiadała się dość pozytywnie o tej książce, a po skandynawskich ponuractwach chciało mi się czegoś wręcz odwrotnego - lekkiego, z przymrużeniem oka, wzięłam się za "Nieśmiertelność".

I pierwsza niespodzianka. Gdzie tam "spojrzenie pełne humoru" obiecywane na okładce przez wydawcę! Albo książki sam nie czytał, albo ma dość specyficzne poczucie humoru... bo mnie w tej książce nie śmieszyło nic. Wręcz przeciwnie, wizja, roztaczana przez autora, jest absolutnie nieśmieszna, tylko po prostu koszmarna.

Okładka oryginału

Rzecz dzieje się w niedalekiej przeszłości, w Stanach Zjednoczonych. Na skutek - jak to często bywa z przełomowymi wynalazkami - przypadku, tudzież błędu naukowca, ludzkości udało się wyeliminować gen odpowiedzialny za starzenie się organizmu. Konsekwencje tego przypadkowego odkrycia okazały się brzemienne w skutkach. Oto zwykły zastrzyk mógł zapewnić tym, których było stać na początkowo dość drogą, a nawet nielegalną kurację, wieczną młodość... a przynajmniej zachowanie status quo. Terapia genowa nie chroniła bynajmniej przed śmiercią, o nie. Nadal można było zostać zastrzelonym, przejechanym przez samochód i umrzeć na raka, ale komórki organizmu przestawały się starzeć. Cudowny wynalazek, zapewniający szczęście milionom ludzi? Wreszcie raj na Ziemi? Ano, niestety nie. Powszechne zastosowanie kuracji pociągnęło bowiem za sobą lawinę zmian społecznych, psychologicznych, ekonomicznych i ekologicznych, które zmieniło życie w prawdziwe piekło...

Narratorem jest pewien prawnik, który postanawia poddać się terapii. Ze swej perspektywy, wspierając się szeregiem "oryginalnych" dokumentów epoki (wpisów na blogach, wywiadów z mediów, notek z agencji informacyjnych itepe), relacjonuje swoje życie i staje się świadkiem historycznych zmian. Zmian, które dotykają i jego. Fabuła skokowo przenosi na w przyszłość, mniej więcej co dwadzieścia lat. To prosty zabieg, mający pokazać ogrom i kumulację przemian, jakie dla zwykłego śmiertelnika (a właściwie śmiertelnika) dzieją się w sposób powolny i stopniowy. Rozwój tego odmiennego świata został pokazany dość ciekawie, przynajmniej w warstwie społeczno-psychologicznej - podczas pierwszej euforii spowodowanej perspektywą wiecznej młodości nikt nie myślał o tak prozaicznych sprawach jak przeludnienie, niemożność przejścia na emeryturę, niemal całkowity regres małżeństw (któż chce spędzić całą wieczność z jednym chłopem / babą...) Skutki - ataki na kobiety ciężarne, przymusowe tautowanie daty urodzenia w Chinach, a w dalszej perspektywie skazywanie staruszków na śmierć, powstanie całej fali nowych ruchów religijnych i sekt, nowe rodzaje wynaturzeń typu aplikowania lekarstwa na śmierć niemowlętom, by zatrzymać rozwój w najpiękniejszym dla matki momencie ich rozwoju... Przerażające, odrażające, a jednocześnie jakże prawdziwe, obnażające ludzką naturę.

Ale to już prawie wszystko, jeśli chodzi o pozytywy tej książki. Postać narratora, choć niby ewoluująca, wydała mi się płaska i nieciekawa. Jakoś nie porwał mnie swą opowieścią John Farrell, nie zdołał zaszczepić bakcyla sympatii dla swej osoby, ale też nie irytował, nie wkurzał, był mi po prostu obojętny, a to przecież śmierć dla epickiego bohatera.

Nie udało się stworzyć autorowi przekonującej przyszłości w warstwie technologicznej - poza paroma gadżetami i powszechością samochodów na prąd, nie ma w tym świecie niemal żadnych zmian, a pamiętamy przecież, jak bardzo zmieniła się nasza rzeczywistość w przeciągu ostatnich dziesięciu lat! Tu niewiele się dzieje na przestrzeni połowy wieku. 

Niemniej jednak książkę czyta się szybko, gładko, czytelnik prześlizguje się przez dziesiątki stron, nie zatrzymując nigdzie na dłużej. I jeśli potraktować tę książkę jako lekturę na jeden wieczór, to jest ona w miarę OK, nie olśniewa wprawdzie, nie powala, nie dostarcza też żadnych przyjemnych wrażeń, nie jest ani zabawna, ani wizjinerska. Ot, czytadełko.

Moja ocena: słaba trójeczka 3/5.


niedziela, 5 lutego 2012

Mira Grant "Feed. Viruszone" - nominacja do Hugo Award




Tytuł: Feed. Viruszone (tom 1 trylogii Newsflesh)
Wydawca: Lyx Egmont
Ilość stron: 512
Tytuł oryginału: Feed

Dziś wyjątkowy kąsek dla wszystkich fanów fantastyki - nominowana do Nagrody Hugo Award książka amerykańskiej pisarki Miry Grant (to pseudonim, pod którym ukrywa się Seanan McGuire), będąca pierwszym tomem trylogi Newsflesh. Już sam fakt nominacji, w połączeniu z zachęcającą okładką wystarczył, bym zamówiła książkę w amazonie na długo przed ukazaniem się. Nadeszła sporawa cegła, na którą rzuciłam się z godną bohaterów książki pożądliwością. 

Ktoś, kto zawiesi oko tylko na tekście z okładki, może się zrazić. No bo ile można wałkować wciąż ten sam temat, odgrzewany na tysiąc sposobów kotlet z paranormali? Wampiry, wilkołaki, cuda wianki, a teraz nawet... zombie?... Bez obaw, autorka nie uraczy nas kolejną romantyczną opowieścią o dozgonnej (ha, ha) miłości nieśmiałej nastolatki i przystojnego trupojada o niezwykłych zdolnościach. W książce nie znajdziemy miłości. Nie znajdziemy też wywołujących odruch wymiotny obrzydliwych scen rodem z serialu The Walking Dead (choć pisarka niewątpliwie inspirowała się tą historią).

W ogóle wizja, którą roztacza Mira Grant, jest odmienna od tego, czego można się było spodziewać - jest to wizja świata w niedalekiej przyszłości (lata czterdzieste naszego wieku), w którym ludzkość przestała chorować na katar i na raka, w związku z czym palenie papierosów znowu weszło na salony, w którym przytłaczająca większość przeszła, bo musiała, na wegetarianizm, w którym jednym z najistotniejszych utensyliów codzienności stał się podręczny aparat do analizy krwi, blogerzy (sic!) najważniejszą grupą w medialnym cyrku, a internet oknem na świat dla większości mieszkańców Ziemi. Dopracowana to wizja, wiarygodna, nie skąpiąca technicznych detali i naukowych uzasadnień. No a zombie? Są. Są śmiertelnie niebezpieczni, powstają z martwych, atakują, zarażają. Ale w tej powieści należą do marginaliów. Bo nie o makabryczne obrazki rodem z trzeciorzędnych horrorów tutaj chodzi.

Rok 2014 okazuje się przełomowy w dziejach ludzkości. Początkowo cały świat cieszy się z rewolucyjnych odkryć w dziedzinie wirologii, dzięki której udaje się całkowicie wyeliminować katar. Naukowcy nie wiedzą jednak, że wypuszczony wirus nie będzie błogosławieństwem dla świata, ale jego przekleństwem i zagładą. Zmutowany wirus Kellis-Amberlee już wkrótce noszą w sobie wszystkie żywe istoty, a aktywowany przez ponowny kontakt, powoduje, że człowiek i każdy ssak powyżej 25 kilogramów wagi ciała powstaje z martwych i zaczyna pożądać źródła białka, czyli żywego... mięsa. Trzydzieści lat później ludzkość nauczyła się z tym żyć. Ale inne jest to życie, niż znamy dziś.

Bohaterami powieści jest grupa blogerów, którzy mają towarzyszyć w kampanii wyborczej kandydującemu na prezydenta Stanów Zjednoczonych senatorowi Rymanowi (oczywiście z ramienia republikanów - i czy to przypadkowa zbieżność nazwisk?...). Autorka nie skąpi nam szczegółowych opisów ich blogerskiej egzystencji, nie szczędzi też osobliwego amerykańskiego patriotyzmu i wglądu w prawa, jaki rządzą się mechanizmy wielkiej polityki. Może to nasze europejskie oko nieco razić. Na szczęście nie brakuje też sensacyjnych plotów, kiedy okazuje się, że ktoś dybie na życie bezkompromisowych i kochających prawdę blogerów. Akcja znacznie przyspiesza w ostatniej tercji powieści, i to dobrze, bowiem jedną z największych słabości tej książki jest jej rozwlekłość i chorobliwa wręcz dbałość o szczegóły (nie liczyłam, ile razy główna blogerka Georgia Mason poddaje się drobiazbgowej kontroli antywirusowej, ale będzie tego trochę). W ogóle nad płynnością pisarka powinna trochę popracować, bo akcja toczy się bardzo nierówno, a czytelnik na zmianę przysypia i podryguje wstrząsany nagłymi zwrotami fabuły.

Nasuwają się dwa pytania - czy ta książka powinna była dostać nagrodę Hugo? I czy warto ją przeczytać? Nie i tak. Nie, bo mimo całej kompleksowości ciekawego świata Georgii Mason jest niedopracowana i przegadana (odchudzić ją, odchudzić!). Tak, bo stanowi oryginalną fuzję horroru i dobrze pomyślanej dystopii. Jeśli autorce uda się wyeliminować słabości pierwszego tomu, to czeka nas drugi smaczny kąsek w postaci kontynuacji "Deadline", która już jest w zapowiedziach w Niemczech. Pozostaje mieć nadzieję, że i polscy wydawcy sięgną po "Feed".


Moja ocena: 4/5.


PS. Okazuje się, że życzenia się czasem spełniają. Właśnie otrzymałam wiadomość, że powieść zostanie wydania w październiku przez wydawnictwo Sine Qua Non. I jak tu się nie cieszyć!

piątek, 27 stycznia 2012

Ursula Poznanski "Erebos"



Niemieckie wydanie:
Wydawca: Loewe Verlag
Data wydania: 7 stycznia 2010
Język: niemiecki
Ilość stron: 488
Cena: 9,95 € (D)


Polskie wydanie:
Wydawca: Egmont Polska
Język: polski

Tłumaczenie: Urban Anna, Urban Miłosz
Data wydania: październik 2011
Objętość: 464 strony
Cena sugerowana: 39,99 PLN.


Są takie książki, które bierzesz do ręki jak wielką niewiadomą, niepewny, czy przyniosą ci rozczarowanie czy zaczarowanie. Zagłębiasz się... i przepadasz. Książka przykleja ci się do oczu i nie jesteś w stanie jej nijak od siebie oderwać. Czytasz jedząc, mieszając w garnku, wchodząc po schodach na strych, półgębkiem odpowiadając na pytania domowników, w łóżku, w fotelu, na krześle, na tarasie, w piwnicy. Wszędzie. Magiczny klej rozpływa się dopiero po odwróceniu ostatniej strony. I taką książką jest "Erebos".
Powieść zaszufladkowano jako "thriller dla młodzieży" i faktycznie, zapewne najszerszą grupą, do której jest skierowana, to nastolatki, może nawet, jak to się w nowomowie nazywa, "young adults". Ja bym rozszerzyła ten krąg na wszystkich, którym nieobce są fantastyczne światy, gry komputerowe typu RPG, problematyka dojrzewania, mechanizmów manipulowania innymi, wpadania w nałogi. Albo inaczej - to książka dla wszystkich, którzy lubią wciągające lektury. Takie, które działają jak magiczny klej.
Rzecz dzieje się w jednej z lodyńskich szkół, a bohaterem jest typowy, niczym nie wyróżniający się nastolatek, Nick. Wśród uczniów zaczyna krążyć piracka wersja tajemniczej gry. Wybrańcom (bo oficjalnie gra nie istnieje i przekazywana jest wyłącznie wybranym osobom) nie wolno o niej rozmawiać, nie mogą też przekazać jej dalej, komu im się podoba. Nie każdy wchodzi do tajemniczego kręgu graczy. Wreszcie i Nick zostaje zaproszony do elitarnej grupy. I gra go wciąga... Zaczyna go opanowywać, anektuje czas, umysł, myśli, pragnienia. Nie jest zwykłą komputerową grą. Zdaje się myśleć, reagować jak człowiek, żąda spełniania szczególnych misji w realnym świecie, potrafi karać i sankcjonować nieposłusznych. I wreszcie powierza chłopakowi ostateczną misję...
Myślę, że nie każdy od samego początku portafi dobrze poczuć się w tym świecie. Książka napisana jest dość prostym językiem, takim jakiego używają nastolatki. To jest ich świat. Świat gier komputerowych, szkoły, przyjaźni, zazdrości - na zwykłym, niespektakularnym poziomie. Ale autorka umiejętnie wprowadza czytelnika w ten krąg, stopniowo rzuca zaklęcie, a lektura wciąga go, jak Erebos Nicka. I faktycznie przez sporą część książki towarzyszymy chłopakowi w wirtualnym świecie - świecie gnomów, elfów, kransoludów. Gra pochłania nas, tak jak prawdziwego gracza, chcemy wiedzieć więcej i więcej, dojść na następny level, wypełnić kolejną misję... Mimo, że dobrze wiemy, jakim jest zagrożeniem. I tu dochodzimy do jedynego, maleńkiego minusa tej powieści - wiemy, do czego to wszystko doprowadzi. Ta lekka przewidywalność rozwou fabuły nie uszczupla jej wysokiego współczynnika uzależnienia, bo czym, lub kim jest Erebos, dowiemy się na końcu...
Nie jest to wybitna proza. Ale to niewątpliwie sprawnie napisany, świetnie skonstruowany, wyjątkowo porywający przykład niezłej lektury, nie tylko dla młodzieży.
Nie mogę nic powiedzieć o tłumaczeniu, bo czytałam w oryginale. Polska okładka jest identyczna jak w niemieckim wydaniu.
Moja ocena: 5-/5 (ten minusik za wspomniane nieduże manko).


Ursula Poznanski

Najnowsza książka autorki: Saeculum

Autorka jest Wiedenką, urodziła się w 1968 roku i studiowała japanologię, publicystykę, prawo, teatrologię (jak sama przyznaje, mniej wiecej w tym porządku chronologicznym, bez zakończenia tych studiów...). Napisała sporo książek dla dzieci. Erebos jest jej pierwszym dziełem skierowanym do starszych czytelników.

W Niemczech właśnie ukazała się jej kolejna książka "Saeculum". Recenzja wkrótce. W zapowiedziach jest jej pierwszy thriller dla dorosłego odbiorcy. Ukazać ma się w lutym tego roku. Tytuł: "Fünf".  

Zapowiedź: thriller dla dorosłych


poniedziałek, 23 stycznia 2012

Co czytają Niemcy? Listy bestsellerów


 

Począwszy od dziś, co poniedziałek będę prezentować listy bestsellerów niemieckiego rynku wydawniczego. Będzie to zestawienie pierwszej dziesiątki najlepiej sprzedających się książek w internerowej księgarni Amazon w kategoriach: kryminały i thrillery oraz fantasy i science fiction. Od czasu do czasu pokażę też dla porównania listę bestsellerów tygodnika Spiegel.

10 najlepiej sprzedających się kryminałów wg Amazon z 23.01.2012:

1. Jussi Adler-Olsen Das Alphabethaus (org. Alfabethuset, pol. -)
2. Stieg Larsson Verblendung (oryg. Man Som Hatar Kvinnor, pol. Mężczyźni którzy nienawidzą kobiet)
3. Stieg Larsson Verdammnis (oryg. Flickan som lekte med elden, pol. Dziewczyna która igrała z ogniem)
4. Charlotte Link Der Beobachter (pol. -)
5. Stieg Larsson Vergebung (oryg. Luftslottet som sprängdes, pol. Zamek z piasku, który runął)
6. Stephen King Der Anschlag (oryg. 11/22/63, pol. Dallas'63)
7. Jussi Adler-Olsen Erlösung (oryg. Flaskepost fra P, pol. -)
8. Jussi Adler-Olsen Erbarmen (oryg. Kvinden i buret, pol. Kobieta w klatce)
9. Jussi Adler-Olsen Schändung (oryg.  Fasandræberne, pol. Zabójcy bażantów)
10. Michael Robotham Dein Wille geschehe (oryg. Shatter, pol. -)
(W zestawieniu pominęłam elektroniczne wersje.)


Jak widać, lista bestsellerów jest całkowicie zdominowana przez Skandynawów, bardzo dobrze radzi sobie Jussi Adler-Olsen, którego najnowsza powieść dopiero od dziś jest w sprzedaży i już jest na pierwszym miejscu! Nie dziwi wysoka pozycja Kinga, który w nieodmiennie wprowadza swoje powieści na szczyty list. Niespodzianką jest natomiast wysoka pozycja Michaela Robothama. Zobaczymy, czy się utrzyma.




10 najlepiej sprzedających się książek fantasy i science fiction wg Amazon z 23.01.2012:

1. Patrick Rothfuss Die Furcht des Weisen. Teil 2 Die Königsmörder Chronik. Zweiter Tag (oryg. The Wise Man's Fear: The Kingkiller Chronicle: Day Two, pol. Strach mędrca: część 2)
2. Ally Condie Cassia & Ky 02. Die Flucht (oryg. Crossed, pol. -)
3. Christopher Paolini Das Erbe der Macht (oryg. Inheritance, pol. Dziedzictwo)
4. George R. R. Martin Das Lied von Eis und Feuer 01: Die Herren von Winterfell (oryg. A Game of Thrones (Pages 1-359), pol. Gra o tron)
5. J. R. Ward Nachtseele. Black Dagger 18. (oryg. Lover Unleashed Part 2, pol. - 18 część cyklu Mroczny kochanek)
6. Suzanne Collins Die Tribute von Panem 1-3 (oryg. The Hunger Games, pol. Igrzyska śmierci tom 1-3)  
7. George R. R. Martin Das Lied von Eis und Feuer 7: Zeit der Krähen (oryg. A Feast for Crows: A Song of Ice and Fire: Book Four, pol. Cienie śmierci + Sieć spisków)
8. Lynsay Sands Vampire küßt man nicht (oryg. Argeneau Vampires 12: The Rengade Hunter, pol. -)
9. Chloe Neill Chicagoland Vampires 3: Mitternachtsbisse (oryg. Chicagoland Vampires (03): Twice Bitten, pol. - 3 część cyklu Wampiry z Chivagolandu)
10. George R. R. Martin Das Lied von Eis und Feuer 02: Das Erbe von Winterfell (oryg. A Game of Thrones (Pages 360-674, pol. Gra o tron)






Listę bestsellerów zdominowały całkowicie popularne cykle, George R. R. Martin i wampiry mają się świetnie. Irytująca maniera dzielenia powieści na części skutkuje kompletnym galimatiasem; widać to zwłaszcza na przykładzie "Pieśni lodu i ognia", który to cykl składa się z kompletnie odmiennych tomów, w zależności czy zechcemy przeczytać je po angielsku, po niemiecku czy po polsku. Zwraca uwagę fakt nieobecności w pierwszej dziesiątce science fiction. Wydaje się, że sci-fi coraz bardziej wypierane jest przez fantasy i wampiropodobne koktajle. Miejmy nadzieję, że to chwilowa moda i już wkrótce proporcje zostaną zrównoważone.



Chyba nie musimy się wstydzić, jeśli chodzi o aktualności wydawnicze, bowiem większość ze światowych bestsellerów jest obecna na polskim rynku, ukazując się tuż po światowej premierze.

(W zestawieniu pominęłam elektroniczne wersje.)