Ads 468x60px

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą brutalne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą brutalne. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 września 2012

Mark Lawrence "Prinz der Dunkelheit" (Książę cierni)



Wydawnictwo: Heyne
Język: niemiecki
Tytuł oryginału: Prince of Thorns
Tłumaczenie: Andreas Brandhorst
Premiera: 9.05.2011
Ilość stron: 384
Cena: € 13,00

Mroczna sława poprzedzała ukazanie się tej książki. W recenzjach i na forach roiło się od określeń "brutalne", "posępne", "rzeźnicka książka", "krew, trupy, bebechy". Wielu czekało na nią w utęsknieniem, spodziewając się "świeżej bryzy" w zatęchłym światku fantasy, nowatorskiego przełomu, inności. No i "Książę cierni" wreszcie jest w Polsce. Brutalne? Owszem. Rzeźnickie? Tak. Świeża bryza? Hmm.
Polskie wydanie: Papierowy Księżyc  
Jorg jest szorstki i wulgarny i obcesowy. Bez mrugnięcia okiem i cienia empatii zabija, patroszy, gwałci. Żyje na ulicy z bandą "braci" - rzezimieszków, zbójów, zabójców. Razem z nimi grabi, podpala, morduje, pustoszy wsie i sieje zbrodnię. Gnany gniewem, furią, nienawiścią, zatruwany jadem cierni, które, choć dawno już opuściły jego poorane ciało, nadal sączą truciznę w jego krew. Jorg ma czternaście lat. Czytał w przeszłości Plutarcha i Nietzschego.

Hę? - zapytacie, i słusznie. Jak to? Brutalny młodociany morderca po lekturze starożytnych filozofów? I Nietzschego? Czy coś się tu autorowi nie poplątało? "Książę cierni" nie szczędzi czytelnikowi niespodzianek. Wydawałoby się, że to sztampowa, oklepana historia o antybohaterze, który w dzieciństwie przeżył traumę i mści się za doznane krzywdy. Nic bardziej mylnego. Bo dziecko wojny nie jest zwykłym bezimiennym szczeniakiem, zahartowanym przez znoje bezdomności, jest księciem, zaginionym następcą tronu. A świat, w którym żyje, to tuzinkowy świat fantasy, jaki znamy z setek podobnych powieści.

Co ukształtowało bezdusznego, pozbawionego skrupułów psychopatę? Jako dziewięciolatek Jorg przyglądał się, jak rzeźnicy hrabiego Renara gwałcą i mordują jego matkę, brutalnie zabijają młodszego brata Williama. Uwięziony w krzaku pełnym jadowitych cierni, niezdolny do najmniejszego ruchu, jako jedyny przeżywa napad rzeźników hrabiego Renara. Przyjdzie mu żyć w rozdarciu między poczuciem winy z powodu niemożności uratowania najbliższych a gniewem na ojca, który nie mści zbrodni popełnionej na królowej i kierując się politycznym interesem przyjmuje zadośćuczynienie za jej śmierć w złocie. Delikatna dusza dziecka hardzieje. Rodzi się morderca.

Autor niespiesznie wprowadza czytelnika w swój świat. A ten długo błądzi w niepewności, czy za krwawą krucjatą tytułowego księcia naprawdę kryje się plan usunięcia ojca, pomszczenia Renara, a może nawet objęcia tronu cesarskiego, czy też mordujący dzieciak żyje z dnia na dzień na krwawym rauszu, zamroczony własnym bestialstwem. Nie ułatwia tego nawet pierwszoosobowa narracja, migawkowo odsłaniająca zakamarki duszy Jorga. Przyznam, że po pierwszych osiemdziesięciu stronach miałam ochotę rzucić w kąt tę książkę - bo ani bohater, ani świat wykreowany przez autora nie wzbudził we mnie cienia sympatii. No bo ile można czytać o paleniu, zabijaniu, torturowaniu, beznamiętnie relacjonowanym przez nadętego i okrutnego nastolatka? Wspomniałam o niespodziankach, jakie przygotował jednak Lawrence. I trzeba się przygotować na to, że będą, choć nie od razu.

Autor stopniowo odkrywa tajemnice stworzonego przez siebie świata. A ten nie jest zwykłym światem fantasy z wszelkimi atrybutami wczesnośredniowiecznej Europy. Lawrence kładzie dyskretne tropy, pozwalające domyślać się, że mamy tu do czynienia ze społeczeństwem postatomowym, które na skutek jakiejś bliżej nieokreślonej katastrofy (dzień tysiąca słońc) powróciło do średniowiecznych struktur, a obecna w nim magia jest być może efektem genetycznych mutacji. Ale to tylko domysły, bo wskazówki autora są skąpe i nikłe. Dość wspomnieć, że Jorg, korzystając z dogłębnej edukacji następcy tronu, nie siłą i brutalnością rozprawia się z wrogiem, ale wiedzą, a pomoże mu w tym nie magia, ale broń masowego rażenia.

Okaże się również, że Jorg wcale nie jest panem samego siebie, jak sam sądził, lecz pionkiem w grze o panowanie nad światem, marionetką w rękach potężnych magów. Również i ta okoliczność pojawia się nieoczekiwanie, bowiem autor snuje swą opowieść szkatułkowo, wyciągając z zanadrza pudełko po pudełku i triumfalnie prezentując jego zawartość, która, owszem, zaskakuje i stawia całą dotychczasową fabułę w kompletnie innym świetle.

Tyle plusów. Bo o minusach też będzie. Wątpliwości budzi we mnie przede wszystkim kreacja głównego bohatera. Owszem, zahartowało go brutalne życie, wychowała ulica, ale na Boga, dlaczego Jorg myśli, przemawia i czuje jak stary dziad? I jakim cudem dziesięciolatkowi udało się zapanować nad zbieraniną dorosłych chłopów, nienawykłych do dominacji, pozbawionych moralnych skrupułów i nieuznających żadnych autorytetów? Zabrakło mi tu przekonującego rysu, jakiejś zaprawy murarskiej, scalającej tę kolorową zgraję. Najlepiej widać to w dialogach czy wewnętrznych monologach Jorga, z których tchnie fałszywą pseudomądrością przedwcześnie dojrzałego gnojka, który zjadł wszystkie rozumy.

Życzyłabym też sobie, gdyby autor nieco szczodrzej posypał szczegółami wykreowanego przez siebie świata, zwłaszcza tymi dotyczącymi jego Budowniczych, pokazał więcej artefaktów z przeszłości czy choćby wyjaśnił kulisy powstania nekromantów czy działania magii. Zamiast tego koncentruje się z lubością na zatapianiu mieczy w trzewiach. Wiem, że pośród czytelników są zapaleni miłośnicy bitewnych scen, ja do nich raczej nie należę, więc przez długie pasaże czułam raczej znużenie niż napięcie. Z kolei mój mąż pochłonął powieść w niespełna dwa dni, wprost nie mogąc się od niej oderwać - niewykluczone zatem, że to, co mnie zniechęciło, zachwyci innych.

Nie zachwyciła mnie ta książka, nie poczułam jakoś świeżej bryzy, z trudem też przekopywałam się przez wiele stronic scen walki, boleśnie uświadamiając sobie, że chyba minęłam się z targetem... Jednocześnie urzekł mnie zarysowany tu, nikle na razie, świat. Jeśli autorowi uda się rozwinąć go w kolejnych tomach, sensownie wyprowadzić porozpoczynane wątki, to może się okazać, że mamy tu do czynienia z niesztampowym, nowoczesnym fantasy, wykraczającym poza ograne schematy. Nie pozostaje mi nic innego, jak obdarzyć autora kredytem zaufania i liczyć, że go nie zawiedzie.

Daję czwórkę, ale na wielkich szynach (4-
-/5).


poniedziałek, 16 lipca 2012

Stephan Ludwig "Zorn - Tod und Regen" - o gniewie, deszczu i śmierci






Wydawnictwo: Fischer Taschenbuch Verlag
Data wydania 25.05.2012)
Język: niemiecki
Ilość stron: 368
Cena: 8,99 euro

"Trwało trzy godziny, zanim straciła rozum, a kolejne dwie, zanim wreszcie pozwolił jej umrzeć" - wystarczy na zachętę? Nie? To może okładka - deszczowa kolorystyka, wyraziste liternictwo, z wypaloną dziurą pośrodku? Też nie? W takim razie tytuł: "Gniew - śmierć i deszcz"... O nie, nie, nie. To zmyłka. W tytule nie ma gniewu, jest tylko śmierć i deszcz. A Zorn? Zorn (niem. gniew) to nazwisko nowego śledczego na kryminalnej scenie...
Właśnie skończyłam tę książkę i tak sobie dumam o tym Zornie. Rozmyślam, jak go ugryźć. Podejmuję wysiłki, by polubić. Ba, by zaakceptować przynajmniej. No bo jak wywołać w sobie choć odrobinę przychylnych uczuć dla osobnika skrajnie smętnego, cynicznego i leniwego? Jak lubić kogoś, kto nie lubi ludzi, nie lubi swej pracy, a nade wszystko nie lubi samego siebie? Abnegatów w literaturze kryminalnej mieliśmy już dużo. Nawet i Zorna porównywano już do tych "wielkich" - Rebusa na przykład. Mnie samej, z tym swoim chorobliwym tumiwisizmem wyjątkowo skojarzyl się z Moerckiem Adlera-Olsena. Tyle że Moerck w decydującym momencie potrafił wykrzesać z siebie iskrę zapału, ruszyć cztery litery i uratować niewinne dziecię, schwytać zbrodzienia, a ten... Zorn? No dobra, w kulminacyjnym momencie Zorn istotnie rusza cztery litery, podejmuje właściwą decyzję, by przyskrzynić bandytę, ratuje z wielkich opresji niewinne dziecię, ale jakoś polubić go nie zdołałam.

Co innego jego partner, a właściwie podwładny Schröder, niepozorny, niewyględny, ale zabójczo inteligentny, zaangażowany i wykonujący za Zorna całą brudną robotę, a w dodatku posiadający szereg umiejętności, o które nikt, nawet zblazowany szef, go nie podejrzewa. I to jest prawdziwy bohater tej powieści! Nie od dawna wiadomo, że dobrze wykreowany bohater, w szczególności w przypadku literatury kryminalnej, to połowa sukcesu. Tutaj, mimo sympatii i antypatii znakomicie wykreowanych bohaterów jest dwóch, a ich interakcje, dialogi, zgryźliwości i złośliwostki, przepychanki słowne i ukryty czarny humor to już nie połowa sukcesu, ale cały.

Ale ja tu gadu gadu, a dziad gruszki rwie... Do rzeczy. A rzecz jest brutalna. Zdanie z okładki, które rzuciłam na wstępie na przynętę, to nic. Bo nie mówi ani trochę, co morderca uczynił tej biednej kobiecie w szczególe. Jest tego trochę i jest to materiał dla osób o naprawdę mocnych nerwach. Tym bardziej, że na tej jednej ofierze nie poprzestanie. Żeby było ciekawiej, w tym niedużym,nieciekawym i dość przeciętnym miasteczku od lat nie było żadnego morderstwa, a śledczy Zorn, siłą rzeczy, zadowalał się przewalaniem papierzysk. I nagle popełniona zostaje zbrodnia, z pozostawionych śladów wynika, że bestialska. Jest tylko jeden szkopuł - nie ma ciała... Skąd zatem wiadomo o zbrodni? Z gigantycznej kałuży krwi, znalezionej w piwnicy pewnego opuszczonego domu. Prędka analiza wykazuje, że jest to niezbicie krew ludzka, a nieco dokładniejsza, że ofiarą, która ewidentnie musiała się wykrwawić, była kobieta po pięćdziesiątce, z nadwagą, a co ciekawe, napompowana środkami przeciwbólowymi. Który morderca odurza ofiarę, by nie czuła bólu, by potem przez wiele godzin znęcać się nad nią w najgorszy z możliwych sposobów?...

Zagadek jest więcej. Już wkrótce spokojne miasteczko wzbogaca się o kolejną ofiarę. Zorn, chcąc nie chcąc, bierze się za sprawę, komenderując Schröderem, napotykając przy tym na pierwszą przeszkodę - wyszystko wskazuje na to, że śledztwo jest sabotowane przez antagonistę Zorna, prokuratora Sauera. Wszystko komplikuje się jeszcze bardziej, kiedy po paru dniach Sauer zawisa rankiem na kościelnej wieży, by roztrzaskać się na miazgę na warzywnym targu.

Intryga jest niezła, może nie powalająca, ale zarysowana w sposób wyjątkowo trzymający w napięciu. Parę razy autorowi udało się mnie zaskoczyć, co nie jest rzeczą łatwą. Mało tego, wszystkie wątki rozwiązuje w sposób zadowalający, wyprowadza na prostą zagmatwane ścieżki, a nawet serwuje odrobinę Hollywoodu w kulminacyjnej scenie, w której żywioł łączy swą destrukcyjną moc z mrocznym umysłem zbrodniarza. Nie udało mu się wprawdzie uniknąć paru iście irytujących i szablonowych rozwiązań, łącznie z tym, którego nie cierpię - kiedy to zbrodniarz, trzymając stróża prawa na przysłowiowej muszce, w długich tyradach eksplikuje jak, po co i dlaczego zrobił to, co zrobił, a czego nie zrobił, i też dlaczego, dając dzielnemu policjantowi czas i sposobność na odwrócenie kota ogonem i z łowczego stać się zwierzyną. Wybaczam to jednak wielkodusznie, ponieważ cała reszta wyjątkowo mnie przekonała, ubawiła, dostarczyła paru godzin niekłamanej frajdy i pierwszorzędnego napięcia. 


Powieść żyje jednak nie intrygą, a znakomicie zarysowanymi postaciami, łącznie z osobą psychopatycznego mordercy, dobrymi dialogami i szczyptą czarnego humoru, tym rodzajem dystansu do świata, który lubię najbardziej. To nie jest nabzdyczona próba piętnowania grzechów tego świata, dramatyczne pławienie się w lamentach, jaki ten świat jest zły, tylko rozrywka. Dobra rozrywka.

Na jesień zapowiada się drugi tom o parze osobliwych komisarzy i skłamię mówiąc, że mnie to nie cieszy.
Moja ocena: mocna czwórka z plusiskiem! (4+/5)


Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego serdecznie dziękuję pani Lenie Schweins z wydawnictwa Fischer Verlag. 

piątek, 6 lipca 2012

Jack Ketchum "Blutrot" ("Rudy") - po wąskiej grani zemsty

Wydawnictwo: Heyne Hardcore
Tytuł oryginału: Red
Data premiery: 03.11.2008
Ilość stron: 288
Cena: 8,95 euro
Polskie wydanie: lipiec 2012, wyd. Papierowy Księżyc ("Rudy. Prawo do życia")


Lubię Ketchuma. Nie za krew, bebechy i fizjologię, ale za dar opowiadania. W jego aktualnie wydanej noweli (bo powieść to trochę za dużo powiedziane) amatorzy brutalnej siekanki swoich ulubionych obrazów raczej nie znajdą, za to wszyscy inni napatoczą się na kawałek niepojącej prozy, która zasieje parę pytań o takie drobiazgi jak zemsta, sprawiedliwość, prawo do obrony koniecznej.

Historia sama w sobie jest banalna. Stary człowiek stoi na brzegu rzeki i łowi ryby. Towarzyszy mu pies - Rudy - leciwy już, ale wierny towarzysz - nie, przyjaciel. Leniwe letnie popołudnie przerywa nadejście trójki podrostków, uzbrojonych w sztucer. Chłopcy żądają od mężczyzny pieniędzy, a gdy ten przyznaje, że ma zaledwie dwadzieścia dolarów, i to nie przy sobie, a w zaparkowanym nieopodal samochodzie, jeden z nich strzela psu w łeb. I uruchamia lawinę wydarzeń jak z najgorszego horroru...

Mimo tego dramatycznego początku historia toczy się dalej nieco leniwym tempem, pozwalając jedynie domyślać się kierunku, w którym zmierza, ale nie bezlitosnej eskalacji przemocy, jaką się zakończy. Bo owszem, finał będzie brutalny jak z horroru. Jednak to, co porusza w tej opowieści, to nie krwawe sceny, ale nieuchronność. Czytelnik podświadomie przewiduje bieg wydarzeń, bezkomromisowy i nieodwołalny - choć przecież wydawałoby się, że wystarczyłoby tak niewiele, by nie dopuścić do najgorszego. W tej historii poruszają melancholijne nuty, pojawiające się podczas wplecionych tu i ówdzie retrospekcji z życia starego człowieka. Porusza zderzenie światopoglądu jak nie z tej epoki, sztywnego szkieletu moralnych zasad, z bezkompromisowym i płytkim światem antagonistów. Porusza niemoc systemu prawnego wobec wydarzeń takich, jak opisane. Porusza tragiczna odyseja człowieka, który nie pragnie wiele - może skruchy, może refleksji nad samym sobą, a gdy jej nie znajduje, - zwykłej sprawiedliwości.

I tu dochodzimy do jądra tej opowieści - do pytania o granice wolności, o prawo do zemsty i wymierzanie sprawiedliwości w sytuacji, gdy struktury cywilizowanego porządku prawnego zawodzą. A także o wąską grań, po której wiedzie ścieżka pewnych życiowych wyborów, o niewidzialną granicę, po przekroczeniu której nie ma już powrotu do normalnego świata, a pozostają już tylko nagie instynkty i zapamiętanie się w przemocy. To poruszająca historia, ale jednak chyba typowa dla Stanów Zjednoczonych. Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić, by coś podobnego mogło wydarzyć się w jednej ze starych europejskich demokracji... Czyżbyśmy mieli wszczepione inne zasady, odmienny moralny szkielet? I nie chodzi mi o bezmyślne okrucieństwo, będące wyzwalaczem tej historii, bo tego i u nas pod dostatkiem, ale raczej o sposób radzenia sobie z podobnymi zjawiskami - i na płaszczyźnie systemowej, i zwykłej, ludzkiej.

Niezależnie od tego, jakie pytania wzbudza ta opowieść - jedno trzeba jej oddać: jest świetnie napisana. Ketchum nie epatuje tanim dydaktyzmem, a koncentruje się na nastroju, na misternie budowanym napięciu, na doskonałych psychologicznych portretach. I za to go właśnie go lubię.

Dodam, że polskie wydanie zawiera jeszcze inną nowelę, "Prawo do życia", której w niemieckim wydaniu brakuje.

"Rudemu" daję piątkę (5/5).

Baza recenzji syndykatu Zbrodni w Bibliotece

wtorek, 19 czerwca 2012

Marek Krajewski "Rzeki Hadesu" - unurzanie w występku i obrzydliwości

Wydawnictwo: Znak
Data premiery: 5/2012
Liczba stron: 269
Cena : 32,90 zł
 
Wstręt. Głęboki, przenikający do szpiku kości, wywołujący gęsią skórkę, namacalny wstręt. Tym jednym słowem mogłabym podsumować odczucia, jakie wywołała we mnie kąpiel w rzekach Hadesu, płynących przez karty najnowszej powieści Krajewskiego, i to począwszy od wizualnej kontemplacji okładki, która sama w sobie stanowi zapowiedź niewyobrażalnej perwersji.
 
Nie jest to przyjemna lektura. Nic na upalne letnie popołudnie, na delektowanie się lekką bryzą w ogrodzie, buczeniem pszczół, smakiem dobrej herbaty - chyba, że potraktujemy to nasze błogie popołudnie jako swoisty kontrapunkt lub kotwicę, która uratuje nas przed porwaniem przez nurt mrocznych piekielnych wód.
 
No dobra, dosyć tego górnolotnego ględzenia. O co chodzi w tej książce? Telegraficznie: to dalsze, powojenne losy Popielskiego (nieznających tej postaci odsyłam jednak do lektrury wcześniejszych powieści Krajewskiego, która lepiej naświetli rzecz), wyrwanego z ukochanego Lwowa, przeniesionego wichrami wojny do Wrocławia, gdzie los konfrontuje go z przeszłością i każe stawić czoła perfidnemu i inteligentnemu pedofilowi. No, telegraficznie wprawdzie nie było, ale już wiadomo, o co chodzi. Stawka jest wysoka - ubecja przetrzymuje i torturuje kuzynkę Popielskiego, Leokadię, która w kazamatach wrocławskiego więzienia przechodzi piekło, ale znanego jej miejsca pobytu Edwarda nie zdradza. Jeśli ukrywającemu się pod koloratką byłemu lwowskiemu śledczemu uda się wpaść na trop zboczeńca, który porwał dziecko szefa bezpieki, uratuje Lodzię i siebie. I tak Popielski pierwsze kroki kieruje do... konfesjonału, gdzie podczas swoistej spowiedzi przenosi czytelnika do przedwojennego Lwowa, gdzie raz już miał sposobność zetknąć się ze zwyrodnialcem, a przyjaciela, Eberharda Mocka, znanego z wrocławskiego cyklu kryminałów, wprowadza w sprawę. Niezwykły ten duet razem podejmuje trop.
 
Podzielona na dwie epoki, dwa odmienne światy wręcz (lwowski przedwojenny i wrocławski powojenny) intryga jest przemyślana, spójna, choć nie zaskakująca, a wytrawny czytelnik nie będzie miał kłopotów z wytypowaniem sprawcy - tym razem nie morderstwa, a wstrętnego molestowania najbardziej bezbronnych wśród bezbronnych - niepełnosprawnych umysłowo dzieci. Nie zawiłości kryminalnej intrygi stanowią walory tej książki. To wierne, nadzwyczaj plastyczne i wnikliwe odzworowanie minionej epoki, wskrzeszenie umarłego świata, zarejestrowanie na kartach powieści zapachów, barw i smaków tamtego Lwowa - wspominanego z sentymentem i rozrzewnieniem, ale i ukazującego swe mroczne i cuchnące rewiry, wysuwającego groźny pazur i wykrzywiającego kryminalne oblicze. Krajewski jest erudytą, filologiem klasycznym i pokazuje to niemal w każdej scenie. To jego precyzyjna narracja, nie zawsze łatwowchłanialne, ale brutalnie dobitne frazy są solą tej powieści. To się czyta, kontempluje i z przerażeniem rejestruje dreszcz obrzydzenia, wstrętu, bo rysowane tu wizje godzą mocno, boleśnie i bezlitośnie. I znowu jesteśmy przy wstręcie.
 
To nie jest powieść dla mimoz, wrażliwych dusz, wzdrygających się przy bezpośrednich opisach najgorszego ludzkiego bestialstwa. Sceny więzienne, a potem relacja z wykorzystania dziecka to apogeum obrzydliwości. Wydawałoby się, że ten poziom degeneracji osiągnięto dopiero w dwudziestym pierwszym wieku, że to cywilizacja i postęp zaraziły zgnilizną ludzkie dusze. Okazuje się, że oni przed wojną i tuż po niej też mieli swoich zboczeńców, i to nie gorszych niż wszystkie hanibale lectery współczesnej literatury kryminalnej razem wzięte.
 
To nie jest powieść dla lubiących kalejdoskopowe szybkie sekwencje, tempo, akcję. To także nie jest powieść dla tych, którzy chcą być zaskakiwani przez autora co dziesięć stron kolejnym zwrotem akcji. Nie znajdziecie też wyposażonego w atrybuty supermena detektywa, który siłą ostrego jak skalpel intelektu rozstawia po kątach zbrodniarzy. Popielski jest pod tym względem zaprzeczeniem obiektu westchnień pochłaniających prędkie thrillery dam. Jest jakiś taki... wstrętny. Jego fizis odstręcza, obyczajowe nawyki i to, co się dzieje w jego alkowie, nie są ani specjalnie chwalebne, ani zbytnio apetyczne. Ba, współczesne feministki i pogromcy ksenofobii zatrzęsą się pewnie z oburzenia, wyławiając spośród rzucanych tu i ówdzie dygresji i dywagacji przedstawicieli tamtej epoki świadectwa ówczesnych światopoglądów. Jeden z niemieckich czytelników wydanej niedawno u naszych sąsiadów "Głowy Minotaura" wytknął obu bohaterom, że cały czas tylk żrą, chleją i się łajdaczą - i trudno mu zarzucić, że całkowiecie mija się z prawdą...  Ale to przecież także element tamtej rzeczywistości, niepiękny, uwierający, prawdziwy.
 
Ci, którzy Krajewskiego nie trawią, pewnie go po tej książce nie polubią. Fani, a także czytelnicy ceniący pewną literacką "wartość dodaną" wyjdą z lektury usatysfakcjonowani. I jedni, i drudzy będą musieli przyznać, że to elita polskich kryminalistów.
 
Moja ocena: przy wszystkich wspomnianych minusach jednak piąteczka (5/5).
 

Pięć papryczek od... kurczę, nie mam rymu! Kto pomoże?
Baza recezji syndykatu Zbrodni w Bibliotece
 
 

czwartek, 31 maja 2012

Jens Lossau "Dunkle Nordsee" - weź moją twarz

Wydawnictwo: Blitz
Data wydania: 2012
Język: niemiecki
Ilość stron: 255
Cena: 12,95 euro

Są takie książki, które lekką, ascetyczną kreską malują obrazy, wcinające się w duszę. Książki, które są tak gęste od atmosfery szaleństwa, że chce się machać rękoma, by rozgonić przytłaczający tuman. Książki, które mrożą słowem. Których się nie da czytać w beztroskie popołudnie na piknikowym kocyku.

Przeczytałam właśnie książkę Jensa Lossaua "Dunkle Nordsee", mistrza oszczędnej kreski i psychodelicznego nastroju. Być może najbardziej szalonego i posępnego z niemieckich "kryminalistów". I bardzo skandynawskiego. Taki nastrój buchał z powieści Theorina "Zmierzch". Ale w tym "Ciemnym Morzu Północnym" jest znacznie więcej.

Rzecz dzieje się w miasteczku Norden we Fryzji, urlopowej dziurze, skąd odchodzą promy na wyspy Nordeney i Juist, wożąc turystyczną stonkę do upragnionych kurortów. Norden budzi się z zimowego letargu wiosną, szykując się do sezonu, i zamiera wczesną jesienią, wraz z wyjazdem ostatniego urlopowicza. Pozostaje morze, posępne, mroczne, wrogie, jakże inne od tego z kiczowatych pocztówek. I mieszkańcy. Nie na darmo mówią, że fryzyjscy tubylcy są... trochę odmienni.

Inaczej niż w "Zamieci" Theorina odwiedzamy Norden upalnym latem. Żar leje się z nieba, duchota wbija w grunt, drażnią wściekłe, zajadłe muchy, a gwałtowne burze nie przynoszą ukojenia. Miejscowi policjanci, Paul Czapsky i Patrick Tomek (jakie to słodkie...), zwykli prowincjonalni "bohaterowie zza biurka", żadni tam błyskotliwi śledczy wymachujący luzacko bronią i z palcem w uchu rozwiązujący najbardziej skomplikowane sprawy, zostają wezwani do włamania w powiatowym szpitalu. Ktoś zwinął zakonserwowane w alkoholu preparaty, przechowywane dla celów szkoleniowych, dokładniej rzecz biorąc... twarze. Rutyna, choć dość makabryczna. Ale już wkróce miasteczkiem wstrząsają dużo gorsze wydarzenia. Na plaży znalezione zostają zmasakrowane zwłoki kobiety pozbawione głowy ("coś wyszło z wody i ją zjadło", gadaja ludzie), a tuż potem kolejne - mężczyzny i chłopca. Obu odcięto głowy i genitalia - członek mężczyzny tkwił w okaleczonej szyi. Paul i Patrick, kompletnie przygnieceni wymiarami zbrodnią, wszczynają pierwsze nieporadne kroki w śledztwie, jak zbawienia wyczekując posiłków - specjalistów z jakieś "prawdziwej" komisji kryminalnej.

Jednocześnie Paul znajduje w starych szpargałach swój pamiętnik sprzed dwudziestu lat. Zapomniał, że go kiedyś pisał, zapomniał, o czym pisał, zapomniał o swych dziecięcych latach, które spędził w innym miejscu - na jednej z fryzyjskich wysp. I zapomniał o traumie, która wstrząsnęła wówczas jego życiem. Czytając, przywołuje duchy przeszłości i wkracza w koszmar, który prowadzi go na skraj szaleństwa. Jakby tego było mało, morderca uderza jeszcze raz. Porywa synka Paula, Berta, stawiając absurdalne żądania - w przesyłce, doręczonej Paulowi znajduje się napletek dziecięcego penisa. Sprawca grozi, że obetnie dziecku więcej części ciała, jeśli Paul nie da mu w zamian... własnej twarzy.

Brutalne? Szalone, psychodeliczne, absurdalne? Owszem. Ale Lossau kreśli to wszystko po mistrzowsku, tak, że czytelnika ani na moment nie ogarniają wątpliwości. Autor prowadzi w mroczne rejony ludzkiego obłędu, balansuje na granicy rzeczywistości i psychodelicznych majaków, wydobywając precyzyjnym jak skalpel słowem obrazy szalone i realne jednocześnie. Narracja jest dwutorowa - z jednej strony śledzimy współczesne wydarzenia w Norden, z drugiej cofamy się w przeszłość, która - odkurzana z nieporadnych stron pamiętnika - zaczyna doganiać Paula.

Cała ta historia byłaby wtórna i banalna, gdyby nie mistrzowskie portrety bohaterów. Już dla samej postaci Tima Boila, zaprzyjaźnionego z Paulem psychologa, uwięzionego w swym monstrualnym cielsku i ścianach własnego domu, warto przeczytać tę książkę. Ale i kreacje innych osobowości są świetne - plastyczne, zaskakujące, oryginalne. Do tego surrealistyczne scenki i dialogi rodem z najlepszych slapstickowych tragikomedii. Weźmy choćby tę sytuację: Paul wraca po pracy do domu, wita się z żoną.
(...)
- To był koszmarny dzień, skarbie. Przez Berta. Wszedł na Kafkę.
Paul zamknął oczy.
- Cholera! Ma jakieś obrażenia?
- Nie żyje, Paul. Musieliśmy go zeskrobywać ze stopy Berta i pochowaliśmy na tyłach ogrodu. Bert wdepnął w niego na bosaka! Okropność.
Paul przygryzł wargę.
- Obrzydliwość. Cierpiał?
- Kafka? Nie, poniósł śmierć na miejscu. Myślę, że zmarł z uśmiechem na ustach.
- Kto to, do diabła, jest Kafka? - wtrącił Patrick. - Tylko mi nie mów, że to jeden z nich - dodał, wskazując na koszulkę Violi.
- Kafka jest, a raczej był, samcem ptasznika - wyjaśniła. - Avicularia versicolor. Zbiegł dziś rano z terrarium, razem z Brechtem i Thomasem Mannem.
(...)

Przyznacie, że wizja spacerujących po domu włochatych pająków, ochrzczonych nazwiskami wybitnych niemieckojęzycznych literatów, coś w sobie ma... Matka Berta jest notabene naukowcem, specjalizującym się w arachnologii.

Takich smaczków jest w tej opowieści wiele, a wszystkie splatają się we wstrząsającą, ale bardzo spójną i psychologicznie wiarygodną wizję. Niejednokrotnie podczas lektury zastanawiałam się, czy autor naprawdę zboczy w nadprzyrodzone rewiry, czy też historia w ostatniej chwili zdąży skręcić w obszary dające się wytłumaczyć rozsądkowo, unikając spektakularnego crashu. Skręciła. Zakończenie jest spektakularne i zaskakujące, ale nie mistyczne ani nadprzyrodzone.

Daję tej książce maksymalną notę, nie dziwiąc się już ocenom na Amazonie. Autor, choć nieco niszowy, zasługuje na to, by go czytać. Co na pewno zrobię, bowiem sterta (no, może stertka)kryminałów autorstwa Jensa Lossaua powiększyła się, ciesząc oko i czytelniczą duszę.

Moja ocena: 5/5.

Baza recenzji syndykatu Zbrodni w Bibliotece


Źródło: geo.de

piątek, 27 kwietnia 2012

Mark Allen Smith "Der Spezialist" - specjalista od tortur, do usług


Wydawca: Bastei Lübbe
Ilość stron: 352
Data premiery: 22.02.2012
Tytuł oryginału: "The Inquisitor"
Cena: 14,99 euro

"Zależy ci na pewnej informacji? Znasz osobę, która ją posiada, ale milczy jak zaklęta? Ja się tym zajmę. Ja zawsze wydobywam prawdę. Bowiem jestem specjalistą.
Jednak mam swój kodeks. Nie pracuję z dziećmi. Pewnego dnia otrzymałem zlecenie, które kłóciło się z moim kodeksem. Skutki były fatalne. Dla zleceniodawcy.

Nazywam się Geiger. Gram na skrzypcach. Torturuję ludzi."

Tyle informacja wydawcy.To i ta słodka okładka (która wykonana jest z transparentnej kliszy przypominającej zdjęcie rentgenowskie) wystarczyły, bym kupiła tę książkę. I bingo - trafiłam na jeden z najlepszych sensacyjnych thrillerów, jakie przeczytałam w życiu. Nie przesadzam ani krztyny. 

Nazywam się Hofmann. Tłumaczę książki. Piszę recenzje.

Geiger zarabia na życie, wydobywając z ludzi informacje. Przy tym, szczycąc się sławą najlepszego specjalisty w tym fachu, rzadko zdarza mu się przelać choćby kroplę krwi. Zazwyczaj do tego nie dochodzi. Bowiem on, właściciel firmy Information Retrieval, ceniony przez międzynarodowe korporacje, rozmaite agencje rządkowe i zorganizowane grupy przestępcze, wie, którą nutę poruszyć w Jonesie (jak nazywa każdą swą ofiarę), żeby otrzymać to, czego chce klient.

Geiger tak naprawdę nie nazywa się Geiger. Pewnego dnia na początku swojego nowego życia, kiedy, wysiadłszy z autobusu w Harlemie, nie pamiętając kim jest, przystanął przed księgarnią. Spodobało mu się nazwisko na jednym z albumów H.R. Giger. Dodał jedno "e" dla symetrii i miał już nazwisko. Geiger cierpi na regularnie powracające migreny. Kiedy następuje atak, a on, wstrząsany bólem, nie jest w stanie myśleć, chowa się w szafie, której wnętrze stanowią lustra i słucha muzyki. Chadza do psychiatry. Podczas sesji nie zdradza ani słowa o swym życiu. Opowiada tylko sny. Nigdy nie był w żadnym fastfoodowym barze. Nie zażywa środków przeciwbólowych, choć to ból stworzył go takim, jakim jest. Kim jest? I dlaczego taki się stał? Na te pytania odpowiedzi otrzymamy tylko częściowo.

Nie myślcie jednak, że ta książka epatuje brutalnymi scenami tortur. Nie spodziewajcie się bezmyślnej rąbanki, rozbryzgów krwi i smrodu ekstrementów. Geiger działa w bardziej wysublimowany sposób.

Ale to dopiero wstęp. Bowiem Geiger nie łamie swojego kodeksu. Kiedy więc pewnego dnia, zamiast mężczyzny, posiadającego rzekomo informację o skradzionym obrazie, zleceniodawca dostarcza dwunastoletniego chłopca, sytuacja komplikuje się. I nagle role się odwracają. Geiger odmawia wykonania zlecenia, przez co sam staje się Jonesem i trafia w łapy konkurencji - Daltona, specjalisty od tortur, który stosuje inne, mniej wyrafinowane metody. Czy równie skuteczne? Dokąd zaprowadzi Geigera sesja u Daltona? Czy uda mu się wedrzeć w pokłady przeszłości pogrzebanej pod warstwami niepamięci? Czy uda się uratować dwunastolatka? Jaką niebezpieczną wiedzą dysponuje jego ojciec, że stał się celem bezwzględnych killerów? Kto ich nasłał?

To świetny sensacyjny materiał, upakowany w atrakcyjną, niesamowicie wciągającą i bardzo aktualną fabułę (może po lekturze innym okiem spojrzycie na WikiLeaks i Assange'a). To czysta adrenalina, nerwy napięte do ostateczności, nieprzespana noc. To wreszcie wysublimowany portret niezwykłego człowieka, skrywającego w sobie tajemnicę, której nie może rozgryźć nawet on sam. To wyjątkowy język, dojrzały, pełen wysmakowanych wyrażeń, trafnych figur retorycznych, niepospolity. To po mistrzowsku poprowadzona fabuła. Głębokie, trójwymiarowo zarysowane nietuzinkowe postaci. To nieprzesłodzone zakończenie, które pozwala mieć nadzieję na więcej Geigera. To jest odkrycie roku.

Na razie moja entuzjastyczna recenzja jest skierowana do anglo- lub innojęzycznych - nie widziałam tej książki w zapowiedziach żadnego wydawnictwa. Wydawcy, bijcie się o licencję, bo jest o co, a jeśli zaśpicie, konkurencja sprzątnie wam sprzed nosa jeden z najlepszych thrillerów na rynku!

Moja niekłamana ocena: piątka, piątka z plusem! (5/5)

sobota, 14 kwietnia 2012

Stephanie Fey "Die Gesichtslosen" - jak Gandhi nie odgryzł kobiecie twarzy

Wydawca: Heyne
Ilość stron: 368
Język: niemiecki
Stephanie Fey
Cena: € 8,99


Pierwsze zdanie: "Kości gotowały się już wystarczająco długo." (przekład mój)


Lubicie Bones? Znajdujecie upodobanie w rezolutnych kobietkach, namiętnie dłubiących w szkieletach i z zimną krwią dokonujących skrupulatnej analizy nawet najbardziej odrażających ludzkich szczątkach? A może podobała się Wam również "Ofiara Polikseny", gdzie antropolog-mruk dokonuje rekonstrukcji twarzy tajemniczej młodej kobiety? W takim razie pokochacie i Carinę Kyreleis, młodą lekarkę sądową, specjalistkę od mumii i rekonstrukcji twarzy, która po dłuższym pobycie w Meksyku decyduje się wrócić do Monachium i przyjąć proponowaną posadę w Instytucie Medycyny Sądowej.

Tak, Carina nie jest zwyczajna. Ma nie tylko nietypową pracę, ale i osobliwe zainteresowania, ma także prominentnego tatusia, śledczego z monachijskiego wydziału zabójstw o sławie gwiazdora, który lubi ustawiać jej życie. Ma także nowe mieszkanie w starym budownictwie, w którym oprócz śpiwora i staroświeckiego zlewozmywaka w kuchni  niewiele się znajduje. Ma także rozbisurmanionego kilkuletniego siostrzeńca, którym przyjdzie jej się przez jakiś czas opiekować, a także, na okres przejściowy, psa, wabiącego się Gandhi, którego podejrzewa się, że usiłował odgryźć twarz swej pańci, gdy ta, po próbie samobójczej, otumaniona środkami nasennymi, leżała bezbronna w swym mieszkaniu... Pytanie tylko, czy to na pewno był piesek? A może twarz chciał kobiecie skraść psychopatyczny morderca?

To nie jedyny kryminalny wątek w tej powieści. Drugi, nie mniej intensywny i pasjonujący, przenosi nas  dwadzieścia lat wstecz, do Monachium lat końca osiemdziesiątych, okresu, kiedy za wschodnią granicą dogorywa komunizm, a enerdowska bezpieka, STASI, wykonuje nerwowe ruchy, planując operacje, których celu możemy się jedynie domyślać. Wątek ten, odrobinę szpiegowski, opiera się na autentycznych podwalinach i przybliża zamach na szefa Deutsche Bank Alfreda Herrhausena, którego nigdy nie udało się wyjaśnić. Obie płaszczyzny tej powieści, pozornie nie mające ze sobą nic wspólnego, może poza miejscem akcji, są jednak ze sobą zlepione pewnym spoiwem. I połączą się w finale, w sposób, który zadziwi niejednego kryminalnego wygę.

Książka zadziwiła i mnie. Przede wszystkim wyjątkowym wyrafinowaniem, jak na debiutantkę. Intryga jest dopracowana, wycyzelowana, dopracowana w każdym szczególe. Postacie - znakomite, trójwymiarowe, zarysowane z ironią i miłością do detalu. Język oszczędny, ale precyzyjny, trafny, roztaczane wizje brutalne, gdy trzeba, umiarkowanie poetyckie, gdzie konieczne. Odpowiednia doza humoru przyprawia nierozwleczoną, kompaktową fabułę. Zakończenie - zaskakujące, niesztampowe, oryginalne.

W dodatku wszystko to dzieje się w Monachium, w miejscach, w których bywam. Weźmy ten plac zabaw w Starym Ogrodzie Botanicznym i tę gigantyczną czerwoną pajęczynę z grubych lin, splątanych wokół wysokiego masztu - ile razy przesiadywałam tam w cieniu kasztanowców, podczas gdy chłopaki szalały na tych linach... I gdy czytam, jak morderca zakopuje w przewiewnym piaseczku pod tą pajęczyną szczątki swej pierwszej ofiary, przechodzą mnie lodowate ciarki... A ta brama? Ile razy tamtędy przechodziłam, zastanawiając się, co za bezsensowne ustrojstwo... Okazuje się, że ustrojstwo to kryje w sobie makabryczną tajemnicę... I jak tu teraz zachodzić do tego parku w majowe weekendy, nie myśląc o zbrodniach i zbrodniarzach?

Chwalę zatem tę książkę, bo ma w sobie właściwą dozę wszystkiego, co powinien mieć dobry kryminał. Chwalę, choć pewnie posypią się na mnie gromy, że robię Wam smaka na pozycję, której na razie nie ma nawet w zapowiedziach. Ale z drugiej strony, marudzimy, że ciągle w kryminalnym kociołku tylko ta Skandynawia albo Amerykanie, a wystarczy zerknąć tylko na bawarskie poletko, i proszę, jakie skarby... I nie jest wcale powiedziane, że pewnego pięknego dnia nie weźmiecie do ręki przekładu i tej powieści...

Moja ocena: 4 z wielkim plusiskiem (4+/5).

Brama do Starego Ogrodu Botanicznego w Monachium - w tym miejscu rozstrzyga się finał powieści...

Baza recenzji syndykatu "Zbrodni w Bibliotece"


sobota, 7 kwietnia 2012

Mo Hayder "Atem" ("Granica mroku") czyli i ty też możesz zostać mordercą


Wydawca: Goldmann Verlag
Data premiery: 05.03.2012
Ilość stron: 480
Język: niemiecki
Tytuł oryginału: Hanging Hill

Książki Mo Hayder kupuję w ciemno. Są tacy autorzy, którym pozostaje się wiernym, wybaczając nawet słabsze, nieudane, niewydarzone, a ta angielska autorka, której sławę przyniósł wydany również po polsku niezwykle brutalny "Ptasznik" należy definitywnie do ich grona. Co nie znaczy, że jeszcze nigdy mnie nie rozczarowała. Polscy wydawcy niestety nie rozpieszczają nas jej powieściami, bowiem znane są jedynie trzy książki z serii z detektywem Jackiem Caffery'm (którego uwielbiam, nawet jeśli Rytuał i Skóra należą raczej do tych słabszych).

Okładka oryginału
Kiedy dwa miesiące temu zobaczyłam w zapowiedziach "Atem" ("Oddech" - niemiecki wydawca jak zwykle błysnął oryginalnością), bez wahania ją zamówiłam. Pierwsze małe rozczarowanie spotkało mnie tuż po wzięciu książki do ręki - to powieść spoza serii z Caffery'm. Niezrażona tym, bo inna książka spoza serii, Tokio, należy do moich absolutnie ulubionych, nastawiona pozytywnie i optymistycznie, wzięłam się za lekturę.

Historia w pierwszym momencie może wydać się sztampowa - oto śledzimy losy dwóch sióstr, które od czasów niezbyt szczęśliwego dzieciństwa nie mają ze sobą kontaktu - chodziły do różnych szkół z internatem, jedna - Sally - słodka, gładka, lubiana, druga - Zoe - kanciasta, trudna, buntowniczka. Zoe jest policjantką, Sally zaś po niedawnym rozwodzie kurczowo broni się przed stoczeniem na socjalne niziny, przyzwyczajona do luksusów, zmuszona do samotnego wychowywania nastolatki, skonfrontowana niespodziewanie z prozą życia i koniecznością zarabiania pieniędzy - jako sprzątaczka... Ich losy splatają się przypadkowo, gdy zamordowana zostaje jedna z uczennic miejscowej prywatnej szkoły - nastolatka, koleżanka Millie. Jej zwłoki znalezione zostają w pobliskim parku, dziewczyna została zgwałcona, a w jej ustach tkwiła tenisowa piłka.

Śledztwo przejmuje Zoe, od dzieciństwa zmagająca się z różnymi psychozami, kobieta o twardej skorupie i miękkim wnętrzu. Od pierwszej chwili czuje antypatię do nowej psycholożki i profilerki, która pseudonaukowym bełkotem zawraca w głowie wszystkim członkom wydziału - łącznie z Benem, który rozluźnia związek z Zoe, by wskoczyć do łóżka profilerki.

Losy obu sióstr w wyrafinowany sposób połączy przypadek, zrządzenie losu, śmierć.

Fabuła jest gęsta od wątków, które splatają się z sobą, tworząc wybuchową mieszankę. Czego tu nie ma! Marzenia nastolatek o szybkich karierach modelek, gardzący kobietami obrzydliwie bogaty producent pornoli, borykanie się z szarą codziennością matki dorastającej i stawiającej wymagania dziewczyny, są nawet dwie polskie sprzątaczki (a jakżeby inaczej) o wdzięczych imionach Marysieńka i Danuta (sic!). Autorka celowo manipuluje czytelnikiem, zaszczepiając mu sympatie i antypatie do swoich bohaterów, i robi to wyjątkowo skutecznie. Co więcej, prowadzi ich wątki w taki sposób, że z góry wiadomo, w jakie tarapaty za chwilę się wpakują, zostawiając czytelnika kręcącego głową nad naiwnością, głupotą postaci i nieuchronnością tego, co nastąpi. Nie szczędzi mu przy tym emocji, nie skąpi brutalnych szczegółów (łącznie ze szczegółowym opisem pozbywania się zwłok poprzez ćwiartowanie), nie oszczędza swoich bohaterek, narażając je na najgorszy z możliwych losów.

Ta książka w wielu punktach jest przewidywalna do bólu, co nie znaczy, że jest nudna. Wręcz przeciwnie. Jeśli jakakolwiek zasługuje na miano pageturnera, to właśnie ta. Czytasz, wiesz, co za chwilę nastąpi, wkurzasz się, ale i tak nie możesz przestać... Do pewnego momentu. Zakończenie jest podwójne i w chwili gdy myślisz, że już po wszystkim, nie mogąc powstrzymać rozczarowania sztampowością rozwiązania, autorka pokazuje ci figę z makiem i prezentuje właściwy koniec... pozostawiający wszystkie możliwości otwarte.

I wiecie, co mnie uderzyło? Nie wiem, czy to tylko Mo Hayder zbacza w te rejony, czy to już bardziej ogólny trend, ale policjanci nie są już tymi, kim byli dawniej. Gdzie ten moralny kręgosłup, wierność ideałom, wiara w sprawiedliwość i literę prawa? Coraz częściej śledczy meandrują sobie pomiędzy zasadami, które kiedyś były żelazne, gwałcąc nienaruszalne prawa... Komu tu dziś ufać? Gdzie ci bohaterowie, obrońcy uciśnionych o kryształowych duszach? No gdzie? W Skandynawii chyba... A sprawiedliwość? Ustępuje miejsca ślepemu losowi...

Nie jest to lektura zbyt wysokich lotów. Mo Hayder potrafi pisać lepiej. Ale nie skazuję tej książki na całkowite potępienie, bo dała mi dwa pełne napięcia wieczory. Bawiłam się nieźle, choć niezbyt ambitnie.

Moja ocena: trójeczka (3/5).


Seria z Jackiem Caffery’m:
Der Vogelmann  (1999) Birdman pol. Ptasznik
Die Behandlung (2001) The Treatment
Ritualmord (2007) Ritual pol. Rytuał
Haut  (2009) Skin pol. Skóra
Verderbnis (2010) Gone

Inne:
Tokio  (2004) Tokyo (US: The Devil of Nanking)
Die Sekte (2006) Pig Island
Atem (2011) Hanging Hill

Baza recenzji syndykatu "Zbrodnia w Bibliotece"

niedziela, 1 kwietnia 2012

Lisa Marklund "Weisser Tod" (Granice) - zgwałcić Europę





Wydawnictwo: Ullstein
Tytuł oryginału szwedzkiego: Du gamla, du fria
Ilość stron: 384
Cena: € 19,99
Data premiery: 09.03.12

Wydanie polskie: Czarna Owca
Przekład: Elżbieta Frątczak-Nowotny
Seria: Czarna Seria
Data wydania: marzec 2013






Ta powieść całkowicie mnie rozwaliła. Już teraz wiem, że prędko jej nie zapomnę i że to jedna z lepszych powieści tego roku, a nawet - nie boję się tego powiedzieć - ostatnich paru lat. I tu nawet nie chodzi o to, że pochłaniałam ją niczym nastolatka romansidło - z wypiekami na twarzy, rozemocjonowana, nie mogąca się doczekać, co dalej. "Biała śmierć" (jak zatytułowali książkę niemieccy wydawcy; szwedzki tytuł to pierwszy wers szwedzkiego hymnu narodowego) to nie tylko wciągająca, pełna tempa akcja. To przede wszystkim przeszywająca konfrontacja zwykłej kobiety z brutalnym światem afrykańskiego piractwa i stawienie czoła sytuacji rodem z najgorszego koszmaru.

Ale od początku. Liza Marklund znana jest rzeszom czytelników przede wszystkim z serii kryminałów z zaangażowaną dziennikarką Anniką Bergzton. W Polsce ukazało się sześć książek z Anniką, "Du gamla, du fria" jest dziewiątą z kolei. Znacie Annikę Bergzton? Nie? To nie jest typowa bohaterka kryminałów, laleczka o mocach superwoman, otrzepująca się po ugodzeniu nożem lub kulką, to nie singielka, zdobywająca hurtowo męskie serca. To zwykła kobieta, matka, z trudem godząca pracę z wychowaniem dzieci, zdradzana przez męża, zbyt serio biorąca pracę dziennikarską, zaangażowana w amatorskie rozwiązywanie morderstw, ciężko dotknięta przez los, mężczyzn, rodzinę. Prawdziwa, nie plastikowa. Kanciasta, niemiła, nieradząca sobie z życiem, facetami, dzieciakami.

I wydawałoby się, że ta książka to kolejna typowa seryjna pozycja, bo przecież początek nie zdradza niczego nadzwyczajnego - znowu kobiece zwłoki znalezione pewnego listopadowego wieczoru pod warstwą świeżego śniegu... Ofiara przemocy domowej? Ale nie, nie to pochłonie Annikę w tym tomie, nie to będzie stanowiło jądro tej opowieści. Będzie nim Thomas, jej mąż, a właściwie jego uprowadzenie, gdzieś w Afryce, na pograniczu Kenii i Somalii, gdzie przebywał jako delegat międzynarodowej konferencji. Brzmi niespektakularnie? Być może. Ale spróbuj sobie wyobrazić, że Twój mąż (chłopak, ukochany) znika tak po prostu w dziczy, porwany przez radykalną islamską organizację, domagającą się... 40 milionów dolarów okupu, otwarcia granic dla Afrykańczyków, zniesienia ceł ochronnych i równego podziału dóbr tego świata. Utopia. Abstrakcja. Twój rząd nie pertraktuje z terrorystami. Zostajesz z tym sama. Skąd wziąć tyle pieniędzy? Jak negocjować z porywaczami? Czy on żyje? Czy go torturują? Co z dziećmi?... 

Ci, którzy czytali już opowieści Marklund, wiedzą, że Thomas nie jest święty, że ich związek daleki jest od doskonałości, a Annika doznała z jego strony nie tylko paru seksualnych uniesień. Mimo to robi wszystko, by doprowadzić do jego uwolnienia. Sprzedaje własną duszę, zdradza własne ideały, etykę zawodową, chowa do kieszeni dumę, płaszczy się przed własną matką, teściową, siostrą, byłą kochanką męża, pracownikami banku... Nie zdajecie sobie sprawy, jak trudno jest przetransferować milion dolarów do Kenii, nie mając tam konta bankowego. Banalne przeszkody na drodze do uwolnienia człowieka. To także emocjonalna huśtawka, brutalne, trzeźwe studium kobiety w sytuacji ekstremalnej.  

Mamy w tej książce dwoje narratorów - tym razem autorka dopuściła do głosu także i Thomasa. Jego własna opowieść to niezwykle realistyczna, bolesna relacja z porwania i więzienia, pełna niezwykle drastycznych scen, szokujących obrazów i szczegółów. Wrażliwych ostrzegam.

Ale Marklund nie byłaby sobą, gdyby nie zawarła w tej książce czegoś w rodzaju przesłania. Próbuje poruszyć sumienia wygodnych, sytych i bezpiecznych obywateli ukrywających się za murami twierdzy Europy, atakowanej przez masy głodnych, zdesperowanych Afrykańczyków, na swój brutalny, bezkompromisowy sposób stara się zwrócić uwagę na to, co się dzieje na afrykańskim kontynencie. Ale nie tylko. W tej książce jest jawna krytyka współczesnych mediów, pozbawionej sumienia gonitwy za newsem, obrzydliwych, zakulisowych praktyk tabloidów. I, nie zapominajmy, to znowu głos uciśnionych kobiet, będących - cytat z książki "a nigger of the world". Marklund nie uprawia jednak jawnej progagandy, a jej osobiste nastawienie do wielu problemów można odnaleźć w drobiazgach, trafnych spostrzeżeniach, ironicznie opisanych sytuacjach wyjętych z codzienności, lapidarnie wtrąconych komentarzach. 

Niewiele tu kryminału, trzeba przyznać. Jest wprawdzie wątek morderstw w Sztokholmie, ale jest on marginalny, stanowi niejako dopełnienie pierwszoplanowej historii, a Annika nie ma ani czasu, ani głowy, by zająć się tym w swój zwykły sposób. Ale jest tu kawał pasjonującego thrillera, niesamowita głębia psychologiczna i emocjonalna, są znakomicie zbadane plenery (autorka bywa w tych okolicach, a nawet sama wyczarterowanym samolotem udała się w miejsca, w które przeniosła swych bohaterów, z czym wiąże się wcale zabawna historia - o tym wkrótce na Zbrodni w Bibliotece w mojej relacji ze spotkania z Lizą Marklund). Autorka wnikliwie przestudiowała całą dostępną literaturę na temat kidnapingu i jej opowieść cechuje wyjątkowy poziom realizmu. Kupujemy to, o czym pisze, ponieważ nie wyssała sobie z palca mechanizmów i kulisów porwań i przetrzymywania zakładników, tylko zaczerpnęła je z autentycznych relacji osób porwanych przez radykałów. 

Nie jest to lektura rozrywkowa. Ale lektura, która porusza. I zostawia w człowieku ziarno niepokoju. I goryczy. 

Zakończenie ścięło mnie z nóg. Nie zdradzę dlaczego. Przeczytajcie sami - oby polscy wydawcy jak najszybiej zakupili prawa do tej książki!

Moja ocena: pięć gwiazdek (5/5)! 

Recenzja syndykatu Zbrodni w Bibliotece

Okładka polskiego wydania


środa, 28 marca 2012

Arne Dahl "Gier" - kolos na glinianych nogach?

Ilość stron: 512
Wydawca: Piper
Data premiery: 27.02.2012
Język: niemiecki
Tytuł oryginału: Viskleken

Całkiem niedawno temu po raz pierwszy liznęłam prozy Arne Dahla. Na tapecie był "Europa Blues". Tymczasem szwedzki pisarz zakończył swój "dekalog" i rozpoczął nową serię. Zżerana ciekawością i chęcią przekonania się, jak naprawdę pisze ten kontrowersyjny Dahl (bo po jednej powieści nie byłam w stanie powiedzieć, czy to hit, czy może jednak shit), sięgnęłam po "Gier" (pol. Żądza), najnowsze jego dokonanie. Nowi bohaterowie, nowe rozdanie, pomyślałam.

A tu niespodzianka. Seria wprawdzie nowa (tym razem ma to być kwartet), ale bohaterowie znani z poprzednich powieści. Lubicie Paula Hjelma? Arto Söderstedta? Kerstin Holm? W takim razie ucieszycie się z ponownego spotkania. Wprawdzie niektórych bohaterów dekalogu Dahl powysyłał na emeryturę, a jednemu nawet powierzył zadania pisania powieści, ale większość nazwisk jest dobrze znana. No i doszło parę innych. Bowiem globalizacja dosięgła też struktur policyjnych i drużyna A przenosi się do Europy, a konkretnie do Hagi, gdzie wraz z doborową elitą śledczych z najważniejszych państw starego konktynentu mają tworzyć tajną jednostę operacyjną Europolu. Do zespołu dołączy między innymi prześladowany przez mafię Włoch, sztywna i w ogóle nieśmieszna Niemka z NRD, motylek-debilek Marek z Polski, któremu do szczęścia brakuje tylko flaszki z gorzałką... i jeszcze parę innych ociekających stereotypami postaci.

Po co ta cała szopka z nową niezmiernie tajną jednostką? Tak naprawdę nie wiadomo. W związku z tym pierwsze strony powieści wypełnia ziejąca nuda, bowiem nikt z zespołu tak naprawdę nie ma nic do roboty. Do momentu, kiedy ze wszystkich stron Europy, jak to u Dahla, zaczynają napływać pozornie niemające ze sobą nic wspólnego meldunki o pewnych wydarzeniach: w Londynie na szczycie państw G20 wóz ochrony śmiertelnie potrąca pewnego Tybetańczyka, który przed śmiercią zdoła jeszcze wyszeptać, tryskając fontannami krwi, parę słów po tybetańsku, prosto do ucha, cóż za traf, jednego z członków jednostki Europolu. W innej części Anglii, na niedostępnych bagnach znalezione zostają zwłoki nieznanej kobiety, udrapowane jak dzieło sztuki, a w jej wnętrznościach obducent znajduje plastikową rurkę z wiadomością dla... Europolu. Z mieszkania pewnego szwedzkiego producenta mebli ktoś nawiązuje kontakt mailowy z namierzonym komputerem 'Ndrangety, a gdy na miejsce przybywają śledczy Europolu, zastają chińską sprzątaczkę, przeglądającą strony z pornografią dziecięcą. Bez sensu? Bez związku? Bez obaw, wszystkie te najbardziej nawet absurdalne wątki zaczną powoli się zazębiać, tworząc logiczną, przerażającą układankę. A kolejnymi jej kawałkami będą między innymi kryzys finansowy w Europie, przestępczość ekologiczna, upadek jednego z niedużych europejskich państewek, zamach z 11 września... A na koniec nawet udaremniony w ostatniej chwili amok w pewnym szwedzkim gimnazjum. I to, okaże się, ma sens, ukazując na kolejnych stronicach niesłychanych rozmiarów spisek.

Wszystko to jest zakrojona na niesłychaną skalę. Globalizacja. Globalizują się przestępcy, policja, także i autorzy powieści kryminalnych. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Arne Dahl chce tą nową serią stworzyć swoje opus magnum, że koniecznie chce zgromadzić na łamach jednego dzieła wszelkie zło tego świata, pokazać je w całej rozciągłości, wywlec z katakumbów przestępczości wszystko, co człowiek jest w stanie uczynić drugiemu człowiekowi, państwu, kontynentowi, a wreszcie i planecie.

Nie wiem, czy autor nie porywa się z motyką na słońce. Nie jestem przekonana, czy potrafi oddać całą złożoność tego zepsutego świata, choć bardzo się stara. I miejscami w tej powieści można znaleźć przebłyski geniuszu, okruchy dzieła wielkiego, głębokiego, zdejmującego grozą i paraliżującego skalą. Są tu wątki błyskotliwe, przykuwające uwagę, wywołujące dreszcz przerażenia, są opisy pełne tak wysublimowanej poezji, że zaczynamy niemal wierzyć, że Dahl minął się z powołaniem i powinien tworzyć najwyższych lotów lirykę . Ale są i fragmenty, kiedy czytelnik ziewa z nudów, kręci głową na naiwnością niektórych rozwiązań, irytuje się bezsensownymi dialogami, otwiera z niedowierzaniem oczy nad płycizną pewnych dywagacji (kawałek o wypróżnianiu się...). Jest to książka nierówna. Gdyby skleić ze sobą te części, które porywają, otrzymalibyśmy dzieło wyjątkowe. Czasami miałam ochotę wziąć nożyczki i powycinać to, co zbędne, nużące, wkurzające.

Wszystko to można byłoby jakoś przetrawić, przymknąć oko na to i owo, gdyby nie fakt, że cała ta gigantyczna intryga opiera się na absurdalnym przypadku. Cały skomplikowany plan Amerykanki i Tybetańczyka, działających niezależnie od siebie, ba nie wiedzących nawet o swym istnieniu, opiera się na naiwnym przekonaniu, że uda im się porozmawiać z Barakiem Obamą, który będzie jechał swoją pancerną limuzyną do centrum kongresowego, gdzie ma odbywać się szczyt, że najpotężniejszy i najlepiej strzeżony polityk świata zatrzyma się pośród tłumów, wysiądzie z samochodu i spokojnie wysłucha tego, co ma mu do powiedzenia zdesperowana kobieta i udręczony Tybetańczyk... A wszystko to na podstawie puszczonej na Twitterze plotki. Nie. Nie kupuję tego. Nie kupuję też założenia, że wiadomość o istnieniu tajnej jednostki Europolu zatoczy kręgi przez pół Europy, docierając do Nowego Jorku, niczym w zabawie w głuchy telefon. Za dużo tych przypadków, panie Dahl. 

I szkoda, bo gdyby nie to, naprawdę bym się tą powieścią zachwyciła. A tak, trójka z plusem. I nadzieja, że drugi tom kwartetu nie rozczaruje tak jak ten. Moja ocena: 3+/5.  

Baza recenzji syndykatu Zbrodni w Bibliotece

Miejsce pracy pisarza. Czyż nie jest... szwedzkie?

wtorek, 27 marca 2012

Tess Gerritsen "Blutmale" (Klub Mefista): straszny diabeł?

Audiobook
Wydawca: Random House Audio
Czyta: Mechthild Großmann
Tytuł oryginału: The Mephisto Club
Zgrzeszyłam. Po raz pierwszy w życiu sięgnęłam po audiobooka. Na usprawiedliwienie mogę dodać, że uczyniłam to nie z lenistwa, nie z braku czasu, nie po to, by oszczędzać wzrok, nie dlatego, że byłam w podróży, nie. Krok ten był świadomy i celowy. Chciałam słuchać Mechthild Großmann i jej niesamowitego, głębokiego barytonu (tak, JEJ BARYTONU). Na świecie nie powinno być kobiet z takim głosem. Ton, wydobywający się z krtani tej kobiety, to wynaturzenie, wybryk natury - ewentualnie jeszcze efekt intensywnego łajdaczenia się. Ten głos zaczarował mnie do reszty, kiedy tydzień temu na spotkaniu autorskim z Tess Gerritsen aktorka czytała fragmenty "Milczącej dziewczyny". Kiedy odezwała się po raz pierwszy, by powitać czytelników, audytorium zbaraniało, szukając męskiego źródła GŁOSU. Nie tylko niesamowita barwa, ale i intonacja, stopniowanie napięcia - to wszystko sprawiło, że jak nikt inny potrafiła wytworzyć atmosferę grozy, diabelskiego zagrożenia, niemal namacalnej obecności ZŁEGO. Magia, mówię wam.

Okładka wydania polskiego
Zgrzeszyłam. Takie słowa widnieją także na ścianie pomieszczenia, w którym znaleziono zmaskarowane zwłoki kobiety. Napisane nie krwią, ale antycznym barwnikiem koloru ochry, pochodzącym znad Morza Śródziemnego. Nie jedyne to zwłoki w tej powieści, będącej szóstym tomem serii Rizzoli & Isles. I nie jedyny tajemniczy napis, który mordeca zostawia przy pozbawionym głowy i ręki trupie. Dziwne symbole, zostawione w pobliżu zamordowanych kobiet, pozwalają przypuszczać, że mordercą jest satanista. Do tego jeszcze czarne świece, odwrócone krzyże i szereg innych szatańskich atrybutów - wkraczamy w krainę mistyki, okultyzmu, pradawnych kultów... Znane? Owszem. Przez pewien czas tematyka szatańska zdawała się być programem obowiązkowym każdego szanującego się pisarza bestsellerów. Nie dziwi, że i Tess Gerritsen uległa trendom i odsuwając na bok swoje ulubione tematy medyczne wkroczyła na ścieżkę okultyzmu.
Nie jestem do końca przekonana, czy wyszło to tej powieści na dobre. Owszem, autorka nie poszła na łatwiznę i odrobiła lekcje, pakując do swej opowieści sporo informacji o szatańskiej symbolice i historii kultów satanistycznych, dość powierzchownych wszak, bo kryminał to jednak nie odpowiednie forum do chwalenia się szczegółową wiedzą. Miejscami odnosiłam jednak wrażenie, że upchnięcie tych wszystkich mistycznych wątków odbywa się nieco na siłę, jakby Gerritsen koniecznie chciała napisać książkę z tym niesamowitym, ponadnaturalnym pierwiastkiem. Cała ta otoczka słabo jednak wpisuje się w ramy całej reszty powieści, a w szczególności nijak nie koresponduje z pobudkami, kierującymi zbrodniarzem.
Nie znaczy to, że książka jest zła, choć w wielu recenzjach spotkałam się z opiniami, że to najsłabsza pozycja w tej serii. Rozumiem też, dlaczego wielu czytelnikom akurat ta powieść mogła się nie podobać. Nie wszyscy lubują się w brutalnych, krwawych scenach o podłożu satanistycznym. Nie każdy też jest podatny na tchnące ze stronic książki sugestie, jakoby zbrodni dokonał nie człowiek, a istota z gruntu zła, personifikacja lucefera. Niektórzy też będą się krzywić z niesmakiem, czytając o związku Maury z Danielem Brophym.
Mnie to wszystko zupełnie nie przeszkadzało. Lubię mistyczną otoczkę w kryminałach, pod warunkiem, że ostatecznie nadnaturalna tajemnica znajdzie realistyczne rozwiązanie. Krwawych scen się nie boję, nie przeszkadza mi również, że pani doktor tarza się w pościeli z księdzem. Podobała mi się także trójwątkowa narracja, podobały mi się włoskie plenery i wątki je europejskiej tułaczki Lilly (choć jej umotywowanie z kolei budzi moje głębokie wątpliwości). W ogóle chyba nasłabszą stroną tej powieści jest brak psychologicznej głębi charakterów, nieprzekonujące, płaskie postacie, przewidywalność, powielane stereotypy, jakże typowe dla thrillerów, zwłaszcza amerykańskich, płycizny i skróty. Średnio inteligentny czytelnik już w połowie domyśli się, o co chodzi. Także sposób działania tytułowej fundacji Mefista, a zwłaszcza jej zaangażowanie w śledztwo, wydaje się kompletnie pozbawiony realnych podstaw. Choć owiana tajemnicą, demoniczna postać Sansone wyjątkowo autorce się udała.

Za plus poczytuję autorce umiejętnie tworzoną atmosferę grozy i takie wplecenie niezaprzeczalnych faktów i strzępków informacji historycznych w fabułę, że miejscami chciało się niemal wierzyć w istnienie namacalnego, fizycznego belzebuba. Kolejnym plusem jest jak zwykle u Gerritsen wartka akcja, wysoki współczynnik "wciągania", nawet jeśli towarzyszy mu podprogowe przekonanie, że ów wartki potok jest dość płytki.

Kto Gerritsen lubi, ten przeczyta "Klub Mefista" z przyjemnością. Czytelnika wyrobionego, szukającego treści ambitnych, należy ostrzec. To tylko niezbyt wysokich lotów rozrywka. 

Moja ocena: trójka z plusem (3+/5).

 Recenzja syndykatu Zbrodni w Bibliotece