Ads 468x60px

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał warszawski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał warszawski. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 lipca 2013

Mariusz Czubaj "21:37" - niemiecki recenzent gościnnie u Krimifantamanii



Dziś Krimifantamania gości na swych łamach recenzenta największego niemieckiego portalu kryminalnego Krimi-Couch. Chcecie wiedzieć, jak widzą za granicą naszych autorów? Macie okazję podejrzeć, jak naszych recenzuje się za Odrą. Na tapecie: Mariusz Czubaj i jego powieść kryminalna "21:37". Recenzja ukazała się w czerwcu 2013 i publikowana jest za wiedzą i zgodą recenzenta oraz portalu. 

21:37 von Mariusz Czubaj
Mariusz Czubaj "21:37"Oryginał ukazał się w roku 2008 pod tytułem "21:37", wydanie niemieckie ukazało się w 2013 w wydawnictwie Prospero.
Miejsce i czas akcji: Polska / Warszawa, 1990 - 2009.
Przekład: Lisa Palmes. ISBN: 978-3941688377. 383 stron.






„Talking Ezechiel Blues“

 recenzja Matthiasa Kühna

W paru słowach:
Niedaleko Centrum Olimpijskiego w Warszawie znalezione zostają zwłoki dwóch młodych mężczyzn. Ofiary były klerykami miejscowego seminarium duchownego. Przed śmiercią mężczyzn poddano brutalnym torturom, a morderca wypisał ofiarom na twarzach liczby 21 i 37. Czyżby te liczby odnosiły się do godziny śmierci Jana Pawła II? Jaki związek miały te morderstwa ze śmiercią papieża? Powołana do życia komisja śledcza ma podjąć trop zabójcy. Jej członkiem zostaje również Rudolf Heinz, doświadczony profiler. W kręgu podejrzanych prędko znajdą się bardzo wpływowe i poważane osoby. Zanosi się na skandal niesłychanych wymiarów.

Na niemiecką scenę kryminalną wkracza nowy profiler: Rudolf Heinz. Polski komisarz o niemieckim nazwisku jest „profilerem, gitarzystą i posiadaczem brązowego pasa w karate”, jednak w obejściu - osobnikiem dość szorstkim, na co dzięki niepodważalnym kompetencjom może sobie pozwolić:
Jest profilerem – najlepszym w kraju specjalistą zajmującym się typowaniem nieznanych sprawców przestępstw. Samotnym łowcą tropiącym dzikie, unikatowe sztuki w rodzaju seryjnych morderców, gwałcicieli czy piromanów. W dodatku jest łowcą ledwie tolerowanym przez policyjnych rutyniarzy.
Pomijając fakt, że sprawcy przeważnie są nieznani, Heinz właściwie niespecjalnie interesuje się swoją pracą. Dopiero kiedy przestępca porządnie nadepnie mu na odcisk, komisarz obsesyjnie angażuje się w sprawę; sprawca, ofiara i metoda nie opuszczają go dzień i noc. Wówczas jednak choleryk Heinz łatwo popada w agresję. Poza tym policjant zwany „Hipisem” chętnie spędza czas w dojo greckiego mistrza karate, senseia Kastoriadisa, ale w głębi duszy czuje się muzykiem:
Hipis. Przezwisko nadali mu koledzy z zespołu. W przepoconych kanciapach, przerobionych na sale prób, zagraconych sprzętem muzycznym piwnicach, w magazynach pozbawionych wentylacji i oświetlanych jedną żarówką Heinz czuł się jeszcze najlepiej.
Rudolf Heinz nie jest zdrów: cierpi na chorobę Raynauda, schorzenie naczyniowe, powodujące skurcze i uczucie drętwości, szczególnie w palcach. Tryb życia policjanta nie sprzyja zahamowaniu rozwoju choroby. Poza tym Heinza prześladuje pewna stara sprawa, którą niegdyś nieomal przypłacił życiem.

Ale po kolei: Daniel Wyprych, były bokser o wielkiej przyszłości i nieciekawej teraźniejszości dokonuje makabrycznego znaleziska. Ktoś zamordował dwóch kleryków seminarium duchownego, a na ich ciałach wypisał liczby „21:37”. Podobno każde dziecko w Polsce wie – poza Heinzem, rzecz jasna ­– co one oznaczają: godzinę śmierci papieża. Ale czy w tym wypadku stanowią właściwy trop? I co oznaczają?

Rudolf Heinz niechętnie opuszcza Katowice i udaje się do stolicy. A tam nikt nie wita go z otwartymi rękoma: Heinz w roli przewodniczącego komisji śledczej walczy z uprzedzeniami i ignorancją kolegów, co zgryźliwcowi i gburowi nie przychodzi łatwo. Ich postacie, na czele z osobnikiem, który ze względu na przecinającą jego twarz bliznę nazywany jest Karloffem, zostały opisane bardzo barwnie. Karloff, początkowo uprzedzony do profilera z Katowic, otwiera się w końcu i wspiera go, nawet wbrew pozostałym kolegom.

Jednym z powodów, dla których Heinz nie zostaje ciepło przyjęty w nowym zespole, jest sposób, w jaki reaguje na wielką nowinę. Jest bowiem kwiecień 2007:
Nagłówki wszystkich gazet odświętną czerwoną czcionką informowały, że stało się coś niezwykłego. Informacje o przyznaniu Polsce i Ukrainie organizacji mistrzostw Europy w 2012 roku zapełniały wszystkie możliwe rubryki, od pierwszej strony po zwyczajowo umieszczany na końcu gazet sport. [...] Narodowy orgazm przy udziale piłki nożnej – Heinz pomyślał ze złością o stadnej miłości Polaków do futbolu.
Heinz, syn piłkarza, który uciekł na zachód, cierpi na piłkarską fobię, czyniącą z niego aroganckiego outsidera, dystansujacego się od normalnego ludu i jego zamiłowań. Wątpliwa to podstawa owocnej współpracy.

Heinz rzuca się zatem w wir dochodzenia: w klasztorze, gdzie studiowali zamordowani, również napotyka barwne postacie, na czele z rektorem, który podobnie jak komisarz, najlepiej się czuje w muzyce. Inaczej niż Heinz, którego przy życiu trzyma diabelstwo w rodzaju Roberta Johnsona, Johna Lee Hookera czy Steviego Raya Vaughna, rektor jest gwiazdą sakropopu.

Sprawa zakreśla szerokie kręgi, sięgając warszawskich elit. I tu Czubaj wyposaża swego profilera w sporą dozę jędzowatości: Heinzowi ani sekundę nie zależy na tym, by zyskiwać sympatię kogokolwiek. Maniera ta oczywiście jest aż nader klasyczna – i odrobinę zbyt mocno przypomina  zachowanie detektywów pokroju Philipa Marlowe’a czy Lwa Archera.

Pozostawmy jednak na boku wszystkie stereotypy powieści detektywistycznej, które Czubaj dość umiejętnie rozsiewa po swej powieści, i skupmy się na kwestii dla nas szczególnej: kto tak naprawdę zna Polskę? Ten wielki kraj na wschodzie dla większości niemieckich czytelników (kryminałów) jest białą plamą na mapie Europy. Wyraźnie odczuwa się to wtedy, gdy autor bez większych wyjaśnień żongluje postaciami i wydarzeniami polskiej popkultury, do czego oczywiście ma pełne prawo. Zabawne jednak, że na przekór temu tłumaczy, kim byli Sacco i Vanzetti – w  Niemczech ten duet rozpoznawalny jest bardziej niż Doda Elektroda, będąca kimś w rodzaju polskiej Danieli Katzenberger.

Mariusz Czubaj opublikował kilka książek na temat polskiej popkultury. Nic dziwnego zatem, że na kartach powieści pojawiają się postacie z filmu, muzyki i sportu, jak na przykład Zbyszek Cybulski, polski James Dean, znany z niedostępnego niestety w Niemczech filmu „Popiół i diament”, albo Dariusz Michalczewski czy Piotr Rubik, który jako kompozytor oratorium ku czci zmarłego Jana Pawła II zamyka merytoryczny krąg.

Mamy tu zatem do czynienia z kryminałem pochodzącym z kraju, o którym przeciętny Niemiec wie zbyt mało: z kraju, w którym jeszcze kilka dziesięcioleci temu panował stan wojenny, i w którym ranga policji w społeczeństwie jest zupełnie inna niż u nas. Brutalność należy dla kolegów policjantów, zwłaszcza tych starszych, do dobrego tonu. Kiedy zamordowany zostaje sutener, dla wielu polskich policjantów to tylko „jeden alfons mniej”.

To właśnie są te drobiazgi, które czynią 21:37 przeżyciem niemal egzotycznym. Szkoda tylko, że sam Heinz słucha przeważnie staroci w rodzaju Cream, ba, niestraszny mu nawet Black Sabbath – po kimś, kogo kreuje się na muzyka, spodziewałbym się czegoś więcej. Drobna rysa na gładkiej powierzchni, ale mniejsza o to.

SkyscraperTych drobnych rys w pierwszym tomie o Rudolfie Heinzu jest więcej. Jest tu parę dłużyzn, pojawia się humor, wprawdzie subtelny, ale niekiedy akurat w kwestiach humorystycznych autor przecenia własne umiejętności. Przykład: Heine jedzie pociągiem do Warszawy, przysłuchując się dwójce młodych karierowiczów – i na koniec wtrąca się do ich rozmowy. Sytuacja ta sprawia wrażenie nieco sztywnej i naciąganej. Jeśli Czubaj w kolejnych powieściach oszczędzi nam podobnych zbędnych wstawek, to ja profilera Rudolfa Heinza wraz z trupami w jego szafie chętnie powitam.

Powieść 21:37 przetłumaczyła Lisa Palmes – i to znakomicie! Z radością wyczekuję następnej sprawy dziwaka Rudolfa Heinza.

Matthias Kühn

Tłumaczenie: Agnieszka Hofmann


Recenzja ukazała się w czerwcu 2013 na portalu Krimi-Couch. Powieść recenzent ocenił na 77º, czytelnicy na 91º.

niedziela, 24 lutego 2013

Wojciech Chmielarz "Podpalacz" - iskrzy czy tylko śmierdzi i dymi?...


Wydawnictwo: Czarne
Seria: Ze strachem
Data wydania: 6 listopada 2012
Liczba stron: 360
Cena 34,90

Że polski kryminał otrząsnął się z marazmu i bylejakości, zaczęło do mnie docierać jakiś czas temu, kiedy z rosnącą satysfakcją zaczęłam przedzierać się przez półki z rodzimymi przedstawicielami gatunku. Że do uznanych sław i mniej lub bardziej sprawnych warsztatowo książątek i królewien kryminału zaczynąją coraz częściej dołączać nazwiska nowe, nieznane, pałające chęcią choćby oblizania widelczyka po zbrodniczym torcie, wystarczy przekonać się idąc do księgarni. Że te próby wybicia się z jednolitej brei kończą się rozmaicie, nie zawsze tak, jak wymarzył sobie podejmujący wyzwanie autor, czytelnik niejednokrotnie przekonał się na własnej, ufnej skórze. Czy wobec tego dziwi fakt, że choć nieustannie szukam dobrych kryminałów z etykietką "made in Poland", to jednak nieufnym okiem spoglądam pretendendów do tronu? 

Jak mówią Niemcy, zaufanie jest dobre, kontrola lepsza, więc - trochę w ciemno - postanowiłam sprawdzić nowe nazwisko na polskiej scenie kryminalnej. Fajerwerków, wbrew tytułowi, się nie spodziewałam. I faktycznie, pierwsze strony raczej utwierdziły mnie w przekonaniu, że choć się nie ma do czego przyczepić, raczej nie iskrzy - wszystko tu jest poprawne: zarysowanie intrygi, osadzenie w realiach, konstrukcja postaci. Niby w porządku, ale jakoś tak mało porywająco. Dopiero zbliżając się do połowy uświadomiłam sobie, że nie wiadomo kiedy zrobiło się gorąco. A nawet bardzo gorąco. 

Zaczyna się banalnie i bez niespodzianek: pożar w warszawskiej willi, jedna ofiara śmiertelna, jedna osoba ranna. Fakt, że pożar nie zaprószył się sam, tylko został wywołany wrzuconym przez komin koktajlem Mołotowa, raczej nikogo nie zaskakuje - tytuł w dostatecznym stopniu przygotowuje na to, co nas tu czeka. Zostaje wszczęte śledztwo, prowadzone przez komisarza Jakuba Mortkę i resztę grupy dochodzeniowej. Standard. Nic wskazuje na to, że będziemy mieli do czynienia z czymś więcej niż jednowymiarowym i przeciętnym dochodzeniem, z szablonowym, mało asertywnym gliną liżącym rany po niedawnym rozwodzie, z wypoconą i przewidywalną intrygą. I Mortka, i śledztwo, i intryga każą chwilę poczekać, zanim zaprezentują, jaki w sobie kryją potencjał. 

Nie zdradzę zbyt wiele, jeśli powiem, że pożarów tych będzie więcej, podobnie i ofiar, a nie każda z nich padnie ofiarą piromana. Intryga rozwija się w kierunku, którego niekoniecznie możnaby się spodziewać po ogranym początku. Nawet Mortka pokazuje pazury i niebezpiecznie zbliża się do wizerunku gliniarza fanatycznego, krystalicznie czystego, takiego z misją. Piszę niebezpiecznie, bo takich policyjnych rycerzy bez skazy trudno kupić, a typ "najlepszego psa w mieście" został wyeskploatowany przez literaturę i film w jednakowym stopniu. Na szczęście okaże się, że autor zachował jasność umysłu oraz swoiste wyczucie i pokierował swym komisarzem w rejony, niekoniecznie opiewane w podręcznikach dla wzorowych policjantów.

I dobrze, że nic tu nie jest czarno-białe, tylko szarawe, grafitowe, a nawet popielate. Chmielarz niby mimochodem, bez irytującej łopatologii wymusza parę refleksji odnośnie polskich policyjnych realiów. Podczas gdy niemiecki komisarz po robocie wraca do mało luksusowego wprawdzie, ale nieźle urządzonego apartamentu i raczy się butelką chardonnay, którym obficie podlewa przegrzebki, parmezan i czekoladę noir, polski Mortka dzieli zasyfiałą norę ze studentami, zamracza się mocnym wojakiem (to takie piwo) i napycha żołądek śmieciowym żarciem, bo na nic innego, po rozwodzie i spłacie alimentów, go nie stać. W ten sposób podążanie usianą kamieniami ścieżką sprawiedliwości staje się zajęciem dla freaków lub nieudaczników, zaś polski komisarz zostaje zepchnięty na społeczne doły, przymuszony do wegetacji lub nocnego dorabiania kucharzeniem w restauracji (na co skazał Nemhausera Hagen). 

Parę wycieczek w stronę żenujących warunków pracy policji w Polsce, subtelne otarcie się o zaznaczony problem przemocy domowej i osadzenie akcji w mroźnej atmosferze zimowej Warszawy nie oznacza jednak, że "Podpalacz" podszywa się pod posępne i chłodne skandynawskie smuty. Nie podszywa się pod nic, natomiast podąża sprawdzonym głównym nurtem kryminału, wydobywając klasyczne elementy gatunku: pracę policji, bez żadnego zbaczania w stronę psychologicznych thrillerów czy innych udziwnień. Nie zapomina też o rzeczy w kryminale najważniejszej: napięciu, które choć nie pojawia się od razu, to jednak w końcu chwyta i już nie puszcza. Zakończenie jest satysfakcjonujące, dalekie od utartych schematów, choć po drodze autor potyka się o scenę, która niemal zniweczyła jego plany stworzenia prawdopodobnej intrygi (klasyka: policjant na własną rękę, nikomu nic nie mówiąc, lezie w sidła zbrodniarza). Mimo wszystko udaje mu się z tego wybrnąć w sposób, który podsadził go o szebel wyżej w kryminalnym rankingu. 

A skoro już o rankingach mowa, to oświadczam z całą odpowiedzialnością, że lektura "Podpalacza" sprawiła mi więcej frajdy i satysfakcji, niż niejedno okrzyczane dzieło z etykietką "bestseller". Może to nie są fajerwerki, ale żywy, jasny płomień. Ja stawiam na Mortkę.



Pierwsze zdanie: "W nocy temperatura w Warszawie spadła do minus dwudziestu stopni."
Gdzie i kiedy: Warszawa, współcześnie
W dwóch słowach: mainstreamowa i realistyczna
Dla kogo: dla ceniących klasyczne, nieprzekombinowane kryminały police procedural
Ciepło / zimno: 77°


Książkę przeczytałam w ramach wyzwań: Czytamy Kryminały i Miejskiego.

czwartek, 22 listopada 2012

Wiktor Hagen "Dzień zwycięstwa" czyli prawo to prawo



Wydawnictwo: WAB
Mroczna Seria
Premiera: listopad 2012
Ilość stron: 472
Cena: 39,90 zł

Kim jest Wiktor Hagen?... To pytanie zadawali sobie liczni admiratorzy polskiego kryminału, kiedy ukazał się pierwszy tom z komisarzem Nemhauserem. Nikt nie miał wątpliwości, że to pseudonim autora, który niczym efemeryda wychynął znikąd, namącił w kałuży "Granatowej krwi", zdobył parę serc i nominację do nagrody Wielkiego Kalibru, by niedługi czas później pojawił się znowu w "Długi weekend". I znowu spekulacje, zgadywanki, znowu nominacja.

Tożsamość autora dla żadnego znawcy polskiej sceny kryminalnej nie powinna już stanowić żadnej tajemnicy. Tymczasem Nemhauser pojawił po raz trzeci, w "Dniu zwycięstwa". Czy naprawdę zwycięży tym razem?...

Warszawski policjant, którego polubiliśmy w "Granatowej krwi", wstrzyknął w truchło polskiego kryminału witalne serum. Historyk z wykształcenia, który poszedł do policji z wiary i głębokiego przekonania, że coś w ten sposób zmieni, mąż dragona w spódnicy o słodkim imieniu Paula i ojciec bliźniaków z piekła rodem o wymyślnych imionach Cyryl i Metody (tu autor pojechał po bandzie, chyba NIKT w realu nie uczyniłby tego owocom własnych lędźwi), miotający się między łapaniem zbrodniarzy za dnia, a gotowaniem w ciekawej knajpce wieczorami... I mimo wszystko, wbrew pozornej fajtłapowatości i braku asertywności  wzbudzający sympatię, a ostatecznie i respekt swym gończym instynktem, pryncypiami i umiejętnością kojarzenia faktów.

W niedawno wydanej trzeciej części przygód Nemhausera biedny komisarz nieco mniej miota się po Warszawie między przedszkolem, domem i dwiema pracami, a bardziej poświęca się temu, do czego został stworzony, czyli tropieniu morderców. I faktycznie ma ręce pełne roboty, bowiem trup jest, i to niejeden. Na początek ginie od kuli w głowie kombatant, emerytowany pułkownik, powszechnie poważany uczestnik bitwy o Anglię i w ogóle postać świetlana i kryształowa. To, co początkowo wygląda na samobójstwo, po chwili okazuje się morderstwem, a uroczystości cudu nad Wisłą w podwarszawskim Jazdowie zostają poważnie zakłócone. W jego ślady podąża niedługi czas potem niejaki Wiesław Kielonek (i wbrew pozorom nie jest to żul z Ząbkowskiej, spędzający dnie nad alpagą, tylko wyjątkowo obrzydliwy typ korporacyjny), zaś jego zejście nosi pewne znamiona mordu rytualnego. Komisarz z nieodłącznym Mariem, którego występy podczas przesłuchań świadków i podejrzanych z regularnością szwajcarskiego zegarka przyprawiały mnie o złośliwy uśmieszek ("Może jak mu przypierdolę, to coś powie", "No i nie przypierdoliłem mu - skwitował ze smutkiem" - cytaty z pamięci), rozkręca się powoli, węsząc w hermetycznym światku polskiej arystokracji (a tak, mamy taką), z niesmakiem wywlekając na świat dzienny obrzydliwości polityki, układów, układzików, interesów i nacisków. Polskie piekiełko ma się nieźle i wszystko wskazuje na to, że tak pozostanie. Dostaje się elitom politycznym i kościelnym dołom. Utkana tu intryga jest lekko zagmatwana, z paroma krótkimi wycieczkami w przeszłość, co chwilę zaś wypływają nowe aspekty, ukazujące całość w zupełnie odmiennym świetle. Ze względu na nieco zamkniętą przestrzeń miejsca zbrodni (plebania w prowincjonalnym miasteczku, gdzie niepodzielnie rządzi ksiądz) gęsta atmosfera śledztwa przypomina nieco klasyczne kryminały w stylu closed room, zwłaszcza że przewija się tu cała galeria podejrzanych, łącznie z tradycyjnym ogrodnikiem.

Jest bardzo współcześnie, co powinno zadowolić osoby kręcące nosem na wszechobecne retro, są liczne aluzje i dygresje do aktualnych wydarzeń z pierwszych i dalszych stron gazet, topograficznie i faktograficznie wszystko gra. Z rozrzewnieniem i wielkim ukontentowaniem podążałam Nemhauserem po znanych warszawskich zaułkach, a nawet przez koszmarne skrzyżowanie Marsa z Płowiecką, gdzie Mario z Nemhauserem mieli bliższe spotkanie trzeciego stopnia z antypatycznym kierowcą czarnego hummera. Nasycenie autentycznymi detalami było jak trzeba, bez irytującego klepania nazw marek, produktów i ulic, ale wystarczająco naturalne, by zagłębić się w książkową rzeczywistość bez poczucia, że ktoś (autor) nas robi w balona.

Jest to kryminał bardzo polski także z tego względu, że nie ma tu typowego dla wielu pozycji anglosaskich, skandynawskich czy nawet niemieckich betonowego przywiązania do litery prawa. Tu mataczy, kręci i tuszuje dosłownie każdy, od policyjnego pionka po najwyższe piętra, zaś sprawiedliwości staje się zadość (albo i nie) nie na skutek przykładnego ujęcia sprawcy przez sprawny aparat władzy i posadzenie go za kratkami. Tu sprawiedliwość rozgrywa się w kuluarach, za zamkniętymi drzwiami, pokątnie. Prawo to prawo?...

Co tu dużo gadać, to jest dobry kryminał. Po słabszym "Długim weekendzie" tajemniczy Hagen wraca do formy i przywraca mi wiarę w polskich kryminalistów.

Moja ocena: czwóra z plusem (4+/5).

wtorek, 11 września 2012

Bartłomiej Rychter "Ostatni dzień lipca" - ...a po obu stronach śmierć...



Wydawnictwo: WAB
mroczna seria
premiera: lipiec 2012
liczba stron: 352
cena: 37,90 zł


Bartłomiej Rychter wychynął z literackiej nicości niecałe pół roku temu, kiedy to me wprawne oko tropiciela kryminałów wypatrzyło na półkach niemieckich księgarni "Złotego wilka" ("Die Bestie von Sanok"). Kupiona na czuja, w Niemczech bardzo chwalona powieść okazała się strzałem w dziesiątkę. Potem, podczas letniego pobytu w Warszawie, równie przypadkiem, choć już uprzedzona, że w przypadku tego autora można spodziewać się wysokich lotów, natknęłam się na "Kurs do Genewy". I znowu rozczarowania nie było. Poprzeczka zawisła natomiast dość wysoko, a oczekiwania wobec najnowszej książki Rychtera, nie powiem, dość wytęsknionej, budziły we mnie podskórne obawy, że "Ostatni dzień lipca" może ją strącić w spekatakularny sposób.

I jeśli spodziewacie się, że potwierdzę teraz moją tezę o rozczarowaniach, strąconych poprzeczkach i pisarzach, opuszczających w popłochu piedestały, że wsadzając jadowite szpile i znęcając się nad niedociągnięciami zgromię tę powieść, to się mylicie. Tej książki ni cholery nie da się skrytykować, z której strony by się za nią nie brać. 

Doskonale zdaję sobie jednak sprawę, że niektórzy z Was wytkną jej, że nie jest kryminałem. Że to zaledwie nikły wątek kryminalny przemawia tu do czytelnika, a całość jest powieścią o wojnie, o śmierci, przedsionku piekła, o Warszawie. Pewnie, można by polemizować, można by rozpocząć nawet dysputę o definicji gatunku, o jego granicach czy ograniczeniach. I pewnie takie nawet będą się toczyć. Ja takich dział wytaczać nie zamierzam, chciałabym tylko polecić Wam dobrą książkę.

Bo nie ulega wątpliwości, że "Ostatni dzień lipca" jest po prostu dobrą książką. Akcja umiejscowiona została zgodnie z tytułem, w roku 1944. Pamiętne lato, Warszawa. Więcej właściwie nie trzeba mówić. Można sobie jedynie zadać pytanie, po co sięgać po kolejną książkę o powstaniu, jakby mało już było wspomnień, opracowań, epickich panoram i wiernych reportaży z tamtego czasu, z tamtego miejsca. Tyle, że to nie jest książka o powstaniu. 

Fabuła toczy się dwutorowo, zaglądając na obie strony barykady. Po jednej znajdziemy Antoniego Chlebowskiego, człowieka - dziś powiedzielibyśmy  - wypalonego, żyjącego przeszłością, rozmawiającego z duchami, a właściwie duchem ukochanej żony. Niegdyś adwokat, wschodząca gwiazda warszawskiej palestry, dziś oddający pisarskie usługi podziemiu nieudacznik, człowiek niewidzialny, osamotniony, przegrany. I nie pragnący już niczego. Przypadkiem staje się świadkiem śmierci dziewczyny, telegrafistki Zosi. Wypadła (a może ktoś ją wypchnął?) z okna kamienicy, gdzie nadawała swój ostatni w życiu meldunek. 

Po drugiej stronie barykady spotkamy starszego strzelca Klausa Enkela, żołnierza Wehrmachtu, w którym dawno już wygasł (a może nigdy nie płonął?) entuzjazm dla Führera i jego nacjonalistycznej ekspansji. Żołnierz. Zmęczony, tak, też wypalony, tęskniący za domem, spokojem, samotny - posiadający jednego tylko przyjaciela. Hermana Frinka, którego znajduje powieszonego w wojskowym magazynie. 

Dwie śmierci, udające samobójstwa. Dwie anonimowe śmierci, nikogo nie obchodzące w gotującym się do zrywu mieście, w którym kostucha codziennie zbiera bogate żniwo. I jedna, i druga okazuje się morderstwem, a ich ofiary nieoczekiwanie odnajdują w Chlebowskim i Enkelu, dwóch pozornie przegranych i niezdolnych już do żadnego zaangażowania ludzi, swych najlepszych adwokatów, śledczych, a wreszcie mścicieli. Dwóch śledczych, nie posiadających na podorędziu właściwie żadnych środków, by rozwiązać zagadkę ich śmierci, z piekłem powstania w tle, ze śmiercią depczącą im po piętach i osobliwym ogniem w sercu, podąża przez zgliszcza, ogień, kluczy pośród karabinowych palb i unika bomb, bez nowoczesnych laboratoriów kryminalistycznych, analizy DNA, telefonów i innych fiu bździu. Kryminał? Może i nie. Ale jest tu wielka namiętność, surowe emocje, jest zagadkowa śmierć dwójki niewinnych ludzi i jest ktoś, kto im oddaje ostatnią przysługę - przysługę wyjaśnienia i pomszczenia tych dwóch anonimowych, nieważnych wręcz w pandemonium powstania zbrodni. 

Jak się pewnie z łatwością domyślacie, te dwie historie, pozornie niepowiązane, splotą się z sobą w finale, a ich zalążkiem okaże się nie wojna i niesione przez nią zbydlęcenie, a to, co od wieków stanowiło motor człowieka: zwykłe uczucia, miłość, zawiść, strach. 

Nie sposób pominąć milczeniem bombastycznych kulisów tej opowieści. Wojna, okupacja, powstanie - są tylko tłem, nieistotną dekoracją, wnoszącą trochę dymu, ognia i dynamiki do relatywnie prostej i nieskomplikowanej intrygi? A może jednak są ukrytym trzecim bohaterem tej powieści, nie tłem, a bazą, fundamentem i jądrem? Rychter unika wyrokowania o "dobrych" i "złych", on relacjonuje. Nie robi tego beznamiętnie, ale nie jest natrętny w swych osądach, kreśli - już nawet nie monochromatycznie, a farbą, choć tą farbą jest głównie czerwień, czerń i szarość - świat, który jawi się intensywny, autentyczny, kipiący zapachem, kolorem i bólem. To żywy obraz, nie dający najmniejszego marginesu na obojętność, porywający z sobą, czy się tego chce, czy nie. 

Podoba mi się, jak pisze Rychter. Jego narracja jest wyważona, nieprzesadzona, akuratna. Na tyle zdystansowana, by nie trącić barokowością i przesadą, na tyle bezpośrednia i bliska, by trafić do serca. I wszystko jest w tej książce takie, jakie powinno być: intryga znajduje rozwiązanie na miarę realiów, nie pozostawiające ani cienia wątpliwości, postacie wielowymiarowe i prawdziwe, jest wielka namiętność, jest okrucieństwo i śmierć, ale nie bezsensowne, wrzucone do tygla fabuły, by poepatować bestialstwem i zaszokować. I jest Warszawa - dogorywająca, ale żywa. Pochłonęłam tę powieść w jeden dzień.

Jak dla mnie - rewelacja. Aż się boję, co będzie w kolejnej książce Rychtera... Moja ocena: 5/5. 

Baza recenzji syndykatu Zbrodni w Bibliotece

piątek, 27 lipca 2012

PM Nowak "Ani żadnej rzeczy..." - a wszystko przez różowego psa



Wydawnictwo: Czarna Owca
Seria: Czarna Seria
Data wydania: 25.07.2012
Ilość stron: 352
Cena: 29,90 zł



Nieustannie tropię polskich kryminalistów, przeczesuję rynek wydawniczy w poszukiwaniu wielkich talentów na miarę... no nie wiem kogo, chyba nie Chandlera? Larssona? Theorina? Rankina? Connelly'ego? Tej wielkiej perły jeszcze mi się znaleźć nie udało i nie ustaję w staraniach, schodząc na wielkie głębokości, nurzając się w otchłaniach wrogiego morza, myszkując pośród raf i o włos unikając paszczy rekina ludojada, by wreszcie wyłowić skarb.

A tu znienacka, jak z nieba spada nam PM Nowak. Co za PM?... Pseudonim, jak nic. Kto się za nim kryje?

"PM Nowak (ur. 1977) – językoznawca, repatriant, tłumacz. Po latach tułaczki po świecie zamieszkał na warszawskiej Ochocie, by w pełni poświęcić się pisaniu. Ani żadnej rzeczy… to jego debiut powieściowy otwierający serię kryminałów o komisarzu Zakrzeńskim i prokuratorze Wilku."

Tyle, enigmatycznie, wydawnictwo. Przetestowałam zatem ten debiut. I co, mamy tę perłę?... Aby się o tym przekonać, trzeba wpierw zanurkować. Tym razem są to wody warszawskie i współczesne, które z miejsca prowadzą do zbrodni - w podwarszawskiej Podkowie Leśnej padają strzały, trafiając w głowę czterdziestoletnią Katarzynę Cebulską.To jednak nie są mafijne porachunki. Związana kobieta zostaje znaleziona w swym własnym domu, a pierwszym podejrzanym prędko zostaje jej mąż. Niby proste, a jednak Cebulski prezentuje niepodważalne alibi - w chwili popełnienia małżeństwa znajdował się w Warszawie, a ponieważ pojazd, którym się poruszał, był dość charakterystyczny, wielu świadków potwierdziło jego słowa - między innymi pracownik myjni, z której nawet oskarżony posiada paragon z dokładną godziną opłacenia usługi.

W kręgu podejrzanych znajdzie się również były mąż denatki, impulsywny ekspolicjant z kartoteką skalaną odsiadką za pobicie ze skutkiem śmiertelnym, który w kiciu doznał cudownego nawrócenia, następnie cudak i wałkoń Mark Zuber - siostrzeniec Cebulskiego, który odnalazł się nienacka w Ameryce, pasożytniczo zagnieździł się u wujaszka i liczy na odzyskanie spadku po zmarłej matce, a także niezrównoważona psychicznie dorosła córka denatki. I to w zasadzie wszystko.

Bardzo to kameralny kryminał, którego siła (i jednocześnie słabość) polega na mozolnym kolekcjonowaniu kawałeczków układanki, skrupulatnym weryfikowaniu alibi, motywów i przeszłości podejrzanych, na obracaniu każdego najdrobniejszego nawet faktu i zeznania. Zamknięta konstelacja, w której porusza się autor, przywodzi na myśl niektóre angielskie kryminały i podobnie jak one nuży miejscami powtarzalnością kolejnych scen, w których śledczy odpytuje kolejne postacie, dywaguje o możliwych wersjach wydarzeń, snuje domysły i roztrząsa poszczególne warianty. Nie znajdziecie tu wielkich niespodzianek, zwrotów akcji, szybkich scen pościgów czy spektakularnych zbrodni jak z amerykańskich filmów. Wszystko jest wyważone, spokojne, dość angielskie.

I pewnie niewiele możnaby dodać, gdyby nie para prowadząca śledztwo: mentalni Flip i Flap, komisarz Zakrzeński i prokurator Wilk, Pat i Patachon. To nimi żyje ta powieść, to dla nich warto sięgnąć po ten kryminał, by z uśmieszkiem i wyrazem niedowierzania na twarzy śledzić ich konfrontację. Prokurator Wilk jest postacią tak nieprawdopodobną, że aż w swym cudactwie prawdziwą - niezguła, chorobliwie nieśmiały samotnik, bojący się wychylić i wiecznie spodziewający się przydzielenia sprawy innemu prokoratorowi, posiadający nawyki graniczące z nerwicą natręctw, przepraszający że żyje i snujący osobliwe porównania... A jednak to on przyczynia się do wyjaśnienia zagadki, w czym niebagatelną rolę odegra... różowy pies. Przyznam, że Wilk, początkowo wyjątkowo irytujący swoją niezbornością i pierdołowatością, z każdą przeczytaną stroną wkradał się w moje łaski i zaskarbiał sympatię, bowiem pod wierzchnią warstwą ciemięgi kryje się jednak błyskotliwy umysł. Kryje się w tej oryginalnej parze potencjał, który pozwala mieć nadzieję na więcej, na nowe intrgygi i potyczki nierównych charakterów.

A sama intryga? Niezbyt zwalająca z nóg, niespecjalnie wyrafinowana i chyba jednak przewidywalna, mimo owego intrygującego zwrotu, którym zapunktował prokurator Wilk. Ot, klasyczny, hermetyczny kryminał, wykonany solidnie i porządnie. Miłośnicy tego typu konstruktów będą niewątpliwie usatysfakcjonowani, mnie zabrakło odrobiny więcej napięcia i oryginalności. Obdarzam jednak tajemniczego autora kredytem zaufania i liczę, że ten debiut to dopiero trampolina, z której wybije się na wyżyny kryminalnego kunsztu i z solidnego rzemieślnika przerodzi w artystę.

Moja ocena: solidna trójka z okładem (3+/5).


Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję wydawnictwu Czarna Owca. 


poniedziałek, 21 maja 2012

Anna Fryczkowska "Starsza pani wnika" czyli zemsta moherowych beretów


Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: 08.05.2012
Liczba stron: 440
Cena: 35,00 zł


Bardzo czekałam na tę książkę. Po świetnej "Kobiecie bez twarzy", która przekonała mnie o potencjale, drzemiącym w polskich współczesnych autorach, parających się literaturą kryminalną miałam nadzieję na kolejny kąsek z polskiego kryminalnego bufetu. Apetyt na nowy kryminał Fryczkowskiej zaostrzył intrygujący i chwytliwy tytuł. Ciekawa byłam, czy autorce uda się utrzymać poziom, czy też może nawet podniesie poprzeczkę i stworzy opus magnum, na które wszyscy tak bardzo czekamy. No właśnie, udało jej się?

"Starsza pani wnika" kontynuuje wypracowany już w "Kobiecie" styl i konwencję. Już poprzedniej powieści Fryczkowskiej zarzucano, że nie jest kryminałem. Tym razem wydawca już z góry ostrzegł, że "to więcej niż kryminał", ucinając wszelkie polemiki na ten temat. I faktycznie, jest w tej książce "więcej".

I tym razem mamy porządnego trupa, także i w tej książce brak porządnego policjanta - ba, nie spotykamy w ogóle żadnego śledczego z prawdziwego zdarzenia. Jest za to fajtłapowaty, pomieszkujący u babci Jaro, były nauczyciel wuefu z brzuszkiem, nieposkromionym apetytem i brakiem pomysłu na życie, który spontanicznie podejmuje działalność detektywistyczną (jak ja nie cierpię takich dyletanckich śledczych, którym wydaje się, że potrafią rozwiązywać zagadki kryminalistyczne nie gorzej od Wallandera, i, co gorsza, nawet to robią - w powieściach oczywiście). Tu jest nawet gorzej, bo z rozmamłanym Jarciem w detektywistycznych zapędach konkuruje jego babcia, staruszka rezolutna, cwana i niezwyciężona. Zagadek zaś jest więcej - do trupa nauczyciela angielskiego, znalezionego we własnym mieszkaniu z przeciętą tętnicą szyjną i wyraźnymi śladami tortur, dołącza starsza kobieta, która z dnia na dzień znika bez śladu. Obydwie sprawy - samozwańczego zamordowanego casanovy i zaginionej Agnieszki Zaufał przejmuje Jarcio, a za jego plecami również i wścibska babcia.

Nie można powiedzieć, by akcja się wlokła, wręcz przeciwnie, dzieje się dużo, sprawy się gmatwają, a autorka umiejętnie odsłania przed czytelnikiem kolejne okoliczności. Warsztatowo i językowo powieść jest absolutnie bez zarzutu. Więcej - językowo sprawiła mi bardzo dużo przyjemności, bowiem styl jest żywy, autentyczny, pełen trafnych, dobitnych wyrażeń, słów niezwykłych acz soczystych (jak choćby lampa, która nie świeciła, a bździła...). Przyznam, że zwłaszcza na pierwszych kilkudziesięciu stronach sposób narracji bardzo przypominał mi najlepsze wytwory Chmielewskiej, był wyjątkowo lesiowaty, w najlepszym tego słowa znaczeniu. W miarę czytania ironia i humorystyczne wtręty zaczynają się jednak zatracać, a na karty powieści wkracza powaga, a wręcz groza życia, a uśmiech, który co chwila zakwita na ustach czytelnika, odpływa, by ustąpić nucie refleksji, a miejscami nawet dołującej posępności.

Przejdźmy do intrygi, bo do niej mam najwięcej zarzutów. Kto pamięta wczesne książki Chmielewskiej, ten potwierdzi, że fabuły tych najlepszych nie zawsze grzeszyły wysokim stopniem prawdopodobieństwa. Ale przecież nie o to w nich chodziło. Miało być śmiesznie, wciągająco i tak absurdalnie, by czytelnik tylko kręcił głową. I właśnie ten stopień absurdu spotykamy w "Starszej pani". No bo jak, jeśli nie absurdem nazwać wątek bandy podstarzałych kociar, obezwładniających mordercę kotów, rozważających tortury, następnie taszczących go skrępowanego po schodach, by wreszcie przygwoździć do ściany śmietnika i tam zostawić na pastwę losu? Co z tą genialną babcią i sierotą Jarciem, którzy bez trudu wywlekają na światło dzienne wszystkie informacje niezbędne do rozwiązania zagadki? Jeśli zostalibyśmy przy slapstickowej konwencji, moglibyśmy się przy tym dobrze obśmiać. Jeśli potraktować jednak rozwój tej opowieści bardziej serio, pewne wątki stają się przerysowane, niewiarygodne, na wyrost. Być może jednak przejaskrawienie pewnych sytuacji było celowe, by ukazać coś jeszcze poza śmieszną historyjką o wyjątkowo skutecznej starszej pani o detektywistycznych zapędach.

Jest bowiem w tej książce coś jeszcze, co wyjątkowo dobitnie dotarło do mnie przez mgiełkę komediowości. Otóż dostrzegłam w tej powieści nie tyle drugie dno, co pewien zabarwiony goryczą wgląd w świat nie do końca mi znany. Świat ludzi starszych, często opuszczonych przez bliskich, zapomnianych i niewidzialnych dla reszty. Hermetyczny, czasem absurdalny, i w większości przejmująco smutny. Fryczkowska pokazała tu aspekty starości, których nie widzimy i nie chcemy widzieć - dla wielu może śmieszne lub nudne, dla mnie - przerażające. Scena w "pensjonacie" na dalekiej prowincji, w której w niedzielne przedpołudnie zasuszone staruszki wyczekująco przyklejają nosy do szyb - tego się nie zapomina...

Podobały mi się też opisane realia - i nie mówię tu tylko o znajomych miejscach w Warszawie, ale o nowych zjawiskach społecznych, o zderzeniu nowoczesnego świata z jego fejsbukami, przedłużonymi espresso, jutjubami z odchodzącym światem starszego pokolenia. Chłonęłam tę prawdziwą atmosferę teraźniejszej Polski - nigdy mi tego za wiele...

No i owacji na stojąco nie ma, ale są rzęsiste brawa za sprawnie napisaną powieść (nie)kryminalną, za niekłamaną przyjemność czytania, za chwilę refleksji i prarę bolesnych prawd o dzisiejszym świecie, wreszcie za wskrzeszenie lesiowatości i, co tu dużo mówić za dobrą rozrywkę.

Daję mocą czwórę z plusem, naprawdę ogromnym (4+/5). 

Baza recenzji syndykatu Zbrodni w Bibliotece


piątek, 20 stycznia 2012

Tomasz Konatkowski "Wilcza wyspa"

Wydawnictwo: Wydawnictwo W.A.B.
Rok wydania: 2008
Język: polski
Ilość stron: 426

O autorze:
Tomasz Konatkowski (ur. 1968) – autor kryminałów, tłumacz; studiował fizykę i informatykę. Zadebiutował w 2007 roku powieścią "Przystanek Śmierć", powieścią rozpoczynającą cykl warszawskich kryminałów z komisarzem Adamem Nowakiem. Rok później ukazała się "Wilcza wyspa." Obie części zostały nominowane do Nagrody Wielkiego Kalibru. Jego powieści były tłumaczone na język niemiecki i włoski.

Na fali opętania kryminałami zakotwiczonymi w warszawskich realiach kupiłam "Wilczą wyspę" i pełna euforii rozpoczęłam lekturę. Z pałającymi policzkami rozpoznowałam kolejne miejsca, o które zahacza fabuła - nic tak nie dodaje smaczku, jak znajome okolice pokazane w czytanych książkach. Te miejsca nad Wisłą, ten klub wioślarski przy Wale Miedzeszyńskim! Przecież ja tam jeździłam rowerem się opalać... Wraz z kolejnymi pochłanianymi stronami euforia zaczęła jednak maleć, ustępując narastającej irytacji, znudzeniu i w końcu kompletnej niechęci do kontynuowania lektury.


Okładka niemieckiego wydania
  Ale po kolei. "Wilcza wyspa" to drugi tom z cyklu powieści o warszawskim komisarzu o oryginalnym nazwisku Adam Nowak. Facet po przejściach, trochę oryginał, postać autentyczna i intrygująca. I to jeden z nielicznych plusów "Wyspy". Trupy są dwa: jeden to zwłoki chłopaka, wyrzucone na brzeg na jednej z nadwiślańskich przystani, jak się wkrótce okazuje, syna szwedzkiego przedsiębiorcy, robiącego interesy w Polsce, drugi to Hindus, prowadzący jakąś działalność gospodarczą. Zaczynają się spekulacje - czy te dwa morderstwa są jakoś powiązane? Czy w zbrodniach maczała palce mafia? A może zbrodnie miały charakter osobisty? Związane były z prywatnym życiem ofiar? Ciekawe, prawda?... Tyle że na tym kończy się świetny potencjał tej książki. Bowiem wyjątkowo dobry początek gubi się gdzieś po drodze w niekończących się opisach warszawskich zakątków (no owszem, fajne, ale... ile można?), banalnych dialogach o bzdetach, nie wnoszących niczego do fabuły i wydarzeniach, które coraz bardziej zaciemniają sytuację, aż w końcu kompletnie nie wiadomo, co, kto i dlaczego. Jakkolwiek brutalnie to zabrzmi, jakkolwiek niechętnie wydaję taką opinię (tak, chciałabym wreszcie przeczytać jakiś REWELACYJNY polski kryminał), to niestety, książka jest po prostu nudna. Nudna i zagmatwana, a autorowi nie udaje się zachęcić czytelnika do zabawy w rozplątywanie tej gmatwaniny. Miał pan Tomasz dobry pomysł, ale wykonananie.., cóż daleko mu do mankelli, do których powieść była porównywana.
Warto jednak wspomnieć, że książka ukazała się również w Niemczech, przechodząc bez większego echa (raptem jedna opinia na Amazonie, zaskakująco pochlebna, której autor skarży się jedynie na mnogość i jednakowe brzmienie polskich nazwisk...:-)).
Moja opinia: 3/5 (jedna gwiazdka za Warszawę, jednak, i te Wały Miedzeszyńskie...)

"Baza recenzji Syndykatu ZwB"