Ads 468x60px

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą police procedural. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą police procedural. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 lipca 2013

Mariusz Czubaj "21:37" - niemiecki recenzent gościnnie u Krimifantamanii



Dziś Krimifantamania gości na swych łamach recenzenta największego niemieckiego portalu kryminalnego Krimi-Couch. Chcecie wiedzieć, jak widzą za granicą naszych autorów? Macie okazję podejrzeć, jak naszych recenzuje się za Odrą. Na tapecie: Mariusz Czubaj i jego powieść kryminalna "21:37". Recenzja ukazała się w czerwcu 2013 i publikowana jest za wiedzą i zgodą recenzenta oraz portalu. 

21:37 von Mariusz Czubaj
Mariusz Czubaj "21:37"Oryginał ukazał się w roku 2008 pod tytułem "21:37", wydanie niemieckie ukazało się w 2013 w wydawnictwie Prospero.
Miejsce i czas akcji: Polska / Warszawa, 1990 - 2009.
Przekład: Lisa Palmes. ISBN: 978-3941688377. 383 stron.






„Talking Ezechiel Blues“

 recenzja Matthiasa Kühna

W paru słowach:
Niedaleko Centrum Olimpijskiego w Warszawie znalezione zostają zwłoki dwóch młodych mężczyzn. Ofiary były klerykami miejscowego seminarium duchownego. Przed śmiercią mężczyzn poddano brutalnym torturom, a morderca wypisał ofiarom na twarzach liczby 21 i 37. Czyżby te liczby odnosiły się do godziny śmierci Jana Pawła II? Jaki związek miały te morderstwa ze śmiercią papieża? Powołana do życia komisja śledcza ma podjąć trop zabójcy. Jej członkiem zostaje również Rudolf Heinz, doświadczony profiler. W kręgu podejrzanych prędko znajdą się bardzo wpływowe i poważane osoby. Zanosi się na skandal niesłychanych wymiarów.

Na niemiecką scenę kryminalną wkracza nowy profiler: Rudolf Heinz. Polski komisarz o niemieckim nazwisku jest „profilerem, gitarzystą i posiadaczem brązowego pasa w karate”, jednak w obejściu - osobnikiem dość szorstkim, na co dzięki niepodważalnym kompetencjom może sobie pozwolić:
Jest profilerem – najlepszym w kraju specjalistą zajmującym się typowaniem nieznanych sprawców przestępstw. Samotnym łowcą tropiącym dzikie, unikatowe sztuki w rodzaju seryjnych morderców, gwałcicieli czy piromanów. W dodatku jest łowcą ledwie tolerowanym przez policyjnych rutyniarzy.
Pomijając fakt, że sprawcy przeważnie są nieznani, Heinz właściwie niespecjalnie interesuje się swoją pracą. Dopiero kiedy przestępca porządnie nadepnie mu na odcisk, komisarz obsesyjnie angażuje się w sprawę; sprawca, ofiara i metoda nie opuszczają go dzień i noc. Wówczas jednak choleryk Heinz łatwo popada w agresję. Poza tym policjant zwany „Hipisem” chętnie spędza czas w dojo greckiego mistrza karate, senseia Kastoriadisa, ale w głębi duszy czuje się muzykiem:
Hipis. Przezwisko nadali mu koledzy z zespołu. W przepoconych kanciapach, przerobionych na sale prób, zagraconych sprzętem muzycznym piwnicach, w magazynach pozbawionych wentylacji i oświetlanych jedną żarówką Heinz czuł się jeszcze najlepiej.
Rudolf Heinz nie jest zdrów: cierpi na chorobę Raynauda, schorzenie naczyniowe, powodujące skurcze i uczucie drętwości, szczególnie w palcach. Tryb życia policjanta nie sprzyja zahamowaniu rozwoju choroby. Poza tym Heinza prześladuje pewna stara sprawa, którą niegdyś nieomal przypłacił życiem.

Ale po kolei: Daniel Wyprych, były bokser o wielkiej przyszłości i nieciekawej teraźniejszości dokonuje makabrycznego znaleziska. Ktoś zamordował dwóch kleryków seminarium duchownego, a na ich ciałach wypisał liczby „21:37”. Podobno każde dziecko w Polsce wie – poza Heinzem, rzecz jasna ­– co one oznaczają: godzinę śmierci papieża. Ale czy w tym wypadku stanowią właściwy trop? I co oznaczają?

Rudolf Heinz niechętnie opuszcza Katowice i udaje się do stolicy. A tam nikt nie wita go z otwartymi rękoma: Heinz w roli przewodniczącego komisji śledczej walczy z uprzedzeniami i ignorancją kolegów, co zgryźliwcowi i gburowi nie przychodzi łatwo. Ich postacie, na czele z osobnikiem, który ze względu na przecinającą jego twarz bliznę nazywany jest Karloffem, zostały opisane bardzo barwnie. Karloff, początkowo uprzedzony do profilera z Katowic, otwiera się w końcu i wspiera go, nawet wbrew pozostałym kolegom.

Jednym z powodów, dla których Heinz nie zostaje ciepło przyjęty w nowym zespole, jest sposób, w jaki reaguje na wielką nowinę. Jest bowiem kwiecień 2007:
Nagłówki wszystkich gazet odświętną czerwoną czcionką informowały, że stało się coś niezwykłego. Informacje o przyznaniu Polsce i Ukrainie organizacji mistrzostw Europy w 2012 roku zapełniały wszystkie możliwe rubryki, od pierwszej strony po zwyczajowo umieszczany na końcu gazet sport. [...] Narodowy orgazm przy udziale piłki nożnej – Heinz pomyślał ze złością o stadnej miłości Polaków do futbolu.
Heinz, syn piłkarza, który uciekł na zachód, cierpi na piłkarską fobię, czyniącą z niego aroganckiego outsidera, dystansujacego się od normalnego ludu i jego zamiłowań. Wątpliwa to podstawa owocnej współpracy.

Heinz rzuca się zatem w wir dochodzenia: w klasztorze, gdzie studiowali zamordowani, również napotyka barwne postacie, na czele z rektorem, który podobnie jak komisarz, najlepiej się czuje w muzyce. Inaczej niż Heinz, którego przy życiu trzyma diabelstwo w rodzaju Roberta Johnsona, Johna Lee Hookera czy Steviego Raya Vaughna, rektor jest gwiazdą sakropopu.

Sprawa zakreśla szerokie kręgi, sięgając warszawskich elit. I tu Czubaj wyposaża swego profilera w sporą dozę jędzowatości: Heinzowi ani sekundę nie zależy na tym, by zyskiwać sympatię kogokolwiek. Maniera ta oczywiście jest aż nader klasyczna – i odrobinę zbyt mocno przypomina  zachowanie detektywów pokroju Philipa Marlowe’a czy Lwa Archera.

Pozostawmy jednak na boku wszystkie stereotypy powieści detektywistycznej, które Czubaj dość umiejętnie rozsiewa po swej powieści, i skupmy się na kwestii dla nas szczególnej: kto tak naprawdę zna Polskę? Ten wielki kraj na wschodzie dla większości niemieckich czytelników (kryminałów) jest białą plamą na mapie Europy. Wyraźnie odczuwa się to wtedy, gdy autor bez większych wyjaśnień żongluje postaciami i wydarzeniami polskiej popkultury, do czego oczywiście ma pełne prawo. Zabawne jednak, że na przekór temu tłumaczy, kim byli Sacco i Vanzetti – w  Niemczech ten duet rozpoznawalny jest bardziej niż Doda Elektroda, będąca kimś w rodzaju polskiej Danieli Katzenberger.

Mariusz Czubaj opublikował kilka książek na temat polskiej popkultury. Nic dziwnego zatem, że na kartach powieści pojawiają się postacie z filmu, muzyki i sportu, jak na przykład Zbyszek Cybulski, polski James Dean, znany z niedostępnego niestety w Niemczech filmu „Popiół i diament”, albo Dariusz Michalczewski czy Piotr Rubik, który jako kompozytor oratorium ku czci zmarłego Jana Pawła II zamyka merytoryczny krąg.

Mamy tu zatem do czynienia z kryminałem pochodzącym z kraju, o którym przeciętny Niemiec wie zbyt mało: z kraju, w którym jeszcze kilka dziesięcioleci temu panował stan wojenny, i w którym ranga policji w społeczeństwie jest zupełnie inna niż u nas. Brutalność należy dla kolegów policjantów, zwłaszcza tych starszych, do dobrego tonu. Kiedy zamordowany zostaje sutener, dla wielu polskich policjantów to tylko „jeden alfons mniej”.

To właśnie są te drobiazgi, które czynią 21:37 przeżyciem niemal egzotycznym. Szkoda tylko, że sam Heinz słucha przeważnie staroci w rodzaju Cream, ba, niestraszny mu nawet Black Sabbath – po kimś, kogo kreuje się na muzyka, spodziewałbym się czegoś więcej. Drobna rysa na gładkiej powierzchni, ale mniejsza o to.

SkyscraperTych drobnych rys w pierwszym tomie o Rudolfie Heinzu jest więcej. Jest tu parę dłużyzn, pojawia się humor, wprawdzie subtelny, ale niekiedy akurat w kwestiach humorystycznych autor przecenia własne umiejętności. Przykład: Heine jedzie pociągiem do Warszawy, przysłuchując się dwójce młodych karierowiczów – i na koniec wtrąca się do ich rozmowy. Sytuacja ta sprawia wrażenie nieco sztywnej i naciąganej. Jeśli Czubaj w kolejnych powieściach oszczędzi nam podobnych zbędnych wstawek, to ja profilera Rudolfa Heinza wraz z trupami w jego szafie chętnie powitam.

Powieść 21:37 przetłumaczyła Lisa Palmes – i to znakomicie! Z radością wyczekuję następnej sprawy dziwaka Rudolfa Heinza.

Matthias Kühn

Tłumaczenie: Agnieszka Hofmann


Recenzja ukazała się w czerwcu 2013 na portalu Krimi-Couch. Powieść recenzent ocenił na 77º, czytelnicy na 91º.

niedziela, 24 lutego 2013

Wojciech Chmielarz "Podpalacz" - iskrzy czy tylko śmierdzi i dymi?...


Wydawnictwo: Czarne
Seria: Ze strachem
Data wydania: 6 listopada 2012
Liczba stron: 360
Cena 34,90

Że polski kryminał otrząsnął się z marazmu i bylejakości, zaczęło do mnie docierać jakiś czas temu, kiedy z rosnącą satysfakcją zaczęłam przedzierać się przez półki z rodzimymi przedstawicielami gatunku. Że do uznanych sław i mniej lub bardziej sprawnych warsztatowo książątek i królewien kryminału zaczynąją coraz częściej dołączać nazwiska nowe, nieznane, pałające chęcią choćby oblizania widelczyka po zbrodniczym torcie, wystarczy przekonać się idąc do księgarni. Że te próby wybicia się z jednolitej brei kończą się rozmaicie, nie zawsze tak, jak wymarzył sobie podejmujący wyzwanie autor, czytelnik niejednokrotnie przekonał się na własnej, ufnej skórze. Czy wobec tego dziwi fakt, że choć nieustannie szukam dobrych kryminałów z etykietką "made in Poland", to jednak nieufnym okiem spoglądam pretendendów do tronu? 

Jak mówią Niemcy, zaufanie jest dobre, kontrola lepsza, więc - trochę w ciemno - postanowiłam sprawdzić nowe nazwisko na polskiej scenie kryminalnej. Fajerwerków, wbrew tytułowi, się nie spodziewałam. I faktycznie, pierwsze strony raczej utwierdziły mnie w przekonaniu, że choć się nie ma do czego przyczepić, raczej nie iskrzy - wszystko tu jest poprawne: zarysowanie intrygi, osadzenie w realiach, konstrukcja postaci. Niby w porządku, ale jakoś tak mało porywająco. Dopiero zbliżając się do połowy uświadomiłam sobie, że nie wiadomo kiedy zrobiło się gorąco. A nawet bardzo gorąco. 

Zaczyna się banalnie i bez niespodzianek: pożar w warszawskiej willi, jedna ofiara śmiertelna, jedna osoba ranna. Fakt, że pożar nie zaprószył się sam, tylko został wywołany wrzuconym przez komin koktajlem Mołotowa, raczej nikogo nie zaskakuje - tytuł w dostatecznym stopniu przygotowuje na to, co nas tu czeka. Zostaje wszczęte śledztwo, prowadzone przez komisarza Jakuba Mortkę i resztę grupy dochodzeniowej. Standard. Nic wskazuje na to, że będziemy mieli do czynienia z czymś więcej niż jednowymiarowym i przeciętnym dochodzeniem, z szablonowym, mało asertywnym gliną liżącym rany po niedawnym rozwodzie, z wypoconą i przewidywalną intrygą. I Mortka, i śledztwo, i intryga każą chwilę poczekać, zanim zaprezentują, jaki w sobie kryją potencjał. 

Nie zdradzę zbyt wiele, jeśli powiem, że pożarów tych będzie więcej, podobnie i ofiar, a nie każda z nich padnie ofiarą piromana. Intryga rozwija się w kierunku, którego niekoniecznie możnaby się spodziewać po ogranym początku. Nawet Mortka pokazuje pazury i niebezpiecznie zbliża się do wizerunku gliniarza fanatycznego, krystalicznie czystego, takiego z misją. Piszę niebezpiecznie, bo takich policyjnych rycerzy bez skazy trudno kupić, a typ "najlepszego psa w mieście" został wyeskploatowany przez literaturę i film w jednakowym stopniu. Na szczęście okaże się, że autor zachował jasność umysłu oraz swoiste wyczucie i pokierował swym komisarzem w rejony, niekoniecznie opiewane w podręcznikach dla wzorowych policjantów.

I dobrze, że nic tu nie jest czarno-białe, tylko szarawe, grafitowe, a nawet popielate. Chmielarz niby mimochodem, bez irytującej łopatologii wymusza parę refleksji odnośnie polskich policyjnych realiów. Podczas gdy niemiecki komisarz po robocie wraca do mało luksusowego wprawdzie, ale nieźle urządzonego apartamentu i raczy się butelką chardonnay, którym obficie podlewa przegrzebki, parmezan i czekoladę noir, polski Mortka dzieli zasyfiałą norę ze studentami, zamracza się mocnym wojakiem (to takie piwo) i napycha żołądek śmieciowym żarciem, bo na nic innego, po rozwodzie i spłacie alimentów, go nie stać. W ten sposób podążanie usianą kamieniami ścieżką sprawiedliwości staje się zajęciem dla freaków lub nieudaczników, zaś polski komisarz zostaje zepchnięty na społeczne doły, przymuszony do wegetacji lub nocnego dorabiania kucharzeniem w restauracji (na co skazał Nemhausera Hagen). 

Parę wycieczek w stronę żenujących warunków pracy policji w Polsce, subtelne otarcie się o zaznaczony problem przemocy domowej i osadzenie akcji w mroźnej atmosferze zimowej Warszawy nie oznacza jednak, że "Podpalacz" podszywa się pod posępne i chłodne skandynawskie smuty. Nie podszywa się pod nic, natomiast podąża sprawdzonym głównym nurtem kryminału, wydobywając klasyczne elementy gatunku: pracę policji, bez żadnego zbaczania w stronę psychologicznych thrillerów czy innych udziwnień. Nie zapomina też o rzeczy w kryminale najważniejszej: napięciu, które choć nie pojawia się od razu, to jednak w końcu chwyta i już nie puszcza. Zakończenie jest satysfakcjonujące, dalekie od utartych schematów, choć po drodze autor potyka się o scenę, która niemal zniweczyła jego plany stworzenia prawdopodobnej intrygi (klasyka: policjant na własną rękę, nikomu nic nie mówiąc, lezie w sidła zbrodniarza). Mimo wszystko udaje mu się z tego wybrnąć w sposób, który podsadził go o szebel wyżej w kryminalnym rankingu. 

A skoro już o rankingach mowa, to oświadczam z całą odpowiedzialnością, że lektura "Podpalacza" sprawiła mi więcej frajdy i satysfakcji, niż niejedno okrzyczane dzieło z etykietką "bestseller". Może to nie są fajerwerki, ale żywy, jasny płomień. Ja stawiam na Mortkę.



Pierwsze zdanie: "W nocy temperatura w Warszawie spadła do minus dwudziestu stopni."
Gdzie i kiedy: Warszawa, współcześnie
W dwóch słowach: mainstreamowa i realistyczna
Dla kogo: dla ceniących klasyczne, nieprzekombinowane kryminały police procedural
Ciepło / zimno: 77°


Książkę przeczytałam w ramach wyzwań: Czytamy Kryminały i Miejskiego.

niedziela, 30 września 2012

Tana French "Schattenstill" (Port widmo) - dla kucharek czy dla koneserów?


Wydawca: Scherz Verlag
Język: niemiecki
Tytuł oryginału: Broken Harbour
Przekład: Ulrike Wasel i Klaus Timmermann
Ilość stron 736 
Cena: 16,99 euro

Niektórzy czytelnicy są przekonani, że kryminały to lektura pośledniejszego gatunku, stawiana na równi z romansami, niegodna tego, by rozmawiać o niej w towarzystwie osób wykształconych, niewarta nawet określenia "literatura", ot, zwykłe zabijacze czasu, wchłaniane bezrefleksyjnie i nieco wstydliwie, wyłącznie w celach rozrywkowych. Treści w nich żadnej, a w ogóle gdzie im tam do "prawdziwej" literatury z górnej półki. I niech im tam, niechże ci konsumenci "literatury" trwają w swym skostniałym przekonaniu. Zresztą zapewne opinia ta jest prawdziwa w dziewięćdziesięciu procentach czytelniczych tworów z etykietką "kryminał", dostępnych na rynku. Ale jest drobny margines powieści określanych mianem "kryminalnych", które prywatnie nazywam "książkami z wartością dodaną". Fakt, pozornie to kryminały. Jest zbrodnia, jest policjant, jest śledztwo i jest morderca. Ale wszystko to zaledwie ramy do przekazania opowieści, która głębią bije na głowę niejedną napuszoną i nadętą pozycję określaną "literaturą z górnej półki". Opowieści, nakreślonej w sposób inteligentny, wnikliwy, literacko dojrzały. I taką książką jest "Broken Harbour" irlandzkiej pisarki Tany French. 

Miłośników wartkiej akcji, fabuły najeżonej widowiskowymi pościgami, makabrycznymi detalami, ociekającymi krwią scenami, fanów modnych thrillerów z larwami owadów, antropologami, profilerami i techniką jak z seriali CSI z miejsca odsyłam do innych autorów i do innych książek. Nie musicie nawet czytać dalej tej recenzji - siedmiusetstronicowy "Port widmo" nie jest lekturą dla Was. Ale jeśli znajdujecie satysfakcję w czytaniu rzetelnych opowieści o zbrodni, klasycznych  powieści z gatunku "police procedural", cenicie wiarygodne portrety postaci i to "coś więcej", co można znaleźć w niektórych, wyjątkowych pozycjach, jeśli wreszcie potraficie docenić dobrze opowiedzianą historię osnutą wokół odwiecznego dylematu zbrodni, kary i sprawiedliwości, to najnowsze dzieło Tany French okaże się dla Was prawdziwą literacką ucztą.

Tytułowe "Broken Harbour" to nowe osiedle domów mieszkalnych, wybudowane w odległości około czterdziestu minut drogi od Dublina (ale tylko jeśli weźmiesz śmigłowiec, jak złośliwie komentuje jeden z bohaterów powieści) w czasach, kiedy gospodarka Irlandii sprawiała jeszcze wrażenie prężnej i dynamicznej, ludzie bez namysłu brali kredyty mieszkaniowe, przyczyniając się do powiększania bańki mydlanej, która pękła wraz z nadejściem recesji. Osiedle, pięknie wyglądające na prospektach, okazało się widmową zbieraniną wykonanych byle jak budynków na kompletnych pustkowiach - i pułapką bez wyjścia dla wielu młodych rodzin. I w jednym z takich domków zamordowana zostaje rodzina - ojciec zadźgany, dzieci uduszone poduszką, i zmasakrowana nożem żona, która jako jedyna uchodzi z życiem. I niczego nie pamięta. 

Śledztwo zostaje powierzone doświadczonemu policjantowi z Dublina, staremu wydze Kennedy'emu, który cieszy się opinią gliny o najlepszym współczynniku wykrywalności. Za parnera bierze sobie Ritchiego, żółtodzioba, którego na próbę przydziela się do jego pierwszego śledztwa w sprawie morderstwa, ale bynajmniej nie naiwniaka, lecz faceta o nieomylnym instynkcie i rzadkim darze zjednywania sobie ludzi. Dla obu to śledztwo okaże się swoistą próbą, w której sprawdzone zostaną nie tylko policyjne umiejętności, ale i moralny kręgosłup, poczucie sprawiedliwości i wierność ideałom, a także zwykłe człowieczeństwo. 

Tak, Tana French nie szczędzi czytelnikowi szczegółów. Nie pomija niczego, najmniejszego detalu miejsca zbrodni, nabardziej błahego śladu, rozmowy, procedury. Zanurza czytelnika w tym dochodzeniu, sprawia, że wnikamy w świadomość Kennedy'ego, patrzymy jego oczami, śledzimy jego tok rozumowania i postrzegania. Jesteśmy nim. Ta sprawa pochłania nas z kretesem, opanowuje doszczętnie i nie puszcza. Teraz już wiecie, dlaczego autorce potrzebne było ponad siedemset stron. Tu nie ma powierzchownych i migawkowych płycizn z rodzaju "jak naiwna powieściopisarka wyobraża sobie pracę policji", jest przygnębiający, wnikliwy i poruszający obraz, przedstawiający codzienność śledczego, który balansuje na ostrej grani empatii i twardości, próbując zachować równowagę pomiędzy instynktem a skrupulatnością doświadczonego rutyniarza.  

I jednego, i drugiego będzie potrzebował. Bo jest w tym morderstwie coś, co wykracza poza granice typowej zbrodni. Co tak naprawdę stało się w domku w Broken Harbour? Czy to poszerzone samobójstwo zdesperowanego ojca, który, straciwszy posadę, nie widział możliwości by dalej żyć i utrzymywać rodzinę? Szaleńczy czyn stalkera? A może coś całkiem innego? Jaką tajemnicę skrywała pozornie szczęśliwa rodzina? Skąd się wzięły dziury wyrąbane w ścianach utrzymanego w idealnym porządku mieszkania? Do czego służyły niezliczone kamery i babyfony rozmieszczone w całym domu? I i na co zostały zastawione na strychu wnyki? 

W połowie książki sprawa wygląda na rozwiązaną - jest zbrodniarz, zgadzają się wszystkie poszlaki, jest przyznanie się do winy. Kolejne trzysta pięćdziesiąt stron udowadniają jednak, że to nie koniec, że w tej sprawie nic nie jest takie, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Autorka prowadzi nas przez manowce i labirytny ludzkiej psychiki, ukazuje wnikliwe studium szaleństwa,  stawia przed moralnymi dylematami i filozoficznymi niemal dywagacjami o istotę i sens sprawiediwości. I ma w zanadrzu parę niespodzianek... 

Ta książka ma jeszcze parę innych walorów, oprócz fabularnej, znakomicie skonstruowanej intrygi. Przede wszystkim daje (wreszcie) przekonującego śledczego, który nie powiela stereotypów. Facet nieidealny, ze skazami, twardy, ale o sporej empatii, bez problemu alkoholowego, ani wewnętrznej traumy wyniesionej z dzieciństwa (no, powiedzmy, że to ostanie nie do końca się zgadza...), prawdziwy, o niepoharatanej duszy. W ogóle duże brawa dla złożonych charakterów, wykreowanych przez Tanę French - każdy z bohaterów ma w sobie ziarno autenzyzmu, wyposażony jest w cechy, które dowodzą jej niezwykłego zmysłu obserwacji i umiejętności ubierania w słowa rzeczywistości.

Sam język też jest wyważony, adekwatny, znakomicie harmonizujący z przekazywanymi treściami - żadnych łzawości, skomplikowanych aż do śmieszności metafor, w zasadzie wszystkie użyte tu środki stylistyczne służą jednemu - by zanurzyć czytelnika w snutej opowieści. Znakomite pióro! 

A teraz już koniec tych peanów i hymnów pochwalnych, ocena jest krótka i jednoznaczna: "Broken Harbour" to znakomity kryminał dla koneserów, zdecydowana piątka (5/5).