Ads 468x60px

niedziela, 25 listopada 2012

Białą ciszą otuli się...



I już wszystko wiadomo. Walczyliście dzielnie, pomysłowo, nie szczędząc ciosów poniżej pasa i stosując rozmaite finty. Za wszystkie zgłoszenia serdecznie dziękuję i najchętniej wlepiłabym każdemu po książce... A teraz... Cóż, chciałaś - masz... i pomęcz się teraz wyborem. Po licznych rozterkach i wahaniach wybieram  faworytów.

Po egzemplarzu powieści "W białej ciszy" autorstwa Inge Löhnig otrzymują:

1) opty2 

(za brawurowy dialog pomiędzy... ach, sami zobaczcie. Niechże ten tomik przekona ją, że Skandynawia nie zawsze jest górą...)

2) book-erka

(za przewrotność i blask fantastyczny, z nadzieją, że jednak nie wykorzysta tej książki w sposób, jakim mi grozi)

3) oisaj 

(by oszczędzić mu traumy warszawskiej, z przykazaniem, by książka została wśród Krakusów i łaskawym przyzwoleniem, by wykorzystał ją również do rąbnięcia Viv w potylicę, zgodnie z jej wyraźnym życzeniem, a wręcz żądaniem).

Dodatkowy, ponadprogramowy i prywatny egzemplarz "W białej ciszy" chciałabym przekazać bookfie, piętnując jej niewiarę w to, że można mnie zaszokować i podstępnie pragnąć posiać defetyzm kryminalny w dalekiej Skandynawii.

Nagrodzonych proszę o podanie na drodze mailowej adresu, na który mam wysłać książkę, a zawiedzionych zapewniam, że było blisko... i zapraszam na kolejny konkurs:-)


czwartek, 22 listopada 2012

Wiktor Hagen "Dzień zwycięstwa" czyli prawo to prawo



Wydawnictwo: WAB
Mroczna Seria
Premiera: listopad 2012
Ilość stron: 472
Cena: 39,90 zł

Kim jest Wiktor Hagen?... To pytanie zadawali sobie liczni admiratorzy polskiego kryminału, kiedy ukazał się pierwszy tom z komisarzem Nemhauserem. Nikt nie miał wątpliwości, że to pseudonim autora, który niczym efemeryda wychynął znikąd, namącił w kałuży "Granatowej krwi", zdobył parę serc i nominację do nagrody Wielkiego Kalibru, by niedługi czas później pojawił się znowu w "Długi weekend". I znowu spekulacje, zgadywanki, znowu nominacja.

Tożsamość autora dla żadnego znawcy polskiej sceny kryminalnej nie powinna już stanowić żadnej tajemnicy. Tymczasem Nemhauser pojawił po raz trzeci, w "Dniu zwycięstwa". Czy naprawdę zwycięży tym razem?...

Warszawski policjant, którego polubiliśmy w "Granatowej krwi", wstrzyknął w truchło polskiego kryminału witalne serum. Historyk z wykształcenia, który poszedł do policji z wiary i głębokiego przekonania, że coś w ten sposób zmieni, mąż dragona w spódnicy o słodkim imieniu Paula i ojciec bliźniaków z piekła rodem o wymyślnych imionach Cyryl i Metody (tu autor pojechał po bandzie, chyba NIKT w realu nie uczyniłby tego owocom własnych lędźwi), miotający się między łapaniem zbrodniarzy za dnia, a gotowaniem w ciekawej knajpce wieczorami... I mimo wszystko, wbrew pozornej fajtłapowatości i braku asertywności  wzbudzający sympatię, a ostatecznie i respekt swym gończym instynktem, pryncypiami i umiejętnością kojarzenia faktów.

W niedawno wydanej trzeciej części przygód Nemhausera biedny komisarz nieco mniej miota się po Warszawie między przedszkolem, domem i dwiema pracami, a bardziej poświęca się temu, do czego został stworzony, czyli tropieniu morderców. I faktycznie ma ręce pełne roboty, bowiem trup jest, i to niejeden. Na początek ginie od kuli w głowie kombatant, emerytowany pułkownik, powszechnie poważany uczestnik bitwy o Anglię i w ogóle postać świetlana i kryształowa. To, co początkowo wygląda na samobójstwo, po chwili okazuje się morderstwem, a uroczystości cudu nad Wisłą w podwarszawskim Jazdowie zostają poważnie zakłócone. W jego ślady podąża niedługi czas potem niejaki Wiesław Kielonek (i wbrew pozorom nie jest to żul z Ząbkowskiej, spędzający dnie nad alpagą, tylko wyjątkowo obrzydliwy typ korporacyjny), zaś jego zejście nosi pewne znamiona mordu rytualnego. Komisarz z nieodłącznym Mariem, którego występy podczas przesłuchań świadków i podejrzanych z regularnością szwajcarskiego zegarka przyprawiały mnie o złośliwy uśmieszek ("Może jak mu przypierdolę, to coś powie", "No i nie przypierdoliłem mu - skwitował ze smutkiem" - cytaty z pamięci), rozkręca się powoli, węsząc w hermetycznym światku polskiej arystokracji (a tak, mamy taką), z niesmakiem wywlekając na świat dzienny obrzydliwości polityki, układów, układzików, interesów i nacisków. Polskie piekiełko ma się nieźle i wszystko wskazuje na to, że tak pozostanie. Dostaje się elitom politycznym i kościelnym dołom. Utkana tu intryga jest lekko zagmatwana, z paroma krótkimi wycieczkami w przeszłość, co chwilę zaś wypływają nowe aspekty, ukazujące całość w zupełnie odmiennym świetle. Ze względu na nieco zamkniętą przestrzeń miejsca zbrodni (plebania w prowincjonalnym miasteczku, gdzie niepodzielnie rządzi ksiądz) gęsta atmosfera śledztwa przypomina nieco klasyczne kryminały w stylu closed room, zwłaszcza że przewija się tu cała galeria podejrzanych, łącznie z tradycyjnym ogrodnikiem.

Jest bardzo współcześnie, co powinno zadowolić osoby kręcące nosem na wszechobecne retro, są liczne aluzje i dygresje do aktualnych wydarzeń z pierwszych i dalszych stron gazet, topograficznie i faktograficznie wszystko gra. Z rozrzewnieniem i wielkim ukontentowaniem podążałam Nemhauserem po znanych warszawskich zaułkach, a nawet przez koszmarne skrzyżowanie Marsa z Płowiecką, gdzie Mario z Nemhauserem mieli bliższe spotkanie trzeciego stopnia z antypatycznym kierowcą czarnego hummera. Nasycenie autentycznymi detalami było jak trzeba, bez irytującego klepania nazw marek, produktów i ulic, ale wystarczająco naturalne, by zagłębić się w książkową rzeczywistość bez poczucia, że ktoś (autor) nas robi w balona.

Jest to kryminał bardzo polski także z tego względu, że nie ma tu typowego dla wielu pozycji anglosaskich, skandynawskich czy nawet niemieckich betonowego przywiązania do litery prawa. Tu mataczy, kręci i tuszuje dosłownie każdy, od policyjnego pionka po najwyższe piętra, zaś sprawiedliwości staje się zadość (albo i nie) nie na skutek przykładnego ujęcia sprawcy przez sprawny aparat władzy i posadzenie go za kratkami. Tu sprawiedliwość rozgrywa się w kuluarach, za zamkniętymi drzwiami, pokątnie. Prawo to prawo?...

Co tu dużo gadać, to jest dobry kryminał. Po słabszym "Długim weekendzie" tajemniczy Hagen wraca do formy i przywraca mi wiarę w polskich kryminalistów.

Moja ocena: czwóra z plusem (4+/5).

wtorek, 20 listopada 2012

Peter Watts "Abgrund" (Rozgwiazda) - otchłań z drugim dnem



Wydawnictwo: Heyne
Tytuł oryginału: StarfishTrylogia ryfterów
Wydanie polskie: Rozgwiazda, Ars Machina, 2011
Ilość stron: 496
Cena: 8,95 euro
Data premiery: 05.05.2008

Polskie wydanie 
Żeby zmierzyć się z obcością, czasem wcale nie trzeba ruszać w stronę odległych i miliony lat świetlnych galaktyk. Świat niezbadany i bardziej obcy ludzkiej naturze, nikt ktokolwiek mógłby sobie wyobrazić, znajduje się wcale nie tak daleko, na rodzimej planecie człowieka. 

I z tą rodzimą obcością skonfrontował czytelnika Peter Watts, autor okrzyczanej i nagradzanej powieści "Ślepowidzenie". Chronologicznie "Trylogia ryfterów" powstała dużo wcześniej, zaś "Rozgwiazda" jest debiutanckim dziełem Wattsa, który z wykształcenia jest doktorem biologii morskiej. W przypadku pisarzy uprawiających science fiction pożądane jest, żeby mieli niejakie pojęcie o tym, o czym piszą. W pewnym stopniu muszą się wszak zabawić w Pana Boga, a przynajmniej podjąć próbę aktu tworzenia, ze wszystkimi jego fizycznymi, biologicznymi i antropologicznymi konsekwencjami i niekonsekwencjami włącznie. Watts w tym względzie nie rozczarowuje. Pisze o tym, na czym zna się najlepiej - o oceanach. A w zasadzie o tym, co się czai w jego najmroczniejszych głębinach. 

Nie o morskich potworach jest jednak ta książka, a o ludziach, rzuconych w najbardziej wrogie im środowisko: 3000 tysięcy metrów pod powierzchnią oceanu, tuż nad krawędzią rowu tektonicznego, czyli ryftu. Niezaspokojony głód energii sprawił bowiem, że ludzkość zmuszona została poszukać alternatywnych źródeł i skoncentrowała się na energii geotermalnej. "Wtyczkę" postanowiono wetknąć bezpośrednio do kontaktu, czyli w miejscach, gdzie na skutek nieustannych tarć płyt tektonicznych Ziemia buzuje czystą energią. Do obsługi gigantycznych generatorów w otchłań posłani zostają odrobinę zmodyfikowani ludzie. Ich płuca zastąpił zaawansowany moduł  techniczny, dzięki któremu homo sapiens porusza się w nieprzyjaznym wodnym środowisku pod naciskiem wielu atmosfer jak ryba w wodzie. 

Absurd, powie może ktoś, kto ma pojęcie o nurkowaniu. Zapewniam Was, że Watts znajdzie argumenty, by przekonać najbardziej zatwardziałego niedowiarka. To fantastyka naukowa, ale z naciskiem na to drugie słowo. Osoby, jak diabeł święconej wody unikające w literarurze wszelkich dywagacji naukowych, nie muszą się jednak obawiać - nawet taki ignorant jak ja jest w stanie podążyć za technicznymi i fizycznymi wywodami autora. Tym bardziej, że to nie otoczka naukowa jest, nomen omen, sednem tej opowieści. Te pozostają subtelnym, acz wybitnie realistycznym tłem. Na pierwszy plan wysuwa się przede wszystkim tłamsząca, klaustrofobiczna atmosfera rodem z najlepszych horrorów. Większość scen tej powieści rozgrywa się pod wodą, bezpośrednio w odmętach oceanu lub w spartańskich, nagich pomieszczeniach stacji Beebe, zasiedlanej przez garstkę wybrańców, choć może właściwszym słowem byłoby: skazańców. To nie elita zesłana zostaje do obsługi podmorskiej aparatury, choć owszem, pracowników stacji wybrano w starannym procesie selekcji. To wykolejeńcy, osobnicy o potłuczonych duszach, którzy wykształcili na skutek kolei losów jedną, bardzo przydatną w odmiennym środowisku cechę: owi "wybrańcy" potrafią się adaptować do otaczających warunków. I należą do nich w jednakowym stopniu pedofil, jak i kobieta, od dziecka będąca wyłącznie ofiarą kolejnych gwałcicieli i dręczycieli. Nietrudno się domyślić, że mroczne zakamarki psychiki bohaterów doskonale stapiają się z ciemnością morskiej otchłani.

Watts wykorzystał ciasną i hermetyczną przestrzeń stacji do nakreślenia ciekawych mechanizmów działających w zamkniętych społecznościach. Korelacje między członkami załogi są chłodne, subtelne, pełne ukrytych podtekstów, sugerujących, że za tym wszystkim kryje się coś jeszcze. Dość prędko aktywują się psychologiczne podziały i zawiązują fronty, pojawiają pytania bez odpowiedzi i domysły. Zaś ludzie, stawiający czoła oceanowi i abstrakcyjnym "nim" zaczynają się powoli, niemal niezauważalnie zmieniać. Wykształcają właściwości, o jakich rozprawiają fantaści, które idą w parze z wymiernymi, fizjologicznymi zmianami. Na koniec przyjdzie im się zmierzyć z wrogiem, o którego istnieniu nie wiedzieli nawet "oni"...

Sporo w tym mrocznego horroru, sporo psychologicznych przepychanek, jest parę przebłysków dynamicznej akcji, choć większość fabuły toczy się w sposób leniwy, niespieszny, by nie powiedzieć rozwlekły. Na pierwsze mrowienie autor każe czekać dość długo, a co niecierpliwszy czytelnik może zrezygnować z lektury, nie doczekawszy zapierających dech w piersiach momentów. A te pojawią się skumulowane w końcowej części książki. 

Nie pierwszy raz kręcę nosem na niedorobione, niedojrzałe dzieła debiutantów, również i w przypadku tej pozycji dają się zauważyć pewne zgrzyty konstrukcyjne. Nie przysłużyła się tej opowieści niespójna, skacząca narracja, nierówne tempo, skutkujące dłużyznami w pierwszej części powieści i gnającymi na złamanie karku scenami końcowymi. Przymykam na to oko, licząc, że autor wyprasuje fałdki w pozostałych tomach trylogii, bowiem plusy tej pozycji zdecydowanie przeważają. 

Miłośnicy gęstej, klimatycznej i mrocznej powieści powinni być zachwyceni, nie wątpię też, że czytelnik wyrobiony, poszukujący nowych scenerii, ambitnych scenariuszy i ciekawych konstelacji psychologicznych będzie w pełni usatysfakcjonowany.

Moja ocena: czwórka (4/5). 

Niemieckie wydanie "Trylogii ryfterów"



Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Sardegny Trójka Pik w kategorii s-f. 

niedziela, 18 listopada 2012

Vincent V. Severski "Niewierni" - ludzkie oblicze szpiona



Wydawnictwo Czarna Owca
Czarna Seria
Data wydania: listopad 2012
Ilość stron: 864
Cena: 54,90 zł

Niektórzy uważają, że thriller szpiegowski to pierwsza liga gatunku sensacyjnego. Istotnie, jeśli weźmiemy pod lupę dokonania arcymistrza szpiegowskiej literatury, Johna le Carré'a, to epicki rozmach, psychologiczna głębia postaci i wiarygodność najmniejszego detalu istotnie nie mają sobie równych. Na polskim poletku, bądźmy szczerzy, nie wyrósł dotychczas żaden, który mógłby konkurować z le Carré'm, a szkoda, bo dopracowana, ambitna powieść szpiegowska z mocnym polskim wątkiem niewątpliwie zostałaby przyjęta z otwartymi ramionami. 

Tymczasem trochę ścichapękiem, bez wielkiego szumu wśliznęły się na sensacyjną scenę już dwie powieści, które śmiało, bez kompleksów i zadziornie spoglądają w stronę elitarnego ringu, by rzucić wyzwanie najlepszemu. Mowa o pisarskich dokonaniach Vincenta V. Severskiego, autentycznego polskiego oficera wywiadu, skrywającego się, jak na szpiega przystało, pod pseudonimem. O pierwszym z tomów trylogii, "Nielegalni", pisałam jakiś czas temu, wczoraj zaś stuknęłam opuszkiem palca w ostatnią stronę elektronicznego wydania "Niewiernych". 

W kontynuacji "Nielegalnych" autor wychodzi poza mniej lub bardziej lokalne podwórko, i chociaż nie próbuje jeszcze wejść na wody opanowane przez CIA, to robi się już bardziej międzynarodowo, a nawet kosmopolitycznie. Ba, początkowo czytelnik zostaje poddany uciążliwej procedurze przypominającej misję konika szachowego: skacze z rodzimego kraju do Szwecji (no, ale to już mieliśmy w pierwszym tomie), do Irlandii (to już pewne novum), do Rosji (obowiązkowo), zahacza o Koreę (Północną!) i rozgaszcza się w Jemenie. Z niepowiązanych ze sobą pozornie obrazków zaczyna żmudnie i niespiesznie konstruować megalityczny rebus, który również łatwy do roszyfrowania nie jest. Jak zwykle mataczą i zaciemniają Rosjanie, Irlandczycy gotują swoją własną zupkę, Szwedzi, i ci błękitnoocy, i ci z dredami, próbują przeniknąć wzrokiem zaciemniany przez wraże siły obraz, Polacy jak zwykle więdzą więcej, Al-Khaida walczy z niewiernymi, a wszystko to przecina czerwoną nicią mocny wątek antyglobalistyczny, zmierzający w zburzenie obowiązującego porządku rzeczy. I to wszystko, wbrew pozorom i temu, co sobie teraz myślicie, ma sens. 

Z radością witamy zaś bohaterów, którzy zyskali nasze serce i szarpali nerwy w pierwszym tomie. Frakcja polska nie wyróżnia się zbytnio tym razem, może tylko Sarze tym razem bliżej do prawdziwej Maty Hari niż naiwnej gąski. Rosjanie pokazują bardziej ludzką twarz, dowodząc, że pod przeżartą alkoholem warstwą nadal biją ciepłe, czujące serca. Na wyraźne życzenie autora musimy obdarzyć sympatią Szwedów, a zwłaszcza tego najmniej szwedzkiego o imieniu Hasan. Wbrew rozsądkowi kibicujemy też Wysłannikowi Pokoju, alias Karolowi, alias Olkowi, trawionemu przez fanatyczny ogień wiary i misji do spełnienia. Wszystkich bije na głowę Jagan, oficer specnazu, którego nie da się streścić w jednym zdaniu, tak jak nie dało się streścić jednym zdaniem Lisbeth Salander. To na niego czeka się godzinami, aż wreszcie pojawi się na paru stronicach, by znowu zniknąć na długi czas, pozostawiając nas z uczuciem niedosytu.

I jak we wszystkich dobrych thrillerach to nie wyłącznie zagmatwana intryga i trafne postacie decydują o powodzeniu książki. Nie można pominąć wykonania, owego trudnego do uchwycenia klimatu autentyczności, właściwie wyważonej dozy odpowiednich detali, umiejętnego trącania lekkich strun na zmianę z waleniem w bębny. Tutaj wszystko gra, harmonizuje, sprawiając, że wierzymy, iż tak mogłoby być, kupujemy niemal każdą scenę. Autor już dawno pojął, że mocne osadzenie akcji w realiach to połowa sukcesu. Dlatego kiedy Safir odwiedza profesora w Jemenie, nie mamy wątpliwości, że i autor musiał tam kiedyś być, zobaczyć na własne oczy białe kopuły minaretów odcinające się od granatowego nieba, pić i jeść to, czym raczył później swoich bohaterów. Pewnie też strzelał z ulubionej broni Jagana - skorpiona, biegał w ulubionych butach Wolskiego - czerwonych Salomonach XT wings s-lab 4, i spożywał szwedzkie wafle Kex firmy Cloetta. Ja wierzę nawet, że on rozpił niejedną flaszkę Absolutu z niejednym Rosjaninem, dywagując o świecie i słowiańskiegj duszy. 

To jedna z wielu mocnych stron tej opowieści. Uważnemu czytelnikowi nie umknie również, że autor bawi się czasem konwencją i przemyca zapożyczenia z innych dzieł. W poprzednim tomie mieliśmy pożyczkę od Dicka, tym razem Serverski mruga okiem cytując Bułhakowa, w cudownej skądinąd scenie Jagana z kotem. 

To jak, mamy naszego le Carre'a? Jeśli nie, to Severski ociera się o niego bardzo, bardzo blisko. "Niewierni" podskoczyli o jedno oczko na mojej osobistej skali, wprawiając mnie w lekkie zaniepokojenie, bo, szczerze mówiąc, kończy mi się skala, a przed nami, kiedyś, trzeci tom trylogii. 

Moja ocena: prawie piątka (5-/5).

Za udostępnienie egzemplarza książki dziękuję wydawnictwu Czarna Owca. 

sobota, 17 listopada 2012

Krimifantamania rozdaje zbrodnie - otul się białą ciszą i wygraj książkę!



Kto jeszcze nie zaopatrzył się w najnowszą powieść Inge Löhnig "W białej ciszy" (wtajemniczeni wiedzą, co mnie łączy z tą książką), ma dziś okazję zgarnąć ją... zupełnie za friko (no, prawie).



Do rozdania mam trzy tomy, ufundowane przez wydawnictwo Initium, za co w imieniu autorki i swoim serdecznie dziękuję. O książce fajnie pisała Kasia z Kącika z Książką, zainteresowanych opinią odsyłam tam. Dodam, że znajomość pierwszego tomu nie jest niezbędna, by zrozumieć, o co chodzi, a nieznajomość nie umniejsza przyjemności czytania. Powieść spodoba się miłośnikom kryminału spokojnego, niespektakularnego, z uwypukloną warstwą psychologiczną, znawcom dobrej kuchni i poezji Baudelaire'a...

Co trzeba zrobić? 

1) Zgłosić się w komentarzu pod niniejszym postem.

2) Przekonać mnie, że warto dać książkę właśnie Tobie. Z góry mówię, że teksty typu "zgłaszam się" nie mają najmniejszych szans. Zaskoczcie mnie, zadziwcie, ZASZOKUJCIE. Wygrać może zgłoszenie najgłupsze, najbardziej erudycyjne, najskromniejsze, najbardziej kolorowe (podaj link), najśmieszniejsze... Nie jestem w stanie przewidzieć, co mnie tknie, ale tknąć mnie musi. Musi zaiskrzyć. 

3) Szczęśliwców wybieram ja, a mój wyrok jest subiektywny i niepodważalny. Wszelkie roszczenia na drodze prawnej są bezzasadne.

4) Nie wymagam, żebyście zaśmiecali swoje designerskie szablony moim banerem, ale jeśli ktoś zechce to zrobić, to się nie obrażę. 

5) Dam Wam trochę czasu - można mnie szokować do 24 listopada do godziny 23:55. W niedzielę, 25 listopada ogłoszę nazwiska szczęśliwych wybrańców.

6) Książkę przekażę na drodze pocztowej. Wysyłam do każdego kraju unijnego na podany mailowo adres.

A teraz do boju!

piątek, 16 listopada 2012

Pitawal niemiecki czyli zbrodnie prawdziwe. Dramat na autostradzie


Znacie to? Czytacie jakieś historie i podskórnie czujecie, że coś jest nie tak.  Że autor przeciągnął strunę, że w życiu nie zdarzają się takie rzeczy, że bohater postępuje kompletnie irracjonalnie, wbrew wszelkim regułom psychologii i zdrowemu rozsądkowi. Książka ląduje w kącie, na blogu wysamażacie ciętą krytykę, a wieczorem wiadomości bombardują szczegółami kolejnej prawdziwej zbrodni, której motywy i okoliczności tysiackroć przebijają wyobraźnię skrytykowanego autora. Życie splata czasem najbardziej nieprawdopodobne wątki, a ludzie przypominają marionetki, kierowane ręką szaleńca. Chciałabym przybliżyć Wam historie ludzi, którzy przestali radzić sobie  z życiem, wybierając śmierć jako wyjście ostateczne.

Oto mój nowy cykl o zbrodniach. Wstrząsających, szokujących, dotykających do żywego. Prawdziwych.


Dramat na autostradzie


Rozbity opel zafira na autostradzie A92 koło Monachium. Źródło: Sat1Bayern

To był trzynasty. Trzynasty listopada. Autostrada A 92 koło Monachium zostaje zablokowana na parę godzin, gdy opel zafira z nieznanych przyczyn bez najmniejszych oznak hamowania uderza w barierkę i dachuje. We wnętrzu samochodu uwięziona zostaje kobieta, a na tylnym siedzeniu policja znajduje trójkę dzieci - sześcioletnią dziewczynkę i czteromiesięczne bliźnięta. Kobieta jest ciężko ranna, ale żyje. Zostaje przetransportowana helikopterem do monachijskiej kliniki. Dzieciom żaden lekarz nie jest już w stanie pomóc. 

Tragiczny wypadek? Chwila nieuwagi?... 

Geneza tej tragedii jest inna. Trzydziestoośmioletnia Bianca T. ma czwórkę dzieci. Najstarsze mieszka z ojcem, sześcioletnia córeczka poszła we wrześniu do szkoły, niedawno na świecie pojawiły się  bliźnięta. Bianca T. mieszka wraz z nowym partnerem i dziećmi w podmonachijskiej miejscowości Freising, w mieszkaniu socjalnym na parterze niebrzydkiego bloku. Nie jest im łatwo, kobietę przytłaczają problemy finansowe, nie radzi sobie z nową sytuacją, szkołą córki, bliźniętami. Kiedy dochodzą do tego problemy zdrowotne partnera, coś w niej pęka. Tego dnia jej konkubent miał trafić do kliniki psychiatrycznej, rozpocząć terapię. Mężczyzna we wczesnych godzinach przedpołudniowych dostaje od Bianki SMS-a  i natychmiast powiadamia policję. Obawia się, że partnerka zrobi coś dzieciom. Policjanci udają się do mieszkania. Za późno. Bianca T. opuściła je i wzięła ze sobą dzieci. Wktótce potem patrol przypadkiem natrafia na jej samochód na ulicach Freisingu. Kobieta początkowo udaje, że się chce zatrzymać, po czym niespodziewanie dodaje gazu. Opel zafira pędzi w stronę autostrady. Wóz policyjny jedzie za samochodem w bezpiecznej odległości, funkcjonariusze nie chcą wywierać dodatkowej presji na rozchwianą psychicznie kobietę. Chwilę później stają się świadkami, jak opel z wielką prędkością uderza w barierkę. 

Lekarzom nie udaje się uratować dzieci. Stwierdzają jednak, że nie zginęły w wypadku. W chwili, gdy do niego doszło, dzieci już nie żyły. 

Obrażenia Bianki T. okazały się mniej poważne, niż początkowo przypuszczano. Dzień później zostaje przesluchana. Przyznaje się do uduszenia dzieci na leśnym parkingu. Bianca T. opuściła w dniu dzisiejszym szpital i została przewieziona do aresztu tymczasowego w Monachium. Postawiono jej zarzut morderstwa. 

środa, 14 listopada 2012

Przesłuchanie

Poddaję się. Zostałam ostrzelana pytaniami, więc macie tę Waszą wiwisekcję. Czytajcie dalej na własną odpowiedzialność...

Źródło: CentralFilm. Scena z "L’Immortel"


Pytania LaPinguin z Damy w Salonie:

1. Pióro, długopis, a może już tylko komputerowo? Czym najczęściej piszesz?
Klikając, niemal wyłącznie. 

2. Co Cię bardziej przestrasza: film czy książka?
Książka, oczywiście. Chyba żaden reżyser nigdy nie dorówna chorej wyobraźni czytelnika...

3. Jaka jest Twoja ulubiona przekąska?
Lodowaty, soczysty i słodki melon z parmeńską szynką... Boskie.

4. Bez czego nie wyobrażasz sobie domu?
Dobre pytanie. Mogłabym długo kombinować i dodawać po jednym, co mi potrzebne do szczęścia (fotel leniwiec, sześciopalnikowa megaszeroka kuchnia, wielki stół, przy którym się wszyscy zmieszczą...), ale przypomniałam sobie czasy, kiedy wprowadziliśmy się do naszego pierwszego mieszkania i mieliśmy jedynie wąski kawalerski materac z czasów studenckich miałżona i zlewozmywak, kupiony za 50 marek od kuzynki. I nie byliśmy nieszczęśliwi z tego powodu... Ciepło. W domu musi być ciepło.

5. Jakie miejsca chciałabyś odwiedzić?
Serce się rwie do wielu miejsc, rozsądek, wygodnictwo i tchórzostwo już mniej... Podróżowanie wiąże się niestety z szeregiem prozaicznych, uciążliwych i przerażająco nudnych czynności, które psują mi całą przyjemność odwiedzania ciekawych miejsc.

6. Czego nigdy nie zjesz?
Pędzonego hormonami i pasionego antybiotykami kurczaka (lub innego padalca) z fabryki mięsa. Wszystko inne wydaje mi się zjadliwe i w miarę nieszkodliwe.

7. Gdybyś mogła wybrać studia nie kierując się rozsądkiem czy talentami, wybrałabyś?
Nie marzyłam nigdy o żadnych innych. Może uzupełniłabym je tylko dziesięcioma różnymi filologiami...

8. Jakiego zwierzęcia nie chciałabyś posiadać?
Wszy i tasiemca.

9. Twój ulubiony zapach...
Prawdziwego chleba prosto z pieca i świeżo zmielonej kawy. I jeszcze zapach wiosny...

10. Epoka, w której mogłabyś żyć...
Tu mi dobrze.

11. Z jakim książkowym/ filmowym bohaterem nie chciałabyś się zamienić?
Szczerze mówiąc, z większością (co wynika ze specyficznego gatunku książek, jaki preferuję...).




Pytania Viv z Krakowskiego Czytania:

1. Jaka była twoja pierwsza, przeczytana samodzielnie książka?
Za cholerę nie pamiętam. Kołacze mi się "Pies, który jeździł koleją", "Serce" i "Dzieci z Bullerbyn", ale co było pierwsze i czy w nie zaczynałam jednak od czegoś innego... to już znikło w pomrokach dziejów.

2. Chuchasz, dmuchasz na książki czy nie przejmujesz się i zaginasz rogi, zakreślasz?
Dmucham, chucham, nie zaginam, nie syfię, nie plamię i nie kruszę. Porządna dziewczynka jestem.

3. Przeczytałaś (łeś) kiedyś szeroko pojętego gniota, który mimo to ci się podobał?
Na pewno niejednego, tylko co to było?

4. Co cię skłoniło do założenia bloga?
Wyrachowanie i megalomania. Plan był taki: piszę o niemieckich książkach, ludzie chcą je przeczytać, wydawnictwa ustawiają się w kolejce, żeby je wydać...

5. Skąd wzięła się nazwa twojego bloga?
To akurat proste. Czytam maniakalnie kryminały i fantastykę.

6. W jakie miejsce zapragnęłaś (zapragnąłeś) pojechać po tym, jak przeczytałaś (łeś) o nim w książce?
Trzeba wyjątkowego partacza, albo pisać o miejscach nadzwyczaj obrzydliwych, by nie zachęcić mnie, czytelnika, do odwiedzenia opisywanych miejsc. Gdzie ja już nie chciałam pojechać!...

7. Jaką książkę szczególnie chciałabyś (chciałbyś) polecić, podsunąć swoim dzieciom?
Chciałabym, żeby przeczytali Władcę Pierścieni - we mnie zakiełkowała po tej trylogii miłość do fantastyki.  Smok Junior już zrobił pierwszy krok i przeczytał Hobbita, więc jestem dobrej myśli. Smok Senior deklaruje na razie, że nie lubi fantasy...

8. Lubisz się spotykać z ludźmi zafiksowanymi na książkach, czy wolisz samotnie się realizować w tym zakresie?
Ależ spotykam się! Przeważnie wirtualnie, w realu niewielu ludzi dzieli moją manię w tak rozrośniętym zakresie.

9. Chichrałaś (chichrałeś) się kiedyś na głos w środkach transportu publicznego, czytając książkę?
Chyba nie... Rzadko czytam jadąc, bo mnie dopada choroba lolomocyjna. Może się to zmieni, kiedy będę częściej słuchać audiobooków.

10. W szkole byłaś (byłeś) outsiderem, siedzącym w kącie z książką, czy duszą towarzystwa, a książki były zarezerwowane na przebywanie w domu? A może w szkole nie czytałaś (łeś)?
W szkole z książką? Eee... Było tyle ciekawszych spraw, które mnie wtedy interesowały (na przykład interesujący chłopcy, którzy... czytali książki. Byli mądrzejści od tych nieczytających.)

11. Kontynuację jakiej książki chciałabyś (chciałbyś) przeczytać?
Szczerze? Powoli zaczynają mi się przejadać wszystkie cykle i jestem wdzięczna za każde dzieło, które wreszcie ma jakiś KONIEC. 




Pytania Kornelii z A ja sobie czytam

1. Z którą postacią literacką najbardziej się utożsamiasz?
Teraz to najbardziej ze zwariowanymi mamuśkami po czterdziestce... I genialnymi tłumaczami... (nie przychodzi mi do głowy żadna książka o genialnym tłumaczu. Pomocy!)

2. Z którą postacią literacką spędziłabyś Sylwestra i jak by on wyglądał?
Z góry zakładasz, że to byłby on... No dobra. To byłby on. Ale w każdym z moich bohaterów coś mi przeszkadza... Jak na Sylwestra, to musiałby umieć gotować i znać się na winie. Dühnfort. Żeby nie było nudno, musiałby świetnie opowiadać. Kvothe. Lubię się czuć bezpieczna i kochana, więc w obecności Wiedźmina (ale takiego zakochanego we mnie) byłoby mi dobrze. Jeszcze tylko zapodajcie mi jakiegoś z ciętym dowcipem i intelektem. I żeby przystojny był. Voila.

3. Tworzysz coś poza blogiem (wiersze, opowiadania…)?
Tłumaczenia tworzę.

4. Jakie masz pozaliterackie zainteresowania?
Eeee...

5. Jesteś introwertykiem czy ekstrawertykiem?
Bardzo, bardzo intro. Dlatego te pytania to jest straszliwa męka...

6. Co najbardziej cenisz w innych blogach?
Własne, niezaćmione koniunkturalnymi pobudkami zdanie. Oryginalność. No i niektórzy z Was to tak potrafią posługiwać się piórem, że aż mnie skręca... Tam zaglądam z czystej zawiści.

7. Czego nigdy byś nie umieściła na swoim blogu, a co zdarza Ci się widzieć u innych?
Zdjęć Smoków nigdy u mnie nie zobaczycie.

8. Pisząc bloga zależy Ci bardziej na realizowaniu swoich pasji, czy poszerzaniu społeczności wokół bloga?
O rety. Ale jak, poszerzaniu?...

9. Co Cię drażni w blogosferze?
Recenzyjne laurki.

10. Czy zamieniłabyś 20 obserwatorów swojego bloga, którzy w ogóle go nie czytają na jednego, który odwiedza go regularnie?
Na jednego, oczywiście, najlepiej takiego, który mnie uwielbia, respektuje, docenia i ma znajomości w wydawnictwach.

11. Jaki masz stosunek do stosików i zabaw takich jak ta?
W stosikach drażni mnie samo słowo, ale przyznaję się do podglądactwa i czasem się inspiruję. A zabaw nie cierpię, bo muszę się w nich odsłonić, a poza tym jestem leniwa i nie chce mi się myśleć, a już najmniej o sobie. I nie cierpię leźć za innymi, jak ta owca... A w ogóle to jestem za mało asertywna.



Zlituję się i nie zastrzelę nikogo więcej...