Ads 468x60px

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminały skandynawskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminały skandynawskie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 sierpnia 2016

Håkan Nesser "Die Lebenden und Toten von Winsford" (Żywi i umarli w Winsford) - kobieta, pies i ich tajemnice



Wydawnictwo: btb
Tytuł oryginału: Levande och döda i Winsford
Tłumaczenie na niemiecki: Paul Berf
Data wydania: wrzesień 2014
Liczba stron: 464
Cena: 19,99 euro

Mgła ściele się na wrzosowiskach, przenika przez ubranie, wkrada się w każdy zakątek, ścina chłodem ciało i kości, rozprasza mdłe światło. Ziemia stapia się z niebem, skądś z daleka dochodzi dziwne, metaliczne zawodzenie (wiatr?, pies?), na ustach i w duszy gromadzi się sól... Czujecie to? Południowo-zachodnie krańce Anglii, ten klimat, baskervile, heathclify i tak dalej. Nie, to nie angielska powieść z dreszczykiem, to najprawdziwszy "skandynaw", Håkan Nesser.

Nesser, filozof wśród kryminalnych autorów, coraz bardziej zbacza z klasycznych kryminalnych ścieżek i coraz bardziej ulega fascynacji tym nieodgadnionym elementem ludzkiej psychiki, który popycha nas do działań czasem niekonwencjonalnych, czasem niewytłumaczalnych, a niekiedy wręcz zbrodnicznych. I zboczenie to wychodzi mu, trzeba przyznać, znakomicie.

Okładka polskiego wydania
Oto w tej mgle, na granicy zmroku, pojawia się w niewielkiej osadzie na skraju angielskich wrzosowisk kobieta z psem. Jest cudzoziemką, później dowiadujemy się, że pochodzi ze Szwecji. Co ją sprowadza na to odludzie w listopadzie, gdy w okolice te nie zapuszczają się nawet najbardziej zatwardziali turyści? Ucieka? Szuka schronienia? Przed kim? Lub przed czym? Maria Anderson, niegdyś popularna prezenterka telewizyjna, teraz już tylko zmęczona kobieta z psem, wynajmuje na pół roku samotną chatę. Całymi dniami spaceruje z psem po wrzosowiskach, od czasu do czasu zachodzi do miejscowego pubu, ciekawskim mieszkańcom wsi opowiada, że jest złaknioną ciszy i spokoju pisarką, która w odosobnieniu chce zająć się pracą nad najnowszą książką. Krok po kroku dowiadujemy się, że nie jest to prawda. I że prawda ma coś wspólnego z mężem, którego nie ma u jej boku (dlaczego?), pisarzem i wykładowcą literatury. A także z pewnym incydentem na plaży w Międzyzdrojach. Prawda, która okazuje się szokująca i banalna zarazem.

I choć ta prawda zaszokuje, to nie o szokowanie tutaj chodzi. Jest to opowieść nieśpieszna, opierająca się na subtelnej grze nastrojów i domysłów, a jednocześnie znakomity psychologiczny portret głównej bohaterki, postaci niejednoznacznej i frapującej. Napędem nie jest tu nawarstwienie wydarzeń, wolty i spętlenie wątków, tylko tajemnica. Nie potrzeba akcji, drastycznych scen, by poczuć dreszcz emocji. Nie to jest ważne, co nazwane, lecz to, co niedopowiedziane. Powieść ta czerpie z tego, co pozostaje w ukryciu. Nesser zaskakuje jako autor nie tylko doskonale operujący zagadkami, atmosferą, ale i słowem. I czyni to z takim wysublimowaniem, z tak wielkim literackim kunsztem, że chciałoby się, by ta opowieść nigdy się nie skończyła. Tak, jako jeden z nielicznych w tym gatunku ewoluuje, wychodzi poza szablony, przełamuje stereotypy.

Jest rzeczą sporną, czy w ogóle mamy tu do czynienia z kryminałem. Na pewno nie w klasycznym tego słowa znaczeniu. I dobrze, bo nie po raz pierwszy okazuje się, że najlepsze powieści powstają ze skrzyżowania gatunków, na pograniczu, w miejscu niezdefiniowanym i nieokreślonym. Nie etykietka jest zresztą istotna. Ważne, że Nesser opowiedział w tej książce świetną historię. I jak to zrobił. Chapeau bas.

Książka ukaże się wkrótce w wydawnictwie Czarna Owca.

Pierwsze zdanie: "Wczoraj postanowiłam przeżyć swojego psa*."
Gdzie i kiedy: Exmoor, wrzosowiska południowo-zachodniej Anglii, Sztokholm, współcześnie
W dwóch słowach: kobieta i pies
Dla kogo: dla miłośników subtelnego napięcia, wyrafinowanych psychogramów, mrocznej, niesamowitej atmosfery i kryminałów z literackimi aspiracjami
Ciepło / zimno: 98°

* tłumaczenie za wydaniem polskim

wtorek, 26 lipca 2016

Gard Sveen "Ostatni pielgrzym" - czyli o tym, czy droga zawsze jest celem


Wydawnictwo: Media Rodzina
Seria: Gorzka czekolada
Tytuł oryginału: Den siste pilegrimen
Tłumaczenie: Tadeusz Wojciech Lange
Data premiery: 16.10.2015
Liczba stron: 544
Cena: 39,90 zł
Są takie książki, które w ogóle nie chcą podobać się czytelnikowi. Nie mizdrzą się, nie kokietują, nie uwodzą. Nawet nie szokują, nie wstrząsają, nie wywołują odrazy. Nie, po prostu ani ziębią, ani grzeją. Wprowadzaja w stan doskonałej obojętności. Jest to najgorsze, co można wywołać u czytelnika. Już lepiej niech wkurzają. Ale obojętność?...

Tymczasem "Ostatni pielgrzym", książka, która z definicji nie powinna pozostawiać obojętnym, przez wyjątkowo długi czas wszelkie emocje czytelnika trzyma w stanie przewlekłej hibernacji. Nie grzeje, nie ziębi. Po prostu się ciągnie strona za stroną, holując przez kolejne napoczęte i niezakończone wątki. Holuje na dwóch płaszczyznach czasowych: z jednej strony mamy porozgrzebywane historie z czasów tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej, mętne, niejasne i trudne do powiązania z teraźniejszością. Z drugiej strony jest zbrodnia współczesna i wyjątkowo antypatyczny śledczy, Tommy Bergmann.

Zwykle nie daję czytanym książkom tak wysokiego kredytu zaufania, jak w przypadku "Ostatniego pielgrzyma". Jeśli coś mnie w książce irytuje, drażni, uwiera lub zwyczajnie nudzi, rezygnuję, dobrze wiedząc, że czasem trzeba poczekać, pozwolić opowieści się rozwinąć. Trudno, mój czas też jest cenny. Szkoda mi go na książki złe, nieudane, czy choćby tylko nietrafione. Nie wiem, co sprawiło, że ta powieść nie podzieliła losu licznych innych, porzuconych w tym roku "arcydzieł". Na pewno nie główny bohater, który, podobnie jak sama powieść, wcale nie chce się podobać czytelnikowi. Facet pod czterdziestkę, świeżo po rozstaniu z partnerką, którą kocha, a jakże, ale też regularnie leje, bo, jak sam mówi, "nie panuje nad sobą". I już nawet nie przemawia na jego korzyść fakt, że się wstydzi, że żałuje, że sobą za to gardzi. Ani to, że jest wyjątkowo nieustępliwym policjantem, typem zawziętego teriera, który, kiedy złapie trop, nie popuści, dopóki zwierzyna nie drgnie ostatni raz w jego szczękach, spływając krwią. Nie dla niego zatem mozolnie brniemy przez kolejne strony.

Może więc dla Agnes, głównej postaci tej drugiej, wojennej opowieści?... Piękna, młoda, gotowa na wszystko, a jednak kompletnie nieprzygotowana do zadania, do którego ją szkolono. Pół Angielka, pół Norweżka, działaczka norweskiego ruchu oporu, mająca infiltrować środowisko nazistów i robić wszystko to, co w czasie wojny robiły kobiety-szpiedzy. Nie żadna tam Mata Hari, tylko kobieta rozdarta pomiędzy namiętnością do oficera prowadzącego, niewiarą w sens tego co robi i paraliżującym lękiem przed wsypą. Postać tragiczna, choć jest to tragizm zupełnie inny niż to, co znamy z polskiej literatury okupacyjnej. Tak, Agnes, choć nie zaskarbia sobie sympatii, jest przynajmniej bohaterką, której losy magnetyzują.

I kiedy tak mozolimy się nad tymi przeplatanymi wątkami, niezdecydowani, czy przerwać tę mękę, czy zacisnąć zęby i trwać dalej w tej gęstej jak mdła zawiesina historii, nie zauważamy, że oto minęliśmy półmetek. I że historia ta, której początek tak bardzo nas znużył, zaczyna się do nas lepić, owijać, i już się nie chce odczepić. Tu i tam poszczególne ząbki zaczynają się zaczepiać i tworzyć dość skomplikowany, choć słabo naoliwiony, zgrzytliwy i zacinający się mechanizm, któremu nie można odmówić pewnego uroku. Tak, to nie jest zła historia. Powiem więcej: jest piękna, nawet jeśli nie jest to uroda pozbawiająca tchu, oślepiająca.

Znamienne jest to, że nie ma tu postaci czysto szlachetnych, kryształowo czystych i szwarccharakterów. Są ludzie trochę zagubieni, wyśmiewani chichotem historii i smagani wiatrami wojennej zawieruchy. Szarzy, zwykli, normalni. Bez tego patriotycznego zadęcia, wyssanej z mlekiem matki misji zbawiania ojczyzny i świata, bez spiżowego błysku. Jakże inaczej pisze Sveen o rodzimym ruchu oporu niż polscy autorzy. Na koniec złoczyńcy poniosą zasłużoną karę, choć to nie wymiar sprawiedliwości ją wymierzy.

I tak oto uciążliwa pielgrzymka, jaką się okazała lektura tej książki, zakończyła się o wiele lepiej, niż jej pierwsze kilometry. Czasem długi marsz się opłaca, nawet jeśli efektem uboczym są otarcia, bąble i odciski.

I jeszcze końcowa szpila: czasem trzeba tu przymknąć oko na pewne zgrzyty (wszak była mowa o słabym naoliwieniu mechanizmu). Bo zdarza się, że na stronicach powieści ktoś musi "paść za Führera", na podwórku bawi się "kilka somalijskich dzieci", a kawę podaje kobieta "rodem z Turcji". Nic więc dziwnego, że komuś "głowa zatrzęsła się w czymś, co mogło być tylko płaczem".



Pierwsze zdanie: "Dopiero po zaparkowaniu samochodu przed dużą willą z bali młoda pomoc domowa uzmysłowiła sobie, że bramę wjazdową zastała otwartą."
Gdzie i kiedy: Oslo, Sztokholm, Berlin, II wojna światowa i 2003
W dwóch słowach: mozolna i piękna
Dla kogo: dla cierpliwych i lubiących historie wojenne ze szpiegami w tle
Ciepło / zimno: 71° 

czwartek, 18 września 2014

Jørn Lier Horst "Jaskiniowiec" - rzecz o prekursorach, kopistach i klasykach




Wydawnictwo: Smak Słowa
Tytuł oryginału: Hulemannen
Tłumaczenie: Milena Skoczko
Data premiery: 10 września 2014
Liczba stron: 336
Cena: 39,90 zł
Problem ze współczesną literaturą kryminalną polega na tym, że właściwie wszystko kiedyś już było. Ilość oryginalnych zagadek, frapujących zbrodni, niesztampowych bohaterów jest jednak dość ograniczona, stąd autor, wypływający na wody tego ograniczonego gatunku, siłą rzeczy musi lawirować pomiędzy rafami schematów, odświeżać motywy, tworzyć nowe wariacje zgranych melodii, słowem: uprawiać swoisty recycling. Niewielu jest takich, którzy z tej letniej i mdławej zupy potrafią stworzyć danie ożywcze, zawierajace jakąś ciekawą kombinację przypraw, zagadkową cierpkość lub harmonijną pieprzność. A jeśli już pojawi się taki wirtuoz, prędko jest kopiowany w milionach kolejnych nieciekawych wariantach. Nie wierzcie więc, jeśli na okładce kuszą "drugim Larssonem", "nowym Mankellem" czy "konkurentem Nesbø". Albo jest się prekursorem, mistrzem nowych smaków, albo słabą kopią.

Kim jest Jørn Lier Horst?... No właśnie, kim? Za chwilę będziecie świadkami, jak wykładam się na własnej, doktrynerskiej tezie. Bowiem Horst nie jest prekursorem. Próżno tu szukać innowacyjnej wizji zbrodni. Nie znajdziecie u niego niewidzianego niegdzie wcześniej okrucieństwa, bestialstwa czy perwersji. Nie znajdziecie kontrowersyjnych bohaterów, którym kibicuje się wbrew głosowi zdrowego rozsądku. Nie znajdziecie ekstrawaganckiej formy, odkrywczych metod śledczych czy odważnych wątków. Ale Horst nikogo nie kopiuje, a już chyba najmniej Nesbø. Horst jest bowiem klasykiem. Spokojnym, wyważonym klasykiem dobrego, solidnego procedurala. I ma ku temu najlepszą bazę, jaką sobie można wyobrazić - sam pracował wiele lat w policji i doskonale wie, jak to wygląda od środka. Możecie sobie szukać u niego wpadek - nie znajdziecie ich. Tu zgadza się każdy szczegół. I to właśnie jest jego największy atut: w absolutnej wierności policyjnym realiom.

I skoro mowa o klasyce, to i klasycznie rzecz się zaczyna, od dwóch pozornie niełączących się ze sobą wątków. W sąsiedztwie naszego śledczego (swoją drogą równie klasycznego i "normalnego", bez odchyleń, mrocznych tajemnic i ukrytych nałogów), Williama Wistinga, znalezione zostają zwłoki Viggo Hansena, starszego i samotnego mężczyzny. Wszyscy to znamy - co jakiś czas media bulwersują się, gdy znowu jakiś staruszek umrze niezauważony przez nikogo i mumifikuje się zwolna we własnym mieszkaniu, aż ktoś przez przypadek odkryje zwłoki. To właśnie taki przypadek. Ktoś żyje życiem niewidzialnym, na marginesie społeczeństwa, i w niewidzialny sposób umiera. Losem sąsiada pośmiernie zaczyna interesować się córka Wistinga, Line, dziennikarka. Chce napisać o fenomenie współczesnego pustelnictwa i samotności, wykraczającej poza granice śmierci. Zaczyna odtwarzać niespektakularne życie Hansena.

Wisting zaś łamie sobie głowę nad nowym zabójstwem - sprawą zwłok mężczyzny odnalezionych na plantacji mężczyzny. Ciało leżało ukryte pod chojakiem dobrych parę miesięcy i niewiele jest punktów zaczepienia dla śledztwa. Ślamazarne początkowo dochodzenie nieoczekiwanie nabiera tempa, kiedy okazuje się, że nieboszczyk może mieć coś wspólnego ze sprawą seryjnego mordercy, grasującego w latach siedemdziesiątych w USA...

Nie trzeba być jasnowidzem, by domyśleć się, że obie te sprawy w końcu się zazębią. Okaże się także, że "klasycznie" wcale nie musi oznaczać "nudno". Horst umiejętnie wprowadza do gry nowe elementy i stopniuje napięcie, które osiąga całkowicie nieoczekiwany poziom. Tak, to się czyta, to się znakomicie czyta!

Błogosławieństwem okazuje się także dyskretne wycofanie prywatnego życia śledczych na drugi plan na rzecz intensywnego naświetlenia czynności dochodzeniowych. Ci z Was, których zmęczyły osobiste perypetie i rozdrapy cierpiących dusz bohaterów niektórych współczesnych kryminałów powinni odetchnąć z ulgą. Nikt tu nie zmaga się widmami przeszłości, zmorami nałogów, cieniami depresji i nieprawdopodobnie ciężkim życiem w ogóle. Horst serwuje policyjne procedury sauté, i to na najwyższym, michelinowskim poziomie.

"Jaskiniowiec" nie jest dziełem epokowym. Ale jest jednym z rzetelniejszych kryminałów, jakie zdarzyło mi się czytać, bez ozdobników, ornamentów i innych fiu-bździu. To powrót do tego, co w literaturze kryminalnej najlepsze.


Pierwsze zdanie: "Zmarły mężczyzna był całkowicie wysuszony." 
Gdzie i kiedy: Larvik, Norwegia, współcześnie
W dwóch słowach: klasyczny procedural
Dla kogo: dla miłośników solidnych, rzetelnych kryminałów
Ciepło / zimno: 80°
Krimifantamania dziękuje wydawnictwu za udostępnienie książki. I nie, nie jest to recenzja sponsorowana :-) 

czwartek, 26 grudnia 2013

Johan Theorin "So bitterkalt" (Święty Psychol) - ... raz, dwa, trzy, kryjesz ty...


Wydawnictwo: Piper
Tytuł oryginału: Sankta Psyko
Data premiery: 10.09.2012
Liczba stron: 480
Cena: 19,99 euro

Ależ mnie wywiódł na manowce pan Theorin! Stara lisica dała się nabrać na zwodnicze numery jeszcze szczwańszego lisa... I dobrze, i bardzo dobrze. Znaczy, moje rentgenowskie spojrzenie nie przenika jeszcze przez najgrubsze mury labiryntów, ustawianych pieczołowicie przez mistrzów suspensu. Jeden z moich ulubionych Skandynawów nie tylko ucementował swoją niezachwianą pozycję na parnasie literatury kryminalnej, ale i pokazał, że potrafi knuć w sposób finezyjny i koronkowy.

A knucie to idzie tak: Jan Hauger, introwertyczny wychowawca przedszkolny, obejmuje nową posadę w placówce "Polana", miejscu szczególnym, bowiem znajdującym się przy szpitalu psychiatrycznym o zaostrzonym rygorze, w którym przebywają niepoczytalni, psychopatyczni przestępcy. Kontakt z własnymi dziećmi ma przyspieszyć ich rekonwalescencję, a przedszkolakom osłodzić rozstanie z osadzonymi rodzicami. Już samo miejsce jest dziwne - choć wypełnione dziecięcym gwarem, to jednak mroczne, tajemnicze, niejednoznaczne. I takiż jest Jan. Lakoniczny, skryty, nieprzystępny, a jednak o wielkiej wrażliwości. Łaknący towarzystwa dzieci i pośród nich rozkwitający. Dość prędko okazuje się, że Jan skrywa w sobie tajemnicę. Dlaczego objął posadę akurat tutaj, w tym niegościnnym, oddalonym o godzinę jazdy z Göteborga miejscu? Kogo spodziewa się spotkać za murami pilnie strzeżonego szpitala? I co tak naprawdę wydarzyło się kilka lat temu w przedszkolu "Ryś", w którym rozpoczynał pracę Jan?

Theorin przeplata płaszczyzny czasowe, przeskakuje z teraźniejszości w przeszłość, niespiesznie, oszczędnie, niemal beznamiętnie snując swoją opowieść. Dzierga swą koronkową sieć, zarzuca delikatną pajęczynę, by omamić i zwieść. I kiedy jesteśmy już niemal pewni ścieżki, którą nas prowadzi, okazuje się, że urywa się ona nagle nad przepaścią. A z otchłani, nad którą stajemy, nie nie spoglądają oczy pedofila, tylko człowieka zranionego, poharatanego przez mobbing, niekompatybilnego, kruchego jak jesienny liść.

Czytelnik spodziewający się spektakularnego "bum" z grubej rury i wartkiego strumienia akcji wyjdzie z tej lektury mocno rozczarowany, o ile w ogóle dotrwa do finału, który z namiastką wynagradza wielostronicowe czekanie na to, "aż coś się w końcu zacznie dziać". Ale to w tym czekaniu kryje się cały thrill, właśnie w tym rutynowym odhaczaniu codziennych czynności, w tym mozolnym odkrywaniu coraz większych fragmentów przeszłości, w tym, co niewypowiedziane. Między wersami. Subtelna emanacja podskórnego lęku, ponury, zimny mrok szpitalnych murów, za którymi czai się nieodgadnione - to są cieniuśkie szpile, którymi precyzyjnie operuje autor. I wbija je, wbija w czułe miejsca, drażni i podjudza, zwodzi i maltretuje. A kiedy wydaje nam się, że rozumiemy, wyciąga szpile, przygląda się, jak ścieka z nich maleńka kropelka krwi i wbija w inne miejsce.

Finał was zaskoczy. Zaskoczył i mnie, zostawiając z rozdziawioną paszczą. Nie jestem do końca pewna, czy mnie usatysfakcjonował, ale zaskoczył na pewno. Rozsmakujcie się w drodze do niego. Czasami to droga jest celem.



Pierwsze zdanie: "UWAGA, DZIECI - niebieską tablicę ostrzegawczą Jan widzi przez boczną szybę taksówki."
Gdzie i kiedy: Szwecja, współcześnie
W dwóch słowach: zwodnicza i klaustrofobiczna
Dla kogo: dla miłośników koronkowej roboty, zwodów i ciasnej, mrocznej atmosfery
Ciepło / zimno: 87°

czwartek, 14 listopada 2013

Arne Dahl "Wody wielkie" - typowe nietypowe



Wydawnictwo: Czarna Owca
Tytuł oryginału: De största vatten
Tłumaczenie: Robert Kędzierski
Data premiery: 20.03.2013
Liczba stron: 424
Cena: 36,90 zł

Stereotypy nad stereotypami. Jeśli morderca, to koniecznie wodzący policjantów za nos, serwujący im biblijne cytaty, które oczytani śledczy rozszyfrowują w mig. Jeśli przesłuchanie, to prowadzone przez wnikliwego znawcę mowy ciała i prawie telepatę, który bez trudu interpetuje podteksty i rozgryza mroczną duszę podejrzanego. Jeśli policjanci się jakoś odżywiają, to koniecznie najpodlejszym, fastfoodowym żarciem. Jeśli wątek afrykański, to w grę na pewno wchodzą pozbawione skrupułów koncerny farmaceutyczne, z zimną krwią prowadzące swoje brudne praktyki, godzące w najbezbronniejszych maluczkich. A jeśli śledczą jest kobieta, to na pewno w końcu dogania ją słabość: duszy, ciała, a najlepiej jednego i drugiego. Chyba żaden inny gatunek nie jest obarczony ciężarem stereotypów tak bardzo, jak kryminały.

Każdy z wymienionych tu elementów możemy odnaleźć i w "Wielkich wodach", piątym, bodajże, tomie z tak samo uwielbianej, jak i krytykowanej serii Arne Dahla o Drużynie A (co za idiotyczna nazwa, kojarzy mi się wyłącznie z infantylnymi kreskówkami). Ale - i to "ale" jest wielkim "ale", takim "ale", które sugeruje, że powinniście w tym miejscu zastrzyc uszami i oczekiwać wolty, niwelującej wszystko, co powyżej - "Wody wielkie" to powieść, w której wszystkie te klisze znalazły się nieprzypadkowo. Ba, stanowią element gry, w którą zabawił się autor z bystrym czytelnikiem, kpiarskim przymrużeniem oka, dodającym pieprzu lekturze.

A popieprzoną polewką jest historia Kerstin Holm, jednej z siódemki wspaniałych z osławionej policyjnej jednostki. To wokół niej krąży ta opowieść, wokół niej i jej brzemiennego w skutki związku z Dagiem Lundmarkiem. Dag Lundmark powraca do jej życia w sposób nieoczekiwany: zawieszony jako policjant alkoholik wkrótce po powrocie na służbę strzela podczas akcji zatrzymania piątki nielegalnych Afrykańczyków do Winstona Modisane. Młody mężczyzna umiera. W jego śmierci coś się jednak nie zgadza. Okazuje się, że nie była nieszczęśliwym wypadkiem; Lundmark zaplanował ją precyzyjnie, nie pozostawiając niczego przypadkowi, nawet tego, że śledztwo powierzone zostaje Drużynie A. I że konkretnie przesłuchany zostanie przez Kerstin Holm. I w ten sposób cała siódemka, niczym marionetki na niewidzialnych sznurkach, zaczyna działać dokładnie tak, jak chciał tego Lundmark. Z fatalnymi skutkami...

Intryga, którą zaplanował Dahl, jest pierwszorzędna, niebudząca ani odrobiny wątpliwości. Splątane i pozornie odległe wątki łączą się w końcu ze sobą, tworząc wzór, co rusz zaskakujący i co rusz odsłaniający nową, frapującą warstwę. Tak właśnie tworzy się perfekcyjny suspens, dla takich właśnie historii czyta się kryminały: pokrętnych, mrocznych, niemal nieprawdopodobnych, a jednak tak bliskich życiu.

Przyznam, że to pierwszy tom z tej serii, który przyjęłam bez żadnych "ale". W poprzednich uwierało mnie to i owo, głównie język, poszarpany i enigmatyczny. Tu również widać, że Dahl ma nietypowy, specyficzny styl, przywodzący na myśl genialnego, błyskotliwego wariata. Dużo tu skrótów myślowych, słownego szaleństwa, jest szczypta psychodelii. Dahl ma wielki dar podszywania słów ironią, Dahla trzeba czuć i nadawać na jednej, wiariackiej fali, w przeciwnym razie będzie irytował i powodował kompletne niezrozumienie. Taki typ pisarstwa jest wielkim wyzwaniem dla tłumacza, który musi wejść w skórę wariata i przetłumaczyć intencję, a nie warstwę słowną. I tu zapewne jest pies pogrzebany - Robert Kędzierski przejął pałeczkę po poprzedniej tłumaczce, przełożył "Wody wielkie" i nagle okazuje się, że to jest świetna proza. Niemieckie wersje często krytykuje się za niezrozumiały język, drewnianość stylu, podobne zarzuty padały pod adresem poprzednich polskich przekładów Dahla. Czyżby Kędzierski rozgryzł tego autora i znalazł na niego sposób? Trudno w tym miejscu uprawiać analizę, faktem jest, że czyta się to znakomicie.

Jedynym, co mnie w tej powieści znudziło, były snujące się przez długie akapity biblijne cytaty w finalnej części. Prawdę mówiąc, nie kupuję już psychopatycznych morderców, porozumiewających się ze ścigającymi ich policjantami przy pomocy piętrowych wyimków ze Starego Testamentu. Ale może to kolejny prześmiewczy ukłon autora w stronę kryminalnych stereotypów?... Dahl łamie konwenanse. Dahl jest inny. Czytajcie Dahla.


Pierwsze zdanie: "Jak strasznie czarno przed oczami, pomyślał, wpatrując się uporczywie w swoje odbicie w lustrze."
Gdzie i kiedy: Sztokholm, wrzesień 2001 (data ma znaczenie)
W dwóch słowach: mocna i magnetyczna
Dla kogo: dla ceniących konkretne, ale trochę "inne" kryminały z gatunku police procedural, zaprawione maleńką nutką metafizyki i pokaźną nutą ironii
Ciepło / zimno: 95°

wtorek, 29 października 2013

Jo Nesbø "Policja" - śmierć i zmartwychwstanie


Wydawnictwo: Dolnośląskie
Tytuł oryginału: Politi
Tłumaczenie: Iwona Zimnicka
Data premiery: 23.10.2013
Liczba stron: 470
Cena: 34,90 zł
Sto dziewięćdziesiąt trzy centymetry. Twarz poznaczona bliznami. Wzrok skrywający tajemnicę. Czające się w środku demony. Jednym z nich – największy wróg i przyjaciel, ten, którego nazywają Jim Beam. Demon uwodzi. Nęci. I zwycięża w nierównej walce. Zawsze wtedy, kiedy od tego, by mu się oprzeć, zależy najwięcej. Sto dziewięćdziesiąt trzy centymetry. Najbardziej samotny facet na świecie, i to na własne życzenie. Siejący destrukcję i regularnie burzący to, co mozolnie budował. Czarna dziura, wchłaniająca wszystko, co dobre. Harry Hole.

Kiedy jakiś czas temu ukazał się kolejny tom z serii o Harrym Hole – mowa o „Upiorach” – fani komisarza z Oslo zamarli w niemym przerażeniu, zastygli w stuporze, miotając się między nadzieją a rozpaczą, a pytanie „czy Harry Hole żyje” blokowało wyszukiwarki w sieci. Nadzieja rozkwitła, kiedy rozniosła się wieść o wydaniu kolejnej książki Jo Nesbø, a wydawcy nie pozostawiali wątpliwości: to nadal będzie cykl o Harrym.
I oto jest. Sto dziewięćdziesiąt trzy centymetry wzrostu. Twarz poznaczona bliznami… Więc żyje?

Dalszy ciąg recenzji na portalu Zbrodnia w Bibliotece, czyli tutaj.


Pierwsze zdanie: "Spał w środku, za drzwiczkami."
Gdzie i kiedy: Oslo, współcześnie
W dwóch słowach: śmierć i zmartwychwstanie
Dla kogo: dla kochających Harry'ego, szukających mocnych wrażeń i tych, co wątpią. W kryminał jako gatunek. 
Ciepło / zimno: 97°

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Book-Trotter u Kasi. 

środa, 23 października 2013

Jussi Adler-Olsen "Erwartung" (Efekt Marco) czyli bankier i żebrak



Wydawnictwo: dtv
Tytuł oryginału: Marco effecten
Data premiery: październik 2013
Liczba stron: 576
Cena: 19,90 euro 

Boicie się Afryki?... Jej bezprawia, biedy i bestialskich zbrodni, popełnianych przez zbrojne bandy na bezimiennych? Czy dajecie jałmużnę wymizerowanym romskim dzieciom, żebrzącym na rogach ulic, czepiającym się brudnymi łapkami waszych porządnych płaszczy i markowych torebek?... Wkurzają was milionowe przekręty na najwyższych szczeblach, uknute przez zakłamanych i skorumpowanych urzędasów?...

Jeśli choć na jedno pytanie odpowiedzieliście twierdząco, to ta książka was poruszy. Szarpnie za delikatnie struny sumienia, elementarnego poczucia sprawiedliwości, obudzi atawistyczne lęki, nad którymi nie macie kontroli. I jest to zamierzony efekt. Efekt Marco. Sztuczka, którą Jussi Adler-Olsen opanował do perfekcji. To już piąty tom z rewelacyjnej serii o departamencie Q i kultowej trójcy, złożonej z Carla Moercka, jego niezwykłego asystenta Assada i jeszcze bardziej osobliwej Rose. I jak to z każdą dobrą kryminalną serią bywa, połowa sukcesu tkwi w bohaterach. W tej kwestii nikt, kto choć raz zetknął się z tym tercetem egzotycznym, nie będzie miał wątpliwości: nasz Duńczyk, wymyślając sobie swoje postacie, musiał przeżyć supernatchnienie, natchnienie natchnień, pocałunek królowej muz, albo... skonsumował jakieś dziwne substancje. Stworzenie takich bohaterów równało się szóstce w lotto i mniej więcej tak samo się opłaciło - Adler-Olsen już od jakiegoś czasu nie musi się martwić o swoją emeryturę. Nagromadzenie absurdalnych scen, gagów, nieprawdopodobnych dialogów może przywodzić na myśl najlepsze dokonania naszej Chmielewskiej. Wydaje się, że strumień bonmotów z wielbłądem nigdy nie wyschnie, choć upajanie się zbyt wielką ilością wody z tego ruczaju może niekiedy spowodować fizjologiczny odruch odbijania.

Wróćmy jednak do meritum. Piętnastoletni Marco jest członkiem romskiej bandy, trudniącej się w sposób profesjonalny żebraniem i kradzieżami kieszonkowymi. Jego klan, trzymany żelazną ręką przez jego herszta to zbieranina dzieciaków, w większości bez przeszłości i na pewno bez przyszłości. Nie chodzą do szkoły, nie umieją czytać, często celowo okaleczani, by wzbudzać litość odpasionych obywateli zamożnej Europy, ciągną z miasta do miasta, by napełniać kiesy herszta. Marco jest inny. Jako jedyny z dziatwy nauczył się czytać i pisać. Sam zdobywa wiedzę, spragniony jej jak wielbłąd na pustyni (o, udzieliło mi się...), kradnie książki i spędza każdą wolną chwilę w publicznej bibliotece. Kiedy przypadkiem dowiaduje się, że szef klanu chce go okaleczyć, by zwiększyć wpływy z żebrów, Marco postanawia uciec. Z pościgiem na karku kryje się w końcu w lesie, w zagłębieniu z miękkiej ziemi i liści. Liści, skrywających... ludzkie zwłoki. Chłopiec domyśla się, że ten trup to nie przypadek. Już wkrótce zyskuje pewność: to jego klan zamordował tego człowieka. Kim on jest? I za co spotkała go śmierć?...

Wątek Marco i zakopanych pod liśćmi zwłok łączy się z inną zbrodnią, dokonaną w Kamerunie. I milionowym przekrętem wielkiego banku i duńskiego ministerstwa pomocy humanitarnej. I oczywiście z Carlem Moerckiem, który chcąc nie chcąc (bardziej nie chcąc), przystępuje do rozwiązania zagadki.

Intryga jest przednia, nietypowa, poruszająca. Wydawałoby się: sukces gwarantowany. I rzeczywiście, powieść tuż po ukazaniu się w Niemczech znalazła się na pierwszym miejscu list bestsellerów i na razie z niego nie schodzi. Dlaczego więc nie wrzątek? Może dlatego, że swymi znakomitymi dotychczasowymi powieściami autor zawyżył poprzeczkę. Może dlatego, że niektóre dowcipy, powtarzane po wielokroć, jednak przestają śmieszyć. A może dlatego, że intryga, jakkolwiek znakomicie wykoncypowana, rozmywa się na prawie sześciuset stronach, bardzo mocno trącąc gdzieniegdzie melodramatyczną opowieścią z przewidywalnym zakończeniem. Adler-Olsen bardzo chciał zaistnieć na amerykańskim rynku. I zaistniał. Czy zrobił to kosztem głębi, posępnego klimatu, tych wszystkich walorów, które dotąd opierały się wymogom komercji, musicie ocenić sami. O ile ktoś wreszcie zacznie kontynuować wydawanie tego cyklu w Polsce...



Pierwsze zdanie: "Ostatni poranek w życiu Louisa Fona rozpoczął się jak łagodny szept."
Gdzie i kiedy: Dania, Kamerun, współcześnie
W dwóch słowach: bankier i żebrak
Dla kogo: dla fanów serii, oczywiście, oraz dla ceniących niesztampowych bohaterów. Upodobanie do gagów pustynnych nie zaszkodzi.
Ciepło / zimno: 73°

piątek, 4 października 2013

Marie Hermanson "Himmelstal" (Rajska dolina) - niebo czy piekło?...


Wydawnictwo: Insel Verlag
Tytuł oryginału: HimmelsdalenData premiery: 12.03.2012
Liczba stron: 427
Cena: 14,99 euro

"Rajska dolina" mnie oczarowała. Wgryzałam się w tę opowieść, dziwiąc się coraz bardziej, jak to się stało, iż umknęła mi pisarka tak kunsztownie władająca sztuką wprowadzania w błąd i subtelnego, nienachalnego budowania atmosfery grozy. Hermanson?... Nowa gwiazdka na skandynawskim nieboskłonie? Raczej nie, Hermanson nie jest debiutanką, nawet w Polsce wydano już jedną jej powieść. Czyli niezauważony talent - takie też bywają. Już zaczęłam murować w myślach cokolik, na którym zamierzałam ustawić moją nową ulubioną Szwedkę, już topiłam w tygielku metale na brązowy pomniczek, kiedy niepostrzeżenie, nie wiadomo kiedy, ruck-zuck, jak mawiają Niemcy, dotarłam do finału. A wtedy...

Nie, chwila, moment. Pozostańmy przez chwilę przy zachwytach. Historia rozpoczyna się tak jak lubię: zwyczajnie, ale frapująco. Daniel dostaje list od brata. Z Maxem nie łączy go zbyt wiele, oczyście poza wspólnym DNA, grupą krwi i rodzicami, jak na jednojajowe bliźnięta przystało. Ba, Daniel nigdy przedtem nie dostał od brata żadnego listu. List nie został wysłany w piekle, jak wydało mu się przez ulotny moment, kiedy zobaczył stempel (Helvetia a nie Helvete, co znaczy piekło po szwedzku). Nie, Max przebywa w Szwajcarii, w luksusowej klinice leczącej syndromy wyczerpania zawodowego i inne cywilizacyjne plagi. W urokliwej atmosferze Alp, w spokojnym odosobnieniu pacjenci o odpowiednio grubym portfelu mogą tu kurować poharataną psyche i dochodzić do siebie po rozmaitych przejściach. Max proponujhe bratu, by ten odwiedził go w klinice, łącząc rodzinną wizytę z kilkudniowym odpoczynkiem. Na jego koszt. Daniel przyjmuje propozycję - dorabiający na etacie nauczyciela tłumacz nie zarabia kokosów, wie, że wkrótce straci pracę, więc skuszony wizją paru dni w miłym otoczeniu udaje się do Rajskiej Doliny. 
Okładka wydania polskiego, Amber 2013

Na miejscu jest zaskoczony dobrym stanem psychicznym Maxa - ten od dawna cierpiał na zaburzenia maniakalno-depresyjne, jednak pobyt w klinice wyraźnie dobrze na niego działał. Już następnego dnia po przyjeździe brat wyjawia mu jednak prawdziwy powód zaproszenia: zwraca się do niego z prośbą o pomoc. Pobyt w klinice kosztuje, on zaś, by móc go opłacić, musi dotrzeć jakoś do pieniędzy, które... zarobił niezupełnie legalnie. W dodatku ma długi u mafii, która grozi, że zemści się w okrutny sposób na jego narzeczonej, jeśli ich nie ureguluje. Sęk w tym, że Max nie może wyjechać z kliniki, nie zapłaciwszy uprzednio za leczenie i pobyt. Ma jednak gotowy plan: chce, by brat na kilka dni wskoczył w jego rolę - wszak są bliźniakami, a jeśli Daniel zgoli brodę, zaś Max doklei sobie sztuczną, nikt nie dostrzeże sztuczki. Po kilku dniach Max wróci do Szwajcarii z pieniędzmi i będzie po kłopocie. Daniel się waha. Kiedy następnego dnia się budzi, Maxa już nie ma. Znika, zabierając jego portfel, rzeczy, paszport. Danielowi nie pozostaje nic innego, jak podjąć grę. Ale Max nie zjawia się po paru dniach, jak obiecywał. A klinika okazuje się czymś zupełnie innym, niż mu się wydawało...

Niby taki prosty trick, ale jakie otwiera możliwości! Hermanson wykorzystuje to w pełni. Jakże cudownie wprowadza drobne elementy budujące napięcie, jak umiejętnie gra z emocjami, zdradzając peu à peu detale, zaznaczając ścieżki, którymi zamierza poprowadzić czytelnika, nie zdradzając zbyt wiele, nie spiesząc się z uniesieniem zasłony tajemnicy. Alpejska dolina, emanująca początkowo błogim ciepłem, stopniowo przestaje być bezpieczną macicą, a staje się pętlą, zaciskającą się w śmiertelnym skurczu. Jasne, sporo podobnych motywów gdzieś już w literaturze się pojawiło. Hermanson umiejętnie czerpie z obfitych pokładów gatunku, przypomina gęstą atmosferę "Lotu nad kukułczym gniazdem", bawi się wątkami "Wyspy skazańców" - niektórym mogą nasunąć się nawet skojarzenia z "Bielszym odcieniem śmierci" - i robi to ze znawstwem. Pierwsza faza pobytu Daniela w Rajskiej Dolinie, kiedy ani on, ani czytelnik nie zna jeszcze prawdziwej natury tej instytucji, to wyrafinowany, subtelny thrill jakich mało, a Hermanson wyciska maksimum z wykreowanej sytuacji. 

A jednak pary nie wystarcza na finalną eksplozję i worek flaczeje, wydając z siebie ledwie żałosny piard. W przedfinalnym amoku autorka sięgnęła chyba do złej szuflady, a z niej zamiast szlachetnych ozdób wysypało się tanie, plastikowe badziewie, tandeta i bazar. Jakieś wszczepione chipy, jakieść katakumby, jakiś doktor Mengele - czego tu nie ma! Niektóre z wrzuconych tu hojną ręką wolt sprawdziłyby się w scenariuszu trzeciorzędnego thrillera, ale nie tu, w tej wypieszczonej, stonowanej, kameralnej scenerii, nie w tej wwizji, której siła polegała na niedopowiedzeniu, umiarze, na tym, co niewidzialne, podprogowe, nieoczywiste. To nie ta bajka, pani Hermanson, nie ta bajka. 

Kolejna powieść z niewykorzystanym potencjałem, znakomity początek, dobra intryga i zero pomysłu na finał. Hermanson, siadaj, trója. No dobra, dodaję parę punktów za zdecydowanie dobre osiemdziesiąt procent książki. 


Pierwsze zdanie: "Kiedy przyszedł list, Daniel pomyślał, że został wysłany z piekła."
Gdzie i kiedy: niedostępna dolina w szwajcarskich Alpach, współcześnie
W dwóch słowach: klaustrofobia i psychopaci
Dla kogo: dla miłośników subtelnie budowanego napięcia i tych, którzy nie przejmują się sztampowymi woltami
Ciepło / zimno: 64°

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Book-Trotter u Kasi z Kącika z Książką. 

poniedziałek, 2 września 2013

Marko Hautala "Schatteninsel" (Wyspa cieni) - ponury Skandynaw?... Tak. Z kapką mistycyzmu



Wydawnictwo: dtv Verlag
Tytuł oryginału: Torajyvät
Data premiery: 01.03.2013
Liczba stron: 304
Cena: 9,95 euro
Mam za sobą książkę, która z jednej strony zdaje się potwierdzać powszechne opinie o posępnej atmosferze literatury skandynawskiej, z drugiej zaś w zaskakujący sposób przełamuje stereotypy i wymyka próbom zaszufladkowania. Książkę nietuzinkową i zaskakującą, która podejmuje dość ograny wątek i stawia go w ciekawym świetle, rzucającym upiorne i mroczne cienie.

Początek jest wręcz mistyczny, przerażający, wymagający od czytelnika niemałego zacięcia lub masochistycznego wręcz upodobania do turpizmu i drastyczności. Jakob Mört, oskarżony o czary i konszachty z diabłem, ma zostać przekazany w ręce korony, celem wymuszenia torturami przyznania się do winy. Jednak statek, którym zostaje przewożony na ląd, tonie u wybrzeży maleńkiej wysepki. Z katastrofy ocalona zostaje tylko garstka marynarzy - i Jakob Mört... Wysepka jest jednak bezludna i niegościnna, a rozbitków trapią głód i choroby. Nadchodzi zima... kto przeżyje?

Trzysta lat później promem na niedużą wyspę Spegelö udaje się małżeństwo z dzieckiem. Celem podróży jest pojednanie. Z kim? Markus jest, a właściwie był, znanym historykiem, zajmującym się tematyką prześladowania czarownic. Jednak jakiś czas temu musiało zajść coś, co sprawiło, że Markus przestał zajmować się pracą naukową. Coś wymagającego pojednania. Co, autor zdradza bardzo powoli, a każda skąpo wydzielana informacja rodzi kolejne pytania. Cóż to za osobliwa konstelacja rodzinna? Kto jest czyim ojcem, czyim mężem, czyim synem? W jakich relacjach znajdują się kobiety? Jaką tajemnicę skrywa w sobie chłopczyk Miro, który najwyraźniej nie jest zwykłym dzieckiem? A jaką sama wyspa, która zdaje się spowijać wszystko mrocznym i nieprzeniknionym całunem, duszącym przeszłość i zatruwającym przyszłość?... I czym tak naprawdę jest ta książka? Horrorem? Opowieścią o toksycznej rodzinie? Mistyczną historią o dawno minionych czasach? A może jednak misternym psychothrillerem o kobiecie, która wpadła w wyrafinowane sidła?

Trzy rozmaite i bardzo odległe, wydawałoby się, wątki przeplatają się ze sobą i stopniowo odsłaniają coraz więcej kawałków skomplikowanej układanki, która jednak nie jest szkicem jednoznacznym. Raczej mamy tu do czynienia z migającym obrazkiem, ukazującym odmienny motyw w zależności od perspektywy, z jakiej się patrzy. Być może nawet każdy dostrzeże tu co innego i znajdzie inne rozwiązanie zagadki. Autor pozostawia spory margines interpretacji, co sprawia, że zakończenie usatysfakcjonuje i radykalnych racjonalistów, i osoby, które podświadomie zostawiają w głowie niedużą furteczkę dla pierwiastka nadprzyrodzonego. 

Obcinam punkty za nieprzejrzystość historycznych wątków, które zbytnio trąciły mi tu diabolicznością i mistycznym zacietrzewieniem. Przyznam, że byłam nawet o krok od porzucenia lektury. Na szczęście autor w porę przerzuca czytelnika w czasy współczesne, zaś odkrywanie możliwych powiązań z owym mętnym wstępem stanowi jeden z niezaprzeczalnych walorów tej opowieści. 

Mroczna wyspa okazała się jednak świecącym intesywnym światłem promyczkiem, wybijającym się z szarej mgły posępnych i tuzinkowych "skandynawów".


Pierwsze zdanie: "Dwóch bezbożników udało się do diabła."
Gdzie i kiedy: skalista wysepka Spegelö u wybrzeży Finlandii, 1697 i współcześnie
W dwóch słowach: zagadkowa i minorowa
Dla kogo: dla lubiących niejednoznaczności, zagmatwane międzyludzkie relacje i pierwiastek nadprzyrodzony
Ciepło / zimno: 78°

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Booktrotter. 

piątek, 10 maja 2013

Anders de la Motte "[buzz]" - a on ucieka i ucieka...


Wydawnictwo: Czarna Owca
Tytuł oryginału: Buzz
Przekład: Paweł Urbanik
Seria: Czarna Seria
Data wydania: 17 kwietnia 2013
Ilość stron: 456
Cena: 36,90 zł


Szczerze? Nie sądziłam, że Anders de la Motte mnie jeszcze czymś zaskoczy. Pierwszą część cyklu z Henrikiem Pettersonem "[geim]" przeczytałam z lekkim rozczarowaniem intrygą i lekkim oczarowaniem całą resztą. Teksty w rodzaju "Ja pieprzę, jakie to zajebiste! Był mistrzem sztucznej trawy. The buzziest be in the hive. Hodowcą trolli przez duże H. Perem przechujem Gyntem - tym właśnie był..." w drugim tomie straciły egzotyczny posmak nowości, a kontynuacja tajemniczej Gry wydała mi się sprawą mocno naciąganą... Spodziewałam się zatem średniego drugiego tomu. A tu, proszę państwa, niespodzianka. Jest bowiem powyżej stanów średnich.

Nie namawiam do polubienia naszego motylka debilka z pierwszego tomu, bo trudno wymagać niemożliwego. Henrik Petterson, zgarnąwszy sporą kasę w pierwszym tomie, w bardzo intensywny sposób tę kasę wydaje. Jak - możemy się domyślać, wszak poziom rozrywek HP dobrze znamy. Ile czasu jednak można żłopać koktajle na najpiękniejszych plażach świata? Ile dziwek zaliczyć od przodu, od tyłu, od boku i sama nie wiem jak? HP zaczyna się nudzić. Brakuje mu kopa, adrenaliny, przeżyć. Jest gorzej, HP zaczyna nawet tęsknić za Szwecją. I kiedy wydaje się, że stagnacja zacznie niszczyć mu mózg, coś się wydarza. HP poznaje w Dubaju kobietę, napala się, odbywa z nią dziki seks, następnego dnia zabiera ją i przygodnie poznanego faceta na wypad na pustynię. Ona już z niego nie wraca. HP zaś budzi się następnego dnia w koszuli umazanej krwią (jej krwią) i kompletnie nie pamięta, co się stało. Tajemniczego towarzysza wyprawy nikt nie pamięta. HP zostaje aresztowany przez miejscową policję i wreszcie ma, czego mu brakowało - adrenalinę, kopa, przeżycia, waterboarding inclusive. Sytuacja wydaje się niemal beznadziejna, HP nie spodziewa się, że wyjdzie z tego żywy, gdyby w końcu nie przyszedł mu do głowy pewien szczegół - zapalniczka. Ratuje go zapalniczka...

Los rzuca HP w końcu do Szwecji, gdzie najpierw podejmuje pracę - legalną i dobrze płatną - a potem wplątuje się w kolejną aferę. I powiem Wam, że ta afera podobała mi się o wiele bardziej, niż nieco naiwny i głupiutki pomysł z Grą (choć Gra nadal wisi nad całą fabułą, niestety). Wreszcie miałam wrażenie, że autor nie traktuje czytelnika jak idioty, zaś problematyka, jakiej się tu podjął, jest aktualna, jest prawdopodobna (by nie powiedzieć: stała się rzeczywistością), jest niebezpieczna. Ogólnie mówiąc, chodzi o Internet. Z jednej strony o internetowy mobbing (tutaj śledzimy perypetie zawieszonej za domniemany błąd w akcji siostry HP, Rebekki (przypomnijmy, że pracuje ona w Biurze Ochrony Rządu), którą jakiś troll wziął na cel swych oszczerczych praktyk, z drugiej zaś o manipulowanie internetowymi przeglądarkami tak, by tworzyły w Internecie taki, a nie inny obraz rzeczywistości. Każdy, kto ma jakie takie pojęcie o komputerowej technologii i mechanizmach funkcjonowania internetu potwierdzi, że wizja, jaką roztacza tu autor, wcale nie jest fikcyjna i wyssana z palca. Internet jest wielkim tortem do podziału i tylko ci, którzy wcześnie się ustawią wokół stołu, mają szansę na najlepsze kawałki. A dzielenie tego tortu już trwa... 

Powiem krótko: tym razem pomysł autora doskonale trafił w nerw. Wykonanie zaś, jak poprzednio, jest dość brawurowe. Ci, którzy burzyli się na wulgaryzmy i okropieństwa językowe w pierwszym tomie, niech lepiej nie sięgają po drugi - pod tym względem niewiele się zmieniło. HP nadal bluzga, nadal posuwa co się da, nie stał się czytającym noblistów erudytą, chadzającym na koncerty do filharmonii i spędzającym wieczory przy lampce czerwonego wina. Tych z Was, których raziła ta postać w pierwszym tomie, nie mam zamiaru do niej przekonywać, pamiętajcie jednak, że de la Motte nie stworzył swego bohatera do lubienia. HP, cwaniaczek i bumelant, narwaniec, niegłupi, ale o dość prymitywnych potrzebach, był potrzebny autorowi do obsadzenia w głównej roli, i tę rolę zagrał brawurowo, nadrealistycznie, ale wiarygodnie. Nie wymagajcie, by wysławiał się piękną polszczyzną. Ten typ tak ma. Odnoszę jednak wrażenie, że przeżycia w arabskim więzieniu, doświadczenie "normalności" życia człowieka chadzającego codziennie do pracy, gdzieś tam głęboko pod skorupą prymitywa skrywanego marzenia o miłości (nie mylić z pieprzeniem), sprawiły, że HP chyba zaczął dorastać. I kto wie, jak by się potoczyły jego losy, gdyby nie musiał wciąż uciekać...

Skupiłam się tutaj na bardziej kontrowersyjnym z pary bohaterów, ale Rebekka też tu jeszcze jest. Śledzimy losy rodzeństwa równolegle, naprzemiennie - jeden rozdział ona, jeden rozdział on, co daje świetny efekt, momentami wprowadzający niezłe zawirowania. Czy obojgu można kibicować,  nie wiem. Chyba żadne z nich nie jest postacią, za którą trzyma się kciuki, z którą człowiek się utożsamia. Ale szybkie tempo, pojawiające się co rusz znaki zapytania i parę zagadek sprawiają, że chce się czytać. Czego i Wam życzę. 


Pierwsze zdanie: "Dosłownie kilka sekund po tym, jak się obudziła, zdała sobie sprawę, że jest za nią."
Gdzie i kiedy: Dubaj, Sztokholm, współcześnie
W dwóch słowach: spisek i sprint
Dla kogo: dla luzaków i gotowych na przekroczenie paru granic
Ciepło / zimno: 81°

Książkę udostępniło mi wydawnictwo Czarna Owca, za co serdecznie dziękuję. 

wtorek, 30 kwietnia 2013

Thomas Enger "Sterblich" (Letarg) - czy warto się brać za kolejnego Skandynawa?



                                                                                                                                                                                                                         
Wydawnictwo: Blanvalet
Tytuł oryginału: Skinndød
Cykl: Henning Juul 1
Liczba stron: 416
Cena: € 14,99

Do trzech razy sztuka. Tak, dopiero za trzecim podejściem udało mi się skończyć tę książkę, co nie znaczy, że była ciężka do przebrnięcia, nudna, irytująca czy bezdennie głupia. Przyznam jednak, że czynnikiem odstraszającym był wyjątkowo mętny początek, okraszony narracją w czasie teraźniejszym, od której zwykle dostaję nerwowej wysypki. Niech się tymi początkowymi trudnościami nie sugeruje czytelnik, poszukujący na tych łamach rzetelnej opinii o godnej polecenia lekturze - wszak powieść "Harry Potter i kamień filozoficzny" również zaczynałam czterokrotnie...

Czytając "Letarg", warto zapomnieć o uprzedzeniach. O niechęci do tej nieszczęsnej narracji, o apopleksji, którą wywołują słowa "norweskie Millenium" (tak, tak, tu też jest dziennikarz, tu też jest szefowa i tu też jest pomoc przez internet - buoa!), o stereotypie skandynawskiego kryminału, wreszcie o pobłażliwym traktowaniu protagonisty dziennikarza. A zatem, jeśli jeszcze nie czytaliście tej powieści, oczyśćcie umysł, zresetujcie emocje, wyzerujcie doznania i dajcie się porwać tej typowej i nietypowej zarazem opowieści. I nie szukajcie podświadomie błędów i zgrzytów, zaufajcie temu norweskiemu pisarzowi, bo warto.

Sama intryga kryminalna może się podobać, choć oczytane kryminałoluby mogą pokręcić nosem na typowość wątków. Ale pamiętamy, jesteśmy wyzerowani i zresetowani. Więc z błyskiem naiwności w oku wchodzimy w to i dajemy się poprowadzić tropem. A ten nie jest jednoznaczny. Znalezione zostają zwłoki studentki. Ciało tkwi do połowy zakopane w ziemi i wszystko wskazuje na to, że dziewczyna została ukamieniowana, mało tego, morderca odrąbał jej rękę. Cała ta otoczka wskazuje na zbrodnię bardzo symboliczną, sugerująca wręcz powiązania z islamem. Czyżby studentka została ukarana zgodnie z prawem szariatu? Kiedy się okazuje, że jej chłopak jest muzułmaninem, wydaje się, że wszystko jest jasne. W morderstwo na tle religijnym nie wierzy jednak Henning Juul, dziennikarz, który pisze o sprawie dla internetowej gazety.

No właśnie, Henning Juul. Zatrzymajmy się przy nim nieco dłużej, bo to tą postacią żyje ta powieść. Towarzyszymy mu w jego pierwszym dniu pracy, po długiej przerwie i wyrwie, jaką spowodowały w jego życiu pewne dramatyczne wydarzenia. Tak, Henning Juul nosi w sobie traumę. Przeżył stratę największą z możliwych - podczas pożaru mieszkania ginie jego mały synek. Juul liże rany na duszy, bo te na twarzy, dawno zagojone, znaczą go niczym stygmat klęski. Nie ufamy mu. Bo jest mało asertywny, bo wydaje się, że wyczerpał swe rezerwy na uporanie się z traumą, bo cóż może wskórać wycofany dziennikarz w porównaniu z nowoczesnym aparatem policji? Nie byłoby tej historii, gdyby nie wyjątkowa wrażliwość i empatia Juula, a także jego wyjątkowy instynkt łowczy, który to jego, a nie policję, zaprowadza na właściwy trop.

Pamiętacie? Nadal mamy wyzerowane uprzedzenia i ufamy ślepo w inteligencję i umiejętności autora. I choć w pewnym momencie wzdrygamy się, gdy wyjaśnienie intrygi wydaje nam się odrobinkę, maciupeńkę przekombinowane, to oddychamy z ulgą, gdy się okazuje, że Enger ma jednak w zanadrzu coś jeszcze. Bo lubimy być zaskakiwani. I polubiliśmy w końcu tego bladego i niepozornego Juula.

Czasem warto schować uprzedzenia do kieszeni. Nagroda może być nieoczekiwana, jak tutaj: kawał rzetelnego i  trzymającego w napięciu od początku do końca kryminału.

A na koniec dygresja: konia z rzędem temu, kto zgadnie, co namalowane na okładce niemieckiego wydania nożyczki mają wspólnego z treścią książki? Oraz co miało na myśli wydawnictwo, nadając jej tytuł "Śmiertelny"?


Pierwsze zdanie: "Ma uczucie, że otacza go wyłącznie ciemność."
Gdzie i kiedy: Oslo, 2009 
W dwóch słowach: dziennikarz i trauma
Dla kogo: dla ceniących kryminały z "wartością dodaną"
Ciepło / zimno: 83°

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Book-Trotter. 

niedziela, 27 stycznia 2013

Håkan Nesser "Samotni" - udręczeni kontra uporczywi


Wydawnictwo: Czarna Owca
Tytuł oryginału: De ensamma
Przekład: Maciej Muszalski
Seria: Czarna Seria
Data wydania: marzec 2012
Ilość stron: 480
Cena: 34,90 zł

Kiedy pierwszy raz w życiu jadłam szparagi, nie mogłam wyjść ze zdumienia, co ludzie, ba, smakosze, w nich widzą. Ich smak pozostał dla mnie, nienawykłej do finezji kulinarnych, nieodkryty. Z czasem nijakość i mdłość ustąpiły miejsca niuansom, o których istnieniu nie miałam pojęcia, zaś moje kubki smakowe zaczęły rozpoznawać delikatność i nuty, wprawiające podniebienie w rozkoszne wibracje. Dziś bladawe warzywo stanowi dla mnie zenit kulinarnych doznań, na który czekam przez cały rok - nic nie dorówna niebosiężnym smakowym subtelnościom, skomponowanym z szynką najlepszego gatunku, rozpływającym się masłem i orzeźwiającym sauvignon blanc. 

I tak mi przyszło do głowy, że podobnie jest z prozą kolejnego Skandynawa, którego biorę na tapetę - czytelnikowi, który kosztuje jej po raz pierwszy, smak jej może wymykać się i wydać nieciekawym, mało wyrazistym. Potrzeba wytrwałości i swoistego ukochania, by wydobyć z niej finezję i bogactwo. 

I na tę finezję i czytelnicze apogeum przyjdzie nam tu czekać dość długo. Dobra połowa z okładem tej powieści to nużące obracanie kilku zdawkowych informacji, okraszonych paroma wycieczkami w przeszłość. Przedzieranie się przez tę mdławość jest tym bardziej męczące, że tak naprawdę nie wiadomo nawet, czy w tym kryminale mamy w ogóle do czynienia ze zbrodnią, czy może tylko z nieszczęśliwym wypadkiem, a może z samobójstwem, a może z kombinacją tych dwóch. Jest tu śmierć - zwłoki sześćdziesięcioletniego fizyka, typa samotnika, zostają znalezione roztrzaskane w pewnym wąwozie. Nie byłoby w tym nic szczególnego - ot, starszy człowiek przez nieostrożność spadł w przepaść, gdyby nie fakt, iż przed trzydziestu laty dokładnie w tym samym miejscu doszło do identycznego wypadku, a osobą, która wówczas zabiła się na dnie wąwozu, była... ówczesną narzeczona świeżej ofiary. Więc jak to było? Jedno skoczyło, drugie upadło? A może na odwrót?... Dywagacje te zajmują długie, ciągnące się strony i nic nie wskazuje na to, by nastąpiła jakakolwiek zmiana. Aż się chce przytaknąć niezmordowanym, uporczywym policjantom (w tych rolach znowu Barbarotti i Eva Backmann), zamknijcie wreszcie tę sprawę, nie ma w niej nic, absolutnie nic, co uzasadniałoby żmudne wałkowanie. 

Pojawia się jednak taki moment, w którym epizody z życia grupki osób, zamieszanych w wydarzenia z lat siedemdziesątych, przestają być nam obojętne, a oni sami - wówczas studenci, przyszli intelektualiści, wchodzący dopiero w życie, próbujący okiełznać je każde na swój sposób - nie zlewają się już w jedno, nie wymykają poznaniu i zaczynają dostarczać doznań, których istnienia się nawet nie domyślaliśmy. Na ten moment naprawdę warto czekać, bowiem jest on przełomem, w którym znużenie i udręczenie życiem tych samotnych i udręczonych, poddawane wiwisekcji przez uporczywych śledczych, ustępuje. I zaczynamy dostrzegać finezję portretowania postaci, ich dramatyczny rys, ich zagubienie, demoniczność, siłę. Warto czekać na finał, który wynagradza wszelkie znoje docierania do sedna tej opowieści, mozolnego zbierania przypominających cienie strzępków, z których Nesser utkał swą głęboką, porażającą historię. Po drodze zaś można pokibicować Barbarottiemu, pogrążyć się w paru refleksjach o sensie życia, pofilozofować, ponurzać się w smętnych klimatach. A na koniec wgryźć w swojego szparaga i oniemieć w obliczu nieskończonego bogactwa jego smaku.  


Pierwsze zdanie: "Obudziły go głosy kłócących się ludzi."
Gdzie i kiedy: Szwecja, współcześnie i w latach siedemdziesiątych 
W dwóch słowach: niepozorna i głęboka
Dla kogo: dla wytrwałych i filozofów
Ciepło / zimno: 74°

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Anety "Czytamy kryminały". 

czwartek, 24 stycznia 2013

Åsa Larsson "Aż gniew twój przeminie" - kryminał babski i gniewny



Wydawnictwo Literackie
Oryginalny tytuł: Till dess din vrede upphör
Przekład: Beata Walczak-Larsson
Data premiery: maj 2012
Liczba stron: 352
Cena: 34,90 zł
Macie tak czasem, że czytacie jakąś książkę, wyczuwacie jej siłę, potraficie wyliczyć szereg plusów, podskórnie czujecie, że powinna was zachwycić, porwać, ponieść ze sobą, ale tego nie robi? Nix, niente, niet. Ja mam coś takiego z kolejną powieścią skandynawskiej królowej kryminału (której to już?) Åsy Larsson. 

Choć przyznam, że sam początek ma w sobie niesamowity impet i siłę wyrazu. W zasadzie jest najmocniejszym elementem tej powieści, zostawiającym wszystkie następujące po nim sceny w mdławym cieniu. "Pamiętam, jak umarliśmy". My - to siedemnastoletnia Wilma i jej chłopak Simon, którzy udają się na podwodną wyprawę, zamierzając zbadać dno pobliskiego jeziora, o którym krążą słuchy, że w czasie wojny zatonął w nim niemiecki samolot. Wyzwanie, zapach przygody, młodzieńczy zapał, radość życia i odkrywania - Wilma aż tryska energią i animuszem, ale opowiadając o tym wszystkim z perspektywy martwej osoby. I już samo to jest chwytem niezwykłym, odważnym, choć niebezpiecznym, bowiem pierwiastek nadprzyrodzony, mistyczny, w kryminałach - gatunku ze wszech miar realistycznym - często ześlizguje się z wytyczonego szlaku i ląduje w grzęzawisku miernoty. Sposób, w jaki Wilma opowiada o swojej śmierci, jest bez dwóch zdań mistrzowski. 

Mocny akcent na wstępie to fajna rzecz, ale nie każdemu udaje się przekuć go na fabularny kapitał. Tutaj, mam wrażenie, cięciwa napięcia rozpręża się, by tylko miejscami powrócić do pierwotnej, naciągniętej do granic możliwości formy. Akcja zwalnia tempo i toczy się dalej niespiesznie, przeskakując raz po raz w przeszłość. Czytelnicy zaznajomieni z prozą Larsson z radością zapewne powitają powrót starych znajomych, także i tutaj śledztwo związane z wyjaśnieniem okoliczności śmierci dziewczyny (bo ciała chłopaka nie znaleziono), prowadzą dwie kobiety, które sprawdziły się w poprzednich "odcinkach": policjantka Anna Maria Mella i prokurator Rebeka Martinsson. Trop, czego się można było spodziewać, prowadzi do przeszłości, dalekiej, wojennej, stanowiącej niechlubny przedział w dziejach Szwecji, i nieco mniej odległej, ale też ponurej. 

I w zasadzie na tym koniec, jeśli chodzi o niespodzianki. Bardzo szybko wiadomo, kto stoi za brutalnym zabójstwem młodych, autorce zaś pozostaje tylko odkrywanie krok po kroku, dlaczego. Czyni to w sposób lekko odealniony, posługując się duchem zmarłej - dzięki wspomnieniom nieżyjącej Wilmy czytelnik prędzej od organów ścigania dowiaduje się, jak było naprawdę. Zabieg ten może się podobać, ale nie musi. Ja mam z tym pewien problem i wolę zdecydowanie, kiedy kryminał pozostaje w realistycznych ramach, choć tutaj metafizyczne wstawki nie wpływają, chwała Bogu, na śledztwo, a są jedynie elementem zabawy z czytelnikiem, retoryczną figurą, pozwalającą na wprowadzenie inności, wyróżnienie się z masy. 

Długo trawiłam tę książkę, próbując dociec, co mnie w niej uwierało. I do końca nie wiem, czy to wina chaotycznego przeskakiwania z narracji w czasie teraźniejszym na czas przeszły, nietrzymającego się żadnego schematu, powodującego swoiste rozedrganie i zadyszkę. Nie wiem, czy irytowały mnie obie główne panie szukające prawdy, nieporadne, rozedrgane tak jak nić narracji, dające się ponosić emocjom, pełne dobrotliwej empatii, słabe i silne na przemian. Podobały mi się niektóre, bardzo mocne, znakomicie zarysowane sceny, po których następowały takie, które doprowadzały mnie do rozpaczy irracjonalnością, albo po prostu nużące. Larsson poruszyła tu kilka strun, na których dźwięk jestem niezmiernie wrażliwa - starość w jej opisie jest bezdennie smutna, porażająco okrutna, dogłębnie obrzydliwa. W tych momentach staje się prawdziwe twierdzenie o nieporównywalnej społecznej wrażliwości pisarzy skandynawskich, a także o niezwykłej ostrości uprawianej przez nich socjokrytyki. Larsson jest momentami gniewna, momentami zaś babska. Babska w tym pejoratywnym znaczeniu: rozchwiana, nadmiernie emocjonalna, irracjonalna. I niech każdy sam sobie odpowie na pytanie, czy go to kręci. 



Pierwsze zdanie: "Pamiętam, jak umarliśmy."
Gdzie i kiedy: Kiruna na północy Szwecji, współcześnie ze skokami w przeszłość 
W dwóch słowach: babska i gniewna
Dla kogo: dla miłośników nordyckich klimatów oraz literatury lekko odrealnionej
Ciepło / zimno: 62°


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Anety "Czytamy kryminały". 

wtorek, 18 grudnia 2012

Hjorth & Rosenfeldt "Uczeń" czyli o wskrzeszeniu Hanibala Lectera


Wydawnictwo: Czarna Owca
Seria: Czarna Seria
Tytuł oryginału: Larjungen
Przekład: Alicja Rosenau
Data wydania: maj 2012
Ilość stron: 580
Cena: 39,90 zł
No spotkaliśmy się znowu, ja i ten rzekomo superinteligentny profiler o poharatanej duszy, który spał chyba z każdą kobietą w Szwecji... Nasze poprzednie zetknięcie pozostawiło po sobie leciuteńkie rozczarowanie, choć sama intryga kryminalna oraz niezwykle sprawna narracja tomu "Ciemne sekrety" sprawiły, że uznałam lekturę za dość satysfakcjonującą. "Uczeń" jest bezpośrednią kontynuacją owego tomu. 

I tym razem nikt nie lubi Sebastiana Bergmana, w tym względzie nic się nie zmieniło. Fachura od seryjnych morderców nadal robi wszystko, by do reszty zniszczyć swoje życie i pozostałości socjalnych więzi, choć i tych jest żałośnie mało. W tej powieści jednak przyjdzie mu się zmierzyć z wzorcowym supermózgiem i arcypsychopatą, skazanym i osadzonym w więzieniu mordercą i gwałcicielem kobiet, który znalazł się za kratkami również dzięki błyskotliwej pracy Bergmana, więc niejako superwrogiem. Edward Hinde pozbawiał swe ofiary życia jednym cięciem przez krtań, a krępowane pończochami ofiary były ubierane w staromodne nocne koszule i gwałcone od tyłu. I dokładnie te morderstwa wstrząsają Sztokholmem - ktoś dokładnie kopiuje modus operandi odsiadującego wyrok psychopaty...

Muszę przyznać, że lekko mnie ta książka irytowała. I nawet nie chodzi mi tutaj o kontrowersyjną z założenia postać Bergmana, która irytować powinna, choć tym razem wysiłki autorów, by postać tę uczynić jak najbardziej niesympatyczną, spełzły na niczym, a może to jednak celowy zabieg, by tą żałosną postacią w końcu wzbudzić w czytelniku współczucie i osobliwe miłosierdzie, z rodzaju tego, jakie odczuwa się na widok bitego szczeniaka?... A irytowały mnie dwie rzeczy: kopiowanie i indolencja. To pierwsze jest oczywiste - Bergman ma tak wiele cech serialowego doktora House'a, że twórcy jadowitego i genialnego diagnosty powinni się zastanowić nad wytoczeniem Szwedom procesu o plagiat. Odnoszę wrażenie, że nawet to współczucie jest jakieś takie skopiowane, zważywszy ostatnie odcinki... stop. Odbiegam od tematu i w dodatku spojleruję... Kalka druga: Hanibal Lecter przebija przez kartki tej powieści dość intensywnym i wyraźnym blaskiem. W sumie, nie widzę nic złego w wykorzystywaniu najlepszych motywów kryminalnego gatunku, ale jeśli wyciąga się jeden z najbardziej rozpoznawalnych wątków wszechczasów i wokół niego osnuwa niemal całą intrygę (słynne quid pro quo), to już zaczyna mnie coś uwierać. Zwłaszcza, że Vanja, niestety, nijak się miała do agentki Clarice Starling. 

A skoro już jesteśmy przy więziennych scenach z psychopatą Hindem, to możemy gładkim suwem przejść do irytującego motywu numer dwa, czyli indolencji. Otóż cała ta zagadka kryminalna, rozpisana na wiele stron, byłaby do rozwiązania w dziesięć minut, gdyby ach ci jakże znakomici policjanci uruchomili swoje mózgownice. Już w pierwszej rozmowie z kierownikiem więzienia (notabene mistrzem indolencji i bezdennej głupoty, przy którym blednie wszystko inne) pada informacja, że Hinde dysponuje w celi laptopem (już sam tej fakt mnie ukłuł, bo realia więzienne, nawet w bardzo liberalnej i przestrzegającej praw człowieka Szwecji chyba są jednak nieco inne, zwłaszcza w przypadku więzienia o zaostrzonym rygorze, w jakim przebywał nasz superinteligentny i do gruntu zły Lecter-bis). I co? I nic. Policjanci jak barany (nie ubliżając sympatycznym zwierzakom) przyjmują to do wiadomości i nikomu nie przyjdzie do głowy, by ten laptop sprawdzić?... No, ale wtedy nie mielibyśmy wspaniałej, trzymającej w napięciu przez kolejne czterysta stron powieści, prawda? 

Pomyślicie teraz, że pewnie zechcę wybić Wam tę książkę z głowy. Otóż nie. Wbrew tym ewidentnym "uwieraczom" książka serwuje spory ładunek napięcia, da się czytać (jeśli gotowi jesteśmy przymknąć oczy na pewne rzeczy) i trzyma za gardło niemal do samego końca, nawet jeśli mniej lub bardziej wiadomo, w jakim kierunku to wszystko zmierza. I nawet ten skopiowany pojedynek supermózgów okaże się wcale nie taki najgorszy. Jeśli w dodatku ktoś lubi powieści kryminalne, w których punkt ciężkości przesuwa się w stronę prywatnych perypetii bohaterów, pewnie i "Ucznia" przeczyta z wypiekami na twarzy. Zwłaszcza, że tu już w drugim tomie działa prawo serii (by nie powiedzieć opery mydlanej) i podświadomie zaczynamy kibicować tej czy innej postaci, zżymając się i obgryzając paznokcie, jeśli nie postępuje zgodnie z naszymi pobożnymi życzeniami.

Fajerwerków wprawdzie nie ma, ale... dobra średnia, a nawet więcej niż średnia. Acha, i podobało mi się tłumaczenie. Oceniam na tróję z plusem i z pewnymi zastrzeżeniami, polecam (3+/5). 


środa, 28 listopada 2012

Karin Fossum "Schwarze Sekunden" (Czarne sekundy) - o jakości lapidarności


Audiobook 4 CD
Dhv der Hörverlag
Data premiery: 2004
Tytuł oryginału: Svarte sekunder
Przekład na niemiecki: Gabriele Haefs
Lektor: Nina Petri
Wersja autorska skrócona, 309 minut
Cena: 28 euro

Czy można się przesycić skandynawskimi kryminałami? Można. Jeśli ze wszystkich stron napierają rzekome bestsellery z etykietą "skandynawskie", a człowiek obawia się, że otworzywszy lodówkę, zostanie napadnięty przez "piątego Larssona", albo "książkę, która podobała się Läckberg", to trudno reagować inaczej, niż lekkim odruchem wymiotnym, zwłaszcza iż jakość zachwalanych dzieł nie idzie w parze z pracującą na najwyższych obrotach machiną promocyjną. 

Właśnie ukazała się "nowa" Fossum. "Nowa" w cudzysłowiu, bowiem "Czarne sekundy" właściwie żadną nowością nie są, wszak napisane zostały już dziesięć lat temu. Karin Fosum jest dobrą, solidną marką, więc czytelnik powinien się cieszyć z uzupełnienia luk. Z drugiej strony, jeśli to prawda, iż polski przekład wykonano nie z norweskiego, a z angielskiego (doszły mnie takie słuchy), to aż się chce zawyć i przewrotnie, celem eksperymentu, przetłumaczyć to-to z powrotem na norweski i przedłożyć autorce do wglądu...

Nie mnie jednak oceniać jakość polskiego przekładu, bowiem powieść poznałam w wersji niemieckojęzycznej, znakomicie przetłumaczonej, kogenialnie przeczytanej przez aktorkę Ninę Petri. Możnaby się po raz kolejny zastanowić, na ile lektor może przyczynić się wzbogacenia (lub zeszpecenia) dzieła - w tym wypadku nie mam najmniejszych wątpliwości, że interpretacja Niny Petri fenomenalnie stopiła się z atmosferą powieści, nadała jej dodatkowy wymiar, uwydatniła rysy postaci.

Ale do rzeczy. "Czarne sekundy" to kolejny tom z komisarzem Konradem Sejerem, jednak nieznajomość poprzednich części nie stanowi uszczerbku dla lektury. Intryga zasadza się na pomyśle nienowym, ale najwyraźniej atrakcyjnym dla wielu autorów - ginie dziecko. Dziesięcioletnia Ida Joner wyrusza na nowym, żółtym rowerze do kiosku i nigdy nie wraca; koszmar dla samotnie wychowującej ją matki, sensacyjny temat dla tabloidów, zagadka i wyzwanie dla miejscowej policji. Autorka nie trzyma się kurczowo jednego narratora - początkowo skupia się na dramacie matki, trzymanej w kleszczach stuporu i nadziei, później przenosi perspektywę na inne postacie, przyjmując rolę wszechobecnego obserwatora. Dzięki temu chwytowi czytelnik ma wrażenie, że doskonale zna każdą z postaci. Jak się można spodziewać, dziewczynka nie odnajduje się cała i zdrowa, a jej zaginiecie to jedynie początek tragedii. Wraz ze znalezieniem ciała dziecka dość prędko krystalizuje się, kto mógł mieć związek z jej śmiercią. Policja tego nie wie, ale czytelnik owszem: początkowo oscyluje między prowadzącym podwójne życie nastolatkiem, a miejscowym dziwakiem, którego niegdyś nazwanoby wsiowym głupkiem, dziś zaś przylepiono etykietkę osoby autystycznej i niepełnosprawnej umysłowo. 

Wydanie polskie, Papierowy Księżyc
Łatwość, z jaką domyślamy się, jak rozegrał się dramat, nie umniejsza jednak przyjemności lektury. Fakt, wielkich niespodzianek tutaj nie przeżyjemy, jakość tej prozy nie zasadza się jedna na dynamice akcji i jej dramatycznych zwrotach, ale na kameralnym, niespiesznym, acz wnikliwym szkicowaniu dramatis personae. Lapidarny język, unikający szkatułkowych zdań i barokowych figur retorycznych, precyzyjny i poetycki zarazem, sprawia, że mimo linearności i przewidywalności fabuły czytelnik nie ma wrażenia nudy czy poczucia straconego czasu. 

Zachwyca empatia autorki, z jaką kreśli hermetyczny świat Emila Johannesa, i choć komisarz Sejer nie wyróżnia się niczym szczególnym, to może właśnie jego spokojny sposób prowadzenia śledztwa i wrażliwość, z jaką przesłuchuje podejrzanych, stanowią o jego mistrzostwie i ostatecznie o sukcesie śledztwa. A także o mistrzostwie Fossum, która z banalnej historii, pozbawionej spektakularnych momentów, zdołała stworzyć nietuzinkowy obraz, który wchłania doszczętnie od pierwszej do ostatniej sceny, nie pogrążając jednocześnie w typowym, posępnym klimacie północnej beznadziei. 

A zatem, jak ocenić ten kryminał, w którym już po 80 stronach domyślamy się osoby mordercy? Wbrew pozorom, bardzo dobrze, choć być może moją zdolność oceny przyćmiła rewelacyjna interpretacja tłumaczki i lektorki. Dlatego dając tej pozycji mocną czwórkę, podkreślam, że na tapecie miałam wersję do ucha, w języku niemieckim.

Moja ocena: 4/5.