Ads 468x60px

piątek, 4 stycznia 2013

Rachunek sumienia


Ani się człowiek obejrzał, a maluch z numerem 2012, którego witaliśmy w zeszłoroczną sylwestrową noc, zmężniał, wydoroślał, a potem nieuchronnie zaczął dziadzieć, i wreszcie odszedł, ustępując miejsca rozpychającemu się Nowemu. Nowy jest na razie w powijakach, wymachuje ochoczo nóżkami, więc zanim się zacznie panoszyć na dobre, podliczę to, co czytelniczo wydarzyło się u mnie przez ostatnie dwanaście miesięcy. 

Przeczytałam w tym czasie 110 książek, z tego 50 po polsku, 60 po niemiecku i dwie po angielsku. Były wśród nich takie, które zapamiętam na długo, były także niemożebne gnioty, o których pamiętać nie chcę. Tych pierwszych było zdecydowanie więcej, toteż wybór tych najlepszych sprawił mi ogromne trudności. Piątki najlepszych nie zdołałam wybrać, pozwólcie więc, że przypomnę Wam pierwszą dziesiątkę tych, które podobały mi się najbardziej. Kolejność jest alfabetyczna, bo próby wskazania tej najlepszej spełzły na niczym.

1. Tana French Schattenstill 



 2. Oliver Harris London Killing


3. Liza Marklund Weisser Tod 

4. Robert McCammon Magiczne lata

5. J. K. Rowling Ein plötzlicher Todesfall

6. Richard Schwartz Das Erste Horn

7. Vincent V. Severski Niewierni

8. Mark Allen Smith Der Spezialist

9. Arno Strobel Das Wesen

10. Catherynne M. Valente Nieśmiertelny

Nie wiem, na ile fakt, że w pierwszej dziesiątce znalazły się zaledwie trzy pozycje fantastyczne, jest związany z kondycją gatunku, a na ile wyborem lektur, faktem jest, że w ubiegłym roku zdecydowanie dominowały kryminały. Osiem z moich faworytek można lub można będzie przeczytać po polsku. Trochę smuci okoliczność, że tylko jeden polski autor przebił się przez światowe towarzystwo, choć wielu było blisko (Bartłomiej Rychter, Marta Guzowska, Anna Fryczkowska i Marek Krajewski to na pewno polski olimp, który okupuje drugą dwudziestkę moich ulubionych lektur). 

Miniony rok przyniósł dla mnie rewolucyjne zmiany w kwestii wgryzania się w czytelniczą materię. Polubiłam audiobooki, zaprzyjaźniłam się z e-bookami, pod koniec roku zaś zawitał u mnie sprzęcik, dzięki któremu mam nadzieję czytać więcej i uniezależnić się od ciężkich cegieł - kindle paperwhite jest właśnie w fazie testowania, a ponieważ dziś zakupienie wraz z dostawą trzech polskich książek zajęło mi zaledwie kwadrans, wierzę, że kindelek przybliży mnie do tego, co dla Was jest na wyciągnięcie ręki, dla mnie zaś dotychczas było dostępne, ale z przeszkodami - do polskiego rynku książki. 

W tym roku jak nigdy zbliżyłam się do tych, którzy są solą i korzeniem naszych wspólnych pasji - bez nich nie byłoby czytania, przeżywania i blogowania. Mowa o autorach. Byłam na spotkaniach autorskich ze śmietanką międzynarodowego kryminału: Lizą Marklund, Jefferym Deaverem, Anthonym Horowitzem, Tess Gerritsen, przeprowadziłam wywiady z Volkerem Klüpfelem i Michaelem Kobrem, z Hanną Winter, z Inge Löhnig. Z tą ostatnią autorką spędziłam nie tylko wiele tygodni, tłumacząc jej dwie znakomite powieści, ale i fantastyczne, bardzo intensywne godziny - raz na wieczorze autorskim, raz prywatnie w kawiarni, kiedy poświęciła mi swój cenny czas na rozmowę. Wrażenia z tych spotkań mogliście przeczytać na portalu Zbrodnia w Bibliotece, który stał się dla mnie drugim domem. 

Nie sposób nie wspomnieć tego bloga, który narodził się w początkach stycznia i pochłonął mnie bez reszty, przerastając wszelkie oczekiwania odnośnie ilości odsłon, czytelniczych znajomości - ba, przyjaźni wręcz, ale i niedającej się porównać z niczym innym satysfakcji, jaką daje. 

Mam nadzieję zostać z Wami dłużej, nadal nagabywać i nękać niemieckimi nowościami i bestsellerami, kontynuować zaczęte cykle o nieprzetłumaczalności oraz zbrodni prawdziwej. Będą też zmiany - rezygnuję z pięciogwiazdkowej skali ocen, nie sprawdza się, jest błędnie odczytywana przez wielu czytelników. Przez jakiś czas nosiłam się z myślą zlikwidowania wszelkich mierników i ocen, ale po namyśle doszłam do wniosku, że jakaś mierzalność lektur przydaje się i potencjalnym nabywcom książek, i mnie. Wzorem niemieckiego portalu Krimi-Couch wprowadzam skalę stustopniową: od poziomu zero (flop) po wrzące sto stopni (hot):
Skala ta nie ma służyć do wartościowania przeczytanych książek, ale do unaocznienia moich prywatnych odczuć, emocji i wrażeń z lektury - będzie więc nadal subiektywna, niesprawiedliwa i nieporównywalna. Moja po prostu. Zaglądajcie do mnie!

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Ian Rankin "Verborgene Muster" - czyli Rebus w oparach whisky



Wydawnictwo: Goldmann Verlag
Data wydania: 01.05.2000
Tytuł oryginału: Knots and Crosses
Ilość stron: 224
Cena: 8 euro
Wydanie polskie: Supełki i krzyżyki (wyd. Zysk i S-ka)

Są historie i bohaterowie, którym trzeba pozwolić dojrzeć, by nabrali słodyczy, cierpkości, szlachetnego aromatu. Kiedy Ian Rankin w roku 1985 kończył pisać na uniwersytecie w Edynburgu dysertację o dziełach Muriel Sparks, w tym samym roku podpisał umowę na swą pierwszą książkę ("Flood") i jednocześnie wykreował bohatera kolejnej, Johna Rebusa, nie miał pojęcia, że tworzy legendę. I że ta legenda będzie żyć wieloma książkowymi istnieniami, rozwijać się i zdobywać kolejne serca fanów kryminału. 

W tomie początkującym kultową już serię kryminałów John Rebus nawet jeszcze nie jest inspektorem, nosi ledwie stopień detective sergeanta, zaś jego wkład w rozwiązanie zagadki kryminalnej - serii morderstw popełnianych na nastolenich dziewczętach - przynajmniej w początkowej fazie śledztwa, jest marginalny i ogranicza się do rutynowego przekopywania starych akt, w porywach do przepytywania okolicznej ludności. Niewiele w tym policyjnej pracy, jaką kochają miłośnicy i znawcy kryminału, toteż i książka nie porywa, wydaje się nijaka i miałka, ze stronic powieści wieje zaś nudą. O seryjnych morderstwach pisano już bardziej umiejętnie, fachowo i porywająco. Pamiętajmy jednak, że jest rok 1985 - w tamtych czasach kryminał, jakim go znamy dzisiaj, znajdował się jeszcze w powijakach, a Ian Rankin wytyczał dopiero szlaki, którymi podążyło stado innych autorów. Autor sam zresztą przyznaje, że w tamtych czasach nie miał pojęcia, jak wygląda praca policji, nie planował również, że John Rebus powróci, i to niejednokrotnie.

Może dlatego zatem powieść "Supełki i krzyżyki", objętościowo skromna jak na dzisiejsze standardy, nie do końca przekonuje. Jej konstrukcja wydaje się nieco zdeformowana: z rozbudowaną fazą wstępną, w której niewiele się dzieje, poza tym, że Rebus wypija morze piwa i whisky, topiąc melancholię spowodowaną nieudanym małżeństwem, oddalaniem się nastoletniej córki, skomplikowanym stosunkiem do brata, i tajemniczą, traumatyczną przeszłością w elitarnej jednostce SAS. Śledztwo nie posuwa się ani o milimetr, a Rebus, policjant szary i przeciętny, nie zauważa nawet, że jest uwikłany w sprawę morderstw na dziewczynkach bardziej, niż ktokolwiek podejrzewa. Uparcie ignoruje kolejne zagadkowe listy, zawierające osobliwe zdania, przypominające - nomen omen - rebusy, pogrążony w niepojętym zamroczeniu wzbrania się sięgnąć pamięcią do przeszłości, gdzie rozwiązanie zagadki morderstw jest bardziej niż oczywiste. Pomaga - o rany - hipnoza... Potem wydarzenia nabierają tempa i wszystko toczy się błyskawicznie, niejako siłą inercji, na złamanie karku, Rebus doznaje nagłego olśnienia i dziesięć stron później jest już niemal po wszystkim... 

Takie bywają początki znakomitych karier. Każdy, nawet najznamienitszy mistrz gatunku zaczynał od wprawek, utworów najwyżej rzemieślniczo poprawnych, potem niezłych, by stopniowo pobłyskiwać geniuszem i osiągnąć absolutną maestrię. I tego właśnie oczekuję od kolejnych tomów - po niespektakularnych, troszkę nieporadnych narodzinach postaci, mającej w sobie ogromny potencjał i - co widzę już teraz - kopiowanej w setkach innych, pośledniejszych wersjach, spodziewam się raczkującego, a potem dojrzewającego nastolatka z pryszczami, by wreszcie zakochać się w dojrzałym mężczyźnie. Serię z Rebusem zamierzam zgłębić w najblilższym czasie, przymykając oko na przejściowe niedoskonałości. I wiem, że dużo przede mną.

Nie wiem na dobrą sprawę, jaką miarką zmierzyć ten zalążek kryminału - jest tu sporo zadatków, ale zaledwie zadatków na dobrą powieść. Trójkę mogę dać, na więcej chyba muszę poczekać. Moja ocena: 3/5.

Książkę przeczytałam w ramch wyzwania Sardegny trójka pik, w kategorii "zaplanowane na rok 2012".

Wszystkim, którzy dotarli do końca tej recenzji, życzę z niemiecka "einen guten Rutsch" czyli dobrego ślizgu w Nowy Rok. Niech nam się darzy!

czwartek, 27 grudnia 2012

Will Hill "Department 19. Die Mission" - o czerwieńszym odcieniu czerwieni


Wydawnictwo: Lübbe Audio
Czas nagrania: 15 godzin 30 minut
Format: audiobook download
Wersja: pełna
Data premiery: 21.09.2012
Lektor: Dietmar Bär
Język: niemiecki
Cena: 29,90 euro (9,90 w prenumeracie audible)
Co można robić z krwią? Można ją oczywiście rozbryzgiwać, pozwalać, by kapała leniwie, po kropelce, sączyła się niestrudzoną strużką, tryskała fontanną, krzepła w brunatnej kałuży, rozpylała się mgiełką, zbijała w lepiące skrzepy, mazała i nieodwracalnie plamiła co się da, wydzielała metaliczny zapach... można jej utaczać i oczywiście pić ją łapczywie i pożądliwie, czując jak rozchodzi się błogo po ciele...

Książka, którą zaserwował zmęczonemu wampirolozą czytelnikowi brytyjski autor Will Hill to thriller o charakterze niemalże splattera, w niczym nie przypominający romatycznych opowieści o wampirach, które kochają wiecznie i połyskują w słońcu. Tutaj wampiry pojawiają się w najbardziej z klasycznych ujęć, bo tym stokerowskim, i nie pałają żadnymi dzikimi namiętnościami, poza jedną: żądzą krwi. Jest klasycznie, bowiem Will Hill wskrzesza nie tylko najbardziej pierwotnego z wampirów, czyli Draculę, ale i całą masę innych powołanych przez Stokera postaci: Frankensteina, legendarnego łowcę wampirów van Helsinga, i całą masę pomniejszych bohaterów, które znamy z kart historii i klasycznych powieści o wampirach. I jest to zabieg ze wszech miar udany. Myli się jednak ten, kto oczekuje po tej książce trącącej myszką, gotyckiej opowieści osadzonej pod koniec dziewiętnastego wieku, choć autor owszem, zapędza się parę razy w przeszłość, by naszkicować tło swojej wizji i pokazać fundamenty, na których oparł swoją wersję krwiożerczych ssaczy. 

Onegdaj, w czasach van Helsinga, powstały bowiem zręby absolutnie tajnego, stosującego najnowocześniejszą technikę militarną i wyjątkowo skutecznego Departamentu 19, podlegającego brytyjskiemu rządowi. Nigdy o nim nie słyszeliście? Nic dziwnego, wszak jednostka ta jest więcej niż tajna, a o jej istnieniu wie zaledwie garstka uprzywijelowanych, wśród nich premier. Nie wiedział o nim także i Jamie Carpenter, przeciętny, nękany przez rówieśników szesnastolatek, który całkiem niedawno stracił ojca - trochę nieudacznika, szarego człowieczka, przez całe życie wykonującego swoją nieciekawą, szarą pracę. Czy aby na pewno?... Okazuje się, że ojciec wcale nie był tym, za kogo się podawał . Kiedy życie Jamiego staje na głowie, kiedy jego matkę porywają krwiożercze istoty, a on sam dostaje się pod pieczę monstrualnego dryblasa o nieprawdopodobnym nazwisku Frankenstein i miękkim sercu, kiedy postacie, które Jamie znał wyłącznie z kretyńskich filmów i dawno zapomnianych książek nagle okazują się całkowicie realne, chłopak dowiaduje się również, że ojciec był tajnym agentem i pracownikiem Departamentu 19, zwalczającego... wampiry. 

Przyznam, że słuchanie tej książki, rewelacyjnie zinterpetowanej przez niemieckiego lektora Dietmara Bära, sprawiła mi osobliwą przyjemność. I to pomimo tej bryzgającej krwi, fruwających w powietrzu bebechów, wywlekanych flaków i przebijanych pneumatycznym kołkiem wampirzych serc. Ta historia jest znakomicie skonstruowana, napięcie dozowane umiejętnie i niesłabnące ani na moment, finał godny najlepszych thrillerów, a i pomysł, splatający klasyczne wątki z nowoczesną technologią - więcej niż udany. Nie jest to na pewno lektura kobieca, a już w żadnym razie nie dziewczęca, ale nastoletni chłopak, ba, szukający niewyszukanej rozrywki dorosły, a nawet taka zboczona baba jak ja, będzie miał powody do zadowolenia. Jest tu tempo, są niekonwencjonalne metody walki z wampirami, jest akcja i ciekawa intryga. 

Jedyne, co kuleje, to kreacja postaci. Tu jest bardzo komiksowo i płyciusieńko. Jamie, przy całej mojej sympatii dla tego straumatyzowanego chłopaka, kompletnie nie przekonuje swoją błyskawiczną metamorfozą z zahukanego, nieciekawego cielaka w bohaterskiego fajtera, budzącego podziw najlepiej wyszkolonych i doświadczonych komandosów. Takie rzeczy to chyba tylko szytych grubymi nićmi opowieściach, i choć nie tracę z oczu tak zwanego targetu tej książki, to jednak autor mógł nieco uwiarygodnić to i owo.

Tym niemniej krotochwilnie było, słuchania nie żałuję i nawet polecę tę pozycję uwadze osób, lubujących się w podobnych pozycjach. Autor już zapowiedział dalszy ciąg i nie zarzekam się, że go nie wezmę do ręki. W końcu Dracula nie został pokonany...

Moja ocena: jest nieźle, choć to niezbyt wysokie loty. Wielka pochwała dla wersji audiobookowej - wreszcie pełna, nieokrojona wersja i znakomity głos Dietmara Bära (3+/5). 

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Sardegny trójka pik w kategorii z dreszczykiem.

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Road to hell...

Wintereinbruch in Bayern: Der Schnee sorgt für Chaos auf den Straßen.
Źródło: Merkur-Online

W powietrzu majestatycznie wirują wielkie, nierzeczywiste płatki śniegu, z głośników rozbrzmiewa Chris Rea, jadący na święta do domu, przed nami wije się długa, oczywiście znakomicie odśnieżona i puściuteńka droga, a my, popijając gorącą herbatę o aromatycznej nazwie "Chatka z piernika", z każdym kilometrem zbliżamy się do bożonarodzeniowego celu...

Taki był plan. Rzeczywistość, jak to zwykle bywa, niewiele miała wspólnego z oczekiwaniami, może poza tym, że dałoby się ją zilustrować inną balladą pana o ochrypłym głosie, o nieco odmiennym tytule: "Road to hell"... Romantycznie szybujące puchate strzępy zamieniły się we wściekle zacinające, lodowate kryształki lodu, tworzące zwartą, białą ścianę, w którą darmenie próbowały się wgryźć reflektory samochodu. Łagodnie wijąca się szosa okazała się kompletnie zakorkowaną "patatajką", a jazda po niej na przemian przypominała rajd po lodzie i ślimacze pełzanie w zadymce. 

Olfaktorycznie Polska przywitała nas jak zwykle, czyli piekielnymi wyziewami z kominów. Tak jakby w pochylonych chatynkach usianych przy drogach w piecach paliły nie zasuszone staruszeczki, a sam diabeł osobiście dokładał do paleniska szufle siarkowego paliwa, chichocząc złośliwie na widok żółtawych i śmierdzących niemożebnie kłębów, ścielącego się po okolicy (i drodze) niczym zasłona dymna podstępnego wroga . 

Za to wizualnie nie ulega najmniejszej wątpliwości: idzie nowe! Z każdego domostwa bije po oczach radosna nowina: nie, to nie Pan się narodził, tylko chińscy producenci jadowitych świecidełek zarobili w tym roku miliony. Na przestrzeni ostatnich lat wyraźnie widać, jakimi modami i gustami kieruje się polska prowincja, i w tym roku trend jednoznacznie zmierza w kierunku upiornych niebieskości. Europa, panie.

Europa wkroczyła też do przydrożnych lasów szyldów, tablic i reklam. Odchodzą rozmaite "Bodzie", "Zdzisiexy" i "Halinki", ustępując miejsca gustownym bilboardom i tablicom świetlnym, a w nazwach królują rdzenie wywodzące się z naszej matki Europy i niejakiego Maksa, z cudzoziemska piszącego się Max, kimkolwiek on jest. A, i jeszcze wyrosły jak grzyby po deszczu najróżniejsze "salony" i "światy". Światowo się porobiło, nie ma co...

Za to kulinarnie polskie drogi cofają się w siermiężne czasy słomianych strzech, złotych młynów i zbożowych łanów, tyle że gabarytowo obiekty te przypominają raczej stadiony niż dawne oberże. Niejeden z tych obiektów, kuszących jadłem brzmiącym po staropolsku i szczodrze nasączonym glutaminianem sodu (niech klient wie, za co płaci), mógłby spokojnie wygrać konkurs na makabryłę roku. 

Odchodzą też do lamusa staroświeckie i zupełnie nie na czasie znaki drogowe ostrzegające przed wałęsającymi się poboczami czworonogami ("uwaga, piesi!" -to było jedno z pierwszych polskich zdań, których nauczył się przed laty mój mąż, święcie przekonany, że "piesi" to liczba mnoga od "pies"), co zresztą zagranicznego oka nie dziwiło, zważywszy znaczną liczbę zmasakrowanych kołami samochodów Burków i Azorów, zalegających polskie drogi. Dziś kierowca raczej straszony jest wyłaniającymi się znienacka z ciemności jaskrawymi neonami "zwolnij", powodującymi palpitację serca, tudzież grożącymi stłuczką, jeśli adresat nagłego rozkazu nie zachowa zimnej krwi i da z całej siły po hamulcach. 

Za to Anin, dostrzegłszy nasze przybycie, wzruszył obojętnie zaśnieżonymi ramionami i przymknął oczy, ponownie zapadając w leniwą. zimową drzemkę...

W garze pyrpoli barszcz, zaś ja, umiejętnie oddelegowawszy ważne wigilijne zadania (dzieci i mąż lepią pierogi), dzielę się z Wami wirtualnym opłatkiem. Wesołych Świąt!

wtorek, 18 grudnia 2012

Hjorth & Rosenfeldt "Uczeń" czyli o wskrzeszeniu Hanibala Lectera


Wydawnictwo: Czarna Owca
Seria: Czarna Seria
Tytuł oryginału: Larjungen
Przekład: Alicja Rosenau
Data wydania: maj 2012
Ilość stron: 580
Cena: 39,90 zł
No spotkaliśmy się znowu, ja i ten rzekomo superinteligentny profiler o poharatanej duszy, który spał chyba z każdą kobietą w Szwecji... Nasze poprzednie zetknięcie pozostawiło po sobie leciuteńkie rozczarowanie, choć sama intryga kryminalna oraz niezwykle sprawna narracja tomu "Ciemne sekrety" sprawiły, że uznałam lekturę za dość satysfakcjonującą. "Uczeń" jest bezpośrednią kontynuacją owego tomu. 

I tym razem nikt nie lubi Sebastiana Bergmana, w tym względzie nic się nie zmieniło. Fachura od seryjnych morderców nadal robi wszystko, by do reszty zniszczyć swoje życie i pozostałości socjalnych więzi, choć i tych jest żałośnie mało. W tej powieści jednak przyjdzie mu się zmierzyć z wzorcowym supermózgiem i arcypsychopatą, skazanym i osadzonym w więzieniu mordercą i gwałcicielem kobiet, który znalazł się za kratkami również dzięki błyskotliwej pracy Bergmana, więc niejako superwrogiem. Edward Hinde pozbawiał swe ofiary życia jednym cięciem przez krtań, a krępowane pończochami ofiary były ubierane w staromodne nocne koszule i gwałcone od tyłu. I dokładnie te morderstwa wstrząsają Sztokholmem - ktoś dokładnie kopiuje modus operandi odsiadującego wyrok psychopaty...

Muszę przyznać, że lekko mnie ta książka irytowała. I nawet nie chodzi mi tutaj o kontrowersyjną z założenia postać Bergmana, która irytować powinna, choć tym razem wysiłki autorów, by postać tę uczynić jak najbardziej niesympatyczną, spełzły na niczym, a może to jednak celowy zabieg, by tą żałosną postacią w końcu wzbudzić w czytelniku współczucie i osobliwe miłosierdzie, z rodzaju tego, jakie odczuwa się na widok bitego szczeniaka?... A irytowały mnie dwie rzeczy: kopiowanie i indolencja. To pierwsze jest oczywiste - Bergman ma tak wiele cech serialowego doktora House'a, że twórcy jadowitego i genialnego diagnosty powinni się zastanowić nad wytoczeniem Szwedom procesu o plagiat. Odnoszę wrażenie, że nawet to współczucie jest jakieś takie skopiowane, zważywszy ostatnie odcinki... stop. Odbiegam od tematu i w dodatku spojleruję... Kalka druga: Hanibal Lecter przebija przez kartki tej powieści dość intensywnym i wyraźnym blaskiem. W sumie, nie widzę nic złego w wykorzystywaniu najlepszych motywów kryminalnego gatunku, ale jeśli wyciąga się jeden z najbardziej rozpoznawalnych wątków wszechczasów i wokół niego osnuwa niemal całą intrygę (słynne quid pro quo), to już zaczyna mnie coś uwierać. Zwłaszcza, że Vanja, niestety, nijak się miała do agentki Clarice Starling. 

A skoro już jesteśmy przy więziennych scenach z psychopatą Hindem, to możemy gładkim suwem przejść do irytującego motywu numer dwa, czyli indolencji. Otóż cała ta zagadka kryminalna, rozpisana na wiele stron, byłaby do rozwiązania w dziesięć minut, gdyby ach ci jakże znakomici policjanci uruchomili swoje mózgownice. Już w pierwszej rozmowie z kierownikiem więzienia (notabene mistrzem indolencji i bezdennej głupoty, przy którym blednie wszystko inne) pada informacja, że Hinde dysponuje w celi laptopem (już sam tej fakt mnie ukłuł, bo realia więzienne, nawet w bardzo liberalnej i przestrzegającej praw człowieka Szwecji chyba są jednak nieco inne, zwłaszcza w przypadku więzienia o zaostrzonym rygorze, w jakim przebywał nasz superinteligentny i do gruntu zły Lecter-bis). I co? I nic. Policjanci jak barany (nie ubliżając sympatycznym zwierzakom) przyjmują to do wiadomości i nikomu nie przyjdzie do głowy, by ten laptop sprawdzić?... No, ale wtedy nie mielibyśmy wspaniałej, trzymającej w napięciu przez kolejne czterysta stron powieści, prawda? 

Pomyślicie teraz, że pewnie zechcę wybić Wam tę książkę z głowy. Otóż nie. Wbrew tym ewidentnym "uwieraczom" książka serwuje spory ładunek napięcia, da się czytać (jeśli gotowi jesteśmy przymknąć oczy na pewne rzeczy) i trzyma za gardło niemal do samego końca, nawet jeśli mniej lub bardziej wiadomo, w jakim kierunku to wszystko zmierza. I nawet ten skopiowany pojedynek supermózgów okaże się wcale nie taki najgorszy. Jeśli w dodatku ktoś lubi powieści kryminalne, w których punkt ciężkości przesuwa się w stronę prywatnych perypetii bohaterów, pewnie i "Ucznia" przeczyta z wypiekami na twarzy. Zwłaszcza, że tu już w drugim tomie działa prawo serii (by nie powiedzieć opery mydlanej) i podświadomie zaczynamy kibicować tej czy innej postaci, zżymając się i obgryzając paznokcie, jeśli nie postępuje zgodnie z naszymi pobożnymi życzeniami.

Fajerwerków wprawdzie nie ma, ale... dobra średnia, a nawet więcej niż średnia. Acha, i podobało mi się tłumaczenie. Oceniam na tróję z plusem i z pewnymi zastrzeżeniami, polecam (3+/5). 


niedziela, 16 grudnia 2012

Andreas Föhr "Schwarze Piste" (Czarny szlak) - dobre, lepsze, Föhr




Wydawnictwo: Knaur
Data premiery: 02.11.2012
Ilość stron: 432
Cena: 14,99 euro
Czasami, zwłaszcza po lekturze kolejnej miałkiej, nieciekawej i mało odkrywczej książki, nachodzi mnie ponure przeświadczenie, że gatunek określany kryminałem umarł. Że wszystko, co było do powiedzenia w tych ramach, zostało przewałkowane na milion sposobów przez mistrzów, rzemieślników i zwykłych partaczy, a każda następna próba to tylko stąpanie po śladach tych, którzy przetarli szlaki. A im więcej czytam, tym rzadziej pojawia się przyjemny dreszczyk emocji, efekt "ach!" każe długo na siebie czekać, a już prawdziwe zachłyśnięcie przeżyłam... nie wiem kiedy. A jednak niekiedy, z najmniej oczekiwanego kierunku, wieje świeża bryza i przegania zatęchły fetorek skostniałych kryminalnych schematów. Wystawiam wtedy twarz do ożywczego powiewu i zaczynam wierzyć, że w owym truchle, zwanym kryminałem, tli się jeszcze życie. 

I w "Czarnym szlaku" Andreasa Föhra to życie pełga sobie całkiem żwawym płomykiem. Föhr nie jest debiutantem - omawiana powieść stanowi czwartą część cyklu z komisarzem Wallnerem i drugą przeczytaną przeze mnie ("Wielki tydzień" wzięłam na tapetę tutaj). Ożywczość tej lektury nie polega na tym, że mamy tu do czynienia ze szczególnym rodzajem zbrodni, z jej wyjątkowym okrucieństwem, nie chodzi o innowacyjność koncepcji, ekstremalne charaktery (no... tu możnaby ewentualnie podyskutować) czy nadwyczajność intrygi. Walory tej powieści leżą raczej w umiarkowanym i harmonijnym zgraniu zagadki osnutej wokół frapującej, ale nie sprawiającej wrażenia wyssanej z palca zbrodni, ciekawego settingu, znakomitych postaci (tu można już mówić o wysokokaratowym formacie kreacji), dobrym wybalansowaniu wątku kryminalnego i prywatnego życia śledczych i perfekcyjnie poprowadzonej linii narracyjnej. 

Niewątpliwie solą tego cyklu jest sierżant Kreuthner, będący kimś w rodzaju antypolicjanta, facet o wyjątkowym talencie do pakowania się w kłopoty i osobliwym stosunku do zawodowego etosu. I tę swoją wyjątkowość potwierdza już w pierwszej scenie. Mianowicie Kreuthner wypełnia ostatnią wolę swego zmarłego niedawno wuja, który przed śmiercią zażyczył sobie, by prochy jego rozsypano na górze Wallberg, królującej nad urokliwym bawarskim jeziorem Tegernsee - rzecz w Bundesrepublice dość nielegalna. Plan jest prosty: pojeździć na nartach, o zmierzchu, gdy opustoszeją szlaki, wjechać ostatni raz na szczyt, wykonać misję "wujek Simon", zjechać w dolinę - załatwione. Niestety, nie wszystko idzie po myśli niekonwencjonalnego policjanta. W chwili, gdy otwiera urnę z prochami, które wielką chmurą pyłu zostają porwane przez wiatr, na stoku pojawia się narciarka, biorąc większość wujka Simona na siebie i swój narciarski kombinezon. W ramach rekompensaty za nieoczekiwaną kąpiel w pyle (którego pochodzenia policjant przezornie nie zdradza) Kreuthner zabiera narciarkę na zjazd czarnym szlakiem, który rzekomo zna jak własną kieszeń. Przedsięwzięcie kończy się katastrofą: dziewczyna gubi w śniegu szkła kontaktowe, szlak jest nieoświetlony, a w dodatku na polance, na której para pechowców zatrzymuje się dla wytchnienia, na ławce siedzi bałwan... a właściwie zamarznięty trup kobiety z podciętymi żyłami. Samobójstwo? Czy jednak morderstwo? 

Kreuthner nie byłby sobą, gdyby nie próbował wyciągnąć korzyści materialnych ze swego osobliwego czuja do zwłok. Po kilku dniach organizuje wycieczkę narciarską gospodyń domowych z miejscowego Koła Strzeleckiego na miejsce zbrodni, pobierając oczywiście od każdej z uczestniczek stosowną opłatę. Przedsięwzięcie kończy się katastrofą: na polance znowu siedzi bałwan... 

To tylko maleńki przedsmak tego, co czeka czytelnika w tej powieści. I bez obaw: slapsticków nie ma tu wiele, a śledztwo ma charakter poważny i profesjonalny. Okazuje się, że zbrodnia ma pewien związek ze niechlubnym epizodem z życia Kreuthnera (a jakże) sprzed paru lat. Trzeba przyznać, że sposób, w jaki autor zapętlił to wszystko, budzi podziw finezją i wyczuciem autentyczności. Dawno już maszerowanie tropem wytyczonym przez pisarza nie sprawiało mi takiej satysfakcji, i choć nie każdy z kryminalnych motywów jest nie do odgadnięcia, to w ogólnym zarysie mamy tu do czynienia z mistrzowsko poprowadzoną narracją. 

Cyklowi chyba krzywdząco przylepiono etykietkę "kryminał regionalny", spychającą niemieckie powieści do getta, z którego rzadko są wydobywane na międzynarodowe rynki. Tymczasem akurat ta seria jest tak udana, że z powodzeniem mogłaby poszukać drogi pod obce strzechy, a nawet jeśli Kreuthner zasuwa bawarskim dialektem, to mocny koloryt lokalny nie stanowi tu przeszkody nie do przebycia, a jest raczej cudownym smaczkiem, jakiego szukają w kryminałach koneserzy. Zresztą całość nie dzieje się wyłącznie w okolicach Tegernsee (skądinąd uwielbiam jeździć tam na dzienne wypady), ale i w pobliskim Monachium, co powinno skutecznie zachęcić do lektury tych, którzy czują się znudzeni prowincją. 

Nieoczekiwanie Föhr wkradł się tylnymi drzwiami do pierwszej ligi niemieckiego kryminału, co widać również na listach bestsellerów - to się czyta! Moja ocena: znowu piątka (5/5). 


Tu popełniono zbrodnię: Wallberg nad Tegernsee (zdj. prywatne)
 Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Booktrotter Kasi z Kącika z Książką. 

czwartek, 13 grudnia 2012

Co czytają Niemcy cz. 8 - listy bestsellerów


Zaniedbałam ostatnio hity książkowe księgarni Amazon - wyobraźcie sobie, że ostatnim razem podałam zestawienie najpoczytniejszych kryminałów i fantastyki w sierpniu! Bijąc się w piersi, sypiąc łeb popiołem i w  ogóle kajając się nadrabiam zaległości.

10 najlepiej sprzedających się kryminałów wg księgarni internetowej Amazon z 13.12.2012:

1. Nele Neuhaus Böser Wolf (pol. -)
Bezapelacyjnie największy kryminalny przebój ostatnich tygodni, jeśli nie miesięcy. Tytułowego "Złego wilka" zamierzam oswoić po świętach, jak już będę dysponować własnym Kindlem. A tymczasem jak zepsuta płyta (czy ktoś wie jeszcze, co to takiego?...) powtórzę: który wydawca się skusi? Kura znosząca złote jaja czeka...





2. Jussi Adler-Olsen Verachtung (oryg. Journal 64, pol.-)
W sumie, też mogłabym tak do znudzenia: że kiedy wreszcie, i że w zapowiedziach, i tak dalej... Nic się chyba w kwestii wydania kolejnych rewelacyjnych odcinków z Carlem Moerckiem i Assadem nie zmieniło, pozostaje mi tylko trzymać kciuki, by cykl ten był w Polsce kontynuowany. Recenzja tej książki tutaj.




3. Andreas Föhr Schwarze Piste (pol. -)
Jutro wrzucę recenzję tej książki - właśnie skończyłam i jestem coraz bardziej przekonana, że to jedna z najjaśniej świecących w tej chwili gwiazdek na niemieckim kryminalnym nieboskłonie.





4. Charlotte Link Tal des Fuchses (pol. -)
Najnowsza Link ma się nieźle, ale wyraźnie gorzej od dyżurnej konkurentki Neuhaus, nie mówiąc o niespodziewanym ataku ze strony Andreasa Föhra. Książkę mam, przeczytam. Moja ulubiona autorka pani Löhnig bardzo ją chwaliła, więc może tym razem nie będzie rozczarowania?...





5. Sebastian Fitzek & Michael Tsokos Abgeschnitten (pol. -)
Niby stereotypowy, niby sztampowy i płytki, ale czyta się jak milion dolarów! Moja rezenzja tutaj.

Eifel-Bullen Cover 300




6. Jacques Berndorf Eifelbullen (pol. -)
Jeden z licznych autorów produkujących tzw. kryminały regionalne, bardzo mocno osadzone w lokalnym kolorycie. Nie znam żadnego z nich, więc trudno mi je oceniać, ale mają szeroką rzeszę gorących zwolenników.




Grießnockerlaffäre von Rita Falk

7. Rita Falk Grießnockerlaffäre (pol. -)
Rita Falk podbiła serca Niemców kryminałami śmiesznymi, w stylu naszej dawnej dobrej Chmielewskiej. Wszystkie dzieją się na głębokiej prowincji i mają osobliwe ni to kulinarne, ni to spożywcze tytuły. Ten tutaj to "Afera kluseczkowa", bywał już "Salceson al dente" i podobne rarytasy. Jakoś mnie nie ciągnie, ale kto wie, może kiedyś dla Was przetestuję.



Der Augenjäger8. Sebastian Fitzek Der Augenjäger (pol. -)
Niewydana w Polsce książka "Kolekcjoner oczu". Nie czytałam, ale patrzcie, jak świetnie sprzedaje się ten autor!





Jussi Adler-Olsen: Erbarmen

9. Jussi Adler-Olsen Erbarmen (oryg. Kvinden i buret pol. Kobieta w klatce)

Pojawia się i znika... nieśmiertelny jest, ten Adler Olsen. Jego książki co jakiś czas przeżywają swoisty renesans i Święta Bożego Narodzenia najwyraźniej stymulują sprzedaż starszych tomów. To pierwszy tom serii z Carlem Moerckiem, chyba wyląduje pod niejedną choinką w tym roku.




10. Jo Nesbø Die Larve (oryg. Gjenferd, pol. Upiory)
Właśnie wyszło kieszonkowe wydanie dziewiątego tomu cyklu z Harry Holem, wydanie w twardej oprawie ukazało się już dobry rok temu, pora więc zebrać drugie żniwo. W sumie, spodziewałabym się pierwszej pozycji, ale widać wiele osób kupiło droższe wydanie rok temu. Reklamować nie trzeba, recenzja tutaj.




A tutaj 10 najlepiej sprzedających się książek fantasy i science fiction na Amazonie, w dniu 13.12.12:

Die Herren von Winterfell / Das Lied von Eis und Feuer Bd.1 - Martin, George R. R.1. Georg R. R. Martin Das Lied von Eis und Feuer 01: Die Herren von Winterfell (oryg. A Game of Thrones (Pages 1-359), pol. Gra o tron)
To chyba też będzie prezent pod choinkę dla tych nielicznych, którzy jeszcze nie przeczytali gigacyklu Martina (czyli w sumie dla mnie, ale ja mam tę książkę w zapasach, tylko się jeszcze nie zabrałam).

House of Night - Verloren, P. C. Cast, Kristin Cast, Fantasy & Science Fiction


2. P. C. Cast, Kristin Cast Verloren. House of Night 10 (oryg. Hidden, House of Night, pol. cykl Dom nocy, Ukryta)
Cykl jest i w Polsce, więc pewnie niektórzy z Was go znają, mnie kompletnie to ominęło.



Der Hobbit - oder Hin und zurück. Das Original zum Film3. John R. Tolkien Der Hobbit oder Hin und Zurück
Wiadomo, dlaczego. Cieszy reanimacja tej klasycznej pozycji, choć czytelnik musi się czuć jak przysłowiowy osioł: które wydanie chapnąć z żłóbka?






Der Hobbit4. John R. Tolkien Der Hobbit oder Hin und Zurück
I jeszcze raz...







5. Suzanne Collins Die Tribute von Panem 3 (oryg. The Hunger Games Mockingjay, pol. Igrzyska śmierci 3, Kosogłos)

I do znudzenia...

6. Suzanne Collins Die Tribute von Panem 2. Gefährliche Liebe (oryg. The Hunger Games 2 Catching Fire, pol. W pierścieniu ognia)
Podobnie...

Der kleine Hobbit Normalformat7. J. R. R. Tolkien Der kleine Hobbit 
I znowu...







8. George R. R. Martin Das Lied von Eis und Feuer 02: Das Erbe von Winterfell (oryg. A Game of Thrones (Pages 360-674), pol. Gra o tron)
Nic nowego...

Sergej  Lukianenko - Wächter des Morgen9. Sergiej Lukianenko Wächter des Morgen (pol. -)
Wreszcie jest! Czwarta, wyczekiwana część "Nocnego patrolu". Przyszła w dniu premiery, ale została z miejsca zarekwirowana przez miaużona. A niech ma...





Trudi  Canavan - Sonea 3

10. Trudi Canavan Sonea 3 Die Königin (oryg. The Traitor Spy 3, The Traitor Queen, pol. Królowa zdrajców)
Chyba jesteśmy na bieżąco w Polsce z tym cyklem, ja go nie śledzę, ale wiem, że są wśród Was zwolennicy. 





I jak podobają się Wam niemieckie czytelnicze gusta?