Ads 468x60px

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nagrodzone. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nagrodzone. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 sierpnia 2012

Lauren Beukes "Zoo City" - turpizm w metropolii zła

Wydawnictwo: Rebis
Tytuł oryginału: Zoo City
Przekład: Katarzyna Karłowska
Data wydania: 07.08.2012
Cena: 35,90 zł

No i po co się było cieszyć?... Na książkę "Zoo City" czekałam z utęsknieniem, nawet nie tyle ze względu na  nagrodę Arthura A. Clarke'a, którą zgarnęła z poprzedni rok, co za niesamowite zajawki, pojawiające się na literackich portalach: mroczny i zły Johannesburg,  afrykańska magia zmieszana z blichtrem nowoczesnej metropolii, nigeryjskie przekręty i klimaty chandlerowskie klimaty noir... Trzeba więcej? Sądziłam, że nic nie będzie w stanie zepsuć mi radości z takiej lektury.

I jeśli ktoś mnie zapyta teraz, po jej ukończeniu, co mi się w niej nie podobało, to po namyśle stwierdzam: wykonanie. Autorka miała świetny pomysł: osadziła akcję swej powieści w miejscu-tyglu, w którym ścierają się ze sobą różne światy: magiczny, tradycyjny, mroczny, z wiarą w muti i niepisaną potęgą sangomów, i nowoczesny, współczesny, z wielkomiejskim zachłyśnięciem się narkotykami, pieniędzmi, sławą. A pośrodku tego wszystkiego dziewczyna, była ćpunka o nieciekawej przeszłości i obarczona osobliwym stygmatem: jako zooluska, zanimalizowana, drepcze przez życie dźwigając zwierzę, leniwca. Łączy ją z nim tajemnicza (magiczna?) więź, której charakteru można się tylko domyślać, tym bardziej, że autorka sugeruje wprawdzie parę możliwych rozwiązań (kara za dokonane przestępstwa? efekt eksperymentowania z matką naturą? genetyczna anomalia?) ale nie wyjaśnia niczego. Ze stygmatem tym, którego konsekwencją jest zepchnięcie na margines społeczeństwa, na podobieństwo pariasa w społeczeństwie kastowym lub czarnoskórego w apartheidowych gettach, wiąże się pewna przydatna umiejętność, nazywana shavi: zdolność do odnajdywania przedmiotów. 

Zadzierzgnięcie tej historii jest niesamowite, obiecujące coś wielkiego. Dziewczyna o wdzięcznym mianie Zizi December trudni się internetowymi przekrętami na wielką skalę, od czasu do czasu dorabiając odnajdywaniem zaginionych przedmiotów. Pewnego dnia jedna z jej klientek zostaje zamordowana, a jej życie, i tak już żałosne, zaczyna nabierać rozpędu, tocząc się w jednym kierunku: w dół. Tu w zamyśle miała powstać ta chandlerowska mroczna kryminalna intryga, która jakoś nie potrafiła mnie wciągnąć w wir suspensu. Dziewczę przedziera się przez gąszcz wielkomiejskiej dżungli, próbując na własną rękę szukać, wyjaśniać, indagować i kombinować, zadzierając przy tym z mniejszymi lub większymi tsotsi. 

I tak naprawdę nie wiem, czy to miał być kryminał, czy fantastyka. Obiecywane złamanie gatunków okazało się słabym dekoktem jednego i drugiego. Pierwiastka fantastycznego w tej powieści jak na lekarstwo: poza ideą istnienia zanimalizowanych, z której w dodatku niewiele dla fabuły wynika, po prostu go tu nie ma. Chyba że zaliczyć do niego afrykańską magię, ale w tym celu nie trzeba się stroić w fantastyczne piórka. Kryminalny wątek jest nieciekawy, a jego kulminacja zdegustowała mnie i zniesmaczyła, nie zaspokoiwszy ani trochę zbrodniolubnego zwierza we mnie. Potencjał magicznej więzi łączącej pariasów południowoafrykańskiej metropolii z egzotycznymi zwierzętami pozostał niewykorzystany: leniwiec jest tylko noszony przez kolejne sceny powieści, i już. 

Jest w tej książce coś, co mnie urzekło: sposób, w jaki autorka pokazuje sprawy i wątki ważne i trudne. Robi to w sposób autentyczny, bezkompromisowy i bezpośredni, waląc językowym i wizjonerskim obuchem w łeb. Obrazy, serwowane tu czytelnikowi, do przyjemnych czy krotochwilnych nie należą, a rozciągnięta przed nim wizja Afryki zawiera bolesną prawdę o niej; o warlordach, pociągających za sznurki władzy, o wszechobecnej nędzy i znikomej wartości życia, o narkotykach, przemyśle muzycznym i dzieciach, wiodących przerażającą egzystecję w szambie wielkomiejskiego świata, o napiętnowaniu innością i wyseparowaniu poza nawias społeczeństwa, wreszcie o wszechobecnej i głęboko zakorzenionej separacji rasowej. 

Z drugiej strony, ten rozmach nie przekłada się na walory narratorskie. Akcja toczy się niemrawo, fabuła jest poszatkowana, chaotyczna, poszczególne sceny na siłę ucudacznione i zaprawione pseudoczaderską manierą. Momentami miałam dosyć tych silących się na "cool" dialogów i okropnego slangu, który sprawiał wrażenie, jakby poszczególne świetne słówka zostały w nim poutykane na siłę. Drażni epizodyczność linii narracyjnej; autorka wyławia spotem z ciemności parę postaci, każe im wygłosić parę kwestii (we wspomnianej już bełkotliwej i pseudonowoczesnej manierze), po czym światło gaśnie i przechodzimy do kolejnego epizodu. Podkreślają to jeszcze wsadzone tu i ówdzie wyimki z prasy, fragmenty maili i internetowych komentarzy, które, choć starają się naświetlić korzenie, kulisy i otoczkę zjawiska aposymbiozy, to nie dają odpowiedzi na szerzące się pytania. 

Wszystko to zaowocowało moim wewnętrznym rozszczepieniem i już sama nie wiem, zachwycić się, czy nie? Ostatecznie dochodzę do wniosku, że nie podzielam opinii jurorów, a szukając mocnego kryminału południowoafrykańskiego wolę poczytać Deona Meyera, zaś dla satysfakcjonujących klimatów urban fantasy przypomnieć sobie choćby "Dworzec Perdido".

I daję tróję, ale taką naciąganą (3-/5).



poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Catherynne M. Valente "Nieśmiertelny" - magiczne serce Rosji

Wydawca: Mag
Data premiery: 2012.03.02
Język wydania: polski
Język oryginału: angielski
Tłumaczenie: Waliś Robert
Tytuł oryginału: Deathless
Ilość stron: 287
Cena: 37 zł

Pierwsze zdanie: " Złoty dym z palonego drewna ciężko wisiał nad zżętą pszenicą, a ziemia jeżyła się rżyskiem niczym łysiejąca staruszka".

Podoba Wam się to pierwsze zdanie? To nie jedyne w tej książce, które jak pędzlem maluje obrazy w wyobraźni czytelnika. Stwierdzenie, że Valente bardziej używa do tworzenia swych powieści pędzla i farb, niż atramentu, lub - nie daj Boże - komputera, nie jest przesadzone.

Dotychczas, śledząc entuzjastyczne recenzje, prześlizgiwałam się wokół książek tej amerykańskiej pisarki z dość dużą podejrzliwością. Jeśli coś jest chwalone w nadmiarze, to jest to dziwne, nietypowe i należy to zbadać. Mój wybór padł na wydaną w tym roku powieść "Nieśmiertelny" bowiem opis z okładki obiecywał niesamowitą mieszkankę rosyjskich mitów i słowiańskiej magii z historią około- i powojenną Związku Radzieckiego. Alternatywną historią. Wybuchowe połączenie, pomyślałam.

Powieść zaczyna się jak rosyjska baśń. Nie będę opowiadać w tym miejscu fabuły, bo autorka robi to po tysiąckroć lepiej, dość rzec, że bohaterką jest młoda dziewczyna Maria Moriewna, czwarta córka pod względem wieku i urody, która czeka na męża. I znajduje go. Kościej Bezsmiertnyj. "Miał długie, przydymione rzęsy jak dziewczyna, a jego włosy powiewały na wietrze niczym futro dzikiego psa. (...) Gdyby w wolnym czasie robiła sobie na drutach kochanka zamiast ubranek dla synka Anny, powstałby właśnie mężczyzna, który przed nią klęczał, wliczając nawet widmowe plamki srebra we włosach". Każdy, kto kiedykolwiek zetknął się z rosyjskimi baśniami, wie jednak, kim, lub czym jest Kościej, a Maria, biorąc go za męża, przypieczętuje swój los. Czytelnik towarzyszy jej w jej karkołomnych dziejach niemal do starości.

Okładka oryginału

Szalona to historia, wariacka, fantastyczna. Wątki mityczne splatają się z historycznymi, a całość opowiedziana jest monotonną, rytmiczną manierą opowiadacza bajek. I jaka galeria postaci! Oprócz Kościeja autorka przyzywa na karty powieści Babę Jagę (która każe mówić do siebie przewodnicząca Jaga - wszak to czasy porewolucyjne, a towarzyszką to ona dla zwykłych śmiertelników nie jest...), domowiki i domowichy, lesze, wiły - cały kalejdoskop figur z nostalgicznych rosyjskich opowiadań. Można się zakochać w tej kolorowej zbieraninie, dać się zaczarować poezji, którą nasiąknięte są kreowane przez Valente obrazy. Są to wizje poplątane, psychodeliczne, rozbuchane, a jednak wszystkie zakorzenione w słowiańskiej mitologii. Autorka przyznaje w posłowiu, że historie te zawdzięcza rodzinie swego rosyjskiego męża i to cementuje tylko ich potęgę, impet, autentyczność.

Tyle, że nie jest to bajka dla grzecznych dzieci, a autorka nie stroni od scen pełnych okrucieństwa, wyuzdanego dziwacznego seksu, brutalnych opisów głodującego Leningradu (te są jednymi z najbardziej przejmujących w tej powieści). Ale i osobliwy związek Marii i Kościeja daleki jest od folderowego, słodkiego opisu małżeńskiego pożycia. Mimo że opowiedziany w bajkowej konwencji, związek ten to relacja na trzeźwo z psychologicznych zmagań dwóch silnych osobowości, walki uczuć i namiętności, a są nimi nie tylko miłość, lecz nienawiść, zemsta, pogarda. Uszpikowane jest to wszystko pełnymi goryczy sentencjami (w ogóle z powieści tej można sypać bez końca cytatami...). Czyż nie są prawdziwe słowa Baby Jagi skierowane do Marii: "Nie rób takiej zaskoczonej miny; po kilku eonach spędzonych z mężczyznami ty też poszukasz sobie żony. To diabelnie przydatne istoty. Lepsze niż krowy. Kochają cię za to, że je bijesz, i harują aż do śmierci"?

Ogromnym plusem tej powieści jest jej plastyczność. Czytelnik nieustannie bombardowany jest obrazami, które materializują się, epatując kolorem, zapachem, smakiem. Właśnie, smakiem. Sam opis potraw, pojawiających się na wszystkich stronicach, jest bombastyczny (nie daj Boże czytać to na głodniaka). Ile zmysłowości w takich oto słowach: "Kościej ukroił grubą kromkę chleba. Skórka chrupnęła pod nożem i kromka upadła, wilgotna i ciężka, czarna jak ziemia. Jednym pociągnięciem ostrza posmarował ją zimnym solonym masłem, po czym nałożył trochę kawioru, tworząc smugę ciemnych jajeczek na bladozłotym tłuszczu." Mniam. Na antypodach stoi oczywiście opis potraw, przyrządzanych w głodującym Leningradzi - ale tego Wam oszczędzę. Przyznam, że ten nieustanny atak żywych, plastycznych elementów momentami mnie przytłaczał i nużył, przywodząc na myśl umysł zmęczony nieustannym bombardowaniem bodźcami.

I podejrzewam w zwiazku z tym, że nie jest to lektura dla każdego. Pewna wytrwałość, otwartość na inność, zaprawienie w boju z podobnym bogactwiem i rozbuchaniem na pewno pomoże tę książkę strawić. Osoby szukające łatwej rozrywki polegną zniechęcone po kilu stronach, ale ci, dla których książka to coś więcej  niż zabicie kilku godzin, zostaną nagrodzeni prawdziwą lukulliczną ucztą. Ucztą wyobraźni.

Wielkie brawa na zakończenie dla tłumacza. Musi mieć duszę poety i warsztat solidnego rzemieślnika. Bez niego ta książka nie byłaby tym, czym jest.

Daję maksymalną ocenę: 5/5.


niedziela, 11 marca 2012

Kate Atkinson "Das vergessene Kind" (O świcie wzięłam psa i poszłam...) czyli jak wgryźć się w górę lodową

Wydawnictwo: Droemer
Tytuł oryginału: Started Early, Took My Dog
Ilość stron 464
Cena 19,99 euro
Data premiery 12.09.2011

"Zapomniane dziecko" jak innowacyjnie zniemczyli tytuł "Startet Early, Took My Dog" wydawcy, zwróciło moją uwagę, ponieważ powieść wyróżniono nagrodą Deutscher Krimipreis 2012 (trzecie miejsce w kategorii najlepsza zagraniczna powieść kryminalna roku). Pisałam o przyznaniu tych nagród tutaj. Kate Atkinson umknęła do tej pory mojej uwadze, mimo licznych wydanych już w Niemczech powieści, niekoniecznie kryminalnych. Nagrodzona powieść jest czwartą z cyklu Jackson Brodie (pierwsza ukazała się w 2006 także i w Polsce), ale nie jest to seria, których poszczególnych części nie da się czytać osobno.

Co takiego ma w sobie ta powieść, że gremium wybitnych literatów, księgarzy i krytyków postanowiło ją wyróżnić? Czyżby trup ściele się tu szczególnie gęsto, a może akcja toczy tak szybko, że niemal zlewa się w jedną barwną plamę? Nie. To książka powolna, niepozorna, taka, że można ją niemal zaliczyć do literackiego slow foodu (wybaczcie określenie). Choć jeśli miałabym kierować się opisem z okładki, to akcja powinna eksplodować tuż po starcie.

Kate Atkinson
Fabuła zapowiedziana zostaje w sposób wielce obiecujący: oto emerytowana policjantka, pięćdzisięcioletna Tracy Waterhouse, osoba nieciekawa, zlewajaca się z tłem, żyjąca samotnie, dorabiająca jako ochrona w sklepie, kupuje sobie dziecko. Pod centrum handlowym w Leeds, w gwarne popołudnie wręcza trzy tysiące funtów, przeznaczone na gażę dla Janka, polskiego robotnika o smutnych oczach, który remontuje jej dom, jakieś przypadkowej, uzależnionej od narkotyków prostytutce, i staje się właścicielką czteroletniej Courtney. Impuls. Trach. I świat przestaje być takim, jaki był do tej pory.

Cięcie. Inny protagonista. Starzejący się prywatny detektyw podróżujący po Anglii z misją odnalezienia biologicznych rodziców pewnej Nowozelandki, z minuty na minutę staje się właścicielem psa. Odbiera go w parku jakiemuś znęcającemu się nad nim mięśniakowi. Impuls. Trach. I życie przestaje być takim, jakie było dotychczas.

Losy tych dwojga splatają się od tej pory w intrygujący sposób, kończąc... ale nie o końcu chciałam. Zabawne są te paralele między tą dwójką. Tracy, świeżo upieczona mamusia, wydaje majątek na postawowe wyposażenie dziecka, a Jackson, świeżo upieczony pan border teriera, nabywa przedmioty, bez których nie może obejść się żaden porządny pies. Tracy uczy się nowego życia z dzieckiem, istotą obcą i tajemniczą, starając się robić rzeczy, które robią matki. Zapomina o chusteczkach, wskutek czego nos Courtney zdobi przez dłuższy czas gruby, zielony glut. Na listę następnych zakupów trafiają chusteczki, a po nieskutecznej próbie wytarcia archeologicznych pokładów brudu z buzi czterolatki, Tracy wskakuje na kolejny level macierzyństwa i notuje sobie, by następnym razem kupić mokre chusteczki... Jackson notuje, by kupić papierowe worki na kupę...

1 część cyklu Jackson  Brodie po polsku
Śmieszne? Nie bardzo. Owszem, powieść skrzy się od migawkowych, precyzyjnych, jakże brytyjskich obrazów, pełnych ironii dygresji, trafnych obserwacji, a nawet brytyjskiego czarnego humoru (Tracy zauważa przykładowo, by następnym razem, kupując sobie dziecko, nie zapomnieć o gwarancji od wyrzutów sumienia). Ale to nie wszystko. Jedna z postaci mówi o sobie, że jest jak góra lodowa - sięga głęboko. Otóż ja, czytając tę książkę, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że cała ta historia jest jak góra lodowa. Pod powierzchowną warstwą rozciąga się dużo więcej - obyczajowy rys brytyjskiego społeczeństwa, brudna, brutalna prawda o ludziach, nieupiększone odbicie codzienności i ludzkich losów. Weźmy choćby starzejącą się aktorkę, której demencja pogłębia się z każdą jej myślą - Kate Atkinson każe nam wejść w jej głowę i poddać się szaleństwu, zapomnieniu, destrukcji. Ale to także góra lodowa, która wymyka się z rąk, nie da się uchwycić, ogarnąć, pojmać, śliska, zimna, nieprzystępna. Nie da się jej zaszufladkować - jest to w ogóle kryminał, czy też nie? Owszem, jest trup, jest śledztwo, jest tajemnica, ale też powrót do lat siedemdziesiątych, jest nużące zwiedzanie angielskich opactw przez Jacksona i jego nieustanne, irytujące fikcyjne rozmowy z Julią...

Przyznam się Wam do czegoś. Po około jednej trzeciej książki miałam ochotę pyrgnąć ją w diabły i więcej do niej nie wracać. Nie mogłam uwierzyć, że to ma być oceniona jako dobra, ba, nagrodzona powieść, zwątpiłam w zdolność oceny jurorów. Ale zacisnęłam zęby i przebrnęłam przez nią, by po dwóch trzecich nie móc otrząsnąć się ze zdumienia - akcja przyspieszyła szaleńczo, a losy bohaterów, odległe na pozór, zbiegły się w zaskakujący sposób, tworząc jednak pasjonującą mieszankę.

To nie jest książka dla osób szukających łatwej rozrywki. Ale jeśli ktoś szuka w kryminale czegoś więcej, pokładu refleksji i zadumy nad życiem, ten odnajdzie tu prawdziwym skarb. Trzeba jednak przygotować się na lekturę, która może miejscami nużyć, która może dezorientować zalewem niepotrzebnych detali i zbędnych informacji, wreszcie na lekturę, wymagającą od czytelnika pewnego przygotowania względem wiedzy o Wielkiej Brytanii i jej osobliwościach, by nie stać zupełnie bezradnie wobec natłoku kulturoznawczych niuansów, z którymi niemiecki tłumacz nie do końca sobie poradził.

Po namyśle daję tej książce 4-/5.

Baza recenzji syndykatu Zbrodni w Bibliotece.

niedziela, 5 lutego 2012

Mira Grant "Feed. Viruszone" - nominacja do Hugo Award




Tytuł: Feed. Viruszone (tom 1 trylogii Newsflesh)
Wydawca: Lyx Egmont
Ilość stron: 512
Tytuł oryginału: Feed

Dziś wyjątkowy kąsek dla wszystkich fanów fantastyki - nominowana do Nagrody Hugo Award książka amerykańskiej pisarki Miry Grant (to pseudonim, pod którym ukrywa się Seanan McGuire), będąca pierwszym tomem trylogi Newsflesh. Już sam fakt nominacji, w połączeniu z zachęcającą okładką wystarczył, bym zamówiła książkę w amazonie na długo przed ukazaniem się. Nadeszła sporawa cegła, na którą rzuciłam się z godną bohaterów książki pożądliwością. 

Ktoś, kto zawiesi oko tylko na tekście z okładki, może się zrazić. No bo ile można wałkować wciąż ten sam temat, odgrzewany na tysiąc sposobów kotlet z paranormali? Wampiry, wilkołaki, cuda wianki, a teraz nawet... zombie?... Bez obaw, autorka nie uraczy nas kolejną romantyczną opowieścią o dozgonnej (ha, ha) miłości nieśmiałej nastolatki i przystojnego trupojada o niezwykłych zdolnościach. W książce nie znajdziemy miłości. Nie znajdziemy też wywołujących odruch wymiotny obrzydliwych scen rodem z serialu The Walking Dead (choć pisarka niewątpliwie inspirowała się tą historią).

W ogóle wizja, którą roztacza Mira Grant, jest odmienna od tego, czego można się było spodziewać - jest to wizja świata w niedalekiej przyszłości (lata czterdzieste naszego wieku), w którym ludzkość przestała chorować na katar i na raka, w związku z czym palenie papierosów znowu weszło na salony, w którym przytłaczająca większość przeszła, bo musiała, na wegetarianizm, w którym jednym z najistotniejszych utensyliów codzienności stał się podręczny aparat do analizy krwi, blogerzy (sic!) najważniejszą grupą w medialnym cyrku, a internet oknem na świat dla większości mieszkańców Ziemi. Dopracowana to wizja, wiarygodna, nie skąpiąca technicznych detali i naukowych uzasadnień. No a zombie? Są. Są śmiertelnie niebezpieczni, powstają z martwych, atakują, zarażają. Ale w tej powieści należą do marginaliów. Bo nie o makabryczne obrazki rodem z trzeciorzędnych horrorów tutaj chodzi.

Rok 2014 okazuje się przełomowy w dziejach ludzkości. Początkowo cały świat cieszy się z rewolucyjnych odkryć w dziedzinie wirologii, dzięki której udaje się całkowicie wyeliminować katar. Naukowcy nie wiedzą jednak, że wypuszczony wirus nie będzie błogosławieństwem dla świata, ale jego przekleństwem i zagładą. Zmutowany wirus Kellis-Amberlee już wkrótce noszą w sobie wszystkie żywe istoty, a aktywowany przez ponowny kontakt, powoduje, że człowiek i każdy ssak powyżej 25 kilogramów wagi ciała powstaje z martwych i zaczyna pożądać źródła białka, czyli żywego... mięsa. Trzydzieści lat później ludzkość nauczyła się z tym żyć. Ale inne jest to życie, niż znamy dziś.

Bohaterami powieści jest grupa blogerów, którzy mają towarzyszyć w kampanii wyborczej kandydującemu na prezydenta Stanów Zjednoczonych senatorowi Rymanowi (oczywiście z ramienia republikanów - i czy to przypadkowa zbieżność nazwisk?...). Autorka nie skąpi nam szczegółowych opisów ich blogerskiej egzystencji, nie szczędzi też osobliwego amerykańskiego patriotyzmu i wglądu w prawa, jaki rządzą się mechanizmy wielkiej polityki. Może to nasze europejskie oko nieco razić. Na szczęście nie brakuje też sensacyjnych plotów, kiedy okazuje się, że ktoś dybie na życie bezkompromisowych i kochających prawdę blogerów. Akcja znacznie przyspiesza w ostatniej tercji powieści, i to dobrze, bowiem jedną z największych słabości tej książki jest jej rozwlekłość i chorobliwa wręcz dbałość o szczegóły (nie liczyłam, ile razy główna blogerka Georgia Mason poddaje się drobiazbgowej kontroli antywirusowej, ale będzie tego trochę). W ogóle nad płynnością pisarka powinna trochę popracować, bo akcja toczy się bardzo nierówno, a czytelnik na zmianę przysypia i podryguje wstrząsany nagłymi zwrotami fabuły.

Nasuwają się dwa pytania - czy ta książka powinna była dostać nagrodę Hugo? I czy warto ją przeczytać? Nie i tak. Nie, bo mimo całej kompleksowości ciekawego świata Georgii Mason jest niedopracowana i przegadana (odchudzić ją, odchudzić!). Tak, bo stanowi oryginalną fuzję horroru i dobrze pomyślanej dystopii. Jeśli autorce uda się wyeliminować słabości pierwszego tomu, to czeka nas drugi smaczny kąsek w postaci kontynuacji "Deadline", która już jest w zapowiedziach w Niemczech. Pozostaje mieć nadzieję, że i polscy wydawcy sięgną po "Feed".


Moja ocena: 4/5.


PS. Okazuje się, że życzenia się czasem spełniają. Właśnie otrzymałam wiadomość, że powieść zostanie wydania w październiku przez wydawnictwo Sine Qua Non. I jak tu się nie cieszyć!

niedziela, 29 stycznia 2012

Niemcy nagradzają - Deutscher Krimi-Preis 2012


W styczniu tego roku przyznano doroczne nagrody Deutsche Krimi-Preis dla najlepszych powieści kryminalnych w dwóch kategoriach: niemieckiej i międzynarodowej. Nagrody Deutsche Krimi-Preis nie są dotowane i przyznawane są od 1985 roku. Jury, złożone z krytyków oraz księgarzy wyróżnia autorów, którzy "dają gatunkowi nowe impulsy, łącząc w swych dziełach mistrzostwo literackie z oryginalnością treści". 

Jakie powieści kryminalne Niemcy uznali za najlepsze? 

W kategorii "powieści niemieckie" wyróżniono:
  

1. nagroda: Mechtild Borrmann: Wer das Schweigen bricht  

Moje wielkie zaskoczenie - nieznana mi autorka, cieniusieńka książeczka, tak nietypowa w czasach opasłych tomiszczy. Opowiada o szóstce młodych ludzi, którzy w sierpniu 1939 przysięgają sobie wieczną przyjaźń i pomoc. Ich przyjaźń wystawiona zostaje na ciężką próbę za czasów Hitlera. Wiele lat po wojnie Robert Lubisch odkrywa w papierach po ojcu, magnacie przemysłowym, który dorobił się majątku po wojnie, zdjęcie atrakcyjnej kobiety i dokumenty nieznanego mężczyzny. Co to ma wspólnego z jego ojcem? Robert zaczyna grzebać w przeszłości, a poznana dziennikarka wietrzy skandaliczny materiał. Gotowa jest poświęcić dobre imię przemysłowca dla opublikowania historii.


2. nagroda: Friedrich Ani: Süden

Były komisarz Tabor Süden otrzymuje prywatne zlecenie odszukania knajpiarza Raimunda Zacherla. Sprawa od razu zaprząta myśli byłego śledczego: oto pewien znany człowiek porzuca dotychczasowe życie. Przy użyciu swych niezwykłych metod Süden podąża w ślad za zaginionym na wyspę Sylt i coraz bardziej przekonuje się, że nikt tak naprawdę nie znał Zacherla.

W Polsce ukazała się w 2011 roku książka tego autora "Śmierć nie ulega przedawnieniu".



3. nagroda: Elisabeth Herrmann: Zeugin der Toten

Judith Kepler jest "cleanerką", sprząta domy i mieszkania, w których ktoś umarł, w których dokonano przestępstwa. W mieszkaniu Christyny Born, które musi doprowadzić do czystości, dokonano morderstwa. Judith to zupełnie nie przeszkadza, a nawet niespecjalnie ją to obchodzi - do momentu, gdy przez przypadek odkrywa, że Christine Born wychowała się w tym samym sierocińcu im. Gagarina w byłej NRD, co i ona. Przypadek? Z całą pewnością nie, ponieważ w sierocińcu Judith dowiaduje się, że wcale nie nazywa się Judith Kepler...

Lubię książki tej autorki. Są dobrze napisane i zawsze osnute wokół dość kontrowersyjnych tematów. Już się zapisałam na tę najnowszą w bibliotece.





W kategorii "powieści międzynarodowe" za najlepsze uznano:

1. nagroda: Peter Temple: Wahrheit (Truth)


Australię nęka fala wyniszczających pożarów, które zagrażają również i Melbourne. W nowo zbudowanym luksusowym kompleksie mieszkalnym znalezione zostają zwłoki młodej kobiety. Stephen Villani, który prowadzi śledztwo w sprawie mordestwa, podlega naciskom ze strony różnych ugrupowań politycznych, które nie chcą dopuścić do wyjaśnienia sprawy. Ale komisarza frapuje nie tylko pytanie, komu zależy na zatuszowaniu mordestwa. Kobieta jest bowiem uderzająco podobna do jego najmłodszej córki, która przed laty zaginęła bez śladu.
Peter Temple jest mi dotychczas nieznany, choć sporo już napisał i sporo wydano go w Niemczech. Po polsku ukazała się jego powieść "Mediator". "Wahrheit" już zamówiłam w bibliotece.

2. nagroda: Don Winslow: Zeit des Zorns (Savages)

Ben i Chon prowadzą lukratywny handel wysokiej jakości narkotykami dla wyjątkowej klienteli. Lubią to, co robią, i lubią Ophelię. Cała trójka stanowi zespół nie do pobicia: Ben inwestuje w organizacje charytatywne, Ophelia puszcza w obieg kasę, a Chon dba o ich bezpieczeństwo. Wszystko idzie świetnie, do momentu, gdy maksykański kartel składa im pewną ofertę nie do odrzucenia. Ben i Chon mówią nie. Wygląda na to, że ujdzie im do na sucho. Ale wtedy ktoś uprowadza Ophelię...

To już kolejny kryminał Winslowa, który podbija niemieckie listy bestsellerów. Większość z jego powieści dzieje się w Kaliforni, większość osnuta jest wokół handlu narkotykami, brutalnych karteli i killerów bez sumienia. Nie moje klimaty.
Po polsku ukazały się dwie jego książki: "Kalifornia - ogień i życie" oraz "Z psich pazurów".

3. nagroda: Kate Atkinson: Das vergessene Kind (Started Early, Took My Dog)

Tracy Waterhouse, była policjantka i wzór wszelkich obywatelskich cnót, kupuje sobie dziecko. Nikt nie jest bardziej zdumiony tym zakupem od niej samej. Wprawdzie w sumie chodzi o dramatyczną akcję mającą na celu uratowanie dziecka, ale całość bynajmniej nie jest legalna. Tracy musi uciekać. I całkiem jej nie w smak, że pewien prywatny detektyw, Jackson Brodie, nagabuje ją w sprawie przestępstwa, które popełniono trzydzieści lat temu... Jurorów urzekł w tej książce czarny brytyjski humor.

Brzmi bardzo zachęcająco, oczywiście już zamówiona. Po polsku ukazały się tej autorki: "Historia jednej sprawy" i "Za obrazami w muzeum". Nie znam ich wprawdzie, ale zdaje się, że nie mają nic wspólnego z kryminałami...

Skład jury:
krytycy: Volker Albers (Hamburger Abendblatt) / Andreas Ammer (telewizja ARD) / Jens Dirksen (Mediengruppe WAZ) / Joachim Feldmann (Am Erker) / Tobias Gohlis (DIE ZEIT) / Günther Grosser (Berliner Zeitung) / Reinhard Jahn (Bochumer Krimi Archiv) / Hermann Kling / Alf Mayer / Peter Münder / Wolfgang Niess (SWR) / Michaela Pelz (portal krimi-forum.de) / Kirsten Reimers (portal alligatorpapiere.de) Lars Schafft (portal krimi-couch.de) / Jan Christian Schmidt (portal kaliber38.de) / Erhard Schütz / Sylvia Staude (Frankfurter
Rundschau) / Willy Theobald (Financial Times Deutschland) / Bettina Thienhaus / Thomas Wörtche (CULTurMAG)
Członkowie jury nie głosują na tytuły, w których wydanie są w jakikolwiek sposób zaangażowani.

Księgarnie kryminalne: Jutta Wilkesmann (Die Wendeltreppe, Frankfurt Main) / Manfred Sarrazin (Alibi, Köln) / Monika Dobler (glatteis, München - bywam!!!) / Christian Koch (Hammett, Berlin) / Thomas Przybilka (Missing Link) / Robert Schekulin (Berlin) / Juliane Hansen (Under-Cover, Stuttgart) / Cornelia Hüppe-Binder (Miss Marple, Berlin) / Hans W. Kohlmann (Whodunnit, Leipzig).