Ads 468x60px

niedziela, 14 października 2012

Charlotte Link "Der Beobachter" (Obserwator) - czyli głębia kałuży



Wydawca: Blanvalet 
Ilość stron: 656
Data premiery: 03.12.2011
Cena: 9,99 euro

Może należałoby zacząć od próby zaszufladkowania tej książki, choć zazwyczaj sprzeciwiam się manii segregowania i opatrywania wszystkiego etykietami - wszak w literaturze najlepsze specjały powstają na skutek mieszania ingrediencji i przełamywania kanonów, co nierzadko uniemożliwia jakąkolwiek kategoryzację. Gdybyśmy zatem z góry ustalili, że w przypadku powieści Charlotte Link "Obserwator" mamy do czynienia z melodramatem obyczajowym z wątkiem kryminalnym, to recenzja tej książki zapewne nie przysporzyłaby nam większych trudności - pochwalilibyśmy to i owo, zadowolilibyśmy się taką a nie inną linią narracyjną, spodobałyby nam się kreacje bohaterów i rzesze miłośników autorki byłyby usatysfkacjonowane.

A jednak "Obserwator" pretenduje do miana powieści kryminalnej, oceńmy ją zatem tak, jakby nią była. Krótko o treści (choć w zasadzie długo o treści rozwodzić się nie sposób, bowiem, choć książka liczy ponad sześćset stron, wiele powiedzieć się nie da). A zatem: giną dwie starsze, samotne kobiety. Na podstawie podobnego modus operandi policja domniemywa, że zbrodnie popełnił ten sam sprawca. Ofiar pozornie nie łączy nic poza samotnym, odizolowanym trybem życia. Wiadomo jednak, że obie przed śmiercią się zagrożone. Autorka już od początku prezentuje paru podejrzanych: oto Samson Segal, bezrobotny i samotny mężczyzna, mieszkający z bratem i jego żoną, którego jedynym hobby i zajęciem jest łazikowanie po okolicy i podglądanie życia innych, by choć w ten sposób zaspokoić ludzką potrzebę bliskości. Czy to on jest mordercą? Już po trzydziestu stronach, mimo usilnego rzucania podejrzeń na biednego dziwaka, wiadomo, że to dusza człowiek. Ale oto drugi podejrzany: John Burton, były policjant, oskarżony w przeszłości o molestowanie seksualne podwładnej. Śledztwo wówczas umorzono, ale Burton odszedł z pracy, zachowując resztki dumy i honoru. Więc to na pewno on. Zwłaszcza że jedna z protagonistek, zamężna, rozczarowana życiem i małżeństwem Gilian nieopatrznie i wbrew wszelkiemu rozsądkowi pakuje się w związek z Johnem, który dorabiając trenuje jej córkę w szczypiorniaku. Choć piękny i atrakcyjny, na pewno w głębi duszy jest bardzo złym człowiekiem i ma niecne zamiary. W dodatku w jego mieszkaniu nie ma prawie żadnych mebli...

I tak przez długie stronice, na takim właśnie poziomie, autorka na przemian przerzuca cień podejrzenia z jednego na drugiego, by gdzieś w połowie przetasować karty i zaprezentować nową konstelację, bezlitośnie mordując męża Gilian. Niestety, wyłożone karty to nie asy i króle, a zwykłe betki, którymi nie sposób wygrać partii, a nowy podejrzany wyłania się znienacka jak z rękawa prestidigatora. Czego się czepiam? Nie czepiam się intrygi, bo ta, choć nie wyróżnia się niczym oryginalnym, jest do przyjęcia. W innym, nieco ambitniejszym ujęciu ukazana problematyka (postępujące osamotnienie jednostek we współczesnym społeczeństwie, rozluźnienie więzi międzyludzkich, przemoc w rodzinie, wykorzystanie seksualne dzieci) mogłaby zasługiwać na uwagę. Ale nie mogę zaakceptować żenującej pracy policji (para detektywów-dyletantów, beztrosko i nader gorliwie gawędzących z każdym napotkanym osobnikiem, w tym jednym z głównych podejrzanych, bez mrugnięcia okiem zdradzających istostne dla śledztwa szczegóły osobom postronnym). Nie mogę zaakceptować braku jakiejkolwiek logiki w prowadzeniu narracji czy opieraniu podstawowych wątków nie na faktach, a na intuicji i przeczuciach (tu bez przerwy a to kogoś coś tknie, a ktoś inny zauważa, jak zmienia się czyjeś spojrzenie). Nie mogę zaakceptować melodramatycznego taniego psychologizowania, nurzania się w emocjach i chwytających za serce wyznaniach. Nie mogę zaakceptować nieustannego powtarzania całych pasaży, naświetlania ich z pięciu różnych perspektyw, wykładania kawy na ławę, traktowania czytelnika jak niedorozwiniętego i niezdolnego do wnioskowania kretyna, który, jeśli nie powtórzy się wszystkiego w oczywisty sposób pięć razy, na pewno nie zrozumie, w czym rzecz. I wreszcie, nie mam najmniejszej ochoty na płaskie, sztampowe kreacje bohaterów, przewidywalne i stereotypowe do bólu. 

Rozczarowujące jest osadzenie fabuły w realiach angielskich, co akurat w przypadku tej autorki nie jest niczym nowym. Rozczarowujące, bowiem niewiele z tych realiów przenika do czytelnika. Poza paroma angielskimi nazwami własnymi nie ma tu nic, żadnych lokalnych kolorytów, żadnych angielskich smaczków, charakterystycznych szczegółów, które w wielu przypadkach stanowią o jakości prozy. Tutaj akcja równie dobrze mogłaby się rozgrywać w Niemczech, Polsce, czy cholera wie gdzie. Nie zauważylibyśmy najmniejszej różnicy. 

Jedyne, co mogłoby uratować tę książkę, to napięcie. Czasami jesteśmy wybaczyć autorowi płycizny fabularne czy nieporadne portrety psychologiczne, jeśli mimo wszystko zdoła nas usidlić i wciągnąć w pasjonującą, pełną zwrotów akcję. Być może udałoby się to, gdyby nie rozwleczone do granic możliwości ramy tej książki. Setki ston tej książki wypełniają miałkie i pozbawione jakiegokolwiek znaczenia dywagacje i wewnętrzne monologi, rozstrząsanie przeszłości i gdybanie o przyszłości. Na domiar złego na dobre sto stron przed końcem wiadomo, kto i dlaczego. Zero niespodzianki, zero napięcia. Ziew...

Wiem, że się pewnie narażę zatwardziałym fanom tej autorki, ale przy najlepszych chęciach nie jestem w stanie dać więcej niż dwie gwiazdki (za naprawdę sprawne posługiwanie się językiem i piękny styl). Moja ocena: 2/5


piątek, 12 października 2012

Lista bestsellerów tygodnika Spiegel - notowanie 41/2012




Wirują liście strącane wiatrem, zawirowania również i na niemieckiej liście bestsellerów tygodnika Spiegel. Jesień to czas zbiorów dla miłośników książki - właśnie trwają targi książki we Frankfurcie, będące dla wielu wydawnictw okazją do wypuszczenia na rynek nowości. Które z książek opadną ciężko na bruk, a które, niesione wiatrem i atencją czytelników, wzniosą się na wyżyny list bestsellerów? Już dziś można stwierdzić, że jesień przyniesie kilka spektakularnych książkowych karier. Zerknijmy na listy.

Wydania kieszonkowe (Taschenbücher):

1. Zsuzsa Bánk Die hellen Tage (pol. zapowiedź Wydawnictwa Czarne w serii Proza Świata, październik 2013)
2. Michael Kobr / Volker Klüpfel Schutzpatron (pol. Święty patron, prawa zakupiło wydawnictwo Akcetn, ale na razie o wydaniu cicho...)
3. Nicolas Barreau Das Lächeln der Frauen (pol. Sekretne składniki miłości, wyd. Bukowy las)
4. Simon Beckett Verwesung (oryg. The Calling of the Grave, pol. Wołanie grobu, wyd. Amber)
5. Wolfgang Hernndorf Tschick (pol. -)
6. Cecelia Ahern Ein Moment fürs Leben (oryg. The Time of my Life, pol. -)
7. Kathryn Stockett Gute Geister (oryg. The Help pol. Służące wyd. Media Rodzina)
8. Alex Capus Léon und Louise (pol. -)
9. Nele Neuhaus Unter Haien (pol. -)
10. Mary K. Andrews Die Sommerfrauen (oryg. Sommer Rental, pol. -)

Zrobiło się bardzo romansowo i obyczajowo. Większość nazwisk to takie jesienne, trochę nostalgiczne, trochę pogodne "poprawiacze nastroju": Aher, Adrews, Stockett, Zsusa Bank. Większość nazwisk znana jest i w Polsce. Podkreślę z satysfakcją (a co!), że na liście znajduje się pozycja autorów, tłumaczonych przeze mnie i dostępnych w Polsce. "Schutzpatron" to szósta sprawa Kluftingera, prześmieszna (dość wspomnieć, że Klufti pierwszy raz w życiu leci samolotem i kupuje sobie różowego smarta...). Prawa do ksiązki zostały zakupione, ale o wydaniu nic mi nie wiadomo...

Wydania w twardej oprawie (Hardcover):

1. J.K. Rowling Ein plötzlicher Todesfall (oryg. The Casual Vacancy, pol. Trafny wybór, wyd. Media Rodzina wyda tę książkę w listopadzie tego roku)
2. Ken Follet Winter der Welt (oryg. Winter of the World, pol. Zima świata, wyd. Albatros zapowiada na listopad 2012)
3. Jussi Adler-Olsen Verachtung (oryg. Journal 64, pol. -)
4. Charlotte Link Im Tal des Fuchses (pol. -)
5. Sebastian Fitzek & Michael Tsokos Abgeschnitten (pol. -) 
6. John Irving In einer Person (oryg. In One Person, pol. W jednej osobie, wyd. Prószyński)
7. John Green Das Schicksal ist ein mieser Verräter (oryg. The Fault in Our Stars, pol. -)
8. Donna Leon Himmlische Juwelen (oryg. The Jewels of Paradise, pol. -)
9. Cornelia Funke Reckless 2. Lebedinge Schatten (pol. Żywe cienie, wyd. Egmont - w zapowiedziach)
10.  Elizabeth George Glaube der Lüge (oryg. Believing the Lie, pol. -)

Tu już sprawa wygląda inaczej. Wielkie nazwiska, wielkie bestsellery, zwiastujące pojedynek gigantów. Na razie zwyciężyła nowa Rowling, ale depcze jej po piętach kontynuacja najnowszej sagi Folleta, najnowszy kryminał królowej zbrodni Charlotte Link, która bardzo sprytnie zaraz po "Obserwatorze" rzuciła kolejną książkę ("Obserwatora" męczę teraz, natomiast "Im Tal des Fuchses" poleciła ostatnio na FB Inge Löhnig, a ona na zbrodniach to się zna). Jest też najnowszy Fitzek, tym razem napisany wspólnie z medykiem sądowym Tsokosem (już mam, będę wkrótce testować) - to może być mocna lektura, bardzo jej jestem ciekawa. Jest też John Irving i Donna Leon, no i kolejny przebój: najnowsza książka Cornelii Funke, kontynuacja sagi Reckless. Na szarym końcu Elizabeth George - świat się kończy, naprawdę... No, ale dawno nie mieliśmy na liście takiego tłoku - sama śmietanka, tylko zbierać i się delektować! 
A jakby komu było mało, to również i na tej liście znajduje się przetłumaczona przeze mnie pozycja...



środa, 10 października 2012

Gianrico Carofiglio "Ponad wszelką wątpliwość" - początek nowej przyjaźni?



Wydawnictwo: WAB
Mroczna Seria
Data premiery: luty 2010
Tytuł oryginału: Ragionevoli dubbi
Tłumaczenie: Joanna Wachowiak-Finlaison
Ilość stron: 264
Cena: 29,90 zł


Coś innego. Przesycona skandynawskim smęceniem, amerykańskim patriotycznym hurraoptymizmem i niemieckim eksperymentalnym dywagowaniem o psychopatach poczułam przemożne pragnienie zbrodni... innej, ożywczej, świeżej. Pomyślałam sobie, że warto przetestować jakiegoś Włocha, byle nie takiego sielankowego, urlopowego. Wybór był spory, ku mojemu zdumieniu. Włosi okazali się narodem piszącym o morderstwach w sposób obfity i urozmaicony, w dodatku chętnie publikują ich zarówno niemieckie, jak i polskie wydawnictwa. Na półce od jakiegoś czasu wiercił się Gianrico Carofiglio, poszedł więc na pierwszy ogień.


Coś innego. Nie ma trupa. Nie ma gliniarza. Jest za to skazany (niewinnie?) za przemyt narkotyków facet, Paolicelli, mąż pięknej pół-Japonki i ojciec prześlicznej kilkuletniej Anny Midori. I jest avvocato Guido Guerrieri. Jakże inny od bohaterów analogicznych produktów fabryk takich jak John Grisham czy Scott Turow (nie ujmując niczego obydwu zacnym autorom)! Czytający literaturę inną od kodeksów prawnych (otwartą nocami kawiarenkę Osteria del caffellatte, którą odwiedzał czasami, chętnie przeniosłabym do mojego miasta...), słuchający (czasami) muzyki (z miejsca zaskarbił moją dozgonną miłość wybierając dla muzycznego podmalowania upojnych chwil z Natsu Shangri-la Knopflera, no i jeszcze lubi Green Day...), myślący, czujący i poszukujący, ale nie rozmemłany i nie popapraniec (choć sam o sobie jest innego zdania). 


Okładka wydania niemieckiego
Może pomyślicie sobie, że adwokat i sprawa o przemyt to nudy na pudy, gdzie tu napięcie, gdzie suspens, gdzie jakaś akcja? No, istotnie, jeśli ktoś przywiązuje wagę do krwi i bebechów albo lubuje się w wymachujących gnatami twardzielach, to okrutnie się tutaj rozczaruje. "Ponad wszelką wątpliwość" to pozycja niespektakularna i wyciszona, skupiająca się raczej na subtelnościach relacji międzyludzkich i moralnych dylematach. 

Sprawa jest pozornie prosta: Paolicelli, spędziwszy wakacje z rodziną w Czarnogórze, w drodze powrotnej zostaje skontrolowany na przejściu granicznym w Bari, a w jego samochodzie celnicy znajdują znaczną ilość narkotyków. Twierdzi, że jest niewinny,a o heronie nic nie wiedział. Wkrótce zgłasza się do niego pewien prawnik, rzekomo polecony przez przyjaciół, obiecując wyciągnięcie z kłopotów. Radzi, by podczas procesu odmówić zeznań. W efekcie, wobec miażdżących dowodów, mężczyzna dostaje piętnaście lat i zaczyna odsiadkę. Rozczarowany znikomą pomocą prawnika, angażuje innego adwokata - naszego Guido. Ten początkowo wcale nie kwapi się do przejęcia sprawy - wątpi w niewinność potencjalnego klienta, a w dodatku rozpoznaje w nim swego gnębiciela z dzieciństwa i faszyzującego zabijakę. Wbrew sobie przyjmuje jednak beznadziejną z pozoru sprawę i wnosi o apelację. Niby nic wielkiego, a jednak Carofiglio snuje tę swoją opowieść tak pięknie i wyraziście, że aż się chce pokochać całym sercem tego lekko zgorzkniałego adwokata o wielkiej prostolinijności (nawet jeśli posuwał żonę swego klienta) i odwadze (choć sam zapewne jest o sobie odmiennego zdania). 

I chyba w narracji tkwi łagodny, acz nieprzeparty urok tej powieści. Guerrieri, adwokat marzący tym, by zostać pisarzem (alter ego autora?) żyje swoim życiem i dzieli się nim z czytelnikiem w sposób bardzo bezpośredni, do bólu szczery, niepozbawiony autoironii. I mimo niewielkiej widowiskowości całej prawniczej sprawy nie potrafimy inaczej, jak kibicować mu w jego jurystycznych i osobistych poczynaniach, z napięciem śledząc drobne i wielkie decyzje, które zaważą na jego życiu, odczuwając to samo mrowienie sumienia, tę samą euforię przyszywanego tacierzyństwa, tę samą satysfakcję towarzyszącą miażdzeniu śliskiego mecenasa z Rzymu. Obie mowy końcowe podczas procesu apelacyjnego - prokuratora i jego samego - to majstersztyk sztuki oratorskiej, poruszający, lecz jednocześnie bezlitośnie logiczny i lingwistycznie precyzyjny i ostry jak brzytwa.
"Ponad wszelką wątpliwość" to - jeśli w ogóle - mało kryminalny kryminał, choć może dajmy sobie spokój z szufladkowaniem i nazwijmy tę książkę tym, czym jest - z wyczuciem i finezyjnie napisaną opowieścią o ludziach, ich dylematach i decyzjach, przypadkiem osnutej wokół postaci adwokata, jakiego chciałoby się spotkać na swej drodze, gdyby ktoś chciał nas wrobić w przemyt narkotyków... 

Oceniam tę książkę na bardzo mocną czwórkę, licząc, że to początek mojej przyjaźni z Gianrico i Guido... (4+/5).


Książkę przeczytałam w ramach wyzwań: trójka pik (w kategorii pisarz z basenu) oraz Book-Trotter (literatura włoska).

wtorek, 9 października 2012

Piękna i bestia

Hanna Winter
Foto (c) Ralph Geiling

Ta piękna osoba pisze o bestiach. Ludzkich bestiach. I zbrodniach. I ofiarach. To Hanna Winter, niemiecka powieściopisarka, która odniósłszy spory sukces w swoim kraju próbuje podbić polski rynek kryminalny. Właśnie ukazała się jej powieść "Giń", a ja przeprowadziłam z nią wywiad, by wypytać, co ma do powiedzenia nadwiślańskim czytelnikom. O tym, skąd pochodzi piękna pisarka, czy łatwo się pisze bestsellery i o truchle toczonym przez czerwia leżącym pod biurkiem przeczytajcie na portalu Zbrodnia w Bibliotece, czyli tutaj. Zapraszam do lektury!

poniedziałek, 8 października 2012

Richard Schwartz "Das Geheimnis von Askir. Das Erste Horn" czyli magia Niemca



Wydawnictwo: Piper
Premiera wydania drugiego (poprawionego): 01.06.2011
Cykl: Das Geheimnis von Askir
Język: niemiecki
Ilość stron: 400
Cena: 9,99 euro



Jestem zrzędą. Wiecznie niezadowoloną, wszędzie szukającą dziury w całym, złośliwą zrzędą. Czasem czytam jakąś książkę i aż mnie świerzbi, żeby przyczepić się do tego czy śmego. Widzę te wszystkie niedoróbki, niedociągnięcia, kłują mnie w oczy niezgrabności stylistyczne i wpadki fabularne, wychodzą uszami tuzinkowe zagrania i chwyty autorów. Nawet niekiedy chciałabym się życzliwie pochylić nad jakimś dziełem, w które autor wyraźnie włożył całe serce i niestety, zamiast łaskawie przymykać oko, odczuwam wyłącznie irytację i aż mnie nerw bierze, że muszę (chcę?) przedzierać się przez różne pisarskie krzewinki. 

Bywa jednak i tak, że autorowi od pierwszej sceny udaje się rzucić na mnie urok. To kwestia niuansów, nieuchwytnej magicznej mgiełki, którą niektórzy potrafią zarzucić na czytelnika niczym niewidzialne sidła, czarodziejskiej iskry, która przechodzi i sprawia, że potknięcia przestają być ważne, że nie zwraca się już uwagi na niedoskonałości, że człowiek wsysa się w książkę niczym wygłodniały moskit i nie przestaje, aż błogi z opicia dociera do ostatniej strony. Nie wiem, czy to kwestia chemii, magii, ulotnych smaków, składajacych się na literackie danie, czy wyjątkowego daru narracyjnego autora, a może chwilowej zbieżności czytelniczej potrzeby i książkowej strawy, wiem jednak, że owo błogie uczucie pojawia się dość rzadko, zbyt rzadko, by zadowolić uzależnionego książkożercę. Co tu dużo gadać, "Das erste Horn" jest ewidentnie taką książką, a Richard Schwartz, który tą powieścią zadebiutował (aż się nie chce wierzyć), w dwa dni urósł do roli mego prywatnego odkrycia roku.

Książka jest już na rynku od jakiegoś czasu, dość szybko podbiła serca miłośników literatury fantastycznej i urosła w cykl, liczący sześć tomów, który sprzedał się w Niemczech w ilości 250 tysięcy egzemplarzy. W międzyczasie Schwartz napisał już inny cykl, a na dniach spodziewamy się kolejnej jego powieści. Na czym polega fenomen stworzonego przez niego świata?

Trudno zgadnąć. Może to kwestia pierwszej sceny, w której zaglądamy do gospody, położonej na odległej przełęczy, dzielącej cywilizowane krainy od kraju barbarzyńców, gdzie diabeł mówi dobranoc. Zapada zmrok, za grubymi murami oberży szaleje wichura, zapowiadając śnieżną noc, w izbie panuje ciepło i gwar. Nasz bohater, człowiek zmęczony życiem i z nostalgią i znużeniem spoglądający w przeszłość, niechętnie czekając jutra, siedzi nad garncem wina i przygląda się podróżnym, którzy jak on, zdążyli przed zamiecią, na drodze do swych mniej lub bardziej oczywistych celów. Są wśród nich członkowie kupieckiej karawany, są najemni żołnierze, górnicy, powracający na zimę w ojczyste strony, pewien baron w towarzystwie dwóch córek - zwykli podróżni, szukający schronienia w niepogodę. A jednak ani nasz zmęczony bohater, ani goście oberży, ani nawet gospoda nie są tym, czym się wydają na pierwszy rzut oka. Nagle drzwi otwierają się z hukiem i w towarzystwie gwałtownego podmuchu wiatru do izby wpada ostatni spóźniony gość. Sera Maestra der Girancourt, pół elfka, pół kobieta, nosząca Kamienne Serce - magiczny miecz. Gospoda jest przepełniona, a spóźniona podróżniczka zmęczona znojami drogi. Przysiada się do naszego bohatera, który niechętnie, niemal wrogo, akceptuje jej towarzystwo. Śnieżna burza nasila się, przybierając rozmiary niemal katastroficyne, a podróżni zostają uwięzieni w zajeździe na parę dni. Zaczyna się spektakl, przypominający najlepsze odsłony kryminalnych opowieści z gatunku locked room. Jakie tajemnice noszą z sobą podróżni? Kim są i czego szukają na tym odludziu? Locked room crime? Ależ tak. Bowiem już pierwszej nocy wydarza się zbrodnia. W stajni znalezione zostają zmasakrowane zwłoki jednego z giermków. Ślady wskazują na wilkołaka. Czyżby bestia była jednym z nich? Nieoficjalne śledztwo zaczynają nasz sterany wojak i Maestra, napotykając na zagadki i stając w obliczu wydarzeń, które prowadzą znacznie głębiej, niż tylko w głąb lochów, na których zbudowano gospodę. 

Schwartz znakomicie skonstruował swoją opowieść. Niby nic, niby zwykła karczma na odludziu, zamknięta od świata i trzymająca pod kluczem lodu i śmiertelnego mrozu garstkę ludzi (i nie tylko), a jednak z tej zatęchłej izby wychodzą nitki fabularne, prowadzące do bezbłędnie wykreowanego świata, odsłanianego powoli, peu à peu, z zamiłowaniem do detalu, w sposób przemyślany i niezmiernie wyrazisty. Wspomniałam już o moim zdziwieniu, że tego rodzaju dojrzała, dopracowana proza wyszła spod pióra debiutanta - z reguły pierwsze tomy początkujących autorów jadą pierwszyzną, są niedorobione, naiwne. A tu nic. Bohaterowie jak żywi, trójwymiarowi, barwni, urozmaiceni, akcja poprowadzona z wyczuciem, wciągajacą od początku, świat Askiru bogaty, koherentny, nierozłażący się w szwach, intrygujący, dopracowany. . Nawet jest udany humor i seks - na czym zazwyczaj wykładają się debiutanci. Scena, w której mroczna elfka schodzi na śniadanie po upojnej nocy spędzonej z Rigurdem, prowadząc kochanka na smyczy, należy do najlepszych w całej książce...  
Okładka pierwszego wydania

Jest też świetny, dramatyczny finał, ze sporą dozą akcji i umiarkowaną dozą walki (wiecie, że nie przepadam), domykający wszystkie aktualne wątki, a jednocześnie obiecujący kolejne barwne tomy. Mam nadzieję, że rysujący się już w pierwszym tomie epicki rozmach nie okaże się mydlaną bańką, a autor sprosta wysokim oczekiwaniom, bo te, po tym zaskakująco udanym wstępie, są wysokie. Askir - dawno zapomniane, potężne królestwo, majaczące na pograniczu legendy. Istniało naprawdę? A jeśli tak, dlaczego upadło? I czy na pewno nic po nim nie pozostało? Te pytania pozostają po pierwszym tomie bez odpowiedzi. A teraz bijcie się, wydawcy...

Nieczęsto się to zdarza, ale daję piątkę. Za absolutne oczarowanie mnie tajemnicą Askiru, za mroczną elfkę, znakomicie skonstruowaną magię, za klimat, atmosferę i świetną rozrywkę (5/5).

Za udostępnienie książk dziękuję wydawnictwu Piper. (Vielen Dank, Frau Dürholt! Sie haben nicht zu viel versprochen!)

sobota, 6 października 2012

Ransom Riggs "Die Insel der besonderen Kinder" (Osobliwy dom pani Peregrine) - osobliwe dzieci, osobliwa wyspa, osobliwa książka...








Wydawca: PAN Verlag
Tytuł oryginału: Peregrine's Home for Peculiar Children
Tłumaczenie na niemiecki: Silvia Kinkel
Ilość stron 416
Cena 16,99 euro
Data premiery: 02.11.2011



Czy zaznaliście tego nieporównywanego z niczym innym na świecie szczęścia posiadania dziadka opowiadającego Wam różne historie, baśnie, legendy? Nie każdemu to dane. Nie każdy dziadek potrafi snuć opowieści, nie każdy potrafi wymyślać historie takie jak dziadek Jacoba, dość samotnego nastolatka dorastającego w zamożnej rodzinie na Florydzie.  


Okładka polskiego wydania
(Media Rodzina, listopad 2012)
Wymyślać?... Zaraz, czy aby bajania starego Abrahama o dzieciach, posiadających rozmaite nadprzyrodzone umiejętności, żyjące gdzieś na odległej wyspie u wybrzeży Anglii, to na pewno zwykła fikcja? Każdy wiedział, że dziadek niejedno w życiu przeszedł, jako dzieciak zmuszony do ucieczki z okupowanej przez "monstra" - jak sam mawiał - Polski, opuszczenia rodziców i kraju, umieszczony w sierocińcu na samotnej wyspie. Opowieści swe snuł wokół pliku pożółkłych, trochę niesamowitych fotografii, na których uwieczniono  osobliwe motywy. Zdjęcia w większości pokazywały dzieci - dzieci lewitujące, dzieci niewidzialne, dzieci trzymające w ręku ognistą kulę, dzieci z drugimi ustami z tyłu głowy, dzieci o nadludzkiej sile... Jako malec Jacob święcie wierzył, że dziadek opowiada najszczerszą prawdę - wszak świat, który roztaczał przed wnukiem był tak żywy, barwny, prawdziwy, przewyższający natężeniem szczegółów jakąkolwiek baśń. Dziadek o każdej fotografii mógł prawić godzinami, a Jacob, choć znał te historie już niemal na pamięć, był wciąż ich głodny. 

Wszyscy jednak dorastają, Jacob również. I osiagnąwszy dumny wiek siedmiu lat zakomunikował dziadkowi, że jest zbyt duży, by wierzyć we wszystkie te bzdury o lewitujących dzieciakach i nie zamierza więcej ich wysłuchiwać. Dziadek ze stoickim spokojem zaakceptował postanowienie wnuka, zdjęcia zapakował do pudełka, by nigdy więcej do nich nie wrócić. I pewnie wnuczek zapomniałby o tajemniczych staroświeckich fotografiach i towarzyszących im opowieściom, gdyby nie nagła i osobliwa śmierć starego Abrahama - dziadek zostaje rozszarpany przez... monstra. Wprawdzie oficjalna wersja brzmiała, że został zaatakowany w lesie przez watahę zdziczałych psów, ale Jacob widział, co naprawdę rozpruło dziadkowi gardło. Słyszał też, jego ostatnie słowa przed śmiercią, instrukcje, by udał się na wyspę i poszukał pętli...Przedśmiertne bredzenie? A może ostatnia wola? Po bezskutecznych terapiach, mających uleczyć posttraumatyczny szok, Jacob postanawia udać się na wyspę, na której dziadek spędził dzieciństwo, by ostatecznie rozprawić się z demonami przeszłości. I prędko okazuje się, że ani jedno słowo dziadka nie było wyssane z palca...



Osobliwa historia zawarta w osobliwej książce... Każde ze zdjęć, będących fundamentem tej opowieści, naprawdę istnieje - w książce zamieszczono źródło i autora każdego z nich - i zostało zamieszczone na jej stronicach - dziwne, oniryczne, tajemnicze i troszkę straszne. Wydawałoby się, że taka będzie cała powieść - sentymentalna i nostalgiczna podróż do własnych korzeni, nurzanie się we wspomnieniach i wizjach w sepii. Otóż nie. "Osobliwy dom", choć początkowo dość mylnie i zwodniczo kierujący czytelnika w klimaty zwiewne i przesiąknięte nieco gotycką mroczną atmosferą, dość szybko przekształca się w pełną dramatycznych zwrotów akcji, szybką przygodową powieść akcji z elementami fantastycznymi. Czego tu nie ma! Nieudany eskperyment naukowy na Syberii, pętle czasowe, ponure mokradła na tajemniczej wyspie, bombardowania podczas drugiej wojny światowej... I wszystko to przedstawione spójnie, sprawnie, intrygująco, w modnej gotyckiej otoczce. 

Młodemu czytelnikowi, zmęczonemu wampirolozą, poszukującego odmiennych, pełnych tajemnicy wątków, powinno się spodobać. Ba, to może się nawet spodobać czytelnikowi staremu, pod warunkiem, że przymknie oko na fabularne uproszczenia i nieco zbyt duże natężenie dramatycznej akcji rodem z taniego thrillera, skumulowanej w drugiej połowie powieści. Nie spodziewajmy się żadnych objawień, epickiego rozmachu, skomplikowanych fantastycznych światów - nie, to piękna opowieść o przyjaźni, poświęceniu i poszukiwaniu własnych korzeni, złożona z wątków kameralnych i nostalgicznych, dryfująca pod koniec w dynamiczne momenty pełne akcji. Da się czytać? Pewnie. Oby tylko kontynuacja (bo sądząc po zakończeniu raczej się na nią zanosi) nie zniosła nas na mieliznę wątków błahych, nijakich i oklepanych...

Moja ocena: niech będzie czwórka (za pomysł, cudne zdjęcia i klimat. I za dziadka...) 4/5.  

wtorek, 2 października 2012

Przetłumaczyć nieprzetłumaczalne (5) - o piwnych zwłokach

Zapraszam na kolejną odsłonę cyklu "Przetłumaczyć nieprzetłumaczalne". Przypominam, że szukamy adekwatnych odpowiedników słów trudnych, nieistniejących w języku polskim, nastręczających sporo problemów tłumaczom i uczącym się. Chodzi o odnalezienie istniejącego słowa polskiego, najlepiej oddającego sens omawianego pojęcia lub frazy, albo wymyślenie nowego - im bardziej kreatywnie, tym lepiej (a czasem im zabawniej, tym lepiej). 

Dotychczas radziliście sobie całkiem dobrze, choć ostatnie słówko, Gutmensch, przysporzyło sporo trudności. 

Oto podsumowanie Waszych propozycji:

Gutmensch (niem.)

dobrochciej
pan przedobrzynek
przedobrzacz
pouczacz
wszystkonaprawiacz
męczydobrota
piekłomurowanka (od murowania piekła dobrymi chęciami)
wujek Dobra Rada
dobrodziej
dobrodziejnik
dobroczyńca
przesadnik
łopatolog
swój chłop
pożyteczny idiota
leming
durnodobrota
życzliwy
hipokryta

Przyznacie, że propozycje są znakomite. Złożone zusamen do kupy idealnie oddają znaczenie "Gutmenscha", ale gdybyśmy musieli ograniczyć się do jednego (czyli sytuacji, w jakiej z reguły znajduje się tłumacz), byłoby trudno. 

A to kolejne pojęcie, adekwatnie do trwającego święta piwa, czyli Oktoberfest (tego słowa używają wyłącznie obcy, Monachijczyk mówi Wiesn):

Bierleiche (niem.)

Foto: DAPD

Pochodzi od dwóch słów: Bier (piwo) i Leiche (zwłoki). Słownik Ponsa nie podaje ekwiwalentu językowego w polskim, a jedynie tłumaczy znaczenie: osoba pijana do nieprzytomności. 

Powiecie, że to łatwe - piwne zwłoki. Można od biedy się zgodzić, ale jednak to kalka. Znacie ciekawe słówka, oddające znaczenie "Bierleiche"? A może chcecie się zabawić w utworzenie własnego? Zapraszam do zabawy! Propozycje podawajcie w komentarzach.