Ads 468x60px

środa, 13 lutego 2013

Abdykował - i co?...




Tekst ten powstał niejako na zamówienie Alicji2010, która zapytała mnie, co o ustąpieniu papieża myślą zwykli ludzie - nie politycy, nie religioznawcy, nie media. I faktycznie, fala reakcji na to wydarzenie, które spadło na nas jak grom z jasnego nieba, sięga od zrozumienia, aprobaty, poprzez nadzieję na zmiany, po nienawiść i szyderstwo.

Więc co na to lud?

Laborantka z Dachau: "Początkowo myślałam, że to żart karnawałowy. Co to oznacza dla przyszłości Kościoła? Może teraz rozpocznie się nowa erwa dla tej instytucji. Osobiście mam nadzieję, że nastąpi zbliżenie katolików i ewangelików, że ekumenizm między tymi wyznaniami przyspieszy. Kto wie, może będziemy mieli nawet czarnoskórego papieża."

Emeryt z Dachau: "Wiadomość ta bardzo mnie zaskoczyła. Uznałem ją wpierw za żart karnawałowy. Jednak uważam, że decyzja o ustąpieniu z powodów zdrowotnych, była konsekwentna i właściwa. Niech lepiej abdykuje, zamiast ciągnąć wszystko na pół gwizdka, powierzając większość spraw jakimś kardynałom. Niechże korzysta z jesieni życia. Dobrze byłoby, gdyby papieżem został teraz ktoś młodszy. Życzyłbym sobie, gdyby kościół się nieco otworzył."

Dziennikarka z Karlsfeldu: "Uważam, że to wspaniały i odważny krok. Jestem zaskoczona, że w ogóle się poważył na coś takiego. W końcu cały jego pontyfikat był dość konserwatywny. Widać to było wyraźnie w niektórych jego wypowiedziach o judaizmie albo w reintegracji lefebrystów. Miał parę niezłych wpadek, przy czym sądzę, że często po prostu źle mu doradzano. Mam nadzieję, że teraz wybrany zostanie młodszy papież, który będzie miał szansę zmienienia przykurzonego Kościoła katolickiego."

Pastor z Dachau: "Odczuwam wielki respekt przed decyzją Benedykta XVI. Postąpił tak z poczucia odpowiedzialności, bowiem słaby papież nie może kierować Kościołem. (...) Decyzja Benedykta prowadzi do nowego oszacowania urzędu papieża: w przyszłości łatwiej będzie zmusić go do abdykacji - co dotychczas stanowiło tabu. Mam nadzieję, że zwierzchnictwo Kościoła wykorzysta tę szansę na nowy początek i zacznie bardziej odpowiednio reagować na kwestie życiowe współczesnych wiernych. Może się jednak zdarzyć, że wyraźna polaryzacja, która dzieli Kościół, jeszcze się pogłębi."

Z sondy ulicznej stacji RTL : "Jaja se robicie? Papież ustąpił, srutututu".

Z komentarza w Internecie: "Teraz dopiero triumfują siły szatana, które zwłaszcza na obszarze niemieckojęzycznym mają swoich gorliwych pomagierów".

J.w.: "Nasz papież jest pasterzem mądrym, rozsądnym i kierującym się bożą inspiracją. Zaufajmy jego decyzji".

Z forum na fb: "Będziemy mieli wkrótce papieżycę? No bo chyba przed Bogiem wszyscy jesteśmy równi?"

Z komentarza w Internecie: "Kościół katolicki nie znajduje się w kryzysie. To nasze społeczeństwo znajduje się w kryzysie".

Czytelnik FAZ: "Było od początku jasne, że Benedykt, ze względu na swój wiek, będzie papieżem przejściowym, po którym nastanie nowy, młodszy papież. I to zadanie wypełnił dobrze. Było wiadomo, że nie dorówna Janowi Pawłowi II - i nie o to chodziło. Ale podążał jego kursem i umocnił go. (...) Benedykt szedł kursem konserwatywnym, tym, którym podąża Kościół w Polsce, Afryce i wielu częściach świata. Nie mógł oglądać się na mniejszość dążącą do reform, silną szczególnie w Niemczech - tym samym odwróciłby się od większości. W obrębie Kościoła bez wątpienia dobrze wykonywał swoją pracę. To nie jego wina, że skandale pedofilskie przypadły akurat na jego pontyfikat - sięgają one wiele lat wstecz. Był cichym pracownikiem, nie gwiazdą mediów. Ceniono go bardziej, niż chcą to przyznać nasze media."

Czytelnik FAZ: "Stary, uparty człowiek, który niby chciał rozmawiać z ofiarami molestowania, ale dopuścił tylko dwudziestu z nich, ich pytania ustalił Watykan, a teraz zmiata gdzie pieprz rośnie, bo się zaczęło robić niewygodnie... Biedny Kościół!!!"

Odpowiedź innego czytelnika na powyższy komentarz: "To i tak o dwadzieścia wiecej, niż przyjął Jan Paweł II. Nawiasem mówiąc uważam, że tylko ten ma prawo wyrokować, kto sam ma 86 lat i od ośmiu lat podejmuje daremne wysiłki sprzątnięcia tej stajni Augiasza, nieruszanej przez poprzedników od 60 lat. I kto przy tym został zdradzony przez najbliższe zaufane osoby."

Czytelnik Die Zeit: "Nie jestem rozczarowany. To dobra nowina (=Ewangelia). Najlepszy następca: żaden. W artykule padło słowo "rola". Dokładnie. Skończcie z tym teatrem! Namiestnik Boga. To wyraz szczególnej megalomanii. Jezus jako jedyny syn Boga, cała reszta to grzesznicy. To jest uwłaczające godności człowieka. Wszyscy jesteśmy synami i córami Boga. (...) Nie, 2000 lat wystarczy. Jezus przepędziłby tę całą bandę z pełnej przepychu Bazyliki Św. Piotra. Dobrych nowin głoszonych przez Kościół ze świecą by szukać, ale to odejście należy do nich zaliczyć. A teraz możecie się na mnie rzucić jak hieny... o ile to w ogóle przejdzie jako wolność słowa."

Czytelnik Die Zeit: " Patha rei - wszystko płynie - to stare słowa Heraklita (500 p. n. e.).
Moim zdaniem rówież i Kościół katolicki musi iść z duchem czasu, zarówno pod względem teologicznym, jak i sprawowania władzy. Czy w dzisiejszych szybkich, medialnych czasach nie powinno się wymagać, by i papież wpisał się w odpowiednie role? Może urząd papieski powinien nauczyć się dzielić te role, a Kościół katolicki stać się bardziej demokratyczny? Celibat, homoseksualizm, antykoncepcja, przerywanie ciąży - absolutne zakazy mijają się z prawdziwym życiem katolików. Jak każda władza, także Watykan powinien skłonić się do pragmatyzmu, a nie trzymać starych, nieaktualnych dogmatów. Wierni i ich etyka zmieniają się z upływem czasu. Pánta Rheĩ."

... i tak dalej. Mocne?...

Pamiętajcie, że to tylko maleńki wycinek, a na mych skromnych łamach nie sposób ogarnąć tej fali opinii w sposób reprezentatywny czy miarodajny.

Przy przygotowaniu tego tekstu korzystałam z Süddeutsche Zeitung, Der Spiegel, Die Zeit, Frankfurter Allgemeine Zeitung.


poniedziałek, 11 lutego 2013

True crime: krzyżówkowe morderstwo




Niemcami po raz drugi wstrząsnęła zbrodnia, popełniona w Halle ponad trzydzieści lat temu. Wówczas było to najbardziej szeroko zakrojone śledztwo w historii NRD i jedna z głośniejszych spraw kryminalnych w ogóle, dziś sumieniami naszych sąsiadów wstrząsają okoliczności, w jakich prokuratura kilka dni temu wznowiła dochodzenie, mimo iż mordercę dawno pojmano i osądzono. A wszystko to przez pewną książkę...

15 stycznia 1981 w miejscowości Halle-Neustadt zaginął bez śladu siedmioletni Lars Bense. Wszczęto poszukiwania, ale bez skutku. Dwa tygodne później pewien dróżnik znalazł przy trasie kolejowej Halle - Lipsk podniszczoną walizkę, którą ktoś najwyraźniej wyrzucił z pociągu. W środku były zwłoki chłopca, zawinięte w plastikową folię. Obdukcja wykazała, że dziecko zostało wykorzystane seksualnie, a następne uderzone w głowę tępym narzędziem - ze skutkiem śmiertelnym.


W tej samej walizce znajdowały się również stare gazety z częściowo rozwiązaną krzyżówką - jak się okazało, jedyny ślad, który mógł zaprowadzić do mordercy. Dopływ Wołgi: Moskwa. Miejsce toczenia walki: arena. Produkt zwierzęcy: jajko. Zaczęto systematycznie sprawdzać próbki pisma mieszkańców miasta - przeanalizowano wówczas blisko 500 tysięcy próbek - licząc, że dzięki analizie grafologicznej uda się odnaleźć osobę, która uwieczniła się w krzyżówce - może mordercę, a może kogoś, kto będzie mógł do niej doprowadzić śledczych. Blok po bloku pobierano grafologiczne próbki mieszkańców i poddawano analizie. Wśród nich była mieszkanka bloku 398, która w tym czasie pracowała sezonowo nad morzem. Jej pismo było identyczne z tym, którym wypełniono krzyżówkę z walizki - pierwsze światełko w tunelu po dziesięciu miesiącach żmudnego śledztwa. Ślad naprowadził policję na chłopaka jej córki, Matthiasa S., który odpowiadał profilowi mordercy. Aresztowany po intensywnym przesłuchaniu przyznał się do zarzucanego mu czynu. To on zwabił siedmiolatka do swego mieszkania, gdzie najpierw go wykorzystał seksualnie, a następnie, ze strachu przed wydaniem, zadał kilka ciosów młotkiem w głowę. Ciało zapakował do walizki i wyrzucił z jadącego pociągu. Matthias S. został skazany na dożywocie. Później, w 1991 proces został wznowiony, ze względu na to, że w chwili popełnienia morderstwa sprawca nie miał jeszcze osiemnastu lat i powinien być sądzony wedle prawa dla nieletnich. Karę zrewidowano. W międzyczasie odsiedział swoje i wyszedł na wolność.

Dlaczego więc prokuratura teraz, po trzydziestu latach, wznawia śledztwo? Przez książkę. A ściślej mówiąc, przez powieść kryminalną, opartą na faktach, autorstwa Kerstin Apel, ówczesnej dziewczyny skazanego mordercy. Wtedy twierdziła w zeznaniach, że nic o niczym nie wiedziała. W książce opisuje co innego - nie tylko wiedziała o zbrodni, ale to ona odkryła siedmiolatka w mieszkaniu swego chłopaka. Nie wiadomo, czy jeszcze wtedy żył. W powieści jednak to ona pomaga swemu chłopakowi w pozbyciu się ciała. Tłumaczy, że wywierał na nią, wówczas siedemnastolatkę, psychiczną presję. We wstępie do książki Kerstin Apel pisze, że to powieść, oparta częściowo na faktach, a częściowo zmyślona. Szef wydawnictwa, które opublikowało jej dzieło, twierdzi, że "wszystko, co opisuje, wydarzyło się naprawdę".

Książka odniosła spektakularny sukces. Nie ma jej w księgarniach, drukarnie pracują pełną parą, by dostarczyć czytelnikom dodruk. Prokuratura bada rozbieżności między ówczesnymi zeznaniami Apel, a wersją opublikowaną w książce.

Nieuchronnie nasuwa się refleksja - czy dziś wszystko jest na sprzedaż? Nawet zbrodnia, nawet spekulacje odnośnie jej okoliczności, nawet cierpienie rodziców chłopca, którzy dziś, dzięki pani Apel, przeżywają ten koszmar na nowo? A to dobrze, że prawda wreszcie ujrzy światło dzienne?...



niedziela, 10 lutego 2013

Tomasz Sekielski "Sejf" - Polak potrafi


Wydawca: Rebis Dom Wydawniczy
Data premiery: 2012-11-06
Liczba stron: 340
Cena: 35,90

Wiem, że jest sporo osób, niedopuszczających myśli, że Polak jest w stanie napisać sprawny rzemieślniczo, pasjonujący, nieplujący jadem, ale i nie stawiający pomników thriller. Wiem również, że niektórzy z zasady nie tykają polskich autorów, ślepo wierząc, że tylko Anglosas może napisać coś, co on, Czytelnik przez duże Cz, jest łaskaw przeczytać, no, może z małym wyjątkiem dla Skandynawa (bo takie trendy, posępne i w ogóle), ewentualnie niedużą furteczką dla Fhancuza, dla podtrzymania otoczki wybredności. 

Otóż śmiem twierdzić, że byt, zwany polskim thrillerem, istnieje, a nawet ma się dobrze i wyraźnie otrzepuje się po wyjściu z przykurzonej i siermiężnej fazy oraz przejściu przez stadium kulejąco-nieporadne. Dowodzi tego Tomasz Sekielski - kolejny autor o korzeniach dziennikarskich, który postanowił zmierzyć się z rzemiosłem pokrewnym wyuczonemu, czyli powieściopisarstwem. I efekty są niezłe. 

Cała historia rozpoczyna się od sceny w tytułowym Sejfie - supertajnym pomieszczeniu polskiego wywiadu, w którym deszyfruje się informacje. Jeden z szyfrantów przez przypadek przechwytuje depeszę, nieprzeznaczoną dla jego oczu, najwyraźniej jednak zawierającą istną bombę. Świadomy znaczenia tego meldunku, podejmuje pewne kroki. I znika bez śladu... To pierwsza migawka. Drugą są zwłoki, wyłowione ze stawu gdzieś na Podlasiu - zdeformowane, ze śladami tortur. Miejscowa policja nie nacieszy się długo śledztwem - na zadupie zjeżdżają smutni panowie w ciemnych samochodach i przejmują dochodzenie, prowincjonalnym organom ścigania nakazując, by zapomnieli o całej sprawie. I jest jeszcze trzecia migawka - W Iraku ginie polski żołnierz. Jego zwłoki zostają sprowadzone do Polski, jest trochę przepychanek w kwestii obdukcji, otwarcia trumny, ale w końcu ciało z honorami spoczywa w grobie, a nad nim zostaje zrozpaczona żona. Nikt nie wie, że mąż przed śmiercią przekazał jej paczkę z tajemniczą zawartością...

Aż trzy frapujące wątki, co do których nie ma najmniejszych wątpliwości, że się połączą. I faktycznie, za rozpętlenie węzła bierze się niezależnie od siebie dwóch facetów - dziennikarz, który właśnie stracił pracę w wielkiej stacji telewizyjnej i jeden z prowincjonalnych śledczych, tak lekceważąco potraktowanych przez Facetów w Czerni. Sekielski umiejętnie kładzie tropy, nie zdradzając zbyt wiele, ale i nie komplikując wszystkiego do niemożliwości. Średnio rozgarnięty czytelnik domyśli się, w którym kierunku chce wywieść go autor, co nie znaczy, że będzie miał przez to mniej frajdy z czytania. Bo jest w tej książce wszystko to, co znamionuje dobrego thrillera: tempo, akcja, wielka afera, są fajnie skrojone postacie, skrywające niejedną zagadkę. 

Na poziomie językowym nie powinniśmy spodziewać się Nobla, ale nikt też tego nie wymaga. Warsztat Sekielskiego jest poprawny, język dosadny, autentyczny, zaczerpnięty bezpośrednio z otaczającej rzeczywistości, często skrzeczącej, rzadko pięknej i malowniczej. Fantastycznie skreślony został światek dziennikarzy - tu się czuje, że facet siedzi w branży i doskonale zna mechanizmy środowiska - bez owijania w bawełnę, wręcz nawet demaskatorsko, ale bez moralizatorskiego wygrażania palcem. Wyczulone feministki zaś mogą się trochę oburzyć, bowiem z niektórych scen aż bucha seksizm - nie podejrzewam autora hołdowanie temu zjawisku, ale jakaś fiksacja na punkcie kobiecych biustów wyraźnie tu występuje. Ciekawe, że pisarze często nie mogą się powstrzymać przed charakteryzowaniem kobiecych postaci przez pryzmat ich cycków, ale żadnemu nie przyjdzie do głowy, żeby pisać o penisach.

Rewelacyjne jest za to zakończenie, niemające w sobie nic amerykańskiego. Autorowi udało się zgrabnie pozakańczać wątki, unikając przy tym taniej widowiskowości i naciąganego happy endu. To co zostaje, to przygnębienie i gorycz. I poczucie, że życie zapewne tak właśnie rozpisałoby taki scenariusz. 



Pierwsze zdanie: "Mężczyzna był wściekły."
Gdzie i kiedy: Polska, 2007 
W dwóch słowach: demaskująca i nieudawana
Dla kogo: dla tych, co lubią o Polsce bez ogródek oraz wątpiących, że Polacy potrafią pisać sprawne thrillery
Ciepło / zimno: 78°

sobota, 9 lutego 2013

Arno Strobel "Der Sarg" (Trumna) - Waterloo czy Somosierra?


Wydawnictwo: Fischer Verlag
Data premiery: 10.01.2013
Liczba stron: 384
Cena: 9,99 euro

Kiedy pół roku temu, ledwie się pozbierawszy po druzgocącej lekturze powieści Arno Strobla "Das Wesen", wypisywałam peany na temat finezji, wyrafinowania, genialnej gry emocji, jakie zaserwował czytelnikom ten autor, nie mogłam wiedzieć, że kolejna, najnowsza pozycja, która opuściła jego warsztat, nie wywoła we mnie podobnych odczuć, a zaledwie zakłopotane zdziwienie. To jest to samo pióro? Ten sam błyskotliwy umysł, króry obmyślił iście diabelską intrygę i powiódł czytelnika labiryntem niewiadomych i po stokroć zmieniających się możliwych wersji wydarzeń?  

Rozczarowanie nie spadło na mnie od razu, z impetem pierwszej wiosennej ulewy, tylko wkradało się cichaczem, niemal niepostrzeżenie, objawiając się ledwie wyczuwalną goryczką i niecierpliwie przyspieszonym tempem prześlizgiwania się po linijkach tekstu, podświadomym wyczekiwaniem na ten wielki moment, w którym przejrzę perfidną grę autora i oniemieję w obliczu niesłychanego sprytu i wymyślności intrygi. Bowiem słabość tej pozycji nie objawia się we wstępie, nie objawia się nawet w połowie. Pierwsza scena ostrzy apetyt jak diabli: wspomniana w pierwszym zdaniu Eva faktycznie budzi się w trumnie, czego nietrudno domyślić się po tytule. Sposób, w jaki Strobel kreśli tę sytuację i konfrontuje bohaterkę z drastycznym położeniem, jednocześnie igrając z zakorzenionymi głęboko w nas klaustrofobicznymi, podsycanymi oglądanymi za młodu horrorami lękami przez zakopaniem żywcem, jest kapitalny. Równolegle wprowadzony zostaje wątek brutalnych morderstw, popełnianych w Kolonii na kobietach, które ktoś zakopuje żywcem w drewnianych skrzyniach. Do akcji wkracza Menkoff, komisarz, którego już poznaliśmy, i który wkradł się w nasze łaski bezprzykładną bezkompromisowością, wręcz agresywną i chorobliwą nieufnością, z jaką tropi zbrodnie. 

Menkoff nie jest już tym Menkoffem. Jest sflaczałym dziadem, stetryczałym i zgorzkniałym, bez pazura, za do z całą masą nawarstwionych pretensji i żalów do całego świata. Może to celowy zabieg Strobla, który nie chce tworzyć posągów z brązu. Może. Odbrązowienie postaci nie wyszło jej jednak na dobre - Menkoff zyskał urok papierowej wycinanki. 

Cień dawnego wysmakowania pojawia jeszcze mimo wszystko, gdy staje się jasne, że Eva nie śni koszmarnych snów o trumnie, lecz ktoś naprawdę ją w niej zamyka, często, niemal noc w noc. Strach staje się namacalny, jednocześnie zaś czytelnik drętwieje w konfrontacji z nieziszczalnością, nieprawdopodobieństwem tego, co jednak ewidentnie, bezsprzecznie się dzieje. Uwielbiam spętlone do niemożliwości intrygi, w których autor balansuje na granicy niemożliwości, testuje inteligencję czytelnika i pokonuje go w końcu genialnym szachmatem. Wiadomo, że wszelkie pierwiastki metafizyczne deklasują go w tego rodzaju ekstremalnych suspensach. Metafizyki tutaj na szczęście nie ma, rozwiązanie, które proponuje Strobel jest podparte naukowo, choć zakorzenione rewirach radykalnej psychologii, a wręcz psychiatrii. Tym niemniej rozczarowanie, jakie przeżyłam, może równać się z bezbrzeżnym żalem dziecka, spodziewającego się dostać pod choinkę wyśniony prezent marzeń, a znajduje barchanowe majty i wełniane skarpety robione na drutach (nie ujmując niczego kochającym babciom). 

Kiedy doda się do tego galerię tuzinkowych postaci i drewniane dialogi, powstaje dzieło, plasujące się gdzieś w okolicach groszowych powieścideł, którymi entuzjazmują się pryszczate nastolatki. Może brakuje mi obiektywizmu, a może zawiedzione wysokie oczekiwania powodują, że gorycz przyćmiewa walory tego thrillera, który mimo wszelkich wytkniętych tu wad i tak przewyższa większość wypuszczanej na rynek masowej produkcji. Może na tym polega właśnie polega dramat mistrzów, że ich potknięcia z miejsca klasyfikuje się jako Waterloo? Może powinnam wybaczyć, zapomnieć i zaczekać na kolejną Somosierrę?...


Pierwsze zdanie: "Eva obudziła się w kompletnych ciemnościach.*"
Gdzie i kiedy: Kolonia, współcześnie 
W dwóch słowach: poślednia i niewiarygodna
Dla kogo: dla wielbicieli Fitzka i gęsiej skórki
Ciepło / zimno: 58°

* Tłumaczenie moje. 

czwartek, 7 lutego 2013

Uwaga na krawaty!



Chłopy, uważajcie na krawaty!

Dziś jest "unsinniger Donnerstag" (jak mówią w Bawarii) czyli niedorzeczny czwartek, zwany w Badenii "schmotziger Donnerstag" (brudny czwartek), a w zagłębiu karnawałowym nad Renem i w zasadzie całych Niemczech "Weiberfasching" (babski karnawał).

Mężczyźna, którzy tego dnia ośmieli się wyjść z domu w krawacie, może wrócić upokorzony i zgnębiony, ze zwisem męskim smętnie przyciętym, skróconym i obrzępolonym. Dziś na chłopów wszędzie czyhają obłąkane baby z nożyczkami, złośliwie wypatrujące jedwabnych Hugo Bossów i Armanich. Nie chcę nic sugerować, ale jeśli macie w czeluściach szafy, drodzy panowie, krawaty brzydkie, niegustowne, w misie albo inne żenujące motywy, którymi  obdarowała was na przykład kochająca teściowa, to może warto ustroić się takie cudo dzisiaj?...

Miłym akcentem dzisiejszego dnia jest folgowanie babskim przyjemnościom:


Tak, Niemcy też zażerają się pączkami, które w przaśnej Bawarii nazywają się "Krapfen". Jak widać, fantazja cukierników nie ma granic i można się dziś tuczyć pączkami z rozmaitymi nadzieniami, od klasycznych z konfiturą z róży, po czekoladowe, waniliowe, ajerkoniakowe, pistacjowe... i tak dalej. W zeszłym roku moim faworytem był pączek zatyłowany "Heisse Liebe" (gorąca miłość), wypełniony cudowną kombinacją konftury malinowej i sosiku waniliowego... Pięć minut w ustach, pół roku w biodrach...


Nadprogramowe wałki tłuszczu można zacząć zrzucać już we wtorek, w ostatki, czyli Faschingsdienstag, najlepiej przyłączając się do tradycyjnego tańca przekupek (Tanz der Marktfrauen) na monachijskim targu wiktuałów Viktualienmarkt.

A teraz, kobitki, ciap, ciap, do roboty!


środa, 6 lutego 2013

Kfiatki z wyszukiwarki

Źródło: Bildtankstelle.de


Dość, Schluss, basta!
Nazbierało się tego tyle, że celem ulżenia sobie publikuję dziś kolejny rzut wspaniałości, które wymyślacie, żeby pokrętnymi drogami trafić do mnie (oj, nieładnie, nieładnie, i po co te kombinacje?).
No to jedziemy (pisownia wszędzie oryginalna):

ostry i moje zabakane oko
Brzmi prawie jak tytuł jakiegoś filmu, prawda? Waham się jeszcze tylko, czy to z gatunku westernu, czy pornola...

osoby ktore kochaja Bartlomieja
W sumie to jest jakiś pomysł na post. Może przetestujmy to zaraz: osoby, kochające Bartłomieja, niech się wpiszą w komentarzach celem dalszej analizy przypadku.

dziewczyna z trupią głową
To o mnie? No może nie należę do młódek, ale do grobu też mi jeszcze daleko...

Wołomin zacofany
Ekhem. Nie chciałabym nikogo urazić, ale coś w tym może jest...

co to znaczy Wolfgang po polsku
Wprawdzie nie chcę robić za darmowy słownik, ale spróbujmy: Wolf to wilk, Gang to chód albo korytarz. Wilczy korytarz? Wilczy trucht? Korytarz dla wilka?... Może przemianuję ten post na "przetłumaczyć nieprzetłumaczalne"...

ken filety zima świata
Ja rozumiem, że zima, śnieg, ludziom ciężko, ale żeby biednego Kena na filety przerabiać... Zezwierzęcenie, naprawdę!

biuro rzeczy znalezionych Ingolstadt
Pomyłka.

czy psy były kiedyś wilkami w życiu
Bardzo filozoficzne, by nie powiedzieć metafizyczne pytanie. Ale nie wiem, trzeba by wilka spytać.

trzeba wiedzieć, kiedy skończyć ze...
I się urwało. Nie wiem, z czym lub z kim chciał skończyć poszukujący. Ale czemu szukał tego u mnie? A może to jakaś sugestia odnośnie mojej obecności w blogosferze? Niedoczekanie...

móżdżek
Jeśli ptasi, to sobie wypraszam. Jeśli to miało być kulinarnie, to nie gustuję. I nie zamieszczam przepisów.

gry w lalki które nie wpadają do garnka na wyspie gier
Matkobosko! To są takie gry? W tych, co gram, ZAWSZE WPADAJĄ!

rebus kocham pożądam
Hmmm, w sumie detektyw Rebus może się podobać kobietom, ale chyba nigdy nie pisałam, że go POŻĄDAM?!... Tu czasem zagląda mój legalny i prawowity małżonek, więc żeby mi nie było...

nie może się zestarzeć do puki nie
A ja powiem tak: kto póka, nie błądzi. I się nie starzeje.

jak zostać przejechanym przez samochód
To akurat nie jest zbyt trudne. Wystarczy spróbować przejść na pasach w Warszawie.


I jak tu się nie załamać?!!! Człowiek się stara, wymyśla, pisze o sprawach wzniosłych i poważnych, a tu takie... dyrdymały ludzie chcą....

wtorek, 5 lutego 2013

Jakob Arjouni "Bruder Kemal" - brat Kemal czyli Philip Marlowe we Frankfurcie


Wydawnictwo: Diogenes
Data premiery: 28.08.2012
Liczba stron: 225
Cena: 19,90 euro

Kto tak dziś jeszcze pisze?... Erudycyjnie, kąśliwie, ale bez udziwnień i silenia się na bógwieco, z genialnie zawiązaną nitką narracji. Czysta, niczym niezmącona radość czytania, która pojawia się już po pierwszej przeczytanej stronie - rzadki to efekt. 

Tym bardziej żal, że ten występ prywatnego detektywa o wdzięcznym i dźwięcznym nazwisku Kayankaya będzie ostatnim. Jakob Arjouni, niemiecki pisarz, który chyba jako jedyny zdołał stworzyć postać śledczego, dorównującego legendarnemu Philipowi Marlowe, zmarł niedawno w zbyt młodym wieku. Nutka żalu towarzyszyła mi podczas lektury tej książki, która jednak nie przyćmiła autentycznej przyjemności, a nawet  krotochwili, z jaką chłonęłam opisane precyzyjnym, ciętym językiem przygody detektywa o tureckich korzeniach (choć bardziej adekwatne byłoby słowo korzonki, bowiem Kayankaya został w dziecięctwie adoptowany przez niemieckie małżeństwo i z krajem swych protoplastów, ich językiem i religią ma wspólnego bardzo, bardzo niewiele). 

Cała historia zaczyna się klasycznie - od zlecenia, jakie detektyw przyjmuje od pięknej blondynki. Ociekająca seksem heroina uprasza naszego bohatera, by odszukał jej córkę - Marieke, dziewczę inteligentne, oczytane, utalentowane i w ogóle wielce ciekawe świata i ten świat z gorliwością neofitki poznające, należy sprowadzić z powrotem na łono rodziny, skąd wyrwało się w szpony szarmanckiego i zepsutego do szpiku kości dilera narkotyków. Jednocześnie detektyw przyjmuje inne zlecenie: ma ochraniać na trwających właśnie targach książki we Frankfurcie pewnego budzącego kontrowersje pisarza marokańskiego, który popełnił był dzieło wstrząsające, obrazoburcze i mało zrozumiałe, traktujące o coming oucie muzułmanina-homoseksualisty. Literata należy ustrzec przed możliwym zamachem, tudzież innymi przykrościami ze strony oburzonych radykałów. Oba te zlecenia splotą się ze sobą w zdumiewający sposób, prowadząc do zaskakujących zwrotów akcji i cudownie kłopotliwych zderzeń kulturowych. 

I to ostatnie hasło stanowi kwintesencję prozy Arjouniego. Autor bezkompromisowo rozprawia się z mitami, stereotypami i polityczną poprawnością, narosłymi wokół problematyki wielokulturowości we współczesnym świecie zachodnim. Nie czyni tego w sposób napuszony i nadęty, bez poczucia misji czy wygrażania palcem, tylko przede wszystkim niebywale komiczny. Dawno tak nie ryczałam ze śmiechu jak podczas lektury tej książki. Ten humor, ta zjadliwość, to wyszczekanie - Boże, daj mi choć maleńkie ździebko tych przymiotów, którymi tak szczodrze obdarzyłeś detektywa Kayankayę, a w zasadzie jego twórcę, pisarza! Jakże on potrafi gasić zapalczywców, wytrącać z równowagi myślących mięśniami troglodytów, wprawiać w zakłopotanie intelektualistów i burzyć spokój drobnomieszczańskiej socjety!... A że popada przy tym w tarapaty, z których wyciąga go szczęśliwy traf, intuicja i chucpa, to tylko dodaje smaczku całej opowieści. 

Całość jest znakomicie opowiedziana, kompaktowa - ale w tym pozytywnym sensie - i niezwykle frapująca. Abstrahując od czystych walorów językowych, jest to po prostu znakomita, prosta, ale treściwa historia kryminalna z inteligentną nutą socjokrytyki. I cudownym klimatem noir - niesamowite, zważywszy na Frankfurt, Niemca i w ogóle, prawda?... Bierzcie to, drodzy wydawcy i czytelnicy, dla takich książek się żyje. 


Pierwsze zdanie: Marieke miała szesnaście lat i zgodnie ze słowami jej matki była: "bardzo utalentowana, oczytana, zaangażowana politycznie, ciekawa świata, dowcipna - po prostu wspaniała, młoda inteligentna osoba, rozumie pan?"* 
Gdzie i kiedy: Frankfurt, współcześnie 
W dwóch słowach: uszczypliwa i wysmakowana
Dla kogo: dla wielbicieli Philipa Marlowe'a i dobrej satyry
Ciepło / zimno: 88°
*tłumaczenie moje