Ads 468x60px

sobota, 8 grudnia 2012

Monachium na lekkim gazie - zapraszam na grzańca


Są pewne aspekty życia w Niemczech, których nie zamieniłabym na nic innego na świecie. Kiedy zbliża się adwent, a ja dostaję alergii na widok czekoladowych mikołajów i bombek w supermarketach, zalegających na półkach od października, wystarczy, że przejdę się raz przez tutejszy Christkindlmarkt i natychmiast odchodzi mi cały nerw i po paru przystankach przy co ciekawszych straganach wracam rozanielona i na leciutkim gazie, by z utęsknieniem czekać na Boże Narodzenie.

Napijcie się dziś ze mną grzańca - wirtualnie chociaż - zapraszam! Ja dziś się uraczyłam winkiem grzanym jeżynowym, znakomicie rozgrzewającym, aromatycznym i siejącym w łepetynie błogi zamęt. Tylko cena dziwnie nieprzyjemna i szarpiąca trzos - 4 euro... Czy mi się zdaje, czy jeszcze nie tak dawno płaciło się 2,5 euro za kubasek?


Po pierwszej stacji na straganie z Glühweinem przemkniemy się w samo serce monachijskiego kiermaszu, na Marienplatz. Drzewko się Monachijczykom w tym roku udało - w zeszłym roku wyglądało sromotnie, zbierając piętrowe przekleństwa i cierpliwie znosząc wybrzydzania, a nawet będąc obiektem szyderstw i drwin. W tym roku iglak jest symetryczny i nieprzełysiały, choina jak się patrzy! I nie trąci kiczem, jak nie wytykając palcami sztuczny produkt drzewkopodobny na Placu Zamkowym w Warszawie. Monachijski Christbaum jest, by go pochwalić z cudzoziemska - au naturel.


Z Marienplatzu można się cichaczem wymknać na chwilę do Hugendubla, czyli mojej ulubionej księgarni, rozłożonej dekadencko na sześciu piętrach. Z najwyższego rozpościera się widoczek na Marienplatz i drepczące po nim mróweczki. W Hugendublu nabywamy "Metro 2033" i zmykamy na Rindermarkt, gdzie budek stoi może niewiele, ale wszystkie są klasy deluxe.


Po drodze można zakąsić świeżym daktylem, mandarynką z listkiem, czereśniami albo persimonem - albo po Bożemu suszonymi owocami, jak przystało na zimową porę roku.


Przystanek na grzańca - tym razem wiśniowego. Dla frakcji bezalkoholowej kilka smaków ponczu do wyboru.


Jest pewien rodzaj klientów Christkindlmarktu, który obok takich cudowności nie potrafi przejść obojętnie. Niektóre panie co roku wydają spore sumki na kolejne świąteczne durnostojki i połyskujące cacuszka. Znajdzie się tu coś na każdy gust i smak, choć nie na każdą kieszeń. Kiermasze są zdecydowanie dla tych zasobniejszych kieszeni.


Jeśli komuś za mało szumi w głowie, to może wstąpić do gorzelni - tu podają większe kalibry, jest jagatee, rozmaite smakowe wódeczki i naleweczki, sznapsiki i gorzałeczki. Stąd już mocno chwiejnym krokiem zmierzamy...


... w stronę budki z nostalgicznymi zabawkami, ale ponieważ jesteśmy po kielichu, automobila nie kupujemy, tylko sycimi wzrok i idąc za nosem...


... wpadamy na dyżurne danie każdego kiermaszu, czyli Reibedatschi mit Sauerrahm, czyli placki ziemniaczane z duuuuużą ilością śmietany.

I tym optymistycznym akcentem kończymy spacerek mroźnymi ulicami Monachium. Zum Wohle!

wtorek, 4 grudnia 2012

Phil Rickman "Frucht der Sünde" (The Wine of Angels) czyli kto się boi starego jabłonka



Wydawnictwo: rororo
Tytuł oryginału: The Wine of Angels
Data premiery: 1998
Wydanie niemieckie 02.05.2009
Ilość stron: 608
Cena: 9,95 euro

Dzień pierwszy
Postanawiam nadgryźć stertę starych kryminałów zalegajacych półki. Mój wybór pada na "Owoc grzechu" Phila Rickmana. Kryminał angielski, reklamowany jako "klerykalny" (cokolwiek to znaczy), napisany przez erudytę i krytyka literackiego, z nietuzinkową postacią (zagadki rozwiązuje kopcąca jak lokomotywa, klnąca na potęgę, samotnie wychowująca matka-Angielka i... duchowna kościoła anglikańskiego - tego jeszcze nie było), a klimat powieści ociera się o ezoterykę, zjawiska niewytłumaczalne i w ogóle nie z tej ziemi. Brzmi dobrze. Okładka nastraja odpowiednio, podobnie obietnica łagodnych zielonych wzgórz angielskiej prowincji... Mniam. Zaczynam czytać. Pierwsze strony przenoszą mnie do starego sadu w niewielkiej miejscowości Lewardine, gdzie paru tubylców i księżyca (żeńska forma od ksiądz?!...) wraz z córką stoją zgromadzeni wokół jabłonka (męska forma od jabłoń?!...) i odczyniają jakieś kompletnie niezrozumiałe czary. Bredzą przy tym o jakichś duchach w gałęziach i tym podobnych. Scena trwa wiecznie, a kończy się tak niespodziewanie, że ledwie ją zauważyłam, ululana monotonią rozmów) - otóż jeden z nich, tych domorosłych szamanów, bierze dubeltówkę i odstrzeliwuje sobie łeb. Koniec sceny. Postanawiam kontynuować lekturę następnego dnia.
Dzień drugi
Okazuje się, że incydent w sadzie wokół jabłonka nie ma nic wspólnego z pozostałą częścią książki. Fabuła toczy się niespiesznie i niewzruszenie, a odstrzelenie łba zakwalifikowane zostaje jako samobójstwo, a potem nieszczęśliwy wypadek (żeby rodzinie nie było przykro). Nowa księżyca faktycznie od czasu do czasu używa nieładnych wyrazów, poza tym ma dorastającą córkę, która już w pierwszy weekend nawala się jak haubica cydrem i o mały włos nie staje się ofiarą gwałtu zbiorowego, ale zostaje uratowana przez pawia (własnego) i jabłonka (tego z sadu). Widzę parę zalążków cudownie konfliktowej akcji i przyspieszam lekturę, ale gubię się w wielostronicowych dywagacjach dotyczących ważkiej kwestii, czy księżyca ma pozwolić na spektakl w kościele o pewnym homoseksualiście, który żył czterysta lat temu, czy nie. Zasypiam.
Dzień trzeci
Merrily Watkins (księżyca) jest w rozterce i w stresie. Szuka córki, zgłębia miejscową historię (chrr.... chrr... chr..., sorry, chyba przysnęłam), widzi duchy, filozofuje o jabłonku. Dobiegłam (co za przesada!) do strony 200, trupa nie ma. 
Dzień czwarty
Trupa nadal nie ma. Księżyca naraża się tubylcom, puszcza pawia podczas swojej inicjacji (w sensie, że biskup przyjechał i odprawił mszę z okazji objęcia przez nią parafii). Córka księżycy zaprzyjaźnia się coraz bardziej ze starym jabłonkiem oraz byłym muzykiem rockowym o steranej duszy. Poza tym w domu parafialnym straszy. We wsi odbywa się impreza, trwająca pięćdziesiąt stron.
Dzień piąty
Trupa nie ma, chociaż minęłam półmetek. Sprawdzam, czy to na pewno kryminał, ale na okładce stoi jak wół: powieść kryminalna. Chr... chrrr.... chrrr...
Dzień szósty
Ale się wystraszyłam! Wszystko przyspieszyło nagle, z kopyta, mało nie pospadałam z sofy! We wsi ginie dziewczyna, pojawia się trup, potem drugi, losy księżycy splatają się ze starym jabłonkiem, zagadka zostaje wyjaśniona w trymiga, a ja pozostaję z wielkim znakiem zapytania i mętlikiem w głowie. Z ręką na sercu: cydru nie sączyłam! Ale wreszcie jestem wyspana. 

Moja ocena: cała dwójka (za zalążki znakomitych pomysłów i postaci - a może powinnam powiedzieć: pesteczki?) (2/5). Może hardkorowi anglofile i miłośnicy jabłek dodają z jeden punkt.


Książkę przeczytałam w ramach listopadowego wyzwania trójka pik w kategorii "wydane przed 2000". 

niedziela, 2 grudnia 2012

Mamut mieszany zimowy z sadełkiem


Prezentuję mojego najnowszego mieszanego mamuta: zad ma niemiecki i fantastyczny, sadełko fantastyczne i polskie, łeb mocno fantastyczny i pomieszany, nasada trąby mitchellowska, sama trąba smoczo-mistyczna. Ogonek kryminalny, zaś odnóża polskie. Czyż nie jest uroczy?...

Mamutobicie

Rozłożony na elementy pierwsze mój mamut składa się z następujących rarytasów:




1) Brandon Sanderson Der Weg der Könige oraz
2) Brandon Sanderson Der Pfad der Winde, dwa opasłe tomiska najnowszego cyklu The Stormlight Archive, liczące po 1000 stron, a stanowiące zaledwie pierwszy tom obliczonej na 10 (!) tomów sagi. MAG planuje wydać The Way of Kings w przyszłym roku. Nie wiem, czy te książki są przeznaczone do czytania, czy tylko do stania na półce, bo formatem zbliżone są do Eriksona, ale wyposażone w twardą, solidną niemal dębową oprawę, jak przystało na solidny zadek mamuta.
3) Steven Erikson Ogrody księżyca oraz
4) Steven Erikson Bramy domu umarłych, czyli pierwsze dwa tomy tego iście mamuciego cyklu, który postanowiłam sobie sprawić, a nawet przeczytać. Przeraziłam się, jak przyszły, bo obawiam się, że mogą się przemienić w narzędzie zbrodni - uwielbiam czytać w łóżku, a pod czymś takim można zejść z tego świata.
5) Bernd Perplies Für die Krone oraz
6) Bernd Perplies Gegen die Zeit, czyli dwa pierwsze tomy cyklu steampunkowego niemieckiego autora Magierdämmerung czyli Zmierzch Magów. Podobno znakomite!
7) Ben Marcus Flammenalphabet (oryg. The Flame Alphabet)  - za oceanem wszyscy słaniają się w ekstazie nad tą powieścią, trudną, ale podobno genialną. Przekonamy się!
8) Rakietowe szlaki 3 - antologia zawierająca moich ulubionych pisarzy, którzy towarzyszyli mojemu dojrzewaniu. Oisaj mówi, że znakomite, a ja mu uwierzyłam:-)


9) Michael Cobley Die Saat der Erde (oryg. Seeds of Earth) - MAG zapowiada tę pozycję na marzec, a ja z ukontentowaniem rejestruję, że ktoś jeszcze w ogóle pisze książki s-f.
10) Jack McDevitt Firebird - pisze jak szalony, ten McDevitt. Firebird to szósta część cyklu z Alexem Benedicktem, więc raczej coś lżejszego.
11) David Mitchell Number 9 Dream oraz
12) David Mitchell Wolkenatlas (Cloudatlas) - nie trzeba nikogo instruować, kto zacz. Ponieważ mam z biblioteki jeszcze najnowszą książkę Mitchella, pewnie przez najbliższe tygodnie będę myśleć, śnić i mówić jak on.
13) Stephen R. Donaldson Skok w konflikt. Skok w wizję. Jeśli mi się spodoba, to zaopatrzę się w pozostałe tomy, bo wydawca sypnął obficie.
14) Marie Lu. Legenda. Rebeliant - tu mam mieszane uczucia. Jedni chwalą, inni psy wieszają... Pocieszam się, że przynajmniej tłumaczenie będzie przyzwoite, bo ręki przyłożył pan Marcin Mortka, a on to potrafi:-) Ale chude to jakieś...
15) Michael Swanwick Córka żelaznego smoka. Smoki Babel - nastawiam się, że to będzie jeden ze smaczniejszych narządów mojego mamuta, więc może jąderka?...
16) M. John Harrison Światło - Uczta wyobraźni, więc powinno być dobrze.


17) Stefan Darda Czarny wygon. Bisy - no dobra, na razie zbieram, nie czytam, ale w końcu się wezmę.
18) Giovanni del Ponte Niewidzialni. Tajemnica Misty Bay oraz
19) Giovanni del Ponte Niewidzialni Czarownica z Dark Falls - tu zawiniła Kasia z Kącika z Książką. Jakby co, to na nią:-) A książki kupiłam dla Smoka.
20) Anna Głomb Śmierciowisko - debiut, ale chwalony m. in. przez Annę Kańtoch
21) Saladin Ahmed Tron półksiężyca - tu również nie jestem pewna, czy było warto, ale za tę cenę...
22) Szczepan Twardoch Morfina - zamierzam się nafaszerować Morfiną i mam nadzieję, że nie będzie bolało...
23) Alan Hollinghurst Obce dziecko - nagradzane, chwalone, angielskie, z piękną okładką. Nie dopuszczam rozczarowania.
24) Joanna Bator Ciemno, prawie noc. Ominął mnie szał związany z Chmurdalią i tą drugą, ale na to się skusiłam. Jakieś kryminalne wątki tam są ponoć.
25) Alan Bradley Flawia de Luce. Tych cieni oczy znieść nie mogą. Najnowsza Flawia, bardzo się cieszę na wysmakowaną lekturę. Kto zna, ten pokochał, a kto nie zna, niech czyta pierwszy tom!
26) Felicitas Mayall Nacht der Stachelschweine - testuję nową serię kryminałów. Ma być bardziej po włosku, niż po niemiecku, a poza tym niemiecka część śledczego duetu pochodzi z Monachium, więc to jakby sąsiedzi prawie.


No i jak? Nabraliście ochotę na sadełko, trąbę albo jąderka?... Ja aż się oblizuję.

sobota, 1 grudnia 2012

Anna Kańtoch "Czarne" - o miodowozłocistych strugach bezczasu

Wydawca: Powergraph
Seria: Kontrapunkty
Data wydania: 5 października 2012
Liczba stron: 272
Cena: 34 zł

Piękna, prawda? Piękna okładka i piękna kobieta... Obie wytłumione, spokojne, owiane mgiełką tajemnicy. I to samo da się powiedzieć o zawartości tej książki - kolejnej pozycji wydanej w serii Kontrapunkty, mającej prezentować prozę nieschematyczną, niedającą się zaszufladkować, innowacyjną. 

Anna Kańtoch nie jest postacią nieznaną na polskiej scenie fantastycznej - znawcy gatunku zapewne skojarzą ją z rozpoczętym cyklem "Przedksiężycowi", który utknął na skutek rozmaitych zawirowań wydawniczych, a może zwykłego pecha, a także z wieloma nagradzanymi opowiadaniami. Nie ukrywam, że na jej nową powieść czekałam, nie wiedząc zupełnie, czego się po tym tajemniczym tomiku spodziewać.

I faktycznie, powieści tej nie da się łatwo oetykietować. Jej akcja zawiązuje się w roku 1935, w nadmorskim kurorcie, gdzie w sanatorium dochodzą do zdrowia rozmaite poharatane i niespokojne dusze. Piszę: akcja, a tymczasem samo to słowo jest już zaprzeczeniem tego, co nas czeka - bo to nie jest akcja, nie komiksowe szybkie sekwencje obrazów czy pulsujące dynamiką ciągi wydarzeń, kumulujące w wybuchowym finale. O wiele bardziej mamy tu do czynienia z rozsypanymi kawałkami mozaiki, które czytelnik spokojnie i mozolnie składa w jedną spójną całość, choć i słowo "spójny" zdaje się tutaj zgrzytać. Opowieść ta nie toczy się spójnie i linearnie, bowiem już po kilku początkowych scenach w nadmorskim miasteczku lądujemy w innych miejscach i w innym czasie - w Czarnem, położonej na pustkowiu wsi, gdzie rodzina naszej bohaterki od lat spędza wakacje, wypoczywając od tętniącej życiem Warszawy - choć i w niej spędzimy trochę czasu, w Czarnem odległym, leżącym we wspomnieniach i Czarnem teraźniejszym, gdzie czas wykonuje dziwną pętlę. Czas, który w zadziwiający sposób przyspiesza i cofa się, biegnie nierównym rytmem, gubi się i odnajduje w kilku strugach, powtarza cyklicznie na wzór muzycznego ronda, a czasem nawet rozlewa się w słonecznym bezczasie.

Pokrętne, co? Zgadza się, autorka nie ułatwia czytelnikowi zadania, bawi się z nim w gmatwanie i rozplątywanie czasowych strun, niedopowiadając i dając spory margines na własne interpretacje. Dla niektórych opowieść ta może się okazać obyczajową, spokojnie snutą historią, dla innych rzeczą o wspomnieniach i ich mocy, o powrocie do beztroskich lat i pachnących ciastem i swobodą lat dzieciństwa, dla jeszcze innych czystą, choć pozamainstreamową fantastyką z mroczną tajemnicą w tle, a kto inny będzie śledził wyłącznie kryminalny wątek. Sposobów na czytanie tej powieści jest bardzo wiele, a każdy z nich prawdziwy.

To bardzo zmysłowa opowieść - a nie mam tu wcale na myśli czystego erotyzmu, a raczej auto- czy homoerotyzmu, bo ten również tu występuje. Z każdej strony kipi fala doznań: kolorystycznych, smakowych, dźwiękowych. Te świetlne słoneczne gry, bursztynowości, złociste miody i soczyste zielenie, ten ciężki zapach wilgoci i deszczu, który pada niemal w każdej scenie, przeplatany z rozmaitymi odcieniami i rozmaicie intensywnymi promiemi słońca. "Zrywa się wiatr - słyszę, jak przedziera się przez korony świerków, strącając resztki wilgoci, szelest kropli w poszyciu jak gwar skrzacich rozmów otaczający mnie na ulotną chwilę"... Słyszycie to? To jest rytm tej powieści, jej sól i przyprawa. Trzeba umieć czytać poezję, by rozkochać się w tej książce - nie znajdą w niej niczego dla siebie zwolennicy konkretnej, jednoznacznej prozy. 

To w końcu dla kogo jest ta pozycja? Dla poszukujących inności. Dla tych, którzy lubią eksperymenty. Dla tych, którzy kochają soczysty, elegancki, piękny język. Na pewno nie na każdą półkę. Ale na taką, na której stoją te książki, które nie pasują na żadną inną...

Moja ocena: piątka, z niewielkim minusem (5-/5). 

czwartek, 29 listopada 2012

Na co czekam...


Wydawcy sypnęli informacjami o planach wydawniczych na przyszły rok i chociaż terminy na połowę przyszłego roku wydają się na razie abstrakcyjnie odległe, niektórych tytułów wyczekuję z wielkim utęsknieniem. W moim koszyku przyszłorocznym znalazły się te kąski:

1) Mark Allen Smith "Der Experte" (oryg. Expertise)
A jednak! Przeczucie mnie nie omyliło i nastąpi dalszy ciąg przygód specjalisty od tortur, Geigera. Pierwsza część ukazała się w Polsce w tym roku w Hachette, pisałam o niej tutaj, natomiast drugi tom zapowiadany jest w Niemczech na 16 sierpnia 2013. Nie powiem, cieszę się, bo "Inkwizytor" nie mógł się skończyć, ot tak, zbyt wielu informacji brakowało na koniec.



2) Tess Gerritsen "Abendruh" (oryg. Last to Die) Gerritsen jest pracowita jak mróweczka i już 26 kwietnia 2013 zaserwuje nam kolejny tom popularnej serii Rizzoli & Isles. Z notki wydawcy: Jako jedyni przeżyli straszliwe rodzinne tragedie. Najpierw brutalnie zamordowano ich rodziców, potem rodziny zastępcze. W internacie położonym gdzieś w odległych rejonach stanu Maine mają odzyskać zaufanie do ludzi i odnaleźć drogę do normalnego życia. Jednak pomimo tego, iż szkoła jest hermetycznie zamknięta dla postronnych, dochodzi do niepokojących incydentów, a trójka nastolatków zaczyna obawiać się o życie. Maura Isles, którą z internatem łączy osobista więź, jest na miejscu, kiedy zagrożenie eskaluje... I co jest temat na bestsellera? Notabene, Albatros ma tę pozycję w zapowiedziach na przyszły rok, pod tytułem "Ostatni, który umrze" (sznurek tutaj). 



3) Ake Edwardson "Die Rache des Chamäleons" (oryg. Möt mig i Estepona) Kolejny Winter! I to już 15 lutego 2013. Z opisu wydawcy: Twój mąż cię kocha. Kocha wasze dzieci. Jest człowiekiem sukcesu, prowadzicie udane życie. Ale jedna wiadomość zmienia wszystko. Kumpel z dawnych czasów twierdzi, że twój mąż jest mu coś winien. I żąda zadośćuczynienia. Z miłości porywasz się na  tajemniczą misję. Ale kim jest mężczyzna u twego boku? Najnowszy thriller Edwarsona przenosi czytelnika do Andaluzji i w terrorystyczną przeszłość. Coś mi się widzi, że Szwedzi wyjątkowo rozkochali się w tej Andaluzji - najpierw Marklund, teraz Edwardson... Za zimno im, czy co?...

4) Stephen King "Joyland" ma się ukazać 17 czerwca. Wydawca kusi tak: Bestseller Stephena Kinga "Dallas 63" spotkał się z entuzjazmem krytyków. W powieści "Joyland" autor zabiera czytelników na wyprawę w lata siedemdziesiąte. W niewielkim wesołym miasteczki krzyżują się drogi ukrywającego się mordercy i dziecka.  Devin Jones, jest studentem zarabiającym na opłacenie uwiwersytetu w parku Joyland w Północnej Carolinie. Jest lato roku 1973, a myśli studenta zaprzątają trzy sprawy: jego wielka miłość Wendy zrywa z nim listownie. W diabelskiej kolejce Horror House rzekomo straszy, odkąd zamordowano w niej dziewczynkę. Wreszcie frapuje go tajemnica pięknej młodej kobiety, której willę chłopak mija każdego dnia. Zafascynowany beztroskim życiem w miasteczku Devin przedłuża swój pobyt. Jego ciekawość wyzwala lawinę wydarzeń, w których stawką okaże się życie... Nie wiem jak wy, ale ja zamierzam sprawdzić, co to za wydarzenia.

5) Klüpfel i Kobr "Herzblut" (w wolnym przekładzie: Własną krwią)
Kolejny Klufti na horyzoncie - już 26 lutego. Mały przedsmak: Kluftinger jest święcie przekonany, że  podczas rozmawiając przez komórkę z anonimowym rozmówcą  - to akurat podczas wyczekiwanej z obawą konferencji prasowej szefa - jest świadkiem morderstwa. Jego koledzy policjanci próbują wybić mu z głowy to podejrzenie, twierdząc, że ma "zwidy, spowodowane zbyt intesywną konsumpcją pieczeni wieprzowej". Kluftinger na własną rękę wszczyna dochodzenie i na miejscu zdarzenia znajduje dużą ilość krwi, jednak nie ciało. Wydarzenia nabierają dynamiki, kiedy rejonem Allgäu wstrząsa seria brutalnych morderstw. Kiedy wreszcie pojawiają się brakujące zwłoki, a Kluftinger orientuje się, co łączy wszystkie zbrodnie, jest już prawie za późno... Prywatnie również znajduje się pod presją: od wielu dni dokucza mu kłujący ból w mostku. Kluftinger obawia się najgorszego. Upokarzające badanie u wiecznego antagonisty doktora Langhammera zdaje się potwierdzać podejrzenie. Ale komisarz postanawia wziąć się za siebie. Tylko czy dieta bezmięsna, pozbawiona ulubionych "kässpatzen" i kurs jogi to właściwa droga?... I śmiesznie, i strasznie...

6) Peter F. Hamilton "Die Dämonenfalle" (oryg. Manhattan in Reverse) ukaże się 14 marca 2013. Czego się spodziewać? Notka wydawcy jest dość enigmatyczna, nie wiadomo, czy chodzi o morderstwa popełnione w alternatywej wersji wiktoriańskiego Oxfordu, czy o nowy tom ze świata Wspólnoty - jedno jest pewne " Void Trilogy" to to nie jest... Nowa seria?



7) Ian Rankin "Mädchengrab" (oryg. Standing in Antoher Man's Grave - tytuł to kolejny dowód bezgranicznej kreatywności niemieckich wydawców, którzy postanowili, że powyższe to Grób dziewczynki). Rebus powróci 11 marca! 
Po pięciu latach emerytury inspektor Rebus udaje się znowu w pościg za zbrodniarzem, tym razem po cywilnemu. Uparty Szkot nadal kopci jak lokomotywa i nie stroni od whisky - wbrew wszelkim zaleceniom lekarzy. Przełożonych ignoruje, a jak się nie da, to idzie z nimi na udry. I tak popada w konflikt z Malcolmem Foksem. Temu się nie podoba, że John, tropiąc seryjnego mordercę, działa na własną rękę i zgodnie z własnymi kontrowersyjnymi metodami. Ma wszystkich przeciw sobie - prawie wszystkich, bowiem ulubiona koleżanka Siobhan Clarke jako jedyna stoi po jego stronie... Kto by by pomyślał: konfrontacja Rebusa i Foksa? Ciekawam tego bardzo. A tak na marginesie - zauważyliście, że motyw ukatrupionego ptaszka jakoś bardzo się podoba niemieckim grafikom?...


A czy Wam zabiło mocniej serce na widok któregoś z tych tytułów?...

środa, 28 listopada 2012

Karin Fossum "Schwarze Sekunden" (Czarne sekundy) - o jakości lapidarności


Audiobook 4 CD
Dhv der Hörverlag
Data premiery: 2004
Tytuł oryginału: Svarte sekunder
Przekład na niemiecki: Gabriele Haefs
Lektor: Nina Petri
Wersja autorska skrócona, 309 minut
Cena: 28 euro

Czy można się przesycić skandynawskimi kryminałami? Można. Jeśli ze wszystkich stron napierają rzekome bestsellery z etykietą "skandynawskie", a człowiek obawia się, że otworzywszy lodówkę, zostanie napadnięty przez "piątego Larssona", albo "książkę, która podobała się Läckberg", to trudno reagować inaczej, niż lekkim odruchem wymiotnym, zwłaszcza iż jakość zachwalanych dzieł nie idzie w parze z pracującą na najwyższych obrotach machiną promocyjną. 

Właśnie ukazała się "nowa" Fossum. "Nowa" w cudzysłowiu, bowiem "Czarne sekundy" właściwie żadną nowością nie są, wszak napisane zostały już dziesięć lat temu. Karin Fosum jest dobrą, solidną marką, więc czytelnik powinien się cieszyć z uzupełnienia luk. Z drugiej strony, jeśli to prawda, iż polski przekład wykonano nie z norweskiego, a z angielskiego (doszły mnie takie słuchy), to aż się chce zawyć i przewrotnie, celem eksperymentu, przetłumaczyć to-to z powrotem na norweski i przedłożyć autorce do wglądu...

Nie mnie jednak oceniać jakość polskiego przekładu, bowiem powieść poznałam w wersji niemieckojęzycznej, znakomicie przetłumaczonej, kogenialnie przeczytanej przez aktorkę Ninę Petri. Możnaby się po raz kolejny zastanowić, na ile lektor może przyczynić się wzbogacenia (lub zeszpecenia) dzieła - w tym wypadku nie mam najmniejszych wątpliwości, że interpretacja Niny Petri fenomenalnie stopiła się z atmosferą powieści, nadała jej dodatkowy wymiar, uwydatniła rysy postaci.

Ale do rzeczy. "Czarne sekundy" to kolejny tom z komisarzem Konradem Sejerem, jednak nieznajomość poprzednich części nie stanowi uszczerbku dla lektury. Intryga zasadza się na pomyśle nienowym, ale najwyraźniej atrakcyjnym dla wielu autorów - ginie dziecko. Dziesięcioletnia Ida Joner wyrusza na nowym, żółtym rowerze do kiosku i nigdy nie wraca; koszmar dla samotnie wychowującej ją matki, sensacyjny temat dla tabloidów, zagadka i wyzwanie dla miejscowej policji. Autorka nie trzyma się kurczowo jednego narratora - początkowo skupia się na dramacie matki, trzymanej w kleszczach stuporu i nadziei, później przenosi perspektywę na inne postacie, przyjmując rolę wszechobecnego obserwatora. Dzięki temu chwytowi czytelnik ma wrażenie, że doskonale zna każdą z postaci. Jak się można spodziewać, dziewczynka nie odnajduje się cała i zdrowa, a jej zaginiecie to jedynie początek tragedii. Wraz ze znalezieniem ciała dziecka dość prędko krystalizuje się, kto mógł mieć związek z jej śmiercią. Policja tego nie wie, ale czytelnik owszem: początkowo oscyluje między prowadzącym podwójne życie nastolatkiem, a miejscowym dziwakiem, którego niegdyś nazwanoby wsiowym głupkiem, dziś zaś przylepiono etykietkę osoby autystycznej i niepełnosprawnej umysłowo. 

Wydanie polskie, Papierowy Księżyc
Łatwość, z jaką domyślamy się, jak rozegrał się dramat, nie umniejsza jednak przyjemności lektury. Fakt, wielkich niespodzianek tutaj nie przeżyjemy, jakość tej prozy nie zasadza się jedna na dynamice akcji i jej dramatycznych zwrotach, ale na kameralnym, niespiesznym, acz wnikliwym szkicowaniu dramatis personae. Lapidarny język, unikający szkatułkowych zdań i barokowych figur retorycznych, precyzyjny i poetycki zarazem, sprawia, że mimo linearności i przewidywalności fabuły czytelnik nie ma wrażenia nudy czy poczucia straconego czasu. 

Zachwyca empatia autorki, z jaką kreśli hermetyczny świat Emila Johannesa, i choć komisarz Sejer nie wyróżnia się niczym szczególnym, to może właśnie jego spokojny sposób prowadzenia śledztwa i wrażliwość, z jaką przesłuchuje podejrzanych, stanowią o jego mistrzostwie i ostatecznie o sukcesie śledztwa. A także o mistrzostwie Fossum, która z banalnej historii, pozbawionej spektakularnych momentów, zdołała stworzyć nietuzinkowy obraz, który wchłania doszczętnie od pierwszej do ostatniej sceny, nie pogrążając jednocześnie w typowym, posępnym klimacie północnej beznadziei. 

A zatem, jak ocenić ten kryminał, w którym już po 80 stronach domyślamy się osoby mordercy? Wbrew pozorom, bardzo dobrze, choć być może moją zdolność oceny przyćmiła rewelacyjna interpretacja tłumaczki i lektorki. Dlatego dając tej pozycji mocną czwórkę, podkreślam, że na tapecie miałam wersję do ucha, w języku niemieckim.

Moja ocena: 4/5.


poniedziałek, 26 listopada 2012

Max Bentow "Der Federmann" (Ptaszydło) - czyli o wzorcu szybkiego odmóżdżacza


Wydawnictwo: Page & Turner
Data premiery: 25.07.2011
Ilość stron: 383
Cena: 14,99 euro

Niewiele jest książek, których nie jestem w stanie przeczytać ze względu na opisaną brutalność i bestialstwo,   flaki, bebechy, sceny obrzydliwe i przejmujące wstrętem. Z reguły jest nawet tak, że im bardziej autor się stara, by zaszokować, przytłoczyć i unurzać czytelnika w tego rodzaju smakowitościach, tym bardziej okazuje się, że efekt jest wręcz przeciwny - całość zaczyna przypominać kiepską komedię, a okrucieństwo, miast straszyć, śmieszy. A ponieważ sporo pisarzy czerpało już z tej studzienki, to i niewiele nowego można w tym względzie wymyśleć. Temat seryjnego mordercy, mordującego w wyrafinowany i okrutny sposób jest już dość wyeksploatowany. Z tym większą nieufnością podeszłam do debiutanckiej powieści niemieckiego autora Maxa Bentowa pod znaczącym tytułem "Der Federmann" (w wolnym przekładzie "Człowiek w piórach"). 

Już niesamowita okładka zwiastuje pójście w pewnym określonym kierunku. I faktycznie, mój instynkt się nie pomylił. Jest seryjny morderca, jest okrutna zbrodnia, zapowiedziana wizytą małego, wystraszonego ptaszka, wpuszczonego do sypialni ofiary przez mordercę. Zapowiedziana zbrodnia wydarza się i tak - kobieta ginie, jej ciało zostaje zmasakrowane, a piękne blond włosy obcięte i zabrane jako trofeum. Oczywiście, schemat się powtarza, ginie kolejna blondynka, jednak tym razem morderstwo przypadkiem obserwuje córka ofiary, której w ostatniej chwili udaje się umknąć. 

Zatrzymajmy się jednak na moment przy słowie "schemat". Ktoś, kto przeczytał pewne pensum podobnej literatury, niechybnie rozpozna w tej powieści parę z nich. Nie mówię już nawet o brutalnych okaleczeniach i wymyślnej ptasiej okrasie zbrodni (czyż podobnych wątków nie wykorzystała już w genialny sposób Mo Hayder?), ale o postaci berlińskiego detektywa Nilsa Trojana. Schematyczna jest jego poharatana dusza (czyżby nie było już policjantów bez nerwowych lęków, paranoi, problemu alkoholowego i tym podobnych?), schematyczna jest potajemna psychoterapia, schematyczne jest zadurzenie się przez detektywa w pięknej pani psycholog, schematyczne jest wpadnięcie pięknej pani psycholog w łapska zbrodniarza. Tu i ówdzie pachnie zapożyczeniami z innych dzieł, na szczęście z tych lepszych, bo to nie wstyd uczyć się od Harrisa, na przykład, który stworzył jedną z najlepszych postaci psychopatycznego mordercy w ogóle.

Autor odrobił lekcje i przeczytał właściwe pozycje z nurtu "jak pisać bestsellery". Trzeba przyznać, że nie rozmienia się na drobne i po kolei odhacza wszystkie najważniejsze punkty. Pozostaje przy tym wierny gatunkowi, poruszając się raczej w płytkich wodach. Na głębokie kreacje postaci, filozoficzne dywagacje czy psychologizowanie nie ma tu ani miejsca, ani czasu. Bowiem jedno Max Bentow opanował do perfekcji: operowanie tempem i dynamiką. Jeszcze nigdy chyba nazwa wydawnictwa tak dobrze nie oddała charakteru wydanej pozycji: to jest prawdziwy, rasowy page turner, napisany, by trzymać w napięciu od pierwszej do ostatniej strony, by zaszokować, raz czy dwa zaskoczyć, a w ogóle to zdjąć z czytelnika ciężar myślenia.

Czuje się wyraźnie, iż autor maczał palce w branży teatralnej, bowiem mocną stroną książki są dynamiczne dialogi, zaś niektóre sceny zostały napisane jakby prosto na deski. Mało opisów, sporo dialogów, błyskawiczna akcja, jeden znakomity moment zaskoczenia, od czasu do czasu można się potknąć o małą nielogiczność lub płycizna - tak w skrócie można streścić najważniejsze cechy tej książki. No i jest Berlin - miłośnicy tego miasta wyjdą na swoje, choć momentami miało się wrażenie, że autor opisuje trasę, którą wytyczył mu przedtem GPS - skręcił w Hermannstrasse, doszedł do Freisinger Strasse i tak dalej.

Stanowczo odradzam poszukującym ambitnej lektury, szczerze zaś polecam łaknącym szybkiego odmóżdżacza. Wszak nie samym noblistą człowiek żyje, a w repertuarze każdego mola zapewne znajduje się czasem dziełko nieco trywialniejsze. Takim dziełkiem jest "Człowiek w piórach" - przeczytane bez większych refleksji, za to wchłonięte w dwa popołudnia z mokrymi plamami pod pachami  i zapewne szybko zapomniane. I nie szkodzi, bo Max Bentow napisał już drugą powieść, po którą w potrzebie chętnie sięgnę.

Moja ocena: czwórasek, taki niepełny trochę, ale zawsze (4-/5).


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania trójka pik w kategorii pisarz z kraju sąsiadującego. 


Za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego serdecznie dziękuję wydawnictwu. Więcej o programie znajdziecie na stronie: www.goldmann-verlag.de oraz na facebooku (www.facebook.com/goldmannverlag).